Meweateacha sefer II Padół łez. Op.I Poskromienie
Meweateacha sefer zostało rozszerzone,narazie doczekało się pierwszego rozdziału drugiego tomu z przewidywanych pięciu kilkurozdziałowych tomów. Dalsze losy Saulael i innych aniołów tym razem w innym miejscu i czasie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Tej nocy, tam , na ziemi słychać było płacz kolejnego dziecka... A w domu obok...druga niewiasta powiła niemowlę....”
Żyrawa, stara wieszczka i znachorka, wioskowa wiedźma bacznie przyglądała się trzymanemu w ramionach niemowlęciu.
Dzięki niech będą Swarogowi i Swarożycowi za to dziecię gdyż nie jest to dziecię zwyczajne. Przed twoją córką ciężka droga przez ten padół łez, przeznaczone jest jej cierpienie, wyobcowanie i tęsknota za tym czego nie pamięta. Wiele upłynie wody w Wistuli nim stanie znów u bram Wyraju. Drzemie w niej wielkie zło i wielkie dobro a dla nas wszystkich stanie się ona symbolem wolności. Niechaj zwie się Ładoga.
Starucha podała śpiące niemowlę matce, odwróciła się i spojrzała na szczęśliwego ojca- syna Starszego plemienia. Pokiwała tylko głową i wyszła z izby.
* * *
Dzięki niech będą Swarogowi i Swarożycowi za to dziecię, gdyż nie jest to dziecię zwyczajne. – zaczęła stara Żyrawa trzymając w ramionach małego, cicho łkającego chłopczyka – Waszemu synowi przeznaczone są długie lata cierpienia i śmierć, nie jedna lecz wiele okrutnych śmierci za wroga w służbie wolności, gdyż to dopiero początek jego długiej drogi przez ten padół łez. Niech się zwie Miłowój.
Nie da się odmienić jego losu? – drżącym głosem spytała świeżo upieczona matka, żona bogatego kmiecia- Przecież ty Żyrawo możesz wszystko, znasz się na czarach.
Niestety żadne czary tu nie pomogą z dwóch powodów. Po pierwsze na niego nie podziała żadna ziemska magia, gdyż jest dla niego za słaba, on jest silny, bardzo silny i potężny, jest ponad moją magią. Po drugie zaś zbyt mocno ukochał wolność, lecz wolność musi jeszcze długo dojrzewać zanim pokocha jego.
Matka chłopczyka choć niewiasta bystra i światła nie pojęła słów wiedźmy a w sercu swym powzięła postanowienie. Będzie chronić swego syna do ostatniego dnia swego ziemskiego żywota. Oddać go też zapragnęła Swarogowi i Ładzie w opiekę.
* * *
Miłowój siedział zamyślony nad brzegiem Wistuli jak to zwykł czynić każdego popołudnia, gdy nie było już roboty około gospodarstwa. Zazwyczaj siadywał w tym miejscu z Ładogą, przyjaciółką z sąsiedztwa, wnuczką Starszego. Od zawsze się przyjaźnili, jako dzieci zawsze bawili się razem, tylko we dwoje, stronili oboje od innych rówieśników, czuli się przy nich inni i wyobcowani. Często o tym rozmawiali, twierdzili że nie pasują tu, że czują jakby to nie był ich świat, w sercach zawsze odkąd pamiętają mieli tęsknotę, lecz żadne z nich nie wiedziało za czym. Dziś Ładoga nie przyszła nad rzekę. Miłowój był więc smutny, czuł się samotny i opuszczony przez najbliższą mu osobę a jednocześnie martwił się nie znając przyczyny jej nieobecności. Uniósł głowę i wzdychając ciężko spojrzał w pogodne, jasne niebo. Wiosenny, ciepły wiatr rozwiewał jego długie białe włosy (choć mijała mu dopiero siedemnasta wiosna jego włosy były białe jak śnieg, stara Żyrawa twierdziła że to szczególny dar), w głębokich, błękitnych oczach czaił się smutek. Jego bystry wzrok wysoko na niebie dostrzegł przelatującego tuż nad nim kruka. Te ptaki zawsze młodzieńca intrygowały. I tym razem długo wpatrywał się w czarne skrzydła ptaka. Skrzydła te były mu szczególnie drogie i znajome, gdyż od lat mógłby przysiąc, że gdy spogląda w gładką taflę wody