Wróć do katalogu

Magister w UK - wybrane fragmenty

Lot do Birmingham. Pierwszy raz leciałem samolotem. „Rajanerem”. Elita. Zapach trawionego alkoholu, „Szła dzieweczka” i „Polska Biało - Czerwoni”, wymęczone nieustanne unikaniem klapsów stewardessy, ciągłe pytania

Zet1, opublikowano , 25 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

XXX

- Panie Piotrze, przed panem niepowtarzalna szansa zrobienia kariery i zarobienia dużych pieniędzy w Wielkiej Brytanii. Będzie pan pracował w eksluzywnym hotelu, dla brytyjskich elit, podszkoli pan język, ma pan niesamowitą szansę rozwoju. Po paru miesiącach może pan zostać kierownikiem zmiany, a później managerem. A potem, kto wie...Pana CV jest niezwykle imponujące, pracował pan w McDonald ’s, był pan barmanem przez ostatnie dwa lata.

- No i studia skończyłem, socjologię! Trzy lata działałem w samorządzie studenckim, dwa lata w Amnesty International, ukończyłem kilka kursów, mam prawo jazdy, dobry angielski, szkoła muzyczna, pianino, gitara, wie pani...

- ...

- No, magistra mam, udzielam się tu i tam.

- Mhm. A jakiego drinka by pan polecił na wysokie temperatury?

- No, mojito na przykład, albo caipirinhe.

- Brawo, jest pan człowiekiem, którego szukamy!

Tak to mniej więcej wyglądało, długi czas przed obroną już wiedziałem, jak będzie wyglądała moja „misja” socjologa.

*** Lot do Birmingham. Pierwszy raz leciałem samolotem. „Rajanerem”. Elita. Zapach trawionego alkoholu, „Szła dzieweczka” i „Polska Biało - Czerwoni”, wymęczone nieustanne unikaniem klapsów stewardessy, ciągłe pytania „czemu tak drogo?”. Heftający łysy dresik w koszulce Lacoste i jego różowa dziunia biegnąca za nim do toalety „potrzymać go za włosy”... Klasa wyższa, oni są już w UK od dwóch lat, zrobili dzieci, biorą benefity, on jest „ochraniarzem” w „najt klubie”, ona spodziewa się trzeciego dziecka, benefity zarobią im na dom za parę lat.

Tak, że - generalnie - podróż całkiem spoko, oprócz ścięrpniętych nóg i modlącej się przy starcie maszyny starszej babeczki obok. Próbowałem jej tłumaczyć, że nie ma się czego bać, że co rok w wypadkach autokarów ginie kilkanaście razy więcej osób niż w katastrofach lotniczych. Nie zrozumiała, szeptała tylko płacząc „biedny Mieciu, biedny Mieciu, Orbisem na Victorie ma dojechać za tydzień”...

Szybko minęło, tylko o co chodzi z tym klaskaniem po lądowaniu? Czy jak hydraulik przetka kibel to cała rodzina staje nad nim i klaszcze, czy jak listonosz przyniesie rencinę, to wszyscy domownicy robią meksykańską falę? Matko... Czy jak taksówkarz cię na miejsce dowiezie to konfetti rzucasz? No chyba nie, albo nie wiem, może się nie znam. Jeszcze hymn na koniec chłopcy odśpiewali.

XXX

Slippery Lane. Daleko z dworca nie miałem, więc dotarłem na piechotę, kilkanaście minut „on foot”. Wioska ładna. Jak większość w UK. Wszędzie stada baranów, ładne zadbane domki, ludzie uśmiechnięci.

- Fajnie - pomyślałem. Wzgórki, pagórki, pastwiska. Spokój i nostalgia. Faktem jest, że przez cały późniejszy czas spędzony w Wielkiej Brytanii, nie widziałem brzydkiej, zaniedbanej wsi. Wszędzie trawa ładnie przycięta, liście zagrabione, samochody równo zaparkowane. Angielski szyk i porządek. Nawet pijaczków nie mają na wsi... Co innego miasta, szczególnie te średniej większości, ale o tym później.

Hotel w którym miałem pracować okazał się ślicznym pałacykiem, otoczonym zielonymi polami, drzewami, sadzawkami, łabędziami etc.

Pierwszą postacią jaką zobaczyłem był człowiek-kaczka. Na oko miał 25 lat lat, chudy jak patyk, blond włoski zaczesane na Adolfa. Ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, strój służbowy. Nie wiem czy to była jakaś choroba, czy tak sobie po prostu uwidział, ale chodząc, człowiek ten kołysał się z boku na bok, unosząc głowę dziobem nosem szukając słońca w zenicie. Wyglądało to bardzo pozytywnie, tym bardziej, że o mnie mówią, że jak chodzę to wyglądam jakbym płynął. Jestem z tych co to mają małe sprężynki w stopach, i przy każdym podniesieniu jej, wybijam się trochę w górę. Kiedyś z tym walczyłem, ale ponoć dzięki temu znajomi mnie poznają z daleka, więc w sumie nieważne.

Ale wracając do Kaczki, bo tak go nazwałem. Był to człowiek o niesamowicie surowej powierzchowności. Ten z gatunku na których patrzysz i wydaje Ci się, że jest non stop wkurzony, że non stop myśli o zagrożeniu jądrowym, deficycie w budżecie państwa, cenach cukru itp. I pewnie stąd to wiecznie zmierzwione, marsowe czoło. Im bliżej byłem Kaczki, tym bardziej byłem pewien, że naprawdę jest wkurwiony. Naprowadziły mnie na to dźwięki wydostające się z jego ust (tak wiem, bywam błyskotliwy...) Coś jakby połączenie krztuszącego się zimą Escorta rocznik 1995 (mam takiego na sprzedaż gdyby ktoś reflektował), z dowolnym politykiem opozycji (kiedy byś tego nie czytał drogi czytelniku, interpretuj po prostu jako „aktualnej”, opcja nie ma znaczenia, wszyscy są tacy sami), wygłaszającym przemówienie na temat dziury w budżecie napisane przez jego asystenta, studenta filozofii.

W każdym razie, zbliżając się do Kaczki, przez chwilę myślałem, że może faktycznie ma jakieś korzenie ptasie, różne to bywały przypadki, kaczkofile też pewnie istnieją... W każdym razie im bardziej się zbliżałem, tym bardziej słyszałem tylko wściekłe:

- „KWAK!KWAK!KWAK!”

Kurna, no koleś wszedł w rolę, nie powiem... Im bardziej jednak podchodziłem, tym dźwięki stawały się wyraźniejsze. Z odległości 50 metrów słychać było już bez żadnych wątpliwości głośne, skrzeczące:

- FAK!FAK!FAK!

Im bliżej, tym więcej detali mogłem wychwycić:

- FAK tejbles, FAK czers, FAK deserts, FAK napkins, FAK kustomers, FAK this shit!!!

No nic, myślę. Podejść trzeba, nikogo innego tu nie widać. Kaczka męczył się ze złożeniem jakiegoś wielkiego stołu, takiego na jakieś 20 osób. Za każdym razem, gdy wkładał nogę z jednej jego strony, ta z drugiej wypadała. I tak w kółko Macieju. Zagaiłem więc z angielska:

- Good afternoon, my name is Peter. Nice to meet you.

Wzrok Kaczki nie wróżył nic dobrego. Było w nim pomieszanie sporej nienawiści, z nienawiścią bezgraniczną. Życzenie śmierci, niekoniecznie szybkiej i bezbolesnej i chęć napawania się tym widokiem godzinami. Wyprostował się, zlustrował mnie wzrokiem, od góry do dołu i od dołu do góry. A nawet z jednego boku na drugi. I z powrotem.

W końcu zapytał:

- New meat. When do you com from?

- Em?

- From com you? What you country?

- Ooooh. I’m from Poland.

