Muza
Niekiedy życie przyszpila artystę tak mocno, że nie pozostaje mu nic innego jak sprzedawanie hamburgerów. Oto historia takiego człowieka. Oto kilka dni, które zmieniły jego świat.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zawsze chciałem zarabiać na życie, malując. W dzieciństwie całe noce spędzałem przy biurku, wydrapując ołówkiem sylwetki wojowników, Kaczorów Donaldów, bądź Teletubisiów. Wybór zależał od tego, co leciało akurat w telewizji i czym zaprzątał sobie uwagę mój wewnątrzczaszkowy orzech, mózg, znaczy się. Potem przerzuciłem się na farby i wybiegłem na pola, długimi maźnięciami pędzla tworząc lasy, niezmierzone połacie łąk i dzikie strumienie. W miarę bezboleśnie przeszedłem przez etap owoców, leżących w koszyku. Najlepiej wychodziły mi gruszki. Babcia Weronika powiedziała kiedyś, że to najbardziej smakowite i soczyste owoce, jakie widziała. Oczywiście, po maturze poszedłem na Akademię Sztuk Pięknych. O dziwo, przyjęli mnie. Pięć lat minęło jak z bicza strzelił, ten czas wspominam z lekką konsternacją, jawi mi się niczym niewyraźna smuga. Jacyś ludzie, pełno mądrych głów mówiących o mądrych rzeczach, a z tego wszystkiego – najmniej sztuki. Sztuki, której poszukiwałem. Skończyłem jednak studia, i to z wynikiem wyróżniającym, po czym, przez osiem miesięcy nie mogąc znaleźć pracy, zacząłem błyskotliwą karierę w osiedlowej filii jednej z największych korporacji świata, będąc częścią dynamicznego zespołu, złożonego z pełnych pasji i uśmiechu młodych ludzi. Podawałem hamburgery w McDonaldzie. Szło mi całkiem dobrze. Pracowicie smażyłem pokrojone kartofle, owijałem ex-krowę w liście czyściutkiej genetycznie sałaty i z firmowym, radosnym wyrazem twarzy, uszczęśliwiałem dziesiątki dzieciaków, wręczając im lody w czekoladowej polewie. Wpadłem w marazm. Kolejne dni zlewały się ze sobą, znajomi ze studiów powyjeżdżali za granicę, skuszeni zapachem funtów i euro. Robili mniej więcej to samo, co ja, zarabiając cztery razy więcej. Brałem nadgodziny, usiłując powiązać koniec z końcem, spłacić kredyt studencki, co miesiąc wręczając zwitek banknotów grubej babie, która wynajmowała mi kawalerkę. Zamieniłem pędzel na rozgrzaną tacę z kotletami. Sztukę na Ronalda McDonalda. Na domiar złego, kiedy okazało się, że mój przyjaciel z dzieciństwa, Fryderyk zwany Słoniem (z racji posiadania olbrzymiego nosa, poza tym fantastyczny gość), żeni się pod koniec przyszłego miesiąca, a paskudna plama po kawie za żadne detergenty i pralnie chemiczne świata nie chce zejść z garnituru, zorientowałem się, że jestem bardzo, ale to bardzo do tyłu z finansami. Nie tknąłem farb od dziewięciu miesięcy. Ciąża antytwórcza. Poczułem, że ten rozdział zamknął się już dawno temu; każdy ma prawo mieć swoje młodzieńcze szaleństwa, jednak w obliczu tak zwanej prozy życia niektóre marzenia trzeba zakopać sześć stóp pod ziemią. Z bólem serca postanowiłem sprzedać swoją sztalugę. Solidna, trójnożna, wykonana z doskonałej jakości drewna, na pewno znajdzie nabywcę. A ja będę mógł kupić sobie nowy garnitur i pojadę na ślub Słonia. Pewnego deszczowego dnia zapakowałem ją w pakowy papier i wyruszyłem do centrum miasta. W tramwaju musiałem skasować dodatkowy bilet. Inni pasażerowie ze zdziwieniem taksowali mnie wzrokiem. Ignorowałem te ciekawskie spojrzenia, wpatrując się w niebo. To fascynujące, ile odcieni szarości może spłodzić sama natura. Szarość jesiennego nieba jest odrobinę bardziej wyrazista od szarości dziesięciopiętrowych bloków, siekanych deszczem, szarość tychże jednak nie może się równać z szarością postrzępionych kałuż, które mijał mój tramwaj, niegdyś niebieski, teraz zabłocony i... Szary. Ze znudzeniem prześlizgnąłem wzrokiem po obliczach pasażerów. Wtedy ją zauważyłem. Stała na drugim końcu wagonu, oparta o kasownik. Kremowy sweter. Długie, miedziane włosy. I oczy, szeroko otwarte, jakby wiecznie zadziwione, wędrujące od sztalugi do mej twarzy, i z powrotem, bez końca. Przygryzła wargę. Ujrzawszy moją minę, uśmiechnęła się, a jej prześliczne policzki zaczerwieniły się lekko. Nie wiedziałem, co zrobić z dłońmi. Prawa ręka wpierw bezwiednie szukała kieszeni, zagłębiła się w niej na trzy sekundy, uciekła, wyciągnęła się w stronę barierki, jednak w tym samym momencie tramwaj wjechał w ostry zakręt i wagonem zachwiało; poleciałem na tłustego mężczyznę, okutego w garnitur i krawat. Burknął coś pod nosem, pchnął mnie z powrotem do pionu. Usiłowałem zachować dobrą minę, co było o tyle trudne, że cały czas obijałem się o pasażerów, daremnie próbując złapać barierkę. Nieznajoma posłała mi współczujący uśmiech. Tramwaj zatrzymał się. Od upatrzonego lombardu dzieliły mnie jeszcze trzy przystanki, jednak wystarczyło, by dziewczyna zachęcająco skinęła głową, a już przeciskałem się w kierunku drzwi, miażdżąc stopy ciosami sztalugi i wbijając tłustemu garniturowi łokieć pod żebro. Stanęliśmy naprzeciwko siebie, między dwoma pasami ruchu. Zaczął padać deszcz. Srebrzyste krople osiadły na miedzianych włosach. - Malujesz? – Wskazała mój pakunek. - Czasami. - Dobrze? - Powiedzmy, że nie narzekam. Ale do perfekcji mi jeszcze daleko – uśmiechnąłem się skromnie (przynajmniej tak to miało wyglądać), jednak ona nie odwzajemniła uśmiechu. Wyglądała na zaprzątniętą jakimś dylematem. Odgarnęła z czoła przemoczony kosmyk. - Zrobisz coś dla mnie? Od razu mówię, to nietypowa prośba. - Hm. Na ile nietypowa? - To zależy. Chcę, żebyś mnie namalował. Aha. Tego dnia miałem rozwiązać swoje problemy finansowe, kupić garnitur, wrócić wieczorem do domu, aby, kiedy już uwalę się w fotelu z kubkiem gorącej herbaty, zadzwonić do Słonia i ostatecznie potwierdzić swój przyjazd. Wszystko wreszcie miało zacząć zdążać ku lepszemu. Teraz jednak nieznajoma z tramwaju próbowała zburzyć cały mój misternie planowany porządek, występowała w opozycji do zdrowego rozsądku, mojego słynnego zdrowego rozsądku i spektrum mądrości, życiowego wyczucia. Dyżurny cynik w moim wewnątrzczaszkowym orzechu szukał już najodpowiedniejszego tekstu odmowy: „hm. Bo widzisz, właśnie miałem sprzedać to cacko, żeby zacząć wiązać koniec z końcem”, „chyba jesteś śmieszna, dziecinko”, ewentualnie: „trzeba się było zgłosić jakiś miesiąc temu”. Jednak, jako że byłem tylko i aż dwudziestosiedmioletnim facetem, po chwili powiedziałem: - Nie ma problemu. Gdzie i kiedy?
*
Dałem jej swój adres. Miała przyjść następnego dnia wieczorem. Oczywiście, sztalugi nie sprzedałem. Wróciwszy do swojej kawalerki, rozpakowałem ją i ustawiłem z powrotem na miejscu. W zasadzie to moje przewidywania spełniły się co do jednej rzeczy: zaraz po kolacji, wylądowałem w fotelu z kubkiem herbaty. W nieznajomej było coś, co intrygowało, coś, co nie dawało mi spokoju. Była młoda, wyraźnie młodsza ode mnie, jednak nie wyglądała na studentkę. Kiedy schowała karteczkę z adresem do kieszeni płaszcza, spojrzała się na mnie z wdzięcznością, po czym pobiegła w kierunku Okrąglaka. W jej ruchach było coś kociego... Tępo wpatrywałem się w sztalugę. Do Słonia zadzwonię po sprawie, a tymczasem w weekend wezmę nadgodziny i nieco przedłużę swój romans z hamburgerami. Kraina czosnkowego sosu. Dwa lody z polewą, tylko cztery złote, weź przyjaciela, zaproś koleżankę, możecie też kupić bułę z serem i wbić w nią zęby, poczuć, jak keczup tryska z przestrzeni między kotletem a sałatą... Boże, dość tego! Bredzę. Dopiłem herbatę i położyłem się do łóżka. Sen nie przychodził, w nieskończoność wspominałem gesty i słowa dziewczyny. Nie znałem nawet jej imienia.
*
- Ładnie mieszkasz. Skromnie, ale wygodnie. Studiujesz malarstwo? – Wskazała stertę książek. „Anatomię człowieka w malarstwie”, pięćsetstronicowe tomiszcze, pokrywała gruba warstwa kurzu. Dziewczyna już od kilku minut uważnie rozglądała się po pokoju. - Studiowałem. - Aha. Miała na sobie beżowe spodnie i czarną bluzkę na ramiączkach. Pachniała jesienią. Aby przerwać krepujące milczenie, zaproponowałem herbatę. Skinęła głową, błądząc wzrokiem po półkach. - Chcesz malinową, cytrynową czy plebejską? - Plebejską? - Earl Grey za złoty pięćdziesiąt. Tani, ale dobry. Skusisz się? - Malinową. Zalałem torebkę wrzątkiem. - Właściwie, to... Jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy. A lubię wiedzieć, kogo maluję. - Pomaga ci to? – Zapytała, stojąc przy oknie. - Czy ja wiem... Chyba czuję się wtedy pewniej. Model przestaje być tylko modelem, staje się człowiekiem z krwi i kości, zyskuje tożsamość. - Alicja. Mam na imię Alicja. A ty? - Robert. Usiadła w fotelu. Blask zachodzącego słońca wplątywał się w jej włosy. Miały wspaniały, soczysty kolor. Podałem herbatę. Dziewczyna ujęła filiżankę całą dłonią, jakby ta nie była po brzeg wypełniona gorącym naparem, tylko – dajmy na to – chłodnym sokiem. - Bardzo dobra – pochwaliła. - Moja ulubiona. - Mieszkasz sam? - Tak. Milczenie. Nagle wszystkie słowa, gotowe frazy, którymi zwykłem raczyć gości, którzy przestąpili przez próg mojej kawalerki, uleciały i rozpłynęły się w powietrzu. Czułem się jak dwunastoletni szczeniak, po raz pierwszy przyjmujący w domu koleżankę. Tak, mamo, będziemy się uczyć. Tak, mamo, to Joasia, z mojej klasy. Pomogę jej z matematyką. Kupisz nam ciasteczka? Przy czym czynnikiem, który powodował największe onieśmielenie, nie była wcale uroda dziewczyny. Owszem, przyjemny dreszcz spłynął mi wzdłuż pleców, gdy minęła mnie w drzwiach i poczułem jej zapach; cieszyłem oczy widokiem zgrabnych ramion, gładkiej szyi, długich, miedzianych włosów, które teraz spoczywały na oparciu mojego ulubionego fotela. Ponadto, zawsze miałem słabość do kobiecych oczu, a zwłaszcza takich – szeroko otwartych, wiecznie zdziwionych, łaknących świata. Co tu dużo mówić, Alicja była w moim typie. Jednak to nie jej uroda sprawiała, że gubiłem słowa. Dziewczynę otaczała aura tajemniczości, ciężka do uchwycenia zapowiedź rozkoszy, jaką może dać jedynie odkrywanie nieznanego. Sposób, w jaki podała mi rękę, wymówiwszy swoje imię. Wymiana spojrzeń w tramwaju. To, że siedząc, prawie niezauważalnym gestem głaskała poręcz fotela, jakby chciała nacieszyć się dotykiem chłodnej skóry. - Namaluj mnie. Teraz. - Tak... Na fotelu? Z herbatