Moja wyspa (fragmenty 1+2+3+4)
Nie znajdziecie tu pościgów samochodowych, wartkiej akcji, erotyki, czy zbyt wielu dialogów. Może jednak znajdziecie coś innego?...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Jesteś idiotą! – Piotr nie mógł pogodzić się z moją decyzją – Masz tyle kasy, możesz żyć jak król, a ty chcesz to wszystko wyrzucić w stertę piachu i kamieni! -Nie zapomnij o kokosach – zaśmiałem się – Nie martw się. Będę jeszcze żył jak król. A kiedy się urządzę - zaproszę was wszystkich na najwspanialsze wakacje w życiu.
To było niczym piękny sen. Byłem na wycieczce w Rzymie – i coś mnie podkusiło, by kupić los. Nie grywam na loteriach, ale widocznie było mi pisane. Wygrałem. Wygrałem niewyobrażalną kasę! Miliony euro - kumulacja. Oczywiście, poza eksplozją radości zrodziło to masę problemów. Jak odebrać pieniądze, gdzie je ulokować, jak nie ściągnąć na swą głowę bandytów chętnych łatwego zarobku… Niełatwo utrzymać język za zębami w takiej sytuacji – jednak wytrwałem, póki kasa nie była już ulokowana na kilku kontach. Kto inny rzuciłby się na szaleńcze zakupy: dom, samochód, drogie ciuchy, wystawne kolacje… Ja poświęciłem się studiowaniu… wysp. Chciałem znaleźć jedną – nie za dużą, nie za małą, z odpowiednim klimatem. W miarę samotną, nie na tyle jednak odległą od innych, by nie móc się z nimi kontaktować. Co tu się rozwodzić – kupiłem wyspę. Długo to trwało, nim wyszukałem odpowiednią „kandydatkę”, formalności trwały jeszcze dłużej. Operacja logistyczna – zakupy potrzebnego ekwipunku, wynajęcie prawnika, dokumenty… To był koszmar. Nie wiem, jakim cudem udało mi się to utrzymać tak długo w tajemnicy. Wreszcie, gdy wszystko było gotowe – powiedziałem rodzinie i najbliższym przyjaciołom. Po niedowierzaniu i wybuchu radości – próbowali mnie odwodzić od zamiaru… ale to był fakt już dokonany. Obdzieliłem ich w prezencie ładnymi sumkami (jak na polskie warunki – więcej nie mogłem dać, bo zakup wyspy pochłonął prawie siedemdziesiąt procent wygranej, a na koncie chciałem zostawić sobie coś na życie).
-Trochę nawet ci zazdroszczę tej wyprawy – uśmiechnął się brat. (Brat to była właściwie moja jedyna rodzina, rodzice od dawna nie żyli, a z kuzynami nie utrzymywaliśmy kontaktów). -Ja zazdroszczę ci żony – odpowiedziałem – będzie mi się trochę nudziło bez kobiety. Oczywiście nie chodziło mi o żonę brata, tylko ogólnie - o bycie w związku. Rozstanie z Moniką było bowiem już postanowione. Od dawna się nie dogadywaliśmy, o wygranej i wyspie nawet jej nie powiedziałem. Po co? Podejrzewam, że gdyby nawet między nami było OK – to i tak w życiu nie zrezygnowałaby z pielgrzymek po supermarketach dla kupy piachu zagubionej na oceanie… -Teraz to każda twoja – klepnął mnie po ramieniu Łukasz. To fakt… Która panna na wydaniu nie poleciałaby na młodego milionera z własną wyspą? Nawet dość przystojnego milionera, powiem nieskromnie. -Nie uwierzysz, ale nie w głowie mi to teraz – odparłem Łukaszowi (który, założę się, połowę kasy ode mnie zostawi w sklepach z alkoholem, a drugą w burdelach). To była prawda… Po fochach i awanturach Moniki byłem zmęczony, musiałem odpocząć od związku. W ogóle byłem zmęczony – beznadzieją panującą w kraju, gównianym klimatem, toksyczną polityką… Dlatego wybrałem wyspę. Nie otwarłem hotelu ani restauracji, nie kupiłem willi – tylko wyspę. Była moja i tylko moja, mogłem na niej robić co chcę. Żaden polski urzędas nie wpieprzy mi się tam ze swoimi absurdalnymi przepisami! Czekały mnie wakacje do końca życia! Oczywiście, pieniędzy nie zostało mi aż tyle, by żyć z samego procentu do końca swych dni, ale jeśli dobrze zagospodaruję się na wyspie – będę prawie samowystarczalny. I taki właśnie miałem zamiar. -Pijmy! Za przyszłość! -Za przyjaźń! -Za powodzenie!
Wyspa była w eliptycznym kształcie, w jednym miejscu z wysuniętym cyplem w kształcie półksiężyca, i miała niewiele ponad kilometr kwadratowy powierzchni. Jej centrum stanowiło skaliste wzniesienie wysokości około trzydziestu metrów, o stromych zboczach. Wypływał stamtąd strumyk słodkiej wody. Wokół rosła – no, może nie dżungla, ale zwarta masa zieleni. Plaże były łagodne, o złotym piasku. Można było odejść daleko od brzegu i mieć wodę ledwie po pas; dno opadało łagodnie. Tylko od strony cypla zamiast plaży były ostre skały i głębokie wody. Dokonałem niezbędnych szczepień potrzebnych do zmiany klimatu, zakupiłem również małą łódź z silnikiem, by w razie potrzeby móc udać się na oddaloną o dwie godziny drogi większą, ucywilizowaną wyspę. Za pierwszym razem jednak towarzyszyła mi większa łódź i dwu ludzi, którzy pomogli mi wyładować sprzęt potrzebny do zadomowienia się. Wyspiarze byli bardzo życzliwie nastawieni do mnie i oferowali mi pomoc, gdybym tylko jej potrzebował. Zapłaciłem im szczodrze i umówiliśmy się, że co tydzień ktoś do mnie przypłynie przywieźć to, czego będę akurat potrzebował – czy to cukier, herbatę, czy też inne produkty. W nagłym wypadku miałem własną łódź i mogłem sam przypłynąć do nich. Płaciłem czekami, które można było zrealizować w tamtejszym banku. Tubylcy pożegnali się ze mną wylewnie i odpłynęli. Zostałem całkiem sam. Sam, jeśli nie liczyć skrzyń i tobołów z moimi gratami, na które wydałem niemało z wygranej. Kogo innego może przeraziłaby perspektywa samotności na „bezludnej” wyspie. Ja byłem szczęśliwy. Szczęśliwy jak nigdy w życiu. Zacząłem śpiewać i tańczyć z radości niczym dziecko. Piasek pod stopami i szum fal były dla mnie najdoskonalszą pieszczotą i muzyką. I słońce! Cudowne ciepło przez cały prawie rok, jeśli odjąć okresy deszczu. Co tam deszcz! Już nigdy nie zaznam cholernej zimy! Zimno, brudny, czarny miejski śniegu i smrodzie spalin – żegnajcie! Po dłuższej chwili, gdy już nacieszyłem się rajską przyrodą i własną wolnością, zabrałem się do pracy. Co jak co, ale czekała mnie masa roboty. Miałem namiot i zapasy żywności, ale to było „na chwilę”. Musiałem zatroszczyć się o porządniejszy dach nad głową i to, co oferowała wyspa: kokosy, banany, awokado, ryby… Dzięki Bogu na wyspie nie było szczurów. Te niemiłe gryzonie rozprzestrzeniły się praktycznie wszędzie dzięki żeglarzom, tu jednak jakimś cudem ich nie było. Po raz kolejny odmówiłem więc modlitwę dziękczynną. Byłem niesamowitym szczęściarzem! A jeszcze niedawno… zwykłym frajerem. Kto by pomyślał, jak to się w życiu zmienia… Zostawiłem te rozmyślania i ruszyłem rozbić namiot – niczym koczownik, rozpoczynający nowe życie. Rozbiłem namiot „z widokiem” na lagunę, w miejscu, gdzie kończyła się plaża a zaczynał pas ziemi, porośnięty wszelkiego rodzaju zielskiem. Rozłożyłem się w odpowiedniej odległości od drzew, bo śmierć od orzecha kokosowego spadającego na głowę byłaby głupia… Zabezpieczyłem łódź i przeniesione na brzeg pakunki plandekami, po czym nasmarowałem się olejkiem. Słońce przygrzewało, nie chciałem zaczynać nowego życia od poparzeń… Jeśli chodzi o sprzęt – przyznam, że nieźle się wyposażyłem. Wprawdzie do przeżycia wystarczyłyby mi nóż, manierka i krzesiwo – jednak przybyłem tutaj nie po to, by bawić się w survival, lecz by osiąść na stałe. Oczywiście - chciałem żyć jak najbliżej natury, dlatego postanowiłem sobie, że będę korzystał o ile to możliwe z zasobów wyspy. Jednakże jako milioner i mimo wszystko – mieszczuch – nie zamierzałem ścinać drzew nożem czy siekierą, skoro istniało coś takiego jak piła mechaniczna… Aby nie zanudzić się na śmierć - miałem również w bagażach przedmiot absolutnie egzotyczny jak na „rozbitka”: laptop. Uśmiechnąłem się do tych swoich myśli, przytroczyłem do pasa nóż i siekierę, w dłoń ująłem maczetę – i ruszyłem na rekonesans po „swoim” małym tropikalnym lesie. Bardzo szybko znalazłem coś, co mnie ucieszyło: bambusowy „zagajnik”. Bambus to genialna roślina. Rośnie szybko, nadaje się praktycznie do wszystkiego: od oszczepu po tratwę. Puściłem więc maczetę w ruch i naciąłem spory stos. Kiedy zniosłem go w pobliże namiotu (wiele razy kolędowałem tam i z powrotem) – musiałem odpocząć. Wysiłek fizyczny przy tej temperaturze i wilgotności robił swoje… Wypiłem chyba z litr herbaty. To uświadomiło mi, że zamiast czekać, aż skończy mi się zapas płynów – lepiej zatroszczyć się o wodę ze źródełka. Miałem dwie zgrzewki pełnych, dwulitrowych plastikowych butelek z wodą, manierkę, dziesięciolitrowe metalowe wiadro, kociołek do gotowania i dwa kanistry: pięcio- i pięćdziesięcio-litrowy. Zostawiłem butelki z wodą i złapałem za mniejszy kanister. Podróż do źródełka i z powrotem zajęła mi prawie godzinę, więc postanowiłem, że dziś nie napełnię dużego zbiornika. Fakt, nigdzie mi się nie spieszyło – w razie deszczu miałem namiot, nie musiałem więc gnać z budową schronienia, a i żywności mi nie brakowało. Jednakże skoro naciąłem już bambusów – chciałem popracować dalej nad budową. Wody mi póki co nie braknie ani żywności, więc… Tym razem szukałem prawie dwie godziny, nim odnalazłem to, czego szukałem: hibiscus. Jeśli umiejętnie naciąć ten krzew – można ściągać z niego korę pasami, a później wykorzystać łyko jak „sznurek”. Wprawdzie można też użyć lian, te jednak są grubsze i mniej elastyczne – nadają się bardziej na liny. Dużo czasu spędziłem więc na ściąganiu pasami łyka z hibiscusów – i pożałowałem, że nie wziąłem z sobą manierki. Znów chciało mi się pić! Miałem już stos bambusów i stertę zwojów „sznurka”, pora, by użyć siekiery i przynieść grubych gałęzi na szkielet nośny. Musiałem jednak znów odsapnąć. Klimat był super, jednak nie zaaklimatyzowałem się jeszcze i szybko się męczyłem. Postanowiłem zatem zjeść „obiad” w cieniu zarośli. Mój prowiant to były głównie suchary i zupy w proszku, oraz ryż – gdyż inne produkty szybko się psują, jeśli nie ma się pod ręką lodówki. Rozpaliłem ogień (za pomocą zapałek; miałem krzesiwo, potrafiłem też zrobić łuk ogniowy – nie chciało mi się jednak tracić na to czasu. Potem, jak już się „urządzę” będzie czas na takie zabawy). Do kociołka z wodą wsypałem zupę w proszku i wrzuciłem dwie garści ryżu. Owszem, mogłem rozejrzeć się za kokosami, awokado, lub małżami – lecz na to przyjdzie jeszcze czas. Póki co - skupiałem się na budowie szałasu-domu. Po posiłku i dłuższym odpoczynku – było już po południu (mieszczuch wracający do pierwotnego życia zabrał ze sobą… zegarek) zabrałem się za dalszą pracę. Wyszukałem odpowiednie gałęzie i ściąłem je siekierą. Otarłem pot z czoła. -Może Piotr miał rację – i naprawdę jestem idiotą? – pomyślałem. Przecież mogłem teraz leżeć tysiące kilometrów stąd do góry brzuchem w jakiejś willi, a ja rąbałem drzewo jak jakiś biedak… Nie byłem jednak biedakiem – i nie żałowałem swojej decyzji. Każda chwila spędzona na wyspie napełniała mnie szczęściem. Każda wykonana czynność radowała mnie, bo wiedziałem, że robię to dla siebie, aby służyło mi w przyszłości. Tej radości nie zrozumie nigdy ten, kto inwestuje w pracę innych i przychodzi na gotowe. Nie ma nic piękniejszego, niż własnymi rękami przerobić bezładny stos materiałów na narzędzie, mebel lub dom. Gałęzie które wybrałem były grubsze niż moja noga i rozwidlone na końcach niczym litera Y. Zaostrzyłem je od dołu i wkopałem-wbiłem w ziemię. Bardzo przydała mi się tu saperka i siekiera, gdyż miękka z pozoru ziemia już kilka centymentów wgłąb kryła kamienie i plątaninę korzeni. Kiedy wreszcie „Y-filary” solidnie stały (rozmieściłem je prostokątnie – około cztery na trzy metry) położyłem na nich dwie proste gałęzie mające stanowić podstawę dachu. Dwa pierwsze „filary” wznosiły się na wysokość mojej piersi, dwa tylnie tylko na wysokość kolan. Łączenia związałem łykiem z hibiscusa. Szkielet był gotowy. Teraz poszło już szybko. Na przygotowaną ramę ułożyłem bambus, mocując go dodatkowo naturalnym „sznurkiem”. Nim nastał wieczór oprócz namiotu miałem już drugi dach nad głową. Dający wprawdzie osłonę przed słońcem i wiatrem, nie przed deszczem, w dodatku bez ścian i z piaskiem zamiast podłogi – ale jutro też jest dzień. Z efektów swojej dzisiejszej pracy byłem bardzo zadowolony. Przeniosłem swoje graty pod zadaszenie z bambusów, nakryłem je plandeką na wypadek, gdyby w nocy się rozpadało – i poszedłem się wykąpać w morzu. Boże! To był raj. Woda doskonale rozluźniała mięśnie i ścięgna spięte po pracy. Wyszedłem jednak z wody przed zmrokiem – nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil SzaryCzłowiek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…