Metamorfoza jaka zaszła w Kaczce była ogromna. Mars na czole niemal zmienił się w Erosa, przynajmniej na tyle, że przestałem się obawiać śmierci przez wzrokiem przewiercenie.

- No to siema ziom, po co pierdolisz po angielsku, jak tu sami swoi? Już myślałem, że znowu Ruska nam przysłali jakiegoś, żaden więcej niż tydzień z nami nie wytrzymał! Pierdolone bolszewiki, 11 września, PAMIĘTAMY!!!

- 11 września? Chyba 17?

- A co Ty kurna, Wyszynski jesteś, żeby mnie historii uczyć? Oglądałem sensacje XX wieku, swoje wiem. A Ruskich nienawidzę! Jeszcze brakuje, żeby nam tutaj naszą robotę zabierali...

- Em, no tak... Piotrek mam na imię.

- Marek jestem, z Sieradza. Czternaście osób nas tu pracuje, dziesięć z Polski, dwóch ze Słowacji, no i dwóch Angoli. No i kierowniki dwa ze Francji, jeden pedał, drugi gej, tak że uważaj. Plus kuchnia. Żabole i Angole.

- Mhm. Wiesz, myślałem, że jesteś Anglikiem, tak do siebie coś mruczałeś.

- Nieee, podszkalam się cały czas, chce być na managera, to muszę angielski znać, nie?

- Noooo to tak, ja. Mam dobrą książke, Murphego. Przerabiam, polecam.

-A kurna, będę książki czytał, tu w praktyce się chłopie trza uczyć, nie? A nie, książki.

- Nom, pewnie tak... – Kaczka nie wyglądał na osobę, której można cokolwiek przetłumaczyć.

- A Ty co, na kogo jesteś?

- Na barmana, w Polsce parę lat już byłem, doświadczenie mam... – Powiedziałem to ku mojemu zdziwieniu, z niemała dumą.

- Wiesz... Wczoraj jakiś typ przyjechał, miał być ogrodnikiem, ale go na barmana dali, bo brakowało, a Ty pewnie kelnerem bedziesz, bo Radek wyleciał.

- ?

- No Radek, wyleciał.

- A co zrobił?

- A... Bo chłopak nigdy serów pleśniowych nie widział i wypierdolił cały zapas do kosza... Myślał, że zepsute i mu śmierdziały. Tydzień niecały porobił.

- Em...

- No tu się rozumisz nie pierdolą. Nie nadajesz się, to już w agencjii 20 kolejnych na Twoje miejsce Polaczków mają.

- Acha...

- No, tak że będziesz mieszkał z Lubo, Słowakiem w pokoju. Piotrek – od dziś kelner jesteś, idź się rozpakuj, a potem do szefowej się zamelduj. Ja Cie bede szkolił.

Do noclegowni miałem jakieś 8 minut piechotą. Na mp3 playerze jak zwykle włączone odtwarzanie losowe. Dwa razy pod rząd poleciał „Looser” zespołu Beck...

XXX

- Hello. – Powiedziałem wchodząc do swojego nowego domu.

- Dobry dzen! – odpowiedziała postać rodem z filmu o Wikingach.- Ja se Lubomir, Lubo a ty?

- Piotr, miło mi.

- Fajno. Cesc Peter. Bedziemy mieszkac razem. Fajno?

- Fajno.

Lubek był wielkim człowiekiem, przy ponad 190 cm ważył na oko 130 kg i był Czechosłowakiem. Tak, prawdziwym Czechosłowakiem, a to dlatego, że jego matka była Czeszką, a ojciec Słowakiem. Przetłuszczone włosy sięgały mu prawie do tyłka, okrągłą mordkę pokrywał zarost niegolony „od przedwojny”, podobny znajdował się z resztą na jego klacie i plecach (wiem, bo otworzył mi odziany tylko w stare, mocno nadgryzione zębem czasu i zębami moli oldskulowe majtole, które nosił podniesione niemal do pępka, co nadawało im wygląd kiepsko skrojonych stringów). Do tego wszystkiego dodać należy niesamowicie niski, tubalny, basowy głos, na myśl przywodzący mi Fiodora Szalapina, no albo przynajmniej Pana Trololo.

No i język. Niesamowity dla wszystkich Polaków język. Potrafił zniszczyć mnie jednym, niewinnym słowem, kompletnie nie rozumiejąc moich wybuchów śmiechu, bądź też ataku przerażenia. Język czeski, jest zdecydowanie moim ukochanym językiem na świecie, żaden inny nie daje tyle radości. Jako przykład podam sytuację, która miała miejsce już pierwszego wieczoru, który było nam dane razem spędzić. Otóż szykowałem się spokojnie do snu, myśląc już o jutrzejszym dniu, który miał być moim pierwszym w nowej pracy, gdy nagle Lubek zaczął latać jak oszalały po całym pokoju, w tych swoich podartych majtkach, rozpuszczonych włosach, z obłędem w oczach, rycząc na cały głos:

- Mam napad!!! Mam napad!!! Mam napad!!!

Nie byłoby to takie przerażające, gdyby nie to, że krzycząc tarmosił mnie za ramiona i szaleńczo się uśmiechał. Muszę przyznać, nie wiedziałem jak się zachować. Z jednej strony cholernie się bałem, z drugiej chciałem mu pomóc.

- Mam napad!!! Mam napad!!! Peteeeer, mam napad!!!

Padaczka, cukrzyca, schizofrenia? Niekontrolowane ataki szału? Nagły pociąg seksualny do osób w najbliższym otoczeniu? Co mu kurna może być, co mu jest na litość boską? Na wszelki wypadek do jednej ręki wziąłem patyczek z Big Milka, do drugiej cukierka, a obiema dłońmi chroniłem krocze.

Lubek uśmiechał się coraz bardziej lubieżnie i coraz bardziej przerażająco. No nic. Stwierdziłem, że wóz, albo przewóz. Rzuciłem się na niego, pod język wrzuciłem mu cukierka, między zęby patyczek, a jego samego spróbowałem ułożyć spokojnie na łóżku. Nie było to łatwe, mimo że ja do najszczuplejszych nie należę, to jednak równowagę tego niedźwiedzia zachwiać było bardzo ciężko. Szamotaliśmy się tak pewnie dobrych kilka minut, gdy w końcu Lubek „wziął mnie i odsunął”. Jedną ręką. Od niechcenia.

Następne chwile były chyba jeszcze bardziej zatrważające. Lubek stał, na pozór spokojnie, patrzył na mnie swoimi zakrwawionymi oczami (no gdzieś go tam dziabnąłem przy okazji szamotaniny patyczkiem po oczach) i oddychał. Powoli oddychał. I patrzył. Nie wiem ile to trwało, dla mnie za długo. O wiele za długo. Patrzył, patrzył i patrzył. W końcu nie spuszczając ze mnie wzroku, spytał powoli:

- Peter. To Ty pedał jesteś?

Zatkało mnie. Jak się później okazało, Lubo zinterpretował moje zachowanie jako, hmm, podryw. Słodyczem chciałem zdobyć jego serce, patyczek miał służyć do… nieważne. A moje ręce umieszczone na kroczu w celach obronnych dolały tylko oliwy do ognia. Gdy rzuciłem się na niego, Lubo był już pewien, że widok jego „seksi” majtasków doprowadził mnie do stanu wrzenia. Takie drobne nieporozumienie.

Co się okazało? Jak było naprawdę?

Napad po „czechosłowacku” znaczy po prostu „pomysł”. Lubo wpadł na pomysł, abyśmy uczcili mój pierwszy wieczór w nowym miejscu pójściem do miejscowego pubu, imprezą, popijawą itp. A że przy tym był ekspresyjnym człowiekiem… Każdy się mógł pomylić.

Przynajmniej nigdy więcej nie chodził w samych majtolach w mojej obecności. Tak na wszelki wypadek. A więc, było warto. A na piwo nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych