Wróć do katalogu

Maa31 i Boro mają zaszczyt przedstawić - Kroki

Jest to dokończenie opowiadania "Kroki" autora Maa31. Postaraliśmy się w nim odpowiedzieć na pytanie, dlaczego świat się kurczy:) Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do czytania :)

Boro, opublikowano , 1 godz. 8 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pierwsze cztery rozdziały Maa31, reszta mojej roboty. Myśle, że i bez mojej pomocy byście zauważyli gdzie kończy się mistrzowskie pióro Maa31 i zaczyna moja nieudolność hehe. przyjemnego czytania.

1. - Świat się zmienia- powiedział staruszek, który właśnie wszedł do mojego biura. - Świat się zmienia i trzeba o tym wszystkim powiedzieć. - - A i owszem, świat się zmienia, panie... - - Lodzack. Alan Lodzack - odpowiedział staruszek. - No właśnie panie Lodzack - ciągnąłem. - Ale przecież on się tak zmienia nie od dziś. Wie pan, komputery, internet, technika...- Przerwał mi w pół zdania. - Ja nie o tym. - - A o czym? - Westchnął. Miałem wreszcie okazje przyjrzeć mu się. Miał około osiemdziesięciu lat i wyglądał na twardego mężczyznę, który z niejednego pieca jadł chleb. Teraz najwyraźniej zastanawiał się od czego zacząć. - No dobrze, panie reporterze. Opowiem panu całą historię - zaczął. - Mam osiemdziesiąt trzy lata, ale nie mam alzhaimera. Jestem w pełni świadomy tego co mówię.- Tak po prawdzie to ten alzhaimer przyszedł mi na myśl. Staruszek mówił dalej: - Moja żona zmarła siedem miesięcy temu. Zostałem sam na tym świecie. Naprawdę nienawidziłem tej ciszy jaka panuje w pustym domu. Zacząłem spacerować. Chodziłem codziennie, a żeby czymś zająć myśli, zacząłem liczyć kroki. Od mojego domu do zakrętu McNella robiłem jakieś 7245 kroków, do farmy Dellów - 8347 kroków. Liczyłem trak dzień w dzień, ale dopiero po kilku tygodniach zorientowałem się. Zacząłem wszystko notować. I wyszło mi, że świat się kurczy... - przerwał swoją opowieść, jakby oczekiwał, że zarzucę go gradem pytań. Ale ja się nie odezwałem. - No tak, kurczy się - zaczął opowiadać dalej. - Co pięć, sześć dni okazywało się, że robię coraz mniej kroków. Po dwóch miesiącach do zakrętu było 7180 kroków. Do farmy - 8280 kroków. Swiat się kurczy. Teraz robię do zakrętu 7100 kroków a do farmy 8190. Dlatego postanowiłem przyjść do was. Wasza gazeta musi o tym napisać. Niech ludzie wiedzą. - -Z czego to może wynikać - wpadłem mu w słowo. - To kurczenie. Jak pan myśli? - - Jak to? - zdziwił się. - Koniec świata. Zbliża się koniec świata. - Rozgryzłem go. To zwykły czubek. fanatyk co stoi i krzyczy: koniec jest bliski, nawróćta się ludziska... - No dobrze panie Lodzack - wstałem od biurka. - Zacznę zbierać materiały, a jak już coś znajdę to dam panu znać. - Wyciągnąłem do niego dłoń, dając do zrozumienia, że wizyta się skończyła. Wstał, ale nie podał mi swojej dłoni. - Jak się pan skontaktuje, panie reporterze, skoro nawet nie zapisał pan mojego adresu czy telefonu? - Bystry był jak na fanatyka religijnego. Ja jednak też miałem refleks. - Proszę zostawić dane w recepcji - powiedziałem, uśmiechając się przy tym swoim specjalnym uśmiechem przeznaczonym dla wariatów. - Zawsze tak robimy, goście zapisywani są w recepcji.- Nie uwierzył mi. Było to znać po wyrazie jego twarzy. Nie żegnając się podszedł do drzwi, otworzył je. - Wie pan. ja pójdę gdzie indziej - to były jego ostatnie słowa. "Najlepiej do psychiatry" cisnęło mi się na usta, ale się powstrzymałem. Wyszedł. I wtedy zadzwonił telefon... 2. Patrząc na zamykające się za staruszkiem drzwi podniosłem słuchawkę. - Rick Martinez. Słucham. - Cześć Rick - ryknął głos w słuchawce. - Cześć Tom. - Tom był moim kumplem jeszcze z liceum. - Rick, dalej zajmujesz się tymi parapsychologicznymi bzdurami? - spytał. - Tak. Nadal i ciągle. - uśmiechnąłem się. Moje zainteresowania od dawna były obiektem jego drwin. Przecież był fizykiem - twardo i mocno stąpał po ziemi. - A co, widziałeś może jakiegoś ducha? - spytałem. - Nie, ducha nie - spoważniał. - Ale chciałbym ci coś opowiedzieć. - No to wal - - Nie, to nie jest rozmowa na telefon. Możemy się spotkać w naszej knajpie? - - No tak. Za godzinkę, tam gdzie zawsze? - - Dobra - - A może szepnij choć słówko o co chodzi - - Nie, nic takiego - - A może chodzi o kurczenie się świata? - rzuciłem w słuchawkę. Przez bardzo długą chwilę po drugiej stronie panowała cisza. - Halo, Tom, jesteś tam? - spytałem. Kiedy odpowiedział miał głuchy głos. - U ciebie też była? - - Kto? - - Ta kobieta. - - Nie wiem nic o żadnej kobiecie. Był u mnie przed chwilą... - Wpadł mi w słowo - Słuchaj, nieważne. Spotkamy się za godzinkę to mi opowiesz. - I odłożył słuchawkę. Byłem zaintrygowany. Nawet więcej - byłem bardzo zaintrygowany. Jeszcze nie spotkałem się z tym, żeby Tom miał jakieś tajemnice. A wszystko wskazywało na wielką tajemnicę. Ale czemu? Nie bardzo mogłem to pojąć. 