Marsz na Zachód, część II z IV
Łowca Czaszek poprowadził ocalałych przez step, pustkowie wypełnione przez trawę wysoką do kolan i katujące, bezlitosne słońce. Na południu dostrzegli postrzępione szczyty gór, otoczone chmurami przypominającymi długie ronda kapeluszy. Daleko przed n
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Łowca Czaszek poprowadził ocalałych przez step, pustkowie wypełnione przez trawę wysoką do kolan i katujące, bezlitosne słońce. Na południu dostrzegli postrzępione szczyty gór, otoczone chmurami przypominającymi długie ronda kapeluszy. Daleko przed nimi rozpościerała się ściana lasu, do którego mieli dojść do wieczora i zażyć spoczynku.
Brown spędził większość czasu tej podróży wpatrzony w czubki swych butów lub plecy przewodnika. Jeśli miał wcześniej wątpliwości dotyczące kierunku ich wędrówki, rozwiał je widok szczytów, Vanderów. Górskie pasmo w oddali stanowiło dla niego pierwszy znak, że poruszali się w dobrym kierunku. Harker unikał gościńca i wydeptanych ścieżek. Nie posiadali mapy ani kompasu, a za każdym razem gdy strażnik na własną rękę starał się wyliczyć odległość do rzeki, otrzymywał sprzeczne wyniki. Łowca nie powstrzymywał jego starań, ale także ich nie zachęcał, jak ojciec czekający aż syn zmęczy się próbując wymyśleć własną metodę na zawiązanie sznurowadła. Zajęcie frustrujące i bezowocne, jednak strażnik nie poddawał się, czuł iż jeśli przestanie to jego umysł złamie się jak zwęglona zapałka. Nic dookoła nie wyglądało znajomo.
Nikt z byłych mieszkańców Salen nie rozumiał, w jaki sposób Harker nawigował w tym terenie. Łowca zdawał się widzieć i czuć ślady niedostępne dla reszty. Często zatrzymywał się, nasłuchując, by po chwili zmienić ostro kierunek na południe. Parokrotnie kucał w trawie, ostrożnie badał ziemię, po czym czynił jedną z dwóch rzeczy: albo parskał cicho, niemal pogardliwie, po czym ruszali dalej, albo milczał i kazał im czekać długie godziny, zanim ponownie podjęli marsz. Brown badał te same miejsca i tylko raz odnalazł jakikolwiek trop - oddalone co pół metra dołki, wyglądające jak ślady po wielkich igłach. Harker nie odpowiedział, co mogło zostawić takie ślady.
Jack podniósł wzrok na słońce, czarno-czerwoną, zgangrenowaną ranę na firmamencie nieba. Albo oko. Strażnik nie potrafił wyrazić ohydy, jaką odczuwał na ten widok. Rzucane światło spływało na świat jak krew wsiąkająca w piach. Przypomniał sobie starą, barową balladę o końcu świata, który miał przyjść gdy słońce uderzy w ziemię. Przez chwilę nawet mruczał melodię, póki nie zauważył chłodnego spojrzenia jakim obdarzyła go Catie. Rozpoznała widać tę piosenkę, a nie chciała by to samo uczynił Ray, nie gdy i tak byli już dość wystraszeni.
- Wybacz - wymamrotał.
- Coś innego. Spokojniejszego - odpowiedziała kobieta.
Wzruszył jedynie ramionami. Nie miał specjalnie ochoty na piosenki, nie w tej ciszy. Chrzęst ich butów na piasku był nienaturalnie głośny w tym milczącym krajobrazie. Ich oddechy brzmiały jak wystrzały, gdyż nawet insekty nie miały ochoty bzyczeć nad spoconymi ciałami podróżnych, póki rana na niebie nie zniknęła za horyzontem. Żadnych ludzi. Żadnych zwierząt. Jakby wszystkich nagle pochłonęła ziemia.
Jack nie tak to sobie wszystko wyobrażał. Z drugiej strony, czego się tak naprawdę spodziewał? W przeciwieństwie do większości znanych sobie osadników, nie był osobą pozbawioną wyobraźni. Nabrał mentalności pograniczników, która kazała, między innymi, z gruntu nie lubić wszystkich cudzoziemców na równi z poborcami podatkowymi i czerwonką. Pokusa wysłuchiwania opowieści przybyszów w salonie zawsze jednak przeważała. Niektórzy, jak Ericks, jego jedyny prawdziwy przyjaciel, byli skorzy do poznania ciekawostek z daleka, jednak były to wieści prędko wywiewane przez alkohol i wiatr, jak każda inna kwestia, która tak naprawdę nie dotyczyła Salen. Jack zaś pozwalał ziarnom tych historii zalec w jego umyśle i zostać tam, pielęgnowane, czasami nawet ilustrowane na papierze. Jednego razu do ich osiedla przybył kupiec przypraw, Engerandczyk, tak jak Harker. Opowiedział mu o fontannie, którą wybudowano w Kanaju; rzeźba przedstawiająca Ostatniego Imperatora Albrechta, wznoszącego w górę Włócznię Boga. Posąg i woda mieniły się w nocy różnymi kolorami, a jeśli w pobliskim teatrze zabrzmiał koncert, to barwy pulsowały w takt muzyki. Opowiastka o fontannie nie zrobiła z początku na Jacku zbyt dużego wrażenia. Dopiero tydzień później obudził się nagle w nocy, przekonany z absurdalną pewnością iż nie ma innego wyjścia jak narysować węglem ten właśnie posąg, co też niezwłocznie uczynił. Nie miał pojęcia czy jego rysunek chociaż trochę przypomina rzekomą fontannę, niemniej jednak był zadowolony z ostatecznego efektu.
Były też opowieści o Martwych Ziemiach, których nie przelewał na papier. Sprawiało mu teraz gorzką satysfakcję, że ludzie gadający o swych podróżach przez te rejony prawdopodobnie kłamali, bo nikt nawet się nie zbliżył by odzwierciedlić pustkę tego miejsca, każdego dnia zapuszczającego się coraz bardziej w głąb ich świata. Z drugiej strony, może po prostu nie byli w stanie tego zrobić? Nie potrafił do końca oddać tego, co czuł na widok tego schorowanego, umierającego krajobrazu.
Zrównał się z Łowcą.
- Jak nam idzie z czasem?
Harker wzruszył ramionami.
- Jak dotąd bez zmian. Pokonujemy drogę w szybszym tempie niż się spodziewałem, jednak nie powinieneś oczekiwać, że znajdziesz się w wygodnym łóżku prędzej niż za cztery dni. Może pięć.
Brown pokiwał głową i zerknął za siebie, upewniając się czy ich rozmowa pozostała tylko między nimi dwoma.
- Jeśli jest coś, co chcesz mi powiedzieć to radzę ci się pospieszyć. Sekrety sporo ważą, a chyba nie chcesz nas spowolnić - rzekł Łowca Czaszek beznamiętnie.
Strażnik się skrzywił.
- Mógłbym rzec to samo o tobie.
-Czyżby?
- Tak, cholera, „czyżby". Mam wrażenie, że oboje myślimy o tym samym, jeno jak w grze w Błazna, żaden się nie chce zdradzić. Tylko, że ty wiesz więcej. Ty się znasz na tym wszystkim - machnął ręką dookoła. - Rozumiem, że na Martwych Ziemiach wszystko działa inaczej. Ale z tego co wiem, to fakt iż nie napotkaliśmy na naszej drodze ani jednego martwiaka, że nic nas nie napadło przez całe trzy dni... Do diabła, jeśli coś idzie za dobrze, to możesz być pewien, że zaraz się spieprzy. Słyszałem, że ty i inni tobie umiecie się przekradać przez te tereny lepiej niż Eldrytcy partyzanci w swych lasach...
- Ludzie lubią gadać.
- Nie pochlebiaj sobie. Może jestem tylko zwykłym psem posterunkowym. Prawda. Trudno mi jednak uwierzyć, że jesteś na tyle zdolny, by przeprowadzić niepostrzeżenie troje, bądź co bądź, cholernych amatorów.
Twarz Harkera nie drgnęła. Pomimo swej przechwałki, Brown nie potrafił czytać w tym człowieku tak dobrze jak sądził. Gdy zawitał do ich miasteczka, sprawiał wrażenie znacznie bardziej przystępnego, spokojnego duchem. Czy to dlatego, bo byli pierwszymi żywymi jakich widział od całych miesięcy? Teraz, na Martwych Ziemiach, Harker zdawał się być innym człowiekiem, zimnym posągiem, którego ludzkie odruchy ograniczały się do jedzenia i defekowania. Jego twarz należała do mordercy, nie wojownika czy żołnierza.
- To cud, że przetrwaliście tak długo.
- Tak...
- Nie, nie rozumiesz tego - przerwał Łowca, z głosem nagle pełnym rozdrażnienia - Nie masz pojęcia co ja i moi bracia musimy czynić, by oprzeć się przekleństwu tej ziemi, wpływowi Hordy i tysiącom innych zagrożeń, których nie widziałeś nawet w najmroczniejszych koszmarach. Wiesz, od czego zwykli ludzie, jak wy, najczęściej tutaj umierają?
- Nie...
- Nie od szponów martwych. Tego najbardziej boją się narody na zachodzie, tym straszą zarówno dorosłych mężczyzn jak i niegrzeczne bachory. Nieumarli. Nie twierdzę, że nie należy ich się obawiać, zwłaszcza gdy poświęcam całe lata na eksterminację tych śmierdzących trucheł. Ale prawda jest inna. Gdy mówiłem o toksycznym powietrzu, nie przesadzałem. Ludzie po zaledwie kilku dniach pobytu na Martwych Ziemiach zaczynają chorować, tak na ciele jak i na umyśle. Ciało obraca się na swego właściciela, płuca wypełnia krew, wrzody i białe narośle porastają twe wnętrzności, zżerają je, a ty możesz jeno wić się w agonii. Twój umysł pęka, gdy skóra schodzi z ciebie płatami na przestrzeni paru dni, z bólu atakujesz swych towarzyszy lub podrzynasz sobie gardło, jeśli masz fart i zdążysz to uczynić.
-Fakt, że potrafiliście to przeżyć jest bezprecedensowy. Pewnie, jesteście wymizerowani. Przestraszeni. Ale w porównaniu z milionami przed wami? Powinniście paść plackiem i ryczeć ze szczęścia.
Brown miał przez chwilę wrażenie, jakby ktoś wbił mu lodowy sopel prosto w serce. Jad w głosie Łowcy był wyraźny, jednak nie uczyniło to na nim większego wrażenia niż świadomość, że ich przetrwanie naprawdę oparło się na cudzie. To było ponad niego, zdawał sobie z tego sprawę, a wzrok ich przewodnika nagle nabrał nowego znaczenia. Brown poczuł się jak mrówka pod lupą alchemika. Albo, co chyba bardziej pasowało: królowa wszystkich mrówek.
- Czy to dlatego postanowiłeś nas uratować? Pieniądze nie miały znaczenia.
- Pieniądze zawsze mają znaczenie. To moneta rządzi tym światem- odparł Harker, nieco rozbawionym tonem - Ale czy ma znaczenie, czym się naprawdę kierowałem? Zginąłbyś tam, prędzej czy później, w męczarniach. Narażam swój tyłek, by wyprowadzić ciebie i tamtych dwoje. Czy ma znaczenie, dlaczego?
Strażnik zgodził się, że tak naprawdę nie. Przynajmniej na razie. Przez następnych parę minut kroczyli w milczeniu.
- Masz teorię jakąś, czemu ja i oni...? - głos strażnika zawisł w powietrzu.
- Tysiące. Jedna bardziej nieprawdopodobna niż druga.
- Powiedz jakąś.
- Nie.
- Dlaczego?
Łowca Czaszek spojrzał się na swego towarzysza. Szczurza czaszka na łańcuszku, odbijając się od piersi, zdawała się czynić to samo.
- Bo gdyby chociaż jedna była prawdą, powinienem wam już dawno poderżnąć gardła.
***
Obóz ułożyli na obrzeżach lasu, w niewielkim zagajniku wypełnionych pochylonymi wierzbami. Znaleźli tam mały szałas, zbudowany z gałęzi powiązanych lnianym sznurem, pozostałość po dawnym obozowisku jednego z bractwa Harkera. Schronienie było ukryte i gdyby nie łut szczęścia, to spaliby na gołej ziemi, mając dach nad głową dosłownie dziesięć kroków od siebie.
Jak za każdym razem po przebudzeniu, Strażnik chwycił rękojeść szabli. Zerknął na rodzeństwo, które spało plecami do siebie, okryte cienkimi kocami. Oboje pogrążeni byli w swych snach. Catie leżała spokojnie, a jej oddech świszczał delikatnie między ustami; widok tak harmonijny i normalny, że Brown nie mógł się nie uśmiechnąć. Dziewczyna musiała sobie radzić z pęcherzami od niewygodnych butów podróżnych i licznymi, krwawiącymi otarciami, jednak nie narzekała, nie marudziła. Pierwszy raz od dawna pomyślał przelotnie o niej i Ericksie.
Ray, z drugiej strony, znosił noc zdecydowanie gorzej. W dłoniach ściskał krawędzie koca, na których widniały drobne plamki zeschniętej krwi; jego paznokcie przebiły się przez skórę. Dyszał i miotał się od czasu do czasu, wydając do których zdolni byli niemi. Brown przez chwilę pomyślał o uspokojeniu dzieciaka, jednak prędko zorientował się iż nie ma pojęcia jak to zrobić. Jeśli go obudzi, to pewnie już nie zaśnie i spowolni ich marsz. Jack wygrzebał się z szałasu, dochodząc do wniosku iż mały musi sobie po prostu z tym poradzić.
Noce były spokojniejsze. Niebo jaśniało tysiącami gwiazd, tysiącami innych światów, a ich blask nie miał w sobie nic z obrzydliwego światła rzucanego za dnia. Wszędzie snuła się mgła i latały insekty. Znaleźli strumień, a to niestety wiązało się z setkami brzęczących komarów, które walczyły między sobą o prawo do żerowania na czwórce wędrowców. Harker zdawał się nie przejmować zbytnio tymi cholernymi miniaturowymi wampirkami.
Po stanie ogniska Brown obliczył swój sen na niecałe trzy godziny. Przez długą chwilę zastanawiał się, czy dźwięk, który go obudził nie pochodził z jego snu, ulatującego z świadomości jak woda wsiąkająca w piasek... Była tam jego matka, a on był znacznie młodszy... „Jackie, co nabroiłeś? Nie martw się, nie płacz. Chodź do mnie. No, chodź...",
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Helionis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…