dostrzega rozłożyste, czarne skrzydła na własnych plecach. Gdy mówił o tym matce ta złajała go, by nie plótł, bo go pokarają bogowie. Miłowój jednak wcale nie bał się bogów, nigdy ich o nic nie prosił i za nic nie dziękował, nie składał ofiar. Zawsze czuł w głębi serca, że bogowie nie mają nad nim władzy. Oczywiście nie mówił tego nikomu prócz Ładogi, która jak się okazało czuła to samo. Wracając zaś do wspomnianych już skrzydeł, powiedział o nich także pewnego dnia wiedźmie Żyrawie, starucha jednak nic mu nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko i pokiwała siwą głową. Gdy tak pogrążony w rozmyślaniach siedział wpatrując się w płynące po niebie jasne obłoki poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Jego serce zabiło mocniej, już wiedział czyj to dotyk. Serce chłopca zawsze biło tak gdy w pobliżu znajdowała się Ładoga, nie miał pojęcia czemu reagował tak na jej obecność. Gdy ją czasem przytulał, kiedy była smutna kręciło mu się w głowie a w brzuchu miał dziwne uczucie. Odwrócił głowę i spojrzał na dziewczynę. Jej czarne włosy falowały na wietrze (swoją drogą dzięki nim była jeszcze większym niż Miłowój odmieńcem, kto widział Słowiankę o czarnych jak smoła włosach) a piwne, pełne spokoju oczy spoglądały w toń Wistuli. Miłowój uśmiechnął się pogodnie na jej widok, bezwiednie jego dłoń powędrowała w stronę jej dłoni spoczywającej na jego ramieniu. Gdy dotknął opuszkami palców jej miękkiej skóry, poczuł falę ciepła przepływającego przez całe jego ciało. Ładoga jednak zmarszczyła lekko brwi wywołując nieco srogi wyraz na swojej spokojnej twarzy i cofnęła dłoń gwałtownym ruchem. Młodzieniec opuścił głowę zawstydzony i smutny, wziął do ręki leżący nieopodal kamyk i rzucił do wody. Dziewka zaś usiadła niedaleko niego na trawie i poczęła zrywać kwiaty znajdujące się na wyciągnięcie ręki. Siedzieli tak dłuższy czas w milczeniu, niekiedy nie potrzebowali słów, rozumieli się wystarczająco dobrze a radość sprawiało im samo przebywanie blisko siebie. Gdy Ładoga uzbierała już wystarczającą ilość kwiatów zabrała się za plecenie wianka.
- Moja matka upiera się ostatnio coraz bardziej by mnie swatać- zaczęła z przekąsem- na szczęście stara Żyrawa kazała jej z tym poczekać, wmówiła jej że w naszej osadzie nie ma odpowiedniego męża dla mnie.
Miłowój nie miał pojęcia dlaczego ale jej słowa ukłuły go w serce, zabolały dotkliwie. Podniósł smutny wzrok i spojrzał na nią. Była piękna, nieziemsko piękna.
A wiesz że ona ma rację?- ciągnęła dalej dziewczyna – Ja czuję, że kiedyś, być może niedługo odnajdę Jego. Kogo?- Miłowój czuł w sercu coraz większy żal i smutek, nie potrafił zrozumieć jednak czemu jej słowa tak go bolą. Śnił mi się ostatnio piękny chłopiec o jasnych włosach i błękitnych oczach. Takich jak moje? Nie- Ładoga roześmiała się swawolnie, z rozbawieniem- Włosy miał jasne, ale nie tak bardzo jak ty, a oczy...twoje są jak rozgwieżdżone, pogodne niebo podczas zachodu słońca, a jego były jak bystra woda w rzece. Był młodziutki, rok czy dwa młodszy od nas.
Miłowój pokiwał głową po czym odwrócił się w stronę puszczy, by nie mogła zauważyć łez niewiadomo czemu napływających mu do oczu.
Ten chłopiec wydawał mi się dziwnie znajomy- ciągnęła.
Miłowój przełknął ślinę powstrzymując łzy.
Mi też mówią coś te oczy, jak mówisz, jak spokojna , bystra woda w Wistuli- wydukał drżącym głosem przez ściśnięte gardło. Moje serce zabiło mocniej gdy go ujrzałam we śnie. Tak bardzo pragnę go spotkać. – dziewczę świergotało radośnie i z rozmarzeniem zarazem- wiem, że on mi jest przeznaczony.- westchnęła.
Miłowój nie mógł już powstrzymać łez, które popłynęły cienką, palącą stróżką po jego policzkach.
Muszę o nim porozmawiać z Żyrawą, ona będzie wiedziała, może powie mi gdzie go szukać. Muszę, po prostu muszę go odnaleźć...ale...co ci jest? – Ładoga zaniepokoiła się czując smutek przyjaciela.
Ten wstał gwałtownie.
Nic...Nic takiego...- wybełkotał i zaczął biec przed siebie w stronę puszczy. Poczekaj!- krzyknęła za nim- Czy powiedziałam coś nie tak?
* * *
Miłowój wiele godzin spędził w leśnej gęstwinie próbując zrozumieć ów nagły przypływ smutku i bólu. Nadal jednak nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Postanowił więc spytać o to kogoś starego i mądrego. A któż inny mógłby przyjść mu do głowy, jeśli nie stara Żyrawa, ona przecież wiedziała wszystko, a przynajmniej prawie wszystko. Ruszył więc w stronę jej zdewastowanej, rozpadającej się chaty.
Żyrawa siedziała na sklepanym z kilku próchniejących desek stołku z worem świeżo zebranych ziół na kolanach segregując skrupulatnie rośliny, gdy rozległo się stukanie do drzwi.
Wejdz Miłowoju- wyglądało na to, że stara czekała na niego.
Młodzieniec nie zdziwiony wcale tym faktem wszedł do izby zamykając za sobą drzwi z głośnym skrzypnięciem.
Chodź, chodź nieszczęsny chłopcze- zachęciła baba nie odrywając wzroku od roboty.
Miłowój podszedł bliżej i usiadł n podłodze, u stóp starej.
Babuniu Żyrawo, powiedz no mi, czemu gdy Ładoga opowiadała o chłopcu z jej snu łzy same cisnęły mi się do oczu? Czemu nie mogłem tego słuchać? Czemu tak mi źle, tak smutno, czemu to boli?
Stara zaśmiała się smutnym, żałosnym śmiechem.
Gdyż ją kochasz mój miły. Owszem kocham, to moja najlepsza przyjaciółka. Kochasz ją ale nie jak przyjaciółkę. Więc jak? Jak mąż niewiastę.
Miłowojowi nagle zakręciło się w głowie. Jego myśli zaczęły krążyć wokół jakiś dziwnych, jakby dawno zapomnianych wspomnień, zbyt jednak mglistych, by mógł je odczytać.
Pokochałeś ją już dawno, tam skąd pochodzisz i wtedy ona odrzuciła cię po raz pierwszy i odrzuci jeszcze wiele razy zanim... Tam skąd pochodzę?
Stara skinęła głową.
To znaczy gdzie?
Wiedźma uśmiechnęła się tylko.
Przepraszam, dokończ babuniu Żyrawo, zanim co. Zanim stanie się to co ma się stać- uśmiechnęła się przekornie półgębkiem.
Jakże on nie lubił, gdy mówiła zagadkami, ale cóż...taka już była ta Żyrawa.
* * *
Lata mijały, Miłowój był już dorosłym wojownikiem, a Ładoga ...starą panną. Matka młodej niewiasty płakała nad jej losem, ale stara Żyrawa nalegała by wciąż zwlekać ze swatami. Samej zainteresowanej zaś wcale żal nie było choć ludzie jak to ludzie gadali, oj jak gadali. Miłowój zaś by zagłuszyć myśli o niej oddał się bez reszty polowaniom i ćwiczeniu sztuki wojennej. Nie spotykali się już nad rzeką, nie rozprawiali o wszystkim i o niczym a młodzieńcze wizje skrzydeł i innego, lepszego świata odpłynęły w niepamięć zagłuszone przez szarą codzienność. Plemię ich bowiem nękał wygłodzony niedźwiedź rozszarpujący niewiasty udające się po jagody w puszczę. Z początku ludzie myśleli, że narażają się tańcującym po borze wiłom, lecz kiedyś jedna z kobiet zdołała zbiec niedźwiedziowi nim ten rozszarpał jej ciało na strzępy i śmiertelnie poraniona dotrzeć cudem jakowymś do osady. Tam przed śmiercią zdążyła wyjawić Starszemu prawdziwy powód zaginięcia niewiast. Starszy zwołał więc wiec, a ów wybrał dwudziestu najdzielniejszych mężów, którzy to mieli zasadzić się w puszczy na złowrogiego zwierza. Wśród mężów owych był i Miłowój.
Syneczku, poniechaj, poproszę Starszego by wysłał kogo innego miast ciebie- prosiła matka. Pamiętała doskonale słowa starej wiedźmy przy narodzinach jej syna i swą przysięgę, że uchroni go przed przepowiedzianym przez staruchę losem. Kiedy ja pragnę iść na niedźwiedzia matko, pragnę jak niczego na świecie- tłumaczył młody wojownik- Jeśli go pokonam zdobędę sławę i będziesz ze mnie dumna, jeśli nie zginę z honorem. – westchnął ciężko- A właśnie śmierci najbardziej szukam i pragnę, za nią najbardziej tęsknię- dodał półgłosem, tak by tego już matka nie usłyszała. Zabraniam – matka była stanowcza. Nie możesz- odparł nie mniej stanowczo syn po czym zarzucił na plecy łuk, oszczep chwycił w dłoń i wyszedł z izby.
Niemłoda już kmiecina ukryła twarz w dłoniach.
Synku mój synku, czemu to czynisz matce która cię w bólach rodziła... Miej go Łado w swojej opiece, Swarożycu zaświeć słońce nad jego drogą.
* * *
Dwudziestu mężów z oszczepami w dłoniach i zarzuconymi na plecy łukami przedzierało się przez knieje. Mroczna , prastara puszcza nigdy nie była przyjazna ludziom. Na każdym kroku przeca czaiło się licho czy dziki zwierz. Oni szli jednak z uniesionymi głowami i bez lęku. Wiec ich wybrał, a to znaczyło że są najpotężniejsi i najmężniejsi, nie wolno im było się bać, nie wolno było zawieść plemienia. Miłowój szedł nieco z tyłu, z dala od innych. Wciąż czuł się wyobcowany i odmienny, to jedno się nie zmieniło od czasów gdy z Ładogą przesiadywali nad brzegami Wistuli. Starzy szanowali go za odwagę, męstwo i sztukę władania bronią, jednak młodzi nadal naigrywali się z jego białych włosów, marzycielskiej natury i nieprzystosowania do zwykłego codziennego życia w społeczności. Szedł żwawym krokiem przed siebie gotów na wszystko co go w puszczy spotkać może. Nagle usłyszał wśród krzewów jeżyn szelest. Przystanął na chwilę by sprawdzić cóż go czyni. Rozchylił gałęzie i zajrzał między krzaki, lecz nie znalazł tam ani żywego ducha. Długo jeszcze szukał wzrokiem przyczyny niedawnego szelestu, na próżno, takowej dostrzec żadnym sposobem nie mógł. Machnął więc ręką niedbale i postanowił ruszyć dalej. Okazało się jednak iż zmarnotrawił czasu o wiele więcej niż mu się wydawało, gdyż nawet jego wybitnie bystry wzrok nie mógł dostrzec nigdzie na przedzie towarzyszy wyprawy. Westchnął zatem i postanowił iść po ich świeżych jeszcze tropach. Przyspieszył kroku z nadzieją, że uda mu się ich dogonić. Gdy słońce poczęło chylić się już ku zachodowi pogrzebał jednak wszelkie nadzieje. Musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Ślady zdążyły się zatrzeć, a on został sam przed nocą pośrodku niezmierzonego boru. Nawet jego mężne serce zadrżało na tę myśl. Usiadł więc pod drzewem i począł myśleć nad tym, co zrobić teraz byłoby najroztropniej.
Czym się trapisz Arakielu Arunhlasen – usłyszał za sobą męski głos. Obrócił się gwałtownie. Za jego plecami stał siwy starzec wspierając się na sękatym kiju.
Czemu nazywasz mnie tym imieniem, przyjacielu?- spytał zdumiony wojownik.
Staruszek uśmiechnął się tylko pod nosem.
Czym się trapisz ?- powtórzył. Wyruszyłem zapolować na niedźwiedzia, który nęka moje plemię i szarpie nasze niewiasty – odparł Miłowój- ale zgubiłem moich towarzyszy. Zapoluj więc sam. Większą sławę zdobędziesz jeśli ubijesz zwierza w pojedynkę, nieprawdaż? Ano prawda. Dziękuję ci przyjacielu za dobrą radę.