3. Półtorej godziny później zadzwoniłem do Instytutu. - Chciałem rozmawiać z Tomem.- - Przykro mi. Wyszedł na lunch. - Dawno? - - Godzinę temu.- - Dziękuję - Byłem zniecierpliwiony i zdziwiony. Już od pół godziny czekałem na Toma, a on się nie pojawił. To było do niego niepodobne. Tom nigdy się nie spóźniał. Wyszedłem z restauracji i stanąłem, zastanawiając się co dalej. Gdzieś niedaleko wyła karetka. Nie myśląc wiele, kierowany dziennikarską ciekawością, ruszyłem w kierunku skąd dobiegało wycie syreny. To wydarzyło się dwie przecznice dalej... Samochód Toma poznałem tylko po numerze rejestracyjnym... Nie było szans żeby ktokolwiek przeżył. Czarna limuzyna wbiła się w hondę Toma z siłą armatniego pocisku. Z obu wozów została tylko masa poskręcanego żelastwa. Cały teren wypadku został już otoczony żółtą taśmą, a dookoła wraków krzątali się policjanci. Chciałem podejść bliżej ale zatrzymał mnie funkcjonariusz. Nie pomogła nawet prasowa legitymacja. Rozglądałem się dookoła, próbując zebrać myśli i otrząsnąć się z szoku. Wtedy zobaczyłem tę kobietę. Stała w pewnym oddaleniu od tłumu gapiów, którzy nie mogli przepuścić okazji aby sobie popatrzeć na cudzą tragedię. Kobieta ubrana była w czarną skórzaną kurtkę, włosy miała czarne, krótko obcięte a oczy przesłonięte okularami przeciwsłonecznymi. Podszedłem do niej. - Czy pani znała Toma? - Kiedy odpowiedziała zaskoczyła mnie gorycz w jej głosie. - Jest dla was za wcześnie. Jeszcze nie jesteście gotowi. - Po tych słowach odwróciła się i odeszła. Wprawiła mnie w takie zdumienie, że nie mogłem się ruszyć. Kiedy wreszcie zacząłem za nią biec zniknęła mi z oczu w tłumie przechodniów. 4. Dwa dni po śmierci Toma dowiedziałem się czegoś nowego. Wszedłem akurat do redakcji. Na stole leżały zdjęcia. Człowiek na fotkach najwyraźniej padł ofiarą brutalnego mordu. - Niezłe, nie - powiedział naczelny. Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. Naczelny wziął to chyba za dobra monetę. - Facet wrócił do domu i nakrył włamywaczy. Ci go nieźle potraktowali. Sto siedem ciosów nożem - ciągnął naczelny. - Wyrwałem te fotki od naszej wtyki u glin. Temat na pierwszą stronę. A dzięki tym zdjęciom nakład podskoczy o jakieś sto tysięcy. Był z siebie dumny. Faktycznie, nakład rósł wprost proporcjonalnie do ilości krwi na okładkowych zdjęciach. Wszyscy wiedzieliśmy, że im więcej mięcha i juchy tym więcej ludzi chce o tym czytać. Norma... Tylko, że ja rozpoznałem tego człowieka na zdjęciach. Kilka dni temu mówił mi o kurczeniu się świata. To był ten staruszek... Zaczynam liczyć kroki... 5. Świat się zmienia ? Co więcej kurczy ? Przecież to niemożliwe by nagle całe miasto się miniaturyzowało ? Co jest w tym wszystkim grane ? Biłem się z myślami, gdy z rytmu wybił mnie dzwoniący telefon. Dźwignąłem się leniwe z kanapy, strzepując z siebie resztki chipsów i podniosłem słuchawkę - Rick Martinez słucham? - Cześć Rick to ja Margarett – zabrzmiał pusty kobiecy głos Margarett była żoną Toma, a raczej wdową po nim… - Słuchaj chciałam Cię poinformować, że pogrzeb Toma odbędzie się jutro w kaplicy świętego Jerzego przy Carnivale street wiesz gdzie to jest ? - Tak. Wiem – odparłem – w topografii miasta byłem akurat dobry. - dzięki Rick – ceremonia rozpoczyna się o 15-stej –usłyszałem w odpowiedzi Jej głos brzmiał jakby nie przespała co najmniej czterech ostatnich nocy, bądź gdyby uleciała z niej cała chęć do życia. Może chodzi o to pierwsze. A może o jedno i drugie - Trzymasz się jakoś ? – spytałem najtroskliwiej jak potrafiłem - Staram się Rick – usłyszałem po chwili w słuchawce - Najgorsze są noce i spojrzenia dzieci które niedowierzają matce, że już nigdy nie zobaczą ich fajnego taty – dorzuciła ni stąd ni zowąd Jej głos załamał się przy ostatnich słowach. Tylko na to czekałem... - słuchaj jeśli chcesz, mogę zostać jutro po pogrzebie u Ciebie – zaproponowałem Bądź co bądź to żona mojego dobrego przyjaciela, z którą sam żyłem w dobrych stosunkach. - Doceniam to Rick, ale nie martw się o mnie. Jutro zabieram dzieci do rodziców Toma. – Dobrze im zrobi pobyt u dziadków, a ja przynajmniej nie będę sama. - Tak to chyba dobry pomysł – w takim razie do zobaczenia jutro – rzuciłem - I prześpij się trochę – dodałem na zakończenie - Nie mogę... – usłyszałem w odpowiedzi a potem już tylko urwany sygnał Musiała cierpieć to pewne. Ale co ja mogłem zrobi przecież nie zastąpię jej Toma. 6. Resztę dnia spędziłem w barze za rogiem sącząc zimne piwo i zastanawiając się czy śmierć Toma była nieszczęśliwym wypadkiem. W tle leciał smętny blues. Podstarzały murzyn śpiewał o swojej miłości do kobiety, przygrywając melancholijne solówki. Policja obarczyła winą kierowcę czarnej limuzyny. Nic im jednak po tym bo kierowca zginął na miejscu. Z nie wyjaśnionych przyczyn samochód po prostu zjechał na przeciwny pas ruchu wbijając się z ogromną prędkością w srebrną Hondę mojego przyjaciela. Czy to możliwe, że kierowca zjechał celowo z próbą zabicia Toma?? Z jednej strony co z tego, że zobaczyłem poszatkowane na kawałeczki zwłoki Lodzacka, utrzymującego iż za każdym razem robi mniej kroków do skrzyżowania. Przecież o takich zabójstwach słyszy się co jakiś czas. Ot padło na biednego obłąkanego staruszka, którego dane mi było poznać kilka dni wcześniej. Z drugiej jednak strony pozostaje mi postać tajemniczej kobiety i równie tajemnicze zachowanie Toma, gdy wspomniałem mu o domniemanym kurczeniu się ziemi.. W co on się wplątał? Czy wiedział więcej ode mnie ? i czy musiał zginąć ? Z pewnością wiedział coś o kurczeniu. Ta kobieta... ona mu powiedziała, gdybym tylko mógł ją odnaleźć Kim była? i czemu mówiła tak dziwnie ? - Jest dla was za wcześnie. Jeszcze nie jesteście gotowi. - co to ma w ogóle znaczyć ? Kto nie jest gotowy i na co ? Jedno wiem Tom wiedział coś o kurczeniu i powiedziała mu o tym ta kobieta. Tak. Zginął przez nią, a Lodzack zginął bo z nudów sam się domyślił Ostatecznie bez robienia żadnych badań i testów przekonałem się o tym, że świat może się kurczyć. W końcu w całym moim dotychczasowym życiu mój umysł był skłonny uwierzyć w głupsze historie…

Nim się spostrzegłem przesiedziałem w barze nad jednym piwem ponad godzinę. Natłok najprzeróżniejszych myśli zmęczył mój umysł. Dopiłem ostatnie dwa łyki złocistego napoju i ruszyłem w stronę wyjścia. Jednego samotnika mniej, który jednak nie schleje się dzisiaj do nieprzytomności, pomyślał pewnie ku swojemu zaskoczeniu barman widząc jak opuszczam lokal. Zostało jednak za drzwiami kilku innych, którzy z pewnością nadrobią za mnie picie nocnej whisky. Od baru do drzwi kamienicy w której mieszkam robie dokładnie 287 kroków… 7. - Panie przyjmij go w swoje dobre i nieskalane ręce i dopuść do oglądania swojej światłości na wieki wieków amen. – rola księdza dobiegała końca na tym pogrzebie. Wygłaszał ostatnie słowa po czym trumna z Tomem miała spocząć dwa metry pod ziemią. Ceremonia była skromna. To znaczy nie wiem nawet jak wyglądają nie skromne pogrzeby. Chodzi po prostu o to, że spodziewałem się większych tłumów (w końcu Tom był poważanym fizykiem), a nad grobem zebrała się najbliższa rodzina i grupka znajomych. Ot kilkanaście ubranych na czarno, pogrążonych w zadumie i powadze osób. Stałem z boku i patrzyłem jak trumna zostaje zasypywana ziemią. Czasem spojrzałem na Margarett i jej dwóch synów. 15 letni Matt i 12 letni Jeremy. Młodszy płakał równie rzewnie co jego matka, Matt natomiast usiłował znieść to jak mężczyzna. Z honorem. Miałem cichą nadzieje, że może jakimś cudem dostrzegę w tłumie ów tajemniczą kobietę. Skoro była u Toma, co więcej była także na miejscu wypadku to wielce prawdopodobne, że na pogrzebie także się zjawi. Jednak myliłem się. Nie stała nigdzie wśród skupionych ludzi, i nie kryła się nie opodal za marmurowymi płytami nagrobkowymi. Zawiodłem się na niej. Była dla mnie niezwykle tajemniczą postacią w tej całej mozaice pytań i zagadek, a takie postacie z reguły pojawiają się częściej. Jednak nie tym razem. Gdybym tylko ją odnalazł na pewno dowiedziałbym się co jest w tym wszystkim grane. Stałem nad grobem myśląc w jaki sposób rozwikłać zagadkę śmierci Toma, i tylko czasem czułem jak wiatr próbuje potargać mi włosy, bądź poruszyć moim cienkim czarnym krawatem. Po pogrzebie zamieniłem kilka słów z Margarett i nie oglądając się na innych ruszyłem w stronę mojego starego i rozpadającego się już trochę mustanga zaparkowanego wzdłuż jezdni. O ile na razie jego silnik potrafił uzyskać tyle mocy ile na początku, gdy wypuścili go z fabryki, o tyle jego wygląd mnie zbytnio nie obchodził. 