Wróć do katalogu

Miecio

Dbaj o siebie, gdyż stan i wręcz istnienie tego świata mogą zależeć od Twojego zdrowia!

golemus, opublikowano , 38 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

MIECIO

- Panowie! Spokój do cholery! - Otyły nadinspektor Dusza, chwilowy p.o. komendanta rejonowego przebywającego na przedłużającej się nieco rekonwalescencji pozawałowej, walnął potężną, spoconą pięścią w kruchy stolik, aż podskoczyły oba stojące na nim brudno kremowe, porysowane aparaty telefoniczne. - Jeżeli nawet są to wierutne pierdoły to i tak musimy je sprawdzić, nie ma rady. Komisarz e... Mo...rris jest człowiekiem poważnym i nie fatygowałby się do nas bez powodu. W ponurym, obskurnym pokoju na drugim piętrze Komendy Rejonowej Policji, siedziało czterech cywilnych wywiadowców w nieokreślonym wieku, o steranych, pooranych służbą, czerwonych twarzach. Rozwalili się na koślawych krzesłach, bezładnie rozstawionych wokół jedynego tutaj mebla, wspomnianego stolika z telefonami. Wszyscy, jak jeden mąż, palili jakieś straszliwe papierosy, wydmuchując co i rusz kunsztownie różnorodne, bezkształtne kłęby sinego, gryzącego dymu. Stężenie substancji kancerogennych dawno już przekroczyło wszelkie normy, i teraz, stojący naprzeciw szpakowaty komisarz Morris, przytykał sobie do nosa nieskazitelnie białą chusteczkę, wodząc wokół błędnie wytrzeszczonymi, piekącymi go oczyma Morris przyjechał tutaj z Warszawy, poprzedzony długim szyfrogramem, zawierającym skrótowy opis sprawy, oraz wszelkie niezbędne wskazówki dla miejscowych oficerów. Przydzielony mu w Warszawie tłumacz, rozchorował się nagle przed chwilą, dość, że zdążył jeszcze przekazać sedno całego problemu. Morris stał więc jak sierota, patrząc na nieznanych sobie, dziwnych ludzi, zdumiony ich żywiołową wręcz reakcją na co drugie słowo tłumacza. Sam co prawda też miał ambiwalentny stosunek do sprawy, ale żeby aż tak? Wywiadowcy mianowicie zarykiwali się ze śmiechu, mało nie pospadali z tych pokracznych, trzeszczących krzeseł. Opasły komendant zresztą też ledwie się powstrzymywał. A sprawa była dość prosta. Aspirant Figura, ad hoc tłumacz komisarza Morrisa, półroczny stypendysta londyńskiego kursu antynarkotykowego, oddelegowany tam w nagrodę za zdobycie IV miejsca w Ogólnopolskich Zawodach Policji Drogowej, uważany był odtąd za wybitnego jeżeli nie poliglotę, to przynajmniej skończonego znawcę języka Shakespeare’a. Do tego dzisiaj był poniedziałek, a jeszcze wczoraj oblewali ze szwagrem jego przedterminowe, na własne życzenie, wyjście ze szpitala po operacji nerki. W związku z tym tekst jaki usłyszeli zgromadzeni w pokoju wywiadowcy brzmiał mniej więcej tak: - Panowie, władco! Moja imię Moris, a to jest figura policjanta translacji. Jestem z wami dlatego, że coś się porozumiało w narodach i jutro będziemy wszyscy w Europie konektion, tfu! Przychodzę do was i serdecznie władcy ministra spraw wewnętrznych waszego. Wczoraj lub wczoraj spotkaliśmy sprawę do deszyfracji. Władca Langer, wielki stary uczony, przepraszam, archeolog, dwa roki znalazł pod Egiptem odkrycie. Taki stary, buk, no... książka. Tam napisał odczyt ten buk i zaskoczył się. On pisał o przyszłości wczoraj i to był wery prawda. O Jezu, moja głowa. On sprawdził i do premiera majora zjadł obiad. Major i pułkownik to kolaboranci. Byli i już nie są na szkocki wąwóz. A więc temat jest hard i Waszyngton komputer zbadał Jejl. Książka prawdziwa prawda i wszystko okej. Nazwiska wszystkie tam są i to jest prawdziwa prawda. Jak ma wery zdrowie to dobry świat. Jak jest chory to zły świat. Jak syn to