Chciał powiedzieć coś jeszcze lecz słowa uwięzły mu w gardle. Nie było przed nim już sędziwego starca, wpatrywał się w niego za to olbrzymi, brunatny niedźwiedź. Miłowój stanął w pozycji gotowości do boju. Ścisnął mocniej oszczep w dłoni. W mgnieniu oka zwierz jednak skoczył na niego przywalając go ogromnym cielskiem, przyciskając do podłoża, wytrącając przy tym broń z dłoni i łamiąc wiszący u pleców łuk. Agresor zwalił się przy tym wyjątkowo niefortunnie na prawą rękę mężczyzny. Słychać było szczęk łamanej kości. Pazurami niedźwiedź począł szarpać klatkę piersiową półprzytomnego z bólu Miłowoja. Wojownik poczuł, że upragniona śmierć zagląda mu w oczy. Czekał... Jego powieki powoli opadły. Znalazł się w dziwnym wnętrzu, zupełnie nie podobnym do drewnianych chat, jedynych pomieszczeń zamkniętych jakie znał, a jednak dziwnie znajomym. Na środku pomieszczenia leżał potężny kamień, na nim dwa wypełnione czerwoną cieczą kielichy i dwa złote pierścienie, za kamieniem stał pomarszczony, łysy starzec z wyciągniętą przed siebie dłonią, w której trzymał szkarłatną wstęgę. Po drugiej stronie kamienia klęczały dwie skrzydlate postacie. Jedna z nich – czarnowłosa kobieta o białych, lecz przyciętych skrzydłach i białowłosy mężczyzna o skrzydłach czarnych. Unieśli głowy. Jego oczom ukazały się znajome twarze. Jego własne oblicze i piękne białe lico Ładogi. Otworzył oczy mimo przeszywającego bólu w całym ciele. Zebrał resztki sił i całą swą silną wolę. Zdrową nadal lewą ręką zdołał sięgnąć po schowany za pasem nóż. Szybkim, zdecydowanym ruchem zatopił go aż po kamienną rękojeść w cielsku zwierzęcia. Niedźwiedź wydał z siebie przeraźliwy, kaleczący uszy ryk i powalił się w tył martwy. Miłowój leżał tak długo krwawiąc obficie. Czuł, że opuszczają go siły. „Już po wszystkim”- pomyślał, a nadzieja, którą rozpaliła niedawna wizja poczęła w jego sercu dogasać „Żegnaj ukochana Ładogo, żegnaj najmilsza, może wspomnisz mnie kiedyś...” Jego powieki powoli, bardzo powoli opadały a on sam zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością, nawet bólu zdawał się już nie czuć, gdy nagle usłyszał za sobą:
Patrzcie, to Miłowój! Ubił niedźwiedzia!
* * *
Obudził się w chacie swego ojca okryty miękkimi, ciepłymi skórami. Nad nim stała matka trzymając w dłoni kubek pachnącego ziołami naparu. Za nią Żyrawa i kilka innych niewiast.
Syneczku – matka pochyliła się nad nim – jestem taka dumna. I tak bardzo cieszę się że żyjesz. Byłeś już na granicy śmierci, ale babunia Żyrawa cię odratowała, niech ją bogowie mają w swej opiece. To nie ja, ja tylko odrobinę go wspomogłam- odezwała się stara wiedźma- Ale to on sam. On ma w sobie ogromną siłę, jakiej nie ma i nigdy nie miał nikt w naszym plemieniu i...i ma jeszcze coś do spełnienia w tym ciele.
* * *
Mimo siły o której mówiła wiedźma, Miłowój długo jeszcze dochodził do siebie. Mijały tygodnie, a on wciąż był jeszcze słaby a rany goiły się powoli i dawały o sobie często znać. Matka pielęgnowała go jak mogła, a Żyrawa znosiła jej ziół. Pewnego dnia gdy leżał półprzytomny od wysokiej gorączki złapał za rękę pochylającą się nad nim matkę i wyszeptał:
Matko, proszę, poślij po Ładogę. Dobrze syneczku, poślę- odparła kobieta i wybiegła z izby.
* * *
Ładoga siedziała przy kądzieli i przędła podśpiewując. Jak zwykle przy robocie pogrążona była w marzeniach. Przed oczmi wciąż stał jej jasnowłosy młodzieniec o oczach niczym bystra rzeka. Snuła swe kolejne wizje o ich niespodziewanym spotkaniu i wielkiej miłości, gdy rozległo się stukanie do drzwi jej izby.
Wejdź przyjacielu – marszcząc brwi z niezadowoleniem odparła poirytowana faktem że ktoś śmie przeszkadzać jej w tak słodkich marzeniach.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich chłopiec, młodszy brat Miłowoja. Ładoga uniosła brwi.
Mój brat ma się bardzo źle, prosi byś do niego przyszła- powiedział chłopiec. Dobrze, przyjdę jak skończę robotę. Nie mogę teraz przerwać, bo ojcu potrzebne jest nowe odzienie – odparła na odczepnego siląc się na uprzejmość.
* * *
Mijały godziny a Ładoga nie pojawiała się. Miłowój czuł się coraz gorzej, złe samopoczucie potęgowało bowiem strapienie i rozczarowanie, wciąż jednak wierzył, że ona przyjdzie, że już do niego idzie tylko zatrzymał ją jakiś niezaplanowany zbieg okoliczności. Matka prosiła by zapomniał, tłumaczyła, że jeśli dotąd nie przyszła, widocznie nie może lub nie chce się zjawić. On jednak wciąż powtarzał, że to niemożliwe, że nie zostawiłaby go w potrzebie. Matka wzdychała tylko ciężko, a łzy cisnęły jej się do oczu z żalu nad synem. W końcu, gdy dzień chylił się już ku końcowi Miłowój stracił nadzieję. Fakt był faktem- Ładoga nie przyszła, nic dla niej nie znaczył.
Przeklęty niedźwiedź, powinien był mnie wtedy rozszarpać- klął pod nosem, gdy myślał że matka nie słyszy. Ona jednak usłyszała. Powzięła decyzję. Cokolwiek myśli o tym Żyrawa wyswata syna z Ładogą choćby i wbrew jej woli.
* * *
Następnego dnia skoro świt kmiecina wybrała się odświętnie odziana do Starszego. Gdy ten otworzył jej drzwi rzekła:
-Witaj czcigodny Starszy. Przychodzę do ciebie w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Chodzi tu o szczęście a może i życie mego pierworodnego. Czym mogę ci służyć niewiasto?- spytał łagodnie Starszy wprowadzając kobietę do izby. Wskazał jej stołek i sowicie polał najlepszego miodu jaki posiadał. Syn mój cierpi straszliwie z powodu wnuczki twojej. Cóż mu uczyniła moja mała?- starzec uniósł brwi. On kocha ją jak nikogo na świecie, wszystko poświęciłby dla niej, lecz jest jej obojętny, nie przyszła nawet gdy leżał w gorączce wzywając ją, tęskniąc i wierząc że się zjawi, choć przecież obiecała. To smutne zaiste – Starszy opuścił głowę na znak współczucia – lecz cóż ja mogę na to poradzić, nie odmienię przecież jej serca. Czcigodny Starszy, wiem że serce twe pełne litości i miłosierdzia, ulituj się nad mym dzieckiem, oddaj mu ją za żonę. Starszy milczał długo wpatrując się w palenisko. Wreszcie spojrzał na kobietę pełnymi zrozumienia i współczucia oczyma. Wierz mi, że ubolewam nad zranionym sercem twego syna i chętnie wynagrodziłbym mu cierpienia, jednak prawdą starszą niż ten świat jest, że nie da się nikogo zmusić do miłości. Jesteśmy zamożnymi kmieciami, powiedz, czego od nas żądasz, jestem gotowa dać ci tyle krów i zboża ile tylko zapragniesz. Nie trzeba mi krów ani zboża. Winienem poczuć się teraz urażony, przebaczę ci jednak, gdyż wiem, że robisz to z miłości do dziecka. Dobra z ciebie i kochająca matka, a za to nie można nikogo winić ni karać. Wnuczki jednak nie oddam mężczyźnie, którego ona nie chce.
Kmiecina zapłonęła na to gniewem tak silnym, że musiała skupić całą swą wolę, by nie rzucić się na Starszego z pięściami. Wstała i energicznym krokiem skierowała się do wyjścia bez słowa pożegnania. W progu odwróciła się jeszcze i wycedziła przez zęby: Pożałujesz tego Starszy, pożałuje twoja niegodziwa wnuczka, pożałujecie wszyscy, klnę się na Swaroga, na Swarożyca, na Dadźboga, na Świętowita, na
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lorelay
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…