8. Dni robiły się coraz cieplejsze, chociaż lepiej pasowałoby stwierdzenie iż San Francisco nawiedziły pierwsze prawdziwe upały. Duchota nie pozwalała mi się skupić. Wiatrak w moim małym biurze chodził na okrągło, a ja sam siedziałem w rozpiętej przewiewnej kolorowej koszuli, którą kupiłem podczas któryś wakacji w Meksyku. Obliczałem ile pracy mnie jeszcze czeka, gdy w małym telewizorze usłyszałem coś co mnie zaciekawiło. Zdjąłem jednym ruchem nogi z biurka i pod głosiłem telewizor. - Po prawie trzech miesiącach od zaginięcia Richarda Garreta jednego z najbardziej wpływowych radnych rady miasta San Francisco, jego ciało zostało odnalezione przypadkiem przez dwóch leśniczych – informowała dziennikarka – zwłoki spoczywały w płytkim grobie w głębinach lasu okalającego wschodnie San Francisco. - Ze wstępnych oględzin wynika iż najprawdopodobniejszą przyczyną zgonu była duża rana na brzuchu ofiary – kontynuowała. Tak przypominam sobie. Richard Garret, pisaliśmy o jego tajemniczym zaginięciu na początku marca. Ba, wszystkie lokalne gazety o tym trąbiły.

- …Czy departament policji wznowi śledztwo w sprawie morderstwa Richarda Garreta, umorzone z braku jakichkolwiek dowodów? – tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast z pewnością iż głównym podejrzanym byłaby znowu firma Reck Company, która miała dostateczny motyw by pozbyć się osoby radnego… - wyjaśniała piękna latynoska, zgrabnie ujmując mikrofon. Kobieta przedstawiała jeszcze jakieś fakty ale nie słuchałem już jej. Frima Reck Company Pamiętam. W ostatnich miesiącach wywołała wiele szumu, próbując uzyskać zgodę na budowę swojego biurowca w centrum miasta. Biurowca a raczej dziwnej budowli., która miała powstać w przeciągu kilku miesięcy - wcześniej interesowałem się nią przez jakiś czas jak każdy, jednak teraz wzbudziła we mnie dziwne emocje Pamiętam, że pisaliśmy o nim jeszcze w lutym, z względu iż jego planowany wygląd wzbudzał małe kontrowersje. Ludzie nie chcieli by ta futurystyczna budowla szpeciła nasze piękne miasto. Zawiązała się nawet grupa lokalnych architektów, którzy byli przeciwko budowie, jednak najzagorzalszym jej przeciwnikiem był właśnie wpływowy radny Richard Garret. By firma Reck ostatecznie uzyskała zgodę od miasta na rozpoczęcie budowy, potrzebne było także poparcie Garreta. Ten jednak sprzeciwiał się by prawie w centrum miasta stanął ten futurystyczny biurowiec, natomiast później nie chciał się już w ogóle zgodzić na żadne miejsce budowy w obrębie miasta San Francisco. Dosłownie kilka dni później Richard Garret zaginął, a miesiąc później firma Reck uzyskała poparcie prezydenta miasta, a także większość radnych wyraziła swoją przychylność i budowa futurystycznego biurowca rozpoczęła się. Wielu ludzi twierdzi, że to właśnie firma Reck, była i jest odpowiedzialna za zaginięcie nieprzychylnego radnego. Stał jej na przeszkodzie, więc po prostu najlepszym sposobem było wykluczenie go z gry. Oczywiście rzecznik firmy wyraził ubolewanie nad zaginięciem cenionego mężczyzny, i zapewnił iż Reck Company nie miało jakichkolwiek powiązań ze zniknięciem Richarda Garreta. Niemniej jednak dla większości ludzi było to oczywiste iż za jego zaginięciem stoi wchodząca na nowy rynek firma, która tak bardzo chciała wybudować swój futurystyczny biurowiec w centrum miasta. Niestety z braku jakichkolwiek dowodów Reck w świetle prawa pozostawała czysta. - Rzecznik firmy Reck Company wydał oświadczenie, które brzmi podobnie do tego wydanego niecałe trzy miesiące temu, gdy radny Garret zaginął – informowała w dalszej części wiadomości dziennikarka, po czym wizja zmieniła się w obraz niewielkiej salki konferencyjnej Przy mównicy stał wysoki mężczyzna, a na jego twarzy co chwile odbijał się błysk fleszy. Każda gazeta chciała mieć tego bladego rudzielca na którejś ze stron. - Frima Reck Company pragnie oświadczyć ponownie – przemówił – iż nie ma jakiegokolwiek związku ze śmiercią radnego Richarda Garreta, i wszelkie zarzuty przeciwko niej są bezpodstawne. Wyraża także swoje ubolewanie nad śmiercią tej wybitnej jednostki i faktem iż firma Reck company wkracza na rynek San Francisco w tak złym świetle -ale dziwny gość – pomyślałem - Dodatkowo pragnie przypomnieć iż plany budowy biurowca firmy Reck Company jak i samo miejsce budowy zostały legalnie poparte przez radnych miasta jak i samego prezydenta. Po tym zdaniu złożył kartki i nie zważając na zadających pytania