świat, jak dziewczyna to koniec. Potomek, żeby świat był. Komputery Waszyngton jeszcze raz i jeszcze raz. O’kej. Wysokie tajne. Last nazwisko szukali i znaleźli w Polsce ewidencja ludności Mieczysław Bruzda w Łodzi, rok czterdzieści dwa, kawaler, nie karany. Ja samolotem wszedłem w Nowym Jorku i przyleciał wasz serdeczny minister spraw wewnętrznych na pomoc. Wysoki czas, wysoki czas robić. Dyskretnie obserwować, oszukać i sprawdzić. Na pewno wery prawda. Dziękuję. Przepraszam, muszę natychmiast wyjść. W tym miejscu siny na twarzy Figura wyskoczył zza stolika jak błyskawica i zniknął w policyjnej toalecie. Gdy się już jako tako uspokoili i poocierali łzy, zrobiło im się żal patrzącego na nich ze zdziwieniem Morrisa. Na szczęście Dusza rozdał im wcześniej, przygotowany przez Warszawę konspekt z opisem problemu. Po wysłuchaniu więc tego dodatkowego, błyskotliwego tłumaczenia, mieli dość jasny obraz sprawy. Chodziło o to, iż dwa lata temu profesor Langer, niemiecki etnograf i archeolog o światowej sławie, prowadząc swoje długoletnie badania środowiskowe w zapyziałej wsi egipskiej, natknął się na przedziwny dokument. Dokument, a raczej niezmiernie stara księga, przechowywana i uzupełniana od niepamiętnych czasów przez lokalną, fanatycznie religijną starszyznę, okazał się niezmiernie interesującym. Po uzyskaniu zgody na zrobienie kopii fotograficznej i odczytaniu tekstu stało się jasne, że jest to precyzyjny, z datami, opis historii ludzkości, oczywiście tylko rzeczy najważniejsze. Ostatnia data to rok 1999, dwudziesty drugi lipca. Ale to nie wszystko. Tekst zawiera bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne pewnej rodziny Syryjskiej sprzed tysięcy lat, jednej, jedynej gałęzi, rozrastającej się aż do naszych czasów - z imionami, nazwiskami, cechami fizycznymi, umysłowymi, datami urodzin, itd., mężczyzn, tworzących tę gałąź. Ten niesamowity wykaz zamyka wspomniany Mieczysław Bruzda lat 42, kawaler, nie karany, zameldowany na stałe w Łodzi. Księga opatrzona jest komentarzem, takim mianowicie, że każdy z tej listy jest bezpośrednio, choć zupełnie nieświadomie, odpowiedzialnym za istnienie i kondycję świata. Polega to na tym, że niejako jakość świata, jego historia, losy, mają bezpośredni, natychmiastowy związek z konstytucją psychofizyczną aktualnego odpowiedzialnego. Ów niesamowity, nieuświadamiany ciężar jest następnie przenoszony, cedowany, na męskiego potomka aktualnego odpowiedzialnego. Gdyby dany delikwent nie posiadał syna, to świat przestanie istnieć w momencie jego śmierci. Całe sztaby naukowców niemieckich, angielskich i amerykańskich badały tę bzdurę przez dwa lata, po czym ustalono, iż sprawa może być na tyle poważna, że należy to sprawdzić ostatecznie i ... radykalnie. W tym celu amerykańskie CIA, po porozumieniu się z Warszawą, oddelegowało do Polski uprawomocnionego komisarza Morrisa, wyposażając go na wszelki wypadek w książeczkę czekową z limitem 250.000 dolarów. Amerykańskich. Tak więc siedział teraz skołowany Morris w jakimś obskurnym, zadymionym pokoju i skonfundowany do cna, patrzył na skręcających się ze śmiechu tajniaków. Inicjatywę ponownie przejął Dusza. - No już, wystarczy. I tak dobrze wiecie o co chodzi, a tego Figurę odeślemy w diabły. Ty Szymek - tu zwrócił się do jednego z mniej odrażająco wyglądającego wywiadowców - obracasz się od lat wśród co lepszych panienek hotelowych i znasz trochę angielski. Będziesz podręcznym komisarza Morrisa, który zatrzymał się w Savoyu. Wszyscy jesteśmy od tej chwili na jego rozkazy, zdajecie swoje bieżące sprawy i zachowywać się. No.

*

Miecio Bruzda był średniego wzrostu, łysiejącym, świńskim blondynem, o zastanawiająco okrągłej czaszce i wiecznie melancholijnym wyrazie twarzy. Urodził się w Łodzi i nigdy nie był za granicą. Gdy miał pięć lat stracił ojca - z pochodzenia chyba Irańczyka, który po pijanemu dał się przejechać przez tramwaj nocny. Miecio, jedynak, wychowywany odtąd wyłącznie przez nadopiekuńczą matkę, księgową w małej spółdzielni usługowej, przebrnął jakoś przez okres edukacji średniej i o dziwo, zdobył następnie wieczorowo tytuł inżyniera instalacji sanitarnych. Dzięki matczynej protekcji trafił do Miejskiego Biura Projektów, gdzie początkowo próbowano powierzać mu projekty instalacji kanalizacyjnych kilku budynków biurowych, jednak szybko okazało się, że jego misterne, dziwnie skomplikowane połączenia rurowe, były zdolne do wszystkiego, tylko nie do odprowadzania ścieków. Przesunięto go więc do prac wyłącznie kreślarskich i już tak zostało. Przepracował w tej firmie 25 lat bez jednego spóźnienia, bez jednego dnia nieusprawiedliwionej nieobecności. Był pracownikiem spokojnym, uczynnym kolegą, zawsze w razie jakichś biurowych imienin czy uroczystości biegał po mieście i chętnie dostarczał rozochoconym biesiadnikom wódki oraz zakąsek. Sam nie pił broń Boże, miał widocznie na trwałe wpojoną przez matkę awersję do alkoholu. Koleżanki biurowe, a nawet gońcówny, traktowały go protekcjonalnie, choć trzeba przyznać nie obśmiewały go wprost, w oczy - na tyle delikatne by nie peszyć jąkającego się lekko Miecia. Żyło mu się dobrze, spokojnie, zwłaszcza, że nigdy jak dotąd nie ośmielił się na jakiś przelotny choćby flirt, czy przygodę męsko - damską. W każdym razie z żadną z biurowych dziewcząt. Był nieśmiały w całej swojej skromnej istocie, czuł się też odpowiedzialny za matkę. Mama gotowała mu posiłki - mieszkają razem do dzisiaj i jest im nienajgorzej. Na skutek zmian politycznych lat dziewięćdziesiątych, oraz z braku zamówień, biuro zlikwidowano i Miecio znalazł się na bruku. Przez rok pobierał żałosne bezrobotne i kombinował trochę na bazarach handlując długopisami, jednak praktycznie bez żadnych efektów. Matka, już na cienkiej emeryturze, ponownie znalazła mu posadę w prywatnej hurtowni osprzętu instalacyjnego o przedziwnie brzmiącej nazwie „PIPE-HURT”, której właścicielką jest koleżanka Miecia z nieistniejącego teraz Biura. Miecio zajmuje się tam wszystkim. Pilnuje trzech pracowników, prowadzi dokumentację finansową i magazynową, zamawia towar, sprząta maleńkie biuro, robi szefowej kawę. Nie narzeka mimo żałosnej płacy, w dalszym ciągu jest solidnym, uczynnym i skromnym człowiekiem po czterdziestce. Właśnie siedzi przy mikroskopijnym, wykoślawionym biurku i mozolnie wklepuje do komputera kwoty ZUS-owskie trzech zatrudnionych tutaj obiboków. Szefowa Hela, trzydziestopięcioletnia szatynka z pretensjami, wredna jędza o niewyparzonym pysku, przymierza kupione gdzieś okazyjnie seksowne szpilki. - No i jak, Mieciu? - Szefowa demonstruje się hałaśliwie z wdziękiem jucznego wielbłąda, w nowych, koszmarnie czerwonych bucikach. Miecio odrywa przekrwione oczka od zużytego już do cna monitora i patrzy na słupkowate odnóża Heli. - Nn..no ekstra szefowo. Wspaniale. - Naprawdę? - A j...jjakże. - To ja idę. Będę przed piętnastą. - Hela zbiera się powoli, pakując do jaskrawej, pretensjonalnej torby stare, pokrzywione buty. W tym momencie zza przepierzenia rozlega się basowy ryk pana Stasia, pracownika i głównej podpory części sklepowej. - Panie Mieciu! Klient podjechał! - No to obsłuż go baranie - wydziera się przeraźliwie Hela, pilnująca jednak jakiegoś porządku w firmie i racjonalnego według jej wyobrażeń, podziału pracy. - Ależ szefowo - oponuje nieśmiało Miecio - J...jja to załatwię. - Ani się waż! Ten nygus jest od tego, a jak nie to do łopaty. Hela wychyla się ostrożnie z boku krzywego przepierzenia i obserwuje wchodzącego człowieka. Klient, niewyraźny mężczyzna po pięćdziesiątce, rozgląda się niepewnie w ciemnej części sklepowej, wypełnionej różnym dobrem instalacyjnym, mającym symbolizować szeroki i nowoczesny asortyment zainteresowań handlowych firmy. - Czego szuka? - ryczy do niego kostropaty Stasio. - Wie pan, stłukła mi się umywalka i biegam teraz po sklepach szukając chociaż podobnej. - sumituje się nieśmiało starszy jegomość. - A ile tego potrzebuje? - Stasio jest dociekliwy. - Cóż, chyba tylko jedną. - Panie! - znowu ryczy Stasio. - Tu nie apteka. Tu jest firma! - No to do widzenia. - mówi cicho wystraszony klient i wychodzi szybko. - Kup sobie trąbkę do pierdzenia. - wrzeszczy za nim Stasio i siada ciężko na swoim dyżurnym zydlu. Hela chichoce w kułak, ale dla zasady ochrzania Stasia za brak kultury, po czym zadowolona wychodzi z hurtowni. Wsiada do swojego przechodzonego Escorta i z piskiem poździeranych opon znika między betonowymi, parterowymi barakami, mieszczącymi podobne, kilkuosobowe firmy. Miecio, najważniejsza teraz persona, zostaje na gospodarstwie sam, wydany na pastwę tego trepa Stasia i jego dwóch nie lepszych kolesiów. Kończy składki ZUS-u i rozpakowuje przyniesione z domu, przygotowane mu przez matkę kanapki z mortadelą. W trakcie jedzenia wypełnia wolno, pedantycznie, niedokończoną krzyżówkę kolorowego magazynu, który obiecuje za jej rozwiązanie góry złota, a także najlepsze samochody świata. Krzyżówki, ich rozwiązywanie i wysyłanie wypełnionych, idiotycznych kratek do redakcji przeróżnych pism, to jedna z niewielu pasji Miecia. Nie, żeby spodziewał się jakichś wielkich wygranych, ale tak po prostu, dla własnej, cichej satysfakcji. Chociaż kilka razy wygrał już - a to, żelazko, uszkodzone zresztą, a to komplet tandetnych kieliszków, różne takie. Zaraził tym też matkę, która człapie pewnie teraz wśród okolicznych kiosków Ruchu, w poszukiwaniu nieznanych jeszcze periodyków dla naiwnych. Hela oczywiście do piętnastej nie wraca, a na pół godziny przed formalną godziną zamknięcia interesu Miecio słyszy pijackie wrzaski szykującej się do wyjścia załogi. Oni cholery mają jakiegoś nieomylnego nosa co do powrotów szefowej i wykorzystują to bez skrupułów. Urżnęli się już w południe. Dobrze, że ruch w firmie jest dzisiaj żaden - oprócz porannego detalisty nikt się do hurtowni nie pofatygował. No cóż, też trzeba się powoli zbierać. Za przepierzenie zajrzał siny już na ospowatej gębie Stasio i chcąc zaskoczyć Miecia, wesoło huknął z całej siły swoich potężnych płuc: - A hoj na mostku! Miecio, ogłuszony, podskoczył na krześle jak na sprężynie. - Dd...dobrze, dd...dobrze panie Stasiu, d...do widzenia. - wykrztusił i podał mu ostrożnie rękę. Stasio, objąwszy swoich dwóch, powłóczących ledwie nogami kolesiów, wytoczył się z nimi na podwórko i wszyscy trzej poczęli oddalać się mozolnie w kierunku mniej więcej południowym, do najbliższej knajpy. Mietek Bruzda nie był orłem intelektu, jednak nie mogło mu się pomieścić w głowie, jakim cudem firma Heli jeszcze prosperuje. W końcu prowadził jej finanse i bardzo dobrze orientował się, że dochody z handlu rurami, sedesami i zaworami mogłyby wystarczyć ewentualnie na jego pensję i ZUS. A tych trzech osiłków? Po co Hela ich trzyma, bydlaków? Chyba, że jest coś z prawdy w tym, o czym czasem przebąkują między sobą - o jakichś szwaczkach, kurtkach, jakimś magazynie, ruskich?. Cóż, nie jego interes. Ogarnął nieco pomieszczonko biurowe, wyłączył oświetlenie, pozamykał wszystko i poszedł wolno na przystanek tramwajowy, lawirując dyskretnie pomiędzy grupkami zapitych, krzykliwych wyrostków, pętających się po okolicy bez ładu i składu we wszystkie możliwe, poziome i pionowe strony.

* Plan Morrisa prosty. Ponieważ wspomniany, niewiarygodny tekst niedwuznacznie sugerował ścisłą zależność pomiędzy zdrowiem fizycznym i psychicznym Mieczysława Bruzdy, a synchroniczną niejako kondycją świata i przeróżnymi, dobrymi czy złymi wydarzeniami, należało sprawdzić w materiałach zdrowotnych, w kartotece medycznej Bruzdy - o ile oczywiście taka istnieje - wszelkie możliwe korelacje i związki. Dlatego też czterech wywiadowców, uzbrojonych w prokuratorskie nakazy, udało się do właściwych Przychodni Rejonowych i okolicznych szpitali, zakopując się na kilka dni w nieogarnionym, wzburzonym morzu pseudodokumentacji osobistej i kart chorobowych ludności. Znaleziono oczywiście niewiele, chociaż... Mieczysław Bruzda, syn emigranta z Turcji i polki spod Sięradza, urodził się w marcu pięćdziesiątego trzeciego ze znaczną niedowagą i natychmiast złapał gronkowca z powodu nie wygotowanego smoczka, jako, że nie był karmiony piersią. W tym czasie umarł Stalin, podobno otruty przez swojego lekarza. W pięćdziesiątym szóstym, gdy miał trzy latka, Miecio zwichnął sobie na podwórku i okaleczył lewą dłoń. Wdało się zakażenie i groziła amputacja. Właśnie wtedy nastąpiły Wydarzenia Poznańskie, a ówczesny premier Cyrankiewicz mówił o ucinaniu wrażych rąk. Gdy Miecio miał dziewięć lat, w sześćdziesiątym drugim, przechodził ostre zapalenie opon mózgowych, z jak najgorszymi rokowaniami. Jak wiadomo był to rok kryzysu kubańskiego i światu groziła zagłada nuklearna. Dwa lata później musiał mieć usunięty ząb, nadkruszony w jakiejś bójce szkolnej. Wtedy też zginął w zamachu prezydent Kennedy. W osiemdziesiątym dziewiątym Miecia potrącił samochód, na jednoznacznie wydzielonym przejściu dla pieszych. Miecio był hospitalizowany przez pół roku. Obalono krwawego Caucescu i runął mur berliński. Nie do końca zrehabilitowany Bruzda wraca do pracy, jeszcze w Biurze Projektów, w którym już się dzieje niedobrze. Imperium Radzieckie chyli się ku upadkowi i wreszcie rozpada. Miecio zostaje bez pracy. Świat wokół zmienia się radykalnie. Korelacja jest wyraźna, chociaż jakaś taka nielogiczna. Przypadłości Miecia, niewątpliwie szkodliwe, wywołują różne skutki dla świata - raz negatywne, raz pozytywne. Chyba, że Miecio, w swojej indywidualnej przecież psychice, może nawet podświadomie, odbiera chorobę, ból, cierpienie, inaczej niż wszyscy pozostali. A może, gdy już minie pierwszy szok, pierwszy błysk bólu, przychodzi czas relaksu, spokoju, zadowolenia? Inna sprawa, że ubogie polskie kartoteki chorobowe nie rejestrują obojętnych z punktu widzenia medycyny oficjalnej, pozytywnych przypadłości pacjentów, zwłaszcza mających miejsce poza wspaniałymi obiektami państwowej służby zdrowia. Po co lekarz ma odnotowywać zadowolenie potencjalnego klienta po zjedzeniu smacznej kolacji w towarzystwie chętnej, przymilnej panienki i ewentualnie w jakiś czas potem, czy też po przeprowadzeniu udanej transakcji? Nikt przecież takich statystyk nie prowadzi, zresztą jak? Poza tym pozostaje do wyjaśnienia i zweryfikowania, podawana przez tekst, dokładna mapa, rozkład cielesny poszczególnych hm... kontynentów, krajów, i przyporządkowanych im rodzajów faktów społecznych, politycznych czy geologicznych. Tekst podaje, że na przykład za stan atmosfery ziemskiej odpowiedzialna jest u Miecia skóra na jego plecach, za trzęsienia w rejonie wysp japońskich stan prawej rzepki kolanowej, za epidemie grypy jego katar, a za rozruchy na tle rasowym, jego pogląd na te sprawy. Ogólnie biorąc, jego fizys i cielesność, jego soma, to fakty i wydarzenia geologiczne, oceaniczne, i tak dalej. Natomiast psyche, to zachowania ludzkie, wojny, konflikty, zamachy. Podział skądinąd logiczny i do pewnego stopnia naturalny. Pozostaje oczywiście kwestia bezspornego, ostatecznego sprawdzenia wiarygodności przekazu w tym zakresie. Do tego między innymi służy wspomniana książeczka czekowa Morrisa oraz przeprowadzone wcześniej ustalenia międzyrządowe, prowadzone na szczeblu służb specjalnych w duchu całkowitego zrozumienia Tak więc Morris, wyposażony w naukowo opracowany plan akcji i we wszelkie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych