Łowcy (cz.2, ost)
Dalsza część opowiadania o tym, co spotkało Tima...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
4.
- Skąd masz tą bliznę – zapytała Annie wskazując na długą, prawie dwudziestocentymetrową i dawno wygojoną ranę, która ciągnęła się wzdłuż prawego boku i kończyła mnie więcej na wysokości pępka. - Stara historia, nie ma o czym mówić – powiedział Tim wykrętnie. Niechętnie wracał pamięcią do tamtych wydarzeń. Annie przekręciła się na bok i wsparła na łokciu. - No mów – powiedziała lekko trącając go w ramię – Mnie nie musisz się wstydzić. Tim wziął głęboki oddech i położył się na plecach. - Jako dziecko – zaczął – cierpiałem na pewną przypadłość. Pierwszy raz przytrafiło mi się to jak miałem osiem lat. Zdumiony ocknąłem się w środku nocy na ulicy, nie wiedząc zupełnie w jaki sposób tam dotarłem. Zdarzało mi się to nieregularnie i przez jakiś czas rodzice nie mieli pojęcia, że znikam nocą. Bałem się zasypiać, by nie obudzić się w jakimś nieznanym miejscu. Któregoś ranka, mama wstała i przygotowywała dla mnie śniadanie. Nie zdążyła jednak wejść do mnie do pokoju, bo ktoś zadzwonił do drzwi. Była zaskoczona tą wizytą o siódmej rano. Zdumiała się jeszcze bardziej, a potem przeraziła śmiertelnie, gdy najpierw ujrzała za drzwiami mnie zziębniętego i okrytego kocem. Przyprowadził mnie szeryf, po tym, jak przypadkiem znaleziono mnie śpiącego pod murem, przy bramie cmentarza. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że jestem lunatykiem. Rodzice zaczęli mnie pilnować w nocy na zmiany, ale kiedyś tata przysnął, a ja obudziłem się dwa kilometry od domu. Wróciłem sam i na szczęście nikt się nie zorientował. Na studiach mieszkałem w kampusie i parę razy zrobiłem z siebie pośmiewisko, kiedy ochrona znajdowała mnie wałęsającego się nocą koło uniwersytetu. Pewnego razu, ochroniarz myślał, że jestem naćpany i robię sobie z niego jaja, więc zawiózł mnie do szpitala. Tam poznałem Dorothy, która była wtedy stażystką. Po trzech latach wzięliśmy ślub... – Tim zrobił przerwę, by przygotować się na koniec opowieści. - Którejś nocy, Dorothy obudziła się i stwierdziła, że mnie nie ma. Nie było też Marka, który wtedy miał czternaście miesięcy. Wyszła przed dom... i z przerażeniem odkryła, że siedzę na skraju dachu, z dzieckiem na kolanach. Nie byłem świadomy co się dzieje. Dorothy opowiadała, że krzyczałem, że dom się pali i muszę ratować naszego syna. Zupełnie jej nie słuchałem. Zacząłem schodzić z dachu, jedną ręką podpierając się, a w drugiej trzymając Marka. Dorothy histeryzowała i pobiegła z powrotem na piętro. Przez okno błagała mnie, żebym dał jej dziecko. Wtedy się obudziłem. Zobaczyłem, że wiszę z synem na ręku, jakieś sześć metrów nad ziemią. Przestraszyłem się. W ostatniej chwili Dorothy wzięła naszego syna. Próbowałem złapać się rynny, ale ześliznęły mi się palce. Spadłem na barierkę przy schodach. Złamałem trzy żebra. Spójrz – powiedział i wziął dłoń Annie i poprowadził w okolicach blizny – można wyczuć miejsca złamań. Annie wodziła palcami po skórze wzdłuż blizny. Wyraźnie czuła pod palcami kilka zgrubień. - Możesz w to uwierzyć? – mówił Tim – O mało nie zabiłem własnego dziecka. Ale wiesz co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? – Tim aż usiadł na łóżku – Od tamtej pory nie przydarzyło mi się to ani razu. Przeszło tak nagle, zupełnie jakby nigdy nie miało miejsca – powiedział Tim zastanawiając się w duchu przez chwilę, czy powiedzieć dziewczynie o tym, jak przed kilkoma tygodniami, Dorothy znalazła go w piwnicy. Na dobrą sprawę jednak sam sobie nie potrafił do dzisiaj wytłumaczyć tamtego zdarzenia. Tim odruchowo zerknął na zegarek. Było już po dziewiątej. Mark mógł wstać w każdej chwili i Tim nie chciał by zastał go w łóżku z Annie. Dziewczyna jakby czytając w jego myślach wstała i zaczęła się ubierać. - Wiesz, że i tak będziesz musiał mu o nas powiedzieć – odezwała się Annie. - Komu? Markowi? – był nieco zaskoczony tym stwierdzeniem. - Twój syn widział nas razem wczoraj wieczorem. Czeka cię poważna rozmowa. - Jasna cholera... Dziewczyna roześmiała się. Ubrała się, a Tim poszedł z Annie do wyjścia. - Przecież to nic takiego. I tak musiałby wiedzieć, wcześniej czy później – powiedziała przy drzwiach. Tim poszedł do kuchni. Po chwili przybiegł kot i miaucząc przeciągle domagał się poświęcenia mu uwagi. Nakarmił zwierzę i usiadł przy stole. Myślał o tym, co powiedziała mu Annie. Był zły na siebie, że nie zachował większej ostrożności. Wolałby, żeby nie dowiedział się o tym, w taki sposób. W jaki sposób, rozsądnie wytłumaczyć chłopcu to, co zobaczył. Na domiar wszystkiego, Tim nie ochłonął jeszcze po wczorajszej rozmowie z Markiem, w której syn przyznał, że mama od jakiegoś czasu spotyka się z Ray’em Thompsonem i który dwukrotnie, był już u nich na kolacji. Backley, miał okazję kilkakrotnie się z nim widzieć i nie mógł znieść tego nadętego gościa, który potrafił spalić każdy dowcip, a poza tym zupełnie nie krył się z tym, że Dorothy bardzo mu się podoba i adorował ją na każdym kroku. Kilka lat temu, podczas jakiegoś spotkania, Tim nie wytrzymał i gdy został z nim sam na sam, w kilku dosadnych słowach wyjaśnił swój pogląd na tą kwestię. Thompson nie pojawił się już u nich w domu nigdy więcej, co przez długi czas Dorothy miała mężowi za złe. Wiadomość o tym, że Ray Thompson znów bywa u Dorothy, była solą w oku. Coś mu podpowiadało, że było to wyrachowane i przemyślane zachowanie byłej żony, która chciała w ten sposób zrobić Timowi na złość. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że wcześniej czy później ona zacznie się z kimś spotykać, ale na miłość boską, zniósłby każdego poza Ray’em Thompsonem. Wolał jednak nie zaczynać z Dorothy tego tematu, Skończyłoby się to, jedynie wielką kłótnią. Tim wstał od stołu. Wziął pustą szklankę poszedł nalać sobie wody. Odkręcił kran i usłyszał strzelanie w rurach, ale woda nie wypłynęła. Stał przez moment, licząc, że woda jednak się pojawi. Nic takiego nie nastąpiło. Zakręcił kran i odstawił szklankę. Schylił się i otworzył szafkę, która znajdowała się pod zlewem kuchennym. Sprawdził zawory jeden po drugim ale wszystkie wydawały mu się w porządku. Próbował je przekręcić, to w jedną, to w drugą stronę, jednak bez rezultatu. Szperając ręką pomiędzy rurami natrafił na jakiś przedmiot. Wyciągnął starą szmatę. Musiała tam leżeć od dawna, bo była zesztywniała i okropnie śmierdziała. Odrzucił ją ze wstrętem za siebie. W tym momencie coś jednak przykuło jego uwagę. W materiał zawinięte były kartki papieru, które teraz rozsypały się po podłodze. Tim już widział kiedyś to pismo. Znalazł kolejną część pamiętnika Steeve’a Dalmore’a. Zaskoczony tym znaleziskiem wstał z kolan. Kartek było zaledwie kilka. Oparł się plecami o kuchenną szafkę. Ciekawość była zbyt wielka. Zaczął czytać. Im dalej biegł jego wzrok, po kolejnych słowach, zaczynał odczuwać niepokój. Każde przeczytane zdanie, sprawiało, że jego świadomość oddalała się od miejsca, w którym był. Nie dostrzegał kuchni, stołu i krzeseł. Oglądał świat, oczami Steve’a Dalmore’a. W tej rzeczywistości widział strach, kłamstwo i złą namiętność, która mogła doprowadzić jedynie do katastrofy. Odczuwał niepokój Marty Dalmore, która z każdym dniem, coraz gorzej znosiła ciążę i atmosferę nowego domu. W tym dziwnym świecie, który Tim oglądał, w tak sugestywny sposób, obserwował jak oddalają się od siebie, a ich małżeństwo powoli się rozpada. Dalmore był zapatrzony w swój dom. Zupełnie przestał dbać o żonę, która od początku źle czuła się czuła przy Oak Avenue. Pozostawał głuchy na prośby i jej ciche skargi. Czytając ostatnią stronę, Tim wracał do rzeczywistości. Przeczucie podpowiadało mu, że Dalmore’ów spotkało coś złego. Nim jednak zdążył pozbierać kartki, usłyszał dudniący dźwięk, który jak mu się początkowo zdawało, wydobywał się jakby spod ziemi. Hałas narastał, stając się coraz głośniejszy i najwyraźniej dochodził z rur. Wstał z podłogi. Z niepokojem obserwował kuchenny zlew. Woda wystrzeliła z kranu z ogromną siłą. W mgnieniu oka, kuchnia tonęła w wodzie, która spływała po ścianach i podłodze. Tim zachował zimną krew. Błyskawicznie pobiegł po latarkę i klucze do piwnicy, w której znajdował się główny zawór wody. Wrócił do kuchni i otworzył zamek w drzwiach. Strumienie wody wciąż zalewały kuchnię. Ostrożnie, bowiem po schodach ściekała już woda, zszedł po schodach i z latarką w ręce otworzył skrzynkę w ścianie. Przekręcił zawór. Próbował nasłuchiwać czy woda przestała lecieć, ale nie nic nie usłyszał. Zamknął skrzynkę i zaczął wchodzić po schodach na górę. Będąc na szczycie schodów nacisnął klamkę w drzwiach. Były zamknięte. - „Co do cholery” – mruknął do siebie. Nacisnął mocniej klamkę, ale drzwi trwały niewzruszenie. Najwyraźniej się zatrzasnęły, a klucze... zostały z drugiej strony zamka. Tim roześmiał się gorzko sam do siebie. W idiotyczny sposób sam zamknął się w piwnicy. Przysłuchał się chwilę i stwierdził, że woda przestała lecieć. Kilkakrotnie zawołał głośno Marka, ale wciąż panowała cisza. Wziął głęboki oddech i z całych sił spróbował naprzeć na drzwi. Noga poślizgnęła się na mokrym drewnie. Rozpaczliwie zamachał rękoma, odruchowo próbując się złapać czegokolwiek. Pomimo wysiłku, nie zdołał utrzymać równowagi i runął w dół schodów. Stracił przytomność.
* * *
Ciemnozielone volvo, powoli jechało Oak Avenue. W pewnym momencie samochód zatrzymał się, a kierowca zgasił silnik. Ulica była pusta, na podjazdach stało jedynie kilka aut. Nieco dalej, na chodniku szła młoda kobieta z dzieckiem. Mała dziewczynka, trzymała matkę za rękę i dzielnie stawiała drobne kroki, starając się nadążać za matką. Wyglądało na to, że bardzo się spieszą. Gdy obie mijały zaparkowany samochód, dziecko pełnymi ciekawości oczami, wpatrywało się w osobę, siedzącą za kierownicą. - Mamo, dlaczego, ta pani nie wysiadła z samochodu? – zapytała. - Nie wiem – odparła kobieta, nie spoglądając nawet w tamtą stronę – Może czeka na kogoś. Siedząc w samochodzie, Alicja Wilferd, jeszcze przez jakiś czas obserwowała, oglądającą się przez ramię dziewczynkę. Nigdy nie lubiła dzieci i nie miała zamiaru mieć własnych. Opowieści kobiet, które bez wyjątku i bezkrytycznie, zachwycały się swoimi dziećmi, ich zaletami, rezolutnością, lub tym, które zrobiły ładniejszą kupkę, przyprawiały ją o wymioty. Drażniły ją, zadawane przy wielu okazjach pytania, kiedy ma zamiar poznać urok macierzyństwa. Męczyło ją takie towarzystwo. Kiedy pewnego dnia, jedna z młodych mam, bez wyczucia zachęcała Alicję do zajścia w ciążę, powiedziała: - Masz naprawdę śliczne dziecko Emily. Czy twój mąż wie, że nie jest ojcem? Od tamtej pory straciła większość koleżanek. Po chwili zapomniała o tym temacie. Siedząc w samochodzie, każdą chwilą rosło w niej napięcie. Alicia uwielbiała ten rodzaj podniecenia, zachowując jednocześnie zupełny spokój. Miała pewność, że wszystko zostało przeprowadzone zgodnie z planem. Pozostał jedynie do spełnienia jeden drobiazg, na który miała wpływ tylko w pewnym stopniu. Była jednak przekonana, że ten, kto ma zagrać główną rolę w ostatnim akcie, zrobi to znakomicie. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się inaczej. Żałowała jedynie, że ojciec nie może jej teraz widzieć. Chciała jak najbardziej godnie go zastąpić. Rozmyślała o tym, jak łatwo jest zwieść człowieka, że w prosty sposób można nim zawładnąć, jak bezwiednie pozwala się prowadzić, gdy umiejętnie wykorzysta się jego pragnienia i szybko staje się uległy. Wystarczy we właściwy sposób zagrać się na strunach jego słabości i pozwolić na spełnienie żądz, które ukryte są głęboko w obawie, że samo myślenie o nich nie stało się grzechem. Każdego bowiem dosięga pokusa. Spojrzała wymownie na niewielki krucyfiks, wiszący przy lusterku. Delikatnie pogładziła zimny metal. - Chciałbym żebyś był jutro z nami – powiedziała. Ogarniało ją za każdym razem niewytłumaczalne nawet dla niej samej podniecenie, gdy miała okazję być w domu przy Oak Avenue 18. To Tim Backley miał odegrać ostatni akt.
* * *
Do świadomości przywrócił go przeszywający ból pleców. Tim z trudem usiadł na podłodze. Odetchnął z ulgą, gdy przekonał się, że szczęśliwie niczego sobie nie złamał. Zastanawiał się jak długo leżał nieprzytomny. Wydawało mu się, że nie minęło więcej niż kilka minut. Wokół panowała zupełna ciemność. Jedynie kilka metrów powyżej, wąski pasek światła przedostawał się przez szparę w drzwiach. Tim po omacku przeszukał podłogę w nadziei znalezienia latarki. Trafił na nią parę kroków od miejsca, w którym leżał. O dziwo, przetrwała upadek i nadal dawała dobre światło. Na szkiełku była jedynie rysa, która powstała wskutek pęknięcia. Wstał z podłogi. Ostrożnie zaczął wchodzić po schodach. Przy drzwiach zatrzymał się i delikatnie nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły... Tim nie był do końca pewien, czy to czego doświadcza dzieje się naprawdę. Przez ułamek chwili jasność panująca w pomieszczeniu sprawiła, że musiał zmrużyć oczy. Rozejrzał się po kuchni. Na podłodze było mnóstwo wody, ale nie zauważył innych zniszczeń. Sprzątając nie mógł uwolnić się od myśli o tym, co przeczytał w pamiętniku Dalmore’a. Kończąc zbierać wodę z podłogi, mimowolnie spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Dochodziło południe. W tym momencie dotarło do niego, że mimo późnej pory, od rana nie widział swojego syna. Tknięty niejasnym przeczuciem wszedł po schodach i stanął przed pokojem Marka. Zawołał go po imieniu i zapukał do drzwi. Odpowiedziała mu cisza. Nie czekając na nic, Tim wszedł do pokoju. Telewizor, który wstawił do pokoju był włączony i cicho grał. W pokoju panował okropny bałagan. Pościel częściowo ściągnięta z łóżka była w nieładzie. Puch z rozerwanej poduszki walał się na łóżku i podłodze. Jeden z segmentów był wywrócony, a puste szuflady leżały na dywanie. Marka nie było w pokoju.
5.
- Więc podtrzymuje pan swoje zeznanie, że kiedy wszedł pan do pokoju syna, to jego tam nie było? Tim powoli zaczynał tracić cierpliwość. Przez ponad godzinę, sprawa nie posunęła się ani o krok naprzód. Otyły policjant, o nazwisku Smooth, co dwa zdania robił łyk wody z małej butelki i wycierał spocone czoło. To pytanie zadawał już trzykrotnie. Kilku funkcjonariuszy przeczesywało każdy kąt domu. Dorothy do tej pory nie mogła się uspokoić. - Już panu mówiłem – Tim odparł zirytowany. - Proszę odpowiedzieć. - Kiedy otworzyłem drzwi, pokój był pusty – odpowiedział z naciskiem. - Chciałem się upewnić – dziwnie uśmiechnął się policjant. Backley dochodził do przekonania, że to przesłuchanie jest stratą czasu i staje się coraz bardziej groteskowe. - Znajdźcie ślady, przeszukajcie okolicę. Przecież gdzieś musi być – zaczął Tim, coraz trudniej zachowując spokój. - Na pewno podejmiemy te działania. Próbujemy ustalić, co mogło się wydarzyć – Powiedział Smooth, kolejny raz sięgając po wodę. Tim stracił cierpliwość do końca. - Do jasnej cholery, niech pan zacznie szukać mojego syna! – krzyknął Tim, po czym rzucił się na policjanta, szarpiąc go za marynarkę. Dorothy była bardzo zaskoczona tym wybuchem złości. Nigdy nie widziała, by kiedykolwiek zachowywał się tak agresywnie. Po chwili Tim uspokoił się i usiadł z powrotem na krześle. Oddychał głośno. Zaczynał tracić panowanie nad sobą. Wściekły Smooth zbierał papiery, które upuścił w czasie tej szamotaniny. - Do diabła, co z panem. Przecież próbuję pomóc. - Przepraszam... nie wiem, co we mnie wstąpiło – powiedział Tim. W tej chwili podszedł jeden z funkcjonariuszy, który wcześniej przedstawił się jako porucznik Nowell. - Sprawdziliśmy cały dom. Nikogo nie znaleźliśmy. Państwa syn musi być poza domem – powiedział bezradnie. Słysząc to, Dorothy zaczęła płakać. - Proszę się uspokoić. Znajdziemy państwa syna – powiedział Smooth, ale nie brzmiało to przekonująco. Porucznik przywołał pozostałych ludzi. Poprosił o zdjęcie Marka. Dorothy wyjęła je te, które miała w portfelu, ale Nowell uznał je, że jest zbyt małe, do tego nieaktualne. Okazało się, że Tim nie ma żadnych zdjęć Marka. Wszystkie stare albumy zostały u Dorothy. Nowell przywołał jednego ze swoich ludzi. Rozkazał mu przekazać sierżantowi Wrightowi, by natychmiast pojechał do domu pani Backley, po zdjęcie chłopca. Policjant rozmawiający z Nowellem wyjaśnił, że Wright zaraz kończy służbę, więc on go zastąpi. Nowell zgodził się i przedstawił Dorothy sierżanta Finna. Zakomunikował, że funkcjonariusz zawiezie ją do domu i odbierze zdjęcie. Porucznik wyjaśnił, że fotografia zostanie zabrana na komisariat i tam powielona. Kopię dostanie każdy policjant w mieście. Potem gruntownie przeszukają teren w promieniu kilku mil od domu. Gdy skończył wydawanie poleceń, Nowell poprosił Tima na bok. - Niech pan zajmie się żoną. Nie czuje się najlepiej. - Oczywiście – odparł zerkając na siedzącą na krześle Dorothy. Jej pozornie pozbawiony emocji wzrok, wpatrywał się w jakiś nieistniejący punkt w ścianie. - Proszę mi powiedzieć, jakie były pana relacje z synem? - Ostatnio wszystko było w porządku. - A dlaczego tylko ostatnio? – uchwycił wątek policjant. Tim wziął głębszy oddech. - Widzi pan, parę miesięcy temu, wzięliśmy z żoną rozwód. Z początku syn nie najlepiej to znosił. Miał do mnie pretensje, zresztą... co tu ukrywać słuszne – przyznał Tim. – Ale tak było jedynie przez parę pierwszych tygodni. Potem zaczęliśmy się naprawdę dobrze dogadywać. - Rozumiem. Może jednak syn w dalszy ciągu mógł mieć do pana o coś żal, lub rozpamiętywał jakąś starą kłótnię. Dzieciaki potem robią różne głupstwa. - Sugeruje pan, że mógł uciec? – zapytał Tim. - Może coś go wzburzyło. Niech pan spróbuje sobie coś przypomnieć. Nagle Tim doznał bardzo dziwnego uczucia. - Niech to szlag... – zaklął. - Przypomniał pan coś sobie? – zaciekawił się Nowell. - Teraz kiedy pan o tym wspomniał... – zaczął Tim – Poprzednią noc spędziłem z kobietą – mimochodem zerknął na fotel – Syn nas zobaczył kiedy my... Dopiero teraz to do mnie dotarło. Nowell chrząknął znacząco. - Wie pan.. Być może właśnie o to chodzi. Jak sądzę z mojego doświadczenia, pana syn pewnie błąka się gdzieś w którymś z okolicznych parków. Znajdziemy go do rana – powiedział, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę – Tutaj ma pan kontakt bezpośrednio do mnie. Jeżeli pan sobie jeszcze coś przypomni, proszę dzwonić. Gdy tylko znajdziemy pana syna, natychmiast poinformujemy. Proszę być w domu, na wypadek, gdyby syn wrócił. Tim zgodził się na planem Nowella i mocno uścisnął jego dłoń. - Czytuje pan biblię? – zapytał porucznik, wskazując na książkę leżącą na rogu stołu. - Nie – odparł Backley – jakiś czas temu podrzucano je na werandach domów. Nowell wziął ją do ręki. - Dziwne... – powiedział wertując kartki – Chyba trafiło się panu kiepskie wydanie. - Jak to? – Tim wziął biblię. Teraz dopiero zauważył, co policjant miał na myśli. Kartki książki były pożółkłe, a nawet miejscami sczerniałe. Litery znikły. Papier kruszył się w palcach, a pył spadał na podłogę. Tim podniósł wzrok na porucznika, dając wyraz, że nic z tego nie rozumie. - Nie mam pojęcia, co się stało z tą książką. Przeglądałem ją, kiedy znalazła się na moich schodach. Wszystko było z nią w porządku – powiedział, odkładając biblię z powrotem na stół. Policjanci zaczęli zbierać się wyjścia. Nowell uzgadniał jeszcze coś ze Smoothem. Tim podszedł do Dorothy i zapytał, czy czegoś potrzebuje. Odparła, że w tej chwili pragnie jedynie, żeby jej dziecko znalazło się całe i zdrowe. Niechętnie zgodziła się na jakąkolwiek pomoc ze strony byłego męża. Tim przyznał się, co może być przyczyną zniknięcia Marka. Tylko obecność sierżanta Finna, czekającego w drzwiach, powstrzymała Dorothy od zrobienia awantury. Z trudem opanowując narastającą złość, nazwała go „ostatnim kretynem”. Nie mając ochoty słuchać dalszych wyjaśnień jego wyjaśnień, powiedziała policjantowi, że jest gotowa do drogi. Chciała żeby policja jak najszybciej dostała zdjęcie Marka. Stojąc przed wejściem, Tim patrzył jak odjeżdżają.
* * *
Sierżant Finn, nie mógł się doczekać, kiedy kobieta wsiądzie do samochodu. Dorothy poprosiła, żeby on prowadził. Otworzył jej i zamknął drzwi, na co odpowiedziała mu bladym uśmiechem. Finn zajął miejsce kierowcy. Nadszedł czas na to, by wykonał swoje zadanie. Dzisiaj wróci jeszcze na Oak Avenue. Zaledwie za parę godzin. - Niech się pani nie martwi. Chłopak niedługo się znajdzie – mówił sierżant Finn do Dorothy – Od dawna pracuję w policji i niejedno widziałem. Pani dzieciak nie pierwszy prysnął z domu. Smarkacze wieją z różnych powodów. Najczęściej kiedy rodzice się kłócą, ojciec ma za ciężką rękę, albo kiedy nakrywa starego z kochanką. Taki widok musiał go mocno nastraszyć. Dziewięćdziesiąt procent z nich, wraca po paru godzinach. Resztę łapiemy na dworcach, albo jak włóczą się bez celu po ulicach. Rzadko się zdarza, żeby kończyło się inaczej. - Chcę, żeby było już po wszystkim. Żeby mój syn znalazł się cały i zdrowy. Cała ta historia to wina mojego byłego męża – odparła. - Nie przewidział konsekwencji – powiedział Finn, uważnie przyglądając się kobiecie. Dorothy wzruszyła ramionami. Miała chęć powiedzieć „nie po raz pierwszy”, ale ugryzła się w język. Mimo, że miała ochotę wylewać żale na byłego męża, to nie przed obcym facetem. Nawet jeśli był policjantem. Zapadał już wieczór. Spoglądając przez szybę, Dorothy spostrzegła, że jadą w przeciwnym kierunku do jej domu. - O tej porze miasto jest zakorkowane – wyjaśnił, gdy zapytała go powód – Znam objazd bocznymi ulicami, który pozwoli nam zaoszczędzić sporo czasu. Przecież chce pani, żeby zdjęcie syna znalazło się u nas jak najszybciej. Usłyszawszy odpowiedź, Dorothy oparła głowę o szybę. - Ale musi pani przyznać, że jego dom, naprawdę robi wrażenie – Finn bardzo chciał, żeby rozmowa się nie urwała. - Nie wiem, po co mu taki duży, skoro mieszka w nim sam. - Z drugiej strony, podziwiam pana Backleya, że zdecydował się właśnie na ten – Finn zaczął realizować swój plan. - Nie bardzo rozumiem – powiedziała Dorothy, unosząc głowę. „Suka połknęła haczyk”, powiedział do siebie w myślach. - Jak to, mąż nic pani nie opowiadał, co się stało przy Oak Avenue 18? – zapytał ze zdziwieniem. - Nie – zaprzeczyła. - To dom samobójcy... – powiedział – Stara sprawa. Sprzed dwunastu lat. Znikło wówczas młode małżeństwo. Po naszym przybyciu, znaleźliśmy tylko zwłoki kobiety. Widziała pani kiedyś trupa, wiszącego na stryczku przez trzy tygodnie? Co za widok! - Finn nie potrafił ukryć już podniecenia. - Po co pan mi to opowiada – po ostatnich słowach, Dorothy zrobiło się niedobrze. Dziwne wydało jej się też ożywienie, z jakim policjant opowiadał tę historię. - By pani wiedziała, że mąż powinien był lepiej się zastanowić, zanim zdecydował się na ten dom – odparł Finn – Teraz nie będzie już miał wyboru... - Wyboru przed czym... - Przed popełnieniem grzechu, który spełni posłanie – po ostatnim słowie Finn zaśmiał się dziwnym głosem. Dorothy ogarnął strach. Wciąż nie rozumiała, jaki związek ma to cokolwiek, ze zniknięciem Marka. Patrzyła na kierującego policjanta, który w dalszym ciągu, wydawał z siebie ten idiotyczny śmiech. Spojrzała za okno. Byli prawie poza miastem. Uświadomiła sobie, że gdziekolwiek jadą, to z pewnością, nie w stronę jej domu. Samochód nabierał coraz większej szybkości. Zaczęła szarpać za klamkę w drzwiach. - Niech pan zatrzyma samochód! Chcę wracać do męża – powiedziała rozkazująco. - Nic z tego – odparł Finn szczerząc zęby – To bezcelowe. Poza tym, naprawdę chce pani go ostrzec? Po tym jak panią zdradził? Kobieta zawahała się. Nie rozumiała, w co została wplątana, kim jest ten człowiek, ani skąd wie to wszystko. Samochód jechał coraz szybciej. - Dlaczego pan mi to robi – zapytała. - Takie otrzymałem zadanie – odparł. - Niech pan mnie wypuści... – poprosiła. - Nic z tego – powtórzył Finn – Jest pani częścią tego przedstawienia. Dorothy spojrzała na niego z przerażeniem i nienawiścią. Chciała uderzyć go w twarz, ale złapał ją za ręce i ścisnął tak mocno, że aż jęknęła. Nagle złapał ją za włosy i z całej siły uderzył jej głowę o szybę w drzwiach samochodu. Nie straciła przytomności, ale była oszołomiona. Po czole spływała cienka strużka krwi. - Pamięta pani, jak mówiłem, że syn się znajdzie? Skłamałem... Jego już nie ma. Rozpłynął się w mroku... Jak mgiełka, ot tak – pstryknął palcami. Wcisnął gaz do oporu. Strzałka prędkościomierza przesuwała się w prawo. Czekał na dogodny moment, uważnie obserwując pojękującą kobietę. Po chwili dostrzegł w oddali, światła nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki. Zaczął odpinać pas bezpieczeństwa. - Pani mąż nawet nie wie, czym jest jego dom, ale to tak nie ma znaczenia. Stamtąd nie ma już odwrotu. Tim Backley, popełni dziś grzech śmiertelny. Na jego ofiarę, czeka Sara Milton... – powiedział Finn, po czym zjechał samochodem na lewy pas. Ciężarówka była coraz bliżej. Jej kierowca dostrzegł samochód, jadący wprost na niego. Półprzytomna Dorothy usłyszała ostry ryk klaksonu ciężarówki. Otworzyła oczy i zobaczyła pędzący z naprzeciwka olbrzym, jadący prosto na nią. Zaczęła krzyczeć z przerażenia. Ostatnią rzeczą jaką widziała przed zderzeniem, był pusty fotel kierowcy w jej peugeocie.
* * *
Bezczynność doprowadzała Tima na skraj wytrzymałości. Chciał działać. Był wściekły na siebie za to, co się stało. Romans z Annie, zaczął się tak szybko. Powinien był zachować większą ostrożność. Na to było już jednak za późno. Wiedział, że był zupełnie przegrany w oczach Dorothy. Bardziej jednak bolało go rozczarowanie, jakie sprawił Markowi. Jak mógł być tak nieostrożny. Ta sytuacja przypomniała mu, że całkiem niedawno, w podobnych okolicznościach, zawiódł swoich bliskich. Do dzisiaj nie mógł sobie wybaczyć, co mu wtedy strzeliło do głowy. Tydzień wcześniej, wrócił z żoną z Paryża. To miał być typowy bankiet, organizowany tuż przed Bożym Narodzeniem, dla członków stowarzyszenia jego branży. Zapowiadało się nudno i sztampowo. Zupełnie ja w poprzednich latach. Impreza trwała jednak dłużej niż zwykle. Z każdą chwilą, towarzystwo bawiło się coraz lepiej. Tego wieczoru Dorothy, miała przyjechać po niego. Umówili się, że zadzwoni, gdy będzie już przed budynkiem. Mieli potem jechać i robić ostatnie przedświąteczne zakupy. Tim nie potrafił sobie wytłumaczyć, co go skusiło, żeby flirtować z tamtą dziewczyną. Przecież wtedy prawie nie pił. Nawet nie był pewien, czy miała na imię Emily. Nie była szczególnej urody, ani nie popisywała się intelektem. Dziewczyna nie opierała się Timowi. Niezbyt pamiętał moment, kiedy wymknęli się do jednego z opuszczonych biur. Na korytarzu prawie wpadli na sprzątacza. Weszli do jednego z pokoi. Nie zamknęli nawet drzwi na klucz. Resztę pamiętał jak w amoku. Dziewczyna wyprzedzała jego pragnienia. Potem był hałas na korytarzu, odgłos otwierających się drzwi i stojąca w nich Dorothy z telefonem w ręce. Gdzieś w tle zamajaczyła postać sprzątacza. Wtedy oprzytomniał. Dziewczyna uciekła. Nie spotkał się żoną do dnia rozwodu. Nie chciała go widzieć. Tak samo jak dzisiaj. Teraz jednak musiał coś zrobić. Przyszła mu do głowy myśl, żeby zapytać w okolicy sąsiadów, czy nie widzieli Marka. Chodząc od domu do domu, tracił nadzieję, nikt bowiem nie widział chłopca. Gdy stanął przed numerem jedenaście, przypomniał sobie, że właśnie tutaj mieszka Annie. Dostrzegł światło. Zadzwonił. W drzwiach ukazała się starsza pani. Tim wyjaśnił, że mieszka kilka domów dalej, a dziś rano zaginął jego syn. Niestety kobieta nie widziała Marka. Odchodząc przypomniał sobie o czymś jeszcze. Przeprosił za to, że nie złożył wizyty od czasu, gdy tutaj zamieszkał. Podziękował za koszyk, który otrzymał kiedy się wprowadził na Oak Avenue, nie dostrzegając, zaskoczenia, malującego się na twarzy pani Ramsfield. Dostrzegł jej zdziwienie dopiero wtedy, kiedy zapytał, czy jest Annie. - O jaką Annie pan pyta? – początkowo kobieta, sądziła, że Tim jest jakimś naciągaczem. Ale widząc jego poważny i przekonujący wyraz twarzy, nabrała przekonania, że ktoś go po prostu wprowadził w błąd. - Annie Ramsfield – powiedział Tim nerwowo – Pani córka. Ze zdziwienia, oczy starszej pani, zrobiły się jeszcze większe. - Nikt taki, tutaj nie mieszka... My nie mamy dzieci – powiedziała – Jest pan pewien, że trafił pod właściwy adres? - Nie wiem – odparł Tim jak automat – Może inna Annie Ramsfield mieszka przy tej ulicy. - Nie słyszałam, żeby przy Oak Avenue, była prócz nas, jeszcze inna rodzina o tym nazwisku – zaprzeczyła kobieta. Za jej plecami pojawił się mężczyzna. Pani Ramsfield przedstawił go jako swojego męża i wyjaśniła, że człowiek, który przyszedł, szuka zaginionego syna. - Pan mieszka pod „osiemnastką” prawda? - Tak – odparł Tim. - Niech pan wejdzie na chwilę – zaprosił do środka. Przekraczając próg, Backley zerknął na ulicę. Wtedy dostrzegł Annie idącą chodnikiem. Widział jak zatrzymała się przed jednym z domów. Po chwili w drzwiach ukazał się jakiś mężczyzna. Tim znał go z widzenia. Parę razy mijali się na ulicy. Z niesmakiem patrzył, jak Annie rzuca temu facetowi się na szyję i namiętnie całuje na powitanie. Tak samo, jak dziś rano żegnała jego. Oszołomiony tym co zobaczył, Tim dał się zaprowadzić do środka. Nie dostrzegł, że pani Ramsfield z wyrzutem patrzyła na męża. Miała za złe, że zaprosił gościa do środka. Uważała to za zbyteczne i ryzykowne. Gdy przeszli do salonu, nie chciała brać udziału w rozmowie. Została w kuchni, która łączyła się z pokojem gościnnym i skąd mogła wszystko doskonale słyszeć. Pan Ramsfield usiadł naprzeciw Tima. - Dobrze się pan czuje w swoim domu? – zwrócił się do Backleya. - Nie mam powodów do zmartwień – odpowiedział, chociaż pytanie go zaskoczyło – To znaczy nie miałem do dzisiejszego ranka – dodał. - Mam nadzieję, że pana syn się znajdzie – mówiąc to, Ramsfield nie patrzył Timowi w oczy. - Dziękuję. Będę musiał odbyć z nim poważną rozmowę, gdy wróci. - Tak... Właśnie niech pan tak zrobi... – westchnął mężczyzna – Od kogo kupił pan dom? - Nabyłem go przez firmę Wilferd & Turowsky c.o. - Domyślam się, że słyszał pan o tym, co wydarzyło się w tym domu. - Niezupełnie – Backley zastanawiał się, po co Ramsfield zadaje te pytania –Niewiele wiem o Dalmore’ach. - Tak, to straszne, co się stało. Ale ja nie miałem ich na myśli. To co ich spotkało, jest już tylko smutnym końcem. Oni byli tylko narzędziem. Czy widział pan nazwisko, wyryte na frontowych drzwiach? - Widziałem... – Tim przypomniał je sobie przypomniał dopiero po dłuższej chwili. - Wie pan kim była Sara Milton? - Nie mam pojęcia. To podobno tylko tradycja, że umieszcza się na drzwiach nazwisko pierwszych osadników, którzy zbudowali tutaj swoje domy. - To prawda – powiedział Ramsfield – Ale odnoszę wrażenie, że jest pan omotany kłamstwami. Proszę mnie wysłuchać, bo nikt nie powie panu prawdy – mężczyzna zbliżył się do Tima – Miejsce, gdzie stoi pana dom... jest naznaczone. Nie wiąże się z nim nic dobrego. Wyryte nazwisko tej kobiety... Sara Milton... Ona pierwsza tam zginęła. W chacie, która tam stała. Spłonęła w niej jako czarownica. - Co za bzdury mi pan opowiada! – Czarownica?! Mamy dwudziesty pierwszy wiek! – Tim prawie parsknął śmiechem w twarz Ramsfielda. Wstał z fotela i podszedł w stronę komody stojącej pod ścianą – Nie wierzę w takie historie, domy, w których straszy, czy coś podobnego. - Wiem, że to brzmi idiotycznie. Ale niech pan choć trochę uwierzy w to, co mówię – mężczyzna złapał Tima za ramiona – To jest złe miejsce. Wszystko, co kiedykolwiek tam się wydarzyło, wiązało się ze cierpieniem ludzi. Mówię to dlatego, że pana syn jest w niebezpieczeństwie. Pan zresztą też Backley. Mieszkam tutaj od urodzenia. Już jako dzieci baliśmy się tam chodzić. Wtedy przez długie lata stał pusty. Nikt z nas, nigdy nie zdobył się na odwagę, by wejść tam nawet za dnia. Kiedyś na Oak Avenue wprowadziło się nowe małżeństwo. Ich syn był w moim wieku. Chciał dołączyć do naszej paczki. Jako próbę wymyśliliśmy, żeby sam, spędził godzinę w domu przy Oak Avenue 18. Okłamaliśmy go, że każdy z nas musiał przejść to zadanie. Wtedy jeszcze nie znał legendy o Sarze Milton. Dla nas była to świetna zabawa. Jake poszedł. Kiedy minęła godzina, zaczęliśmy go wołać. Krzyczeliśmy chyba przez pięć minut. Zaczął padać na nas blady strach, bo rodzice zabraniali nam tam chodzić. Nie z tego powodu, że tam straszyło, ale głownie dlatego, że dom od lat stał pusty. Nikt nie wiedział w jakim jest stanie. Mogło tam być niebezpiecznie. Podłoga groziła zawaleniem, lub na kogoś mogła spaść ściana. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy ujrzeliśmy głowę Jake’a, w oknie na piętrze. Zawołał nas, żebyśmy weszli do niego na górę. Spojrzeliśmy po sobie, bo przecież nigdy tam nie byliśmy. Ale nie mogliśmy Jake’owi, dać poznać po sobie, że tchórzymy, albo co gorsza, ta próba była żartem. Weszliśmy do środka. Wnętrze zagracone było walającymi się sprzętami. Trudno było poruszać się, pomiędzy poprzewracanymi krzesłami i resztkami połamanych mebli. Główny salon na dole, nosił wszędzie ślady dawnego ognia. Rozglądaliśmy się ciekawie wokoło. Po chwili ujrzeliśmy Jake’a na schodach. Zawołał nas, żebyśmy weszli na górę, bo znalazł coś ciekawego i chce nam to pokazać. Poszliśmy za nim. Zaprowadził nas do jednego z pokoi. Był zupełnie pusty. Jake pokazał nam swoje odkrycie. Na ścianie ujrzeliśmy stary, napis. „Zabrała mnie Sara Milton”. Stanęliśmy jak wryci, bo padł na nas strach. Teraz mieliśmy dowód, że to, co mówiono o domu przy Oak Avenue 18, to po części prawda. Wszyscy pamiętaliśmy opowieści rodziców, o poprzednim właścicielu, który zniknął bez śladu. Jake zapytał nas pytać o Sarę. Nie mogliśmy wykrztusić z siebie słowa. Tak naprawdę, to wiedzieliśmy tylko tyle, że ona zginęła w tym miejscu, a ludzie zabili ją, bowiem mieli ją za czarownicę. Dzisiaj już nie pamiętam, który z nas rzucił wtedy hasło do ucieczki. Puściliśmy się pędem po schodach. Stare, przeżarte przez owady drewno, nie wytrzymało pod naszymi rozpędzonymi nogami. Spadliśmy do salonu, razem z resztkami schodów. Gdy otrząsnęliśmy się z kurzu, okazało się, że Jake został na górze. Bał się zeskoczyć z tej wysokości, a na podłodze walały się kawałki schodów i innych śmieci. I wtedy to zobaczyliśmy. Nie wiem skąd wziął się ten ogień. Płomienie wystrzeliły z tego pokoju, w którym przed momentem byliśmy. Wyglądało to, jakiś wybuch, czy coś w tym rodzaju. Dosięgły Jake’a w mgnieniu oka. Nigdy nie zapomnę jego krzyku. Widzieliśmy jak spadał na ziemię. Pomimo strachu jaki nas ogarnął, zachowaliśmy resztki zimnej krwi. Rzuciliśmy się i kawałkami starych szmat, zgasiliśmy jego ubranie. Był nieprzytomny. Wynieśliśmy go na zewnątrz. Jake przeżył, ale jego rodzice nigdy nam tego nie wybaczyli. Wkrótce zresztą wyprowadzili się z Oak Avenue. Przyrzekłem sobie, że nigdy więcej nie przekroczę progu tego domu. Tim wysłuchał opowieści Ramsfielda. Nie wierzył jednak, że mieszka w nawiedzonym domu. Wydawało mu się to niedorzeczne. Ten wybuch ognia niczego nie dowodził. Przecież któryś z dzieciaków mógł dla żartu, podrzucić jakąś petardę, która wystrzeliła niefortunnie. Spojrzał na zegarek. Dorothy powinna była już przekazać zdjęcie. Martwił go jedynie fakt, że nie ma żadnej wiadomości z policji o wyniku poszukiwań. Myśląc o tym, Tim zwrócił uwagę na zdjęcia stojące na komodzie. - Widzę, że pan mi dalej nie wierzy Backley – powiedział Ramsfield – Nie będę pana przekonywał na siłę. Chcę, żeby pan wiedział. To miejsce, pana dom... ma złą moc. To źródło, które czerpie ze zbrodni i cierpienia. Kiedy pan znajdzie syna... Niech pan opuści to miejsce. Stojąca za ścianą w kuchni pani Ramsfield, zacisnęła pięści, na dźwięk słów jej męża. Tymczasem Tim wziął do ręki jedną z oprawionych w ramkę fotografii. Kiedy przyjrzał się uważniej, dostrzegł szczegół tak przerażający, że ogarnęła go fala gorąca. Pozornie był to drobiazg, ale teraz, usłyszane przed chwilą opowiadanie, stawało się zupełnie inne. Ramsfield, nie zdający sobie sprawy z wrażenia, jakie ta fotografia zrobiła na Backley’u, powiedział: - Zrobiliśmy je w maju, na przyjęciu u nas w ogrodzie. To był piękny dzień. Widzi pan tych dwoje, stojących obok mnie i żony? To właśnie Dalmore’owie. Nie chcieliśmy wyrzucać tej fotografii. Pomimo zdenerwowania, Tim z całych sił starał się skupić na zdjęciu. Patrzył na Steve’a Dalmore’a, przystojnego wysokiego blondyna. Stał uśmiechnięty, jedną rękę opierając na ramieniu Ramsfielda, a drugą obejmując swoją żonę. Marta Dalmore była drobniutką kobietą, znacznie niższą od męża. - Wie pan w czym tkwi siła fotografii? Bo na ten jeden moment, można uciec od rzeczywistości. To zdjęcie nie pokazuje prawdy. Wszyscy są uśmiechnięci, ale tak naprawdę, nie było między nimi dobrze. Kiedy się tutaj wprowadzili, byli bezgranicznie w sobie zakochani – mówił Ramsfield – Nie widzieli świata poza sobą. Zwłaszcza, że Marta spodziewała się dziecka. Zaprzyjaźniliśmy się, chociaż dzieliła nas znaczna różnica wieku. My nie doczekaliśmy się potomstwa. Żona to już panu mówiła. Może właśnie dlatego traktowaliśmy ich z początku jak własne dzieci. Potem zaczęło się między nimi dziać coś niedobrego. Marta nie czuła się tutaj najlepiej. Kiedyś przyznała mi, że żałuje, iż dała się namówić na kupno tego domu. Miała wrażenie, że ktoś ją podpatruje, przestawia jej rzeczy. Skarżyła się, na problemy ze światłem, a żaden elektryk nie był w stanie naprawić usterki. Steve jej nie wierzył, bo gdy on był w domu, wszystko było w porządku. Z czasem było coraz gorzej. Zaczęły wybuchać kłótnie. Kilka razy przybiegała do nas z płaczem. Steve przestał dawać jej oparcie. Tamtego wieczoru... usłyszeliśmy z żoną sygnał karetki. Gdy wyszliśmy przed dom, okazało się, że podjechała pod dom Dalmore’ów. Nie wiedzieliśmy co się stało, ale przeczuwaliśmy nieszczęście. Kilka dni później Marta wróciła ze szpitala. Żona poszła ją odwiedzić. Długo nie mogła dowiedzieć się, co zaszło. Wreszcie Marta powiedziała, że Steve miał romans. Nakryła go z dziewczyną. Była zdruzgotana. My zresztą też. Kompletnie nie mogliśmy sobie wytłumaczyć, co mu do cholery strzeliło do głowy. Wtedy Marta powiedziała, że w szamotaninie, Steve zepchnął ją ze schodów. Dlatego przyjechała karetka. Dziecka nie udało się uratować... Po tej rozmowie, żona wróciła do domu. To był ostatni raz, kiedy widziała…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jacek.barczynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…