dziennikarzy skierował się z dwoma innymi mężczyznami stojącymi obok do bocznego wyjścia W jego zachowaniu było coś dziwnego Osobę Richarda Garreta nazwał „wybitną jednostką” Kto w tych czasach do cholery określa ludzi jako jednostki ? Stalin przecież już od dawna nie żyje. Nie wiem czy tylko ja to zauważyłem czy inni też… ale z tym człowiekiem było coś nie tak… Ten wyraz twarzy ten głos… Nie wiem jak to określić Jakby był zahipnotyzowany … Maszyna zaprogramowana by wyjść na mównice i odczytać bezbarwnie i jednotonowo kilka zdań, a zaraz po tym nie czekając na żadne pytania wycofać się do wyjścia. Może jestem tylko przewrażliwiony… a może po prostu zobaczyłem kolejną tajemniczą osobę… 9. Moja dziennikarska żyłka mówiła mi, że coś z tym facetem nie grało Ten wyraz twarzy… był jakiś taki nie ludzki Widziałem już takie twarze… a z reguły były to twarze cichych niepozornych psychopatów.. Dźwignąłem się energicznie z krzesła i po chwili szperałem już w szufladach z archiwalnymi wydaniami gazety. Szukałem numeru z lutego. Po kilku chwilach w rękach trzymałem już odpowiednie wydanie. Okładka przedstawiała dziwną budowlę, którą miała pełnić role nowego biurowca w San Francisco. Otworzyłem na odpowiedniej stronie i już miałem zacząć wczytywać się w pierwsze linijki i zdania, gdy na prawej stronie zobaczyłem to zdjęcie… Po raz kolejny zaniemówiłem… Przedstawiało ono głównych zarządców i prezesów firmy Reck Company, między innymi był tam tez ten wysoki blady rudzielec, którego dziwne zachowanie było mi dane obejrzeć przed chwilą w wiadomościach. Stałem jak wryty i przyglądałem się mojej tajemniczej kobiecie, która stała z tyłu na zdjęciu… 10. Z lekkiego szoku wyrwał mnie głos naczelnego - Rick, nie stój tak, tylko rusz swój tyłek na miasto i zacznij szukać jakiś sensacji. Czyli więcej krwi i morderstw – stłumiłem to zdanie w myślach Spojrzałem teraz na niego. Jego pulchna twarz i pełne usta świeciły się od potu. - Jeśli szef pozwoli, przygotuje materiał o firmie Reck Company – rzuciłem od niechcenia - Nie wysilaj się Rick – usłyszałem w odpowiedzi – Miguel już zajął się odświeżaniem tej sprawy. Ach ten Miguel - pomyślałem Wzorowy obywatel, mąż, ojciec i dziennikarz w jednym. Ułożony człowiek. Nie pije nie pali. Był zbyt idealny jak na mnie, rzadko z nim rozmawiałem A może po prostu byłem zazdrosny. - Z całym szacunkiem co do osoby Miguela szefie, ale sądzę, że nie wpadł on na pewien dość intrygujący trop jak ja. - Tak? – podniósł do góry brwi, a zaciekawienie wykrzywiło mu grubą twarz Zainteresował się. Przyglądał mi się. - O co chodzi Ricky ? - ciągnął - Wie pan szefie – zacząłem – na razie to są tylko moje przypuszczenia, nie poparte na razie żadnymi dowodami, jednak gdybym mógł zająć się przez jakiś czas tą sprawą… - W porządku Martinez – uległ – tylko nie przynoś mi czasem tego samego co Miguel i reszta prasy w mieście – próbował zmienić ton i udać szefa, z którego autorytetem wszyscy powinni się liczyć. Jednak wiedziałem jaki jest naprawdę. Bywały dni, że rozmawialiśmy miło i sympatycznie jak starzy znajomi. Jednak biznes to biznes. - Może pan na mnie liczyć szefie – dodałem tylko na odchodne i wyszedłem z siedziby gazety. 11. Zbliżałem się do placu budowy. Była dokładnie 2.15 w nocy, a mój szarobiały mustang sunął cicho po czarnych ulicach. Liczyłem po pracy kroki Od baru do mojego domu jest dokładnie o półtora kroku mniej niż poprzednio. A jednak to się dzieje naprawdę, świat się kurczy, czy Lodzack miał racje, że nadchodzi koniec naszej błękitnej planety? Czułem, że firma Reck Company jest kluczem do rozwiązania sprawy z kurczeniem się miasta jak i pewnie całego globu. Oni wszyscy byli w to zamieszani…dziwny rudzielec..cała frima Reck i kto wie czy nie cała rada miasta, która zezwoliła na budowę ich niby biurowca. Coś mi mówiło, że ta tajemnicza budowla miała służyć do zupełnie innych celów niż powszechnie uważano. Wcześniej nie miałem żadnych podejrzeń, lecz teraz…teraz nic nie wydaje się takie jak być powinno… Tajemnicza kobieta pracuje z nimi. Jeżeli ona wiedziała o kurczeniu, to z pewnością firma Reck company jest czymś więcej niż tylko producentem wysokiej jakości dywanów. Jeżeli bez najmniejszych problemów pozbyli się osoby radnego, który tak przeszkadzał im w osiągnięciu swoich celów, to w czym problem było sprzątnąć jeszcze jakiegoś staruszka i mojego przyjaciela, którzy dowiedzieli się za dużo? Nie wierze już w to, że ich dziwny budynek będzie tylko biurowcem… o nie… Ten kształt został nadany mu z pewnych przyczyn, których mam zamiar się dowiedzieć Zastanawiała mnie jednak jedna sprawa. Jeżeli tajemnicza kobieta współpracuje z Reck w takim razie dlaczego i w jakim celu z zjawiła się niespodziewanie u Toma, mówiąc o kurczeniu ? Tą sprawę, także planowałem wyjaśnić. Dojeżdżałem na miejsce, czując przyśpieszone bicie serca i przypływ adrenaliny we krwi. Byłem dziwnie podniecony…byłem na tropie. Skręciłem w prawo i po chwili z ciemności wyłoniła się ona Futurystyczna budowla w stadium budowy. Słabo oświetlana przez światło księżyca i uliczne latarnie. Tony betonu otoczone wielkimi rusztowaniami. Samochód zaparkowałem na tyłach. Drzwiczki cicho i dźwięcznie skrzypnęły Stałem przed płotem zadzierając głowę do góry i przyglądając się całej tej konstrukcji. Poczułem jakąś dziwną odrazę do tego niedorobionego budynku Wyglądał strasznie pod osłoną nocy. Strasznie i potężnie. Po mojej prawej stronie na betonowym płocie umieszczona była tablica przedstawiająca obraz biurowca po ukończeniu. Niewielka lampka sprytnie umieszczona w górnej ramie tablicy oświetlała rysunek. To co wyróżniało ten biurowiec od innych wieżowców to fakt, że podstawy budynku były zaokrąglone. W rzeczywistości jak na razie przypominało to bardziej ogromny i wysoki walec, niż budynek pod biura. Jednak dziwna budowla nabierała futurystycznych cech za sprawą pierścieni. Otóż rysunek przedstawiał iż co trzy piętra mają być umieszczane jakieś dziwne pierścienie. Teraz gdy zbudowano go na wysokość jakiś ośmiu pięter istniały już dwa takie pierścienie. Szerokie na ponad dwa metry, okalające całą okrągłą budowle, jakby zostały wciśnięte na budynek od góry, w sposób w jaki kobieta zakłada pierścionek na palec. Jeżeli dobrze policzyłem to na trzydzieści cztery piętra przypadnie jedenaście pierścieni. Dwa już istniejące zostały zbudowane z betonu, jednak co jakieś dwa metry w pierścieniach umieszczone są metalowe płyty długości około dwóch metrów i szerokości półtora. Najpierw myślałem, że to okna, jednak, gdy teraz się przyglądam widzę, że to obijający światło księżyca metal. Najdziwniejszą jednak rzeczą i wzbudzającą największe kontrowersje były te dwa ramiona… Pamiętam, że władze miasta próbowały przekonać firmę Reck Company by zrezygnowały z tych do niczego nie potrzebnych dziwacznych ramion, które w żaden sposób nie przyczyniały się do upięknienia ich przyszłej siedziby. Przedstawiciele Reck szli jednak w zaparte. Tak więc zgodnie z planem, po prawej i lewej stronie budynku miały być zbudowane jakby dwa metalowe odnóża Lewe z nich było już w zaawansowanym stadium budowy. Kojarzyły mi się z wysuwanymi szczękami czarnej wdowy, albo lepiej z dwoma kolosalnymi bumerangami, ustawionymi ku sobie po dwóch stronach dziwnego budynku. Obydwa dosyć cienkie zbudowane z metalu, miały schodzić się nad wielkim okrągłym dachem w postaci dwóch zaostrzonych szpiców. Dawniej sądziłbym jak wszyscy inni iż to badziewie będzie tylko oszpecać całą tą budowlę, jednak teraz jestem skłonny twierdzić iż te dziwne metalowe odnóża mają przydzielone jakieś konkretne zadanie. Spojrzałem jeszcze raz na to co zostało już zbudowane. Nad ostatnim gotowym piętrem wznosił się szkielet w postaci ogromnych szyn i różnych poukładanych wzdłuż siebie, grubych na dwa cale drutów. Druty zostaną pewnie wygięte i przyspawane tak by tworzyły półkola, a później zacznie się betonowanie. Niektóre z nich wystawały już z gotowych kolumn i w mroku nocy przypominały słomę wystającą ze stracha na wróble. Wróciłem oczami przed siebie i zastanawiałem się czy uda mi się wspiąć na płot. Dosyć wysoki, bo zbudowany z trzech płyt, ale jak podskoczę i zaprę się nogą o słupek to powinno się udać. Rozejrzałem się odruchowo czy nikt nie obserwuje mnie z ciemności i zacierając ręce odbiłem się nogą od betonowego słupka wyrzucając ręce w górę najwyżej jak to możliwe. Palce prawej dłoni uczepiły się krawędzi cienkiego płotu. Pomagając sobie nogami, podciągnąłem się na dwóch rękach i jakoś przelazłem. Znajdowałem się już na tyłach budowli teraz wystarczyło dostać się do środka. Wziąłem głębszy oddech i spojrzałem przed siebie. Po chwili dostrzegłem wkomponowane w surowy beton proste szare drzwi. Ruszyłem ostrożnie w ich kierunku. W miarę jak zbliżałem się ku nim dostrzegłem, że nie są wcale takie proste jak wydawało się z początku. Gdy już stałem przy nich okazało się że to grube pancerne drzwi posiadające ogromny zamek i dodatkowo kilka spustów. Po co im takie drzwi na budowie do cholery?- pomyślałem Spróbowałem je pchnąć jednak oczywiście były zamknięte Dodatkowo świadczyły o tym zatrzaśnięte spusty, jednak zawsze warto spróbować. Zakląłem cicho pod nosem co miało z przykrością stwierdzać, że będę musiał znaleźć jakiś inny sposób by dostać się do środka, jeżeli jest to w ogóle możliwe. Cofnąłem się kilka kroków do tyłu oglądając mury budowli. Na drugim pierścieniu znajdowała się prostokątna dziura, w której miała być umieszczona metalowa płyta czy coś w tym rodzaju. Gdybym był spidermanem, mógłbym się do niej dostać. Jeżeli frontowe wejście jest w połowie tak dobrze zabezpieczone jak tylne, to nie ma szans bym zbadał ten budynek od środka. Już miałem iść to sprawdzić, gdy dostrzegłem małe czarne okienko. Podszedłem pod nie. Umieszczone jakieś półtora metra nad moimi wyciągniętymi ramionami. Zauważyłem też, że na całym pionie budynku jest więcej takich okienek. Nie wiem do czego one mogą służyć, ale mnie pomogą się dostać do środka. Rozejrzałem się po tylniej części placu. W rogu stał mały składzik z cementem i pustakami. Po kilku wyczerpujących minutach naznosiłem wystarczającą ilość pustaków i wspiąłem się po nich do małego okienka. Niewielka szybka okazała się być z tworzywa sztucznego, jednak czy uda mi się ją wystawić dowiem się za chwilę. Uderzyłem pięścią. Nie wydała prawie żadnego dźwięku. Lepiej gdyby było to szkło – pomyślałem próbując wywalić ten plastyk - je chociaż można rozbić Po kilku pchnięciach i uderzeniach w prawym rogu zaczęło odchodzić. Uderzyłem jeszcze kilka razy i płyta zwisała już wewnątrz przy ścianie, a ja przedostawałem się przez wąski otwór. Zwiesiłem się na rękach i skoczyłem cicho na betonową podłogę. Wyjąłem z kieszonki niewielką latarkę. Piętro było w surowym stanie. Pod ścianami dostrzegłem duże stoły z najprzeróżniejszymi narzędziami. W jednym z rogów jakieś butle. Pewnie z gazem. Znajdując wzrokiem klatkę schodową ruszyłem w jej kierunku. Wchodziłem w prawie zupełnych ciemnościach, święcąc sobie tylko pod nogi, by nie rozwalić głowy na stromych stopniach. Kolejne piętra wyglądem przypominały te pierwsze. Byłem w drodze na szóste piętro gdy usłyszałem, dziwne odgłosy. Zgasiłem latarkę i w zupełnych ciemnościach wchodziłem wyżej. Krew pulsowała mi w skroniach. Odgłosy stawały się donośniejsze, coś działo się na siódmym piętrze. Zbliżałem się do wyjścia na piętro. Nagle ni stąd ni zowąd stanąłem w słupie światła. Zorientowawszy się z tego faktu, wystraszony schowałem się czym prędzej za ścianę. Serce zabiło mi głośniej. Zastanawiałem się czy ktoś mnie zobaczył. Jednak odgłosy nie ustawały, i nikt jeszcze nie pojawił się na klatce. To dobrze. Odczekałem ponad minutę i ostrożnie wychyliłem głowę Pracowali. Kilkunastu ludzi przy oświetleniu wysokich lamp ustawionych po rogach pomieszczenia pracowało. Jedni cieli druty - iskry sypały się żywo – drudzy budowali jakąś ściankę działową z płyt, a jeszcze inni zajmowali się najróżniejszymi pracami budowlanymi, których nie rozpoznałem na pierwszy rzut oka.. Pracowali w nocy. Dochodziła prawie druga czterdzieści. Im naprawdę zależy na szybkim wybudowaniu tego biurowca - pomyślałem Przyjrzałem się ostrożnie robotnikom. To co rzuciło się na pierwszy rzut oka to fakt, iż pracowali w totalnym skupieniu nawet nie spoglądając jeden na drugiego. Ciszę mącił tylko dźwięk ucinanych drutów, odgłosy uderzanego młotka, przenoszonych pustaków i tak dalej.. Co jest grane ? – zapytałem siebie samego z zniesmaczeniem w głosie i miną wyrażającą „To wszystko staje się jakieś chore” Skojarzyli mi się z bladym rudzielcem, którego widziałem w wiadomościach. Wszyscy mieli te same puste miny i spojrzenia jakby ktoś zrobił im porządne pranie mózgu. Zastanawiałem się czy dostrzegli by mnie gdybym stanął pośrodku pokoju. Miałem już sam sobie na to pytanie odpowiedzieć, gdy nagle ktoś przystawił mi dłoń do ust i przytrzymał mocno. W ciągu sekundy przez głowę przeleciało mi tysiąc myśli. Na przykład czy podzielę los Toma i Lodzacka, lub czy stanę się jednym z pustych robotników w żółtych kaskach i będę pomagał przy budowie… Przerażony jak jasna cholera, obróciłem się instynktownie, i po dłuższej chwili dotarł do mnie obraz tajemniczej kobiety, która przystawiała palec do ust, czym nakazywała bym zachowywał się cicho i spokojnie. Poczułem, że może nie będzie tak źle jak myślałem.

12. - Co ty tu robisz !? – zapytała podniesionym szeptem - Kim Ty właściwie do cholery jesteś !? – odpowiedziałem, gdy już uspokoiłem się trochę i zaczynałem spokojniej łapać oddech. Wreszcie zadałem to upragnione od dawna pytanie. Utkwiłem w niej mój wzrok. - Nazywam się Rebeca – usłyszałem w odpowiedzi. Miała całkiem ładną i przyjemną twarz - wcześniej tego nie zauważyłem. - Co ty tu robisz ? – powtórzyła pytanie, przeszywając mnie wzrokiem Miała na sobie beżową koszulkę i brązowe sztruksowe spodnie. - Zobaczyłem Cię na zdjęciu razem z prezesami firmy Reck i chciałem sprawdzić co tu tak naprawdę jest grane - a Ty co tu robisz? – zapytałem odruchowo - Przyszłam się z nimi ostatecznie rozprawić – a ty nie powinieneś tu w ogóle przychodzić jeśli chcesz żyć – dodała pośpiesznie i z wyczuwalną troską w głosie - Mój przyjaciel zginął przez Ciebie – odparłem – przez to, że mówiłaś mu o kurczeniu! – dodałem powoli wykrzywiając twarz w złości Zaskoczyłem ją tym. Nie przypuszczała, że wiem co się dzieje. Ubiegłem ją odpowiedzią nie czekając na pytanie. - Był u mnie ten staruszek Lodzack, którego poszatkowane zwłoki znaleziono w domu - To oni go zabili… - odpowiedziała tylko przerywając mi - Jacy oni ? – powiedz mi wszystko co wiesz – kto zabił Toma? - Należałam do nich, ale uciekłam, gdy spostrzegłam co się dzieje. - Jakich ich !? – dopytywałem coraz głośniejszym głosem – zbyt głośnym Z niepokojem wychyliłem się by zobaczyć co robią robotnicy. Pracowali jak dawniej nie zwracając nawet uwagi na siebie Wróciłem spojrzeniem do kobiety. - Kim jest firma Reck Company tak naprawdę? – zapytałem już całkiem cicho i spokojnie - Ta firma istnieje tylko na papierze. Cała jej działalność to fikcja –usłyszałem w odpowiedzi. - Reck company jest tylko przykrywką dla sekty religijnej Rahni Hani - CO!! – prawie wykrzyczałem - Ciiii – kobieta starała się mnie uciszyć przykładając ponownie palec do ust. - Chcesz powiedzieć, że jakaś sekta buduje w centrum miasta dziwny budynek pod przykrywką firmy dywanów, i to wszystko dzieje się naprawdę w moim mieście!?? - wypowiedziałem najszybciej i najciszej jak potrafiłem - Sekta Rahni Hani założona w latach siedemdziesiątych. Z początku była nie groźną i mało liczną wspólnotą, teraz jednak zagraża całej ziemi – tłumaczyła kobieta. - Właśnie widzę!. Próbują skurczyć planetę!… Jak to jest w ogóle możliwe? – pytałem w nadziei, iż zaspokoję wreszcie swoją ciekawość. - Przywódcy sekty jak i reszta jej wiernych są tylko podwykonawcami nie mającymi o niczym pojęcia. Zostali wybrani przez NICH. Działają i robią wszystko pod wpływem ICH umysłów. Sterują nimi jakby byli maszynami, a nie samodzielnie myślącymi jednostkami. Miałem rację. Ci ludzie naprawdę doświadczyli prania mózgu czy czegoś w tym rodzaju. Poza tym na słowa „nich” i „ich” położyła szczególny akcent, i ona także gada o ludziach jak o jednostkach. - Jakich ich ?? – kim są ci Oni ? – czułem, że chodziło o wpływowe nazwiska.- Komu zależy na tym, by kurczyć ziemię i do licha po jaką cholerę?? Byłem skołowany. To wszystko było takie dziwne. Jakby ktoś tylko w to wszystko mnie wrabiał, by na końcu stwierdzić jakim wielkim idiotą jestem, że uwierzyłem w to wszystko. Tajemnicza kobieta zdawała wrażenie wachać się czy powiedzieć mi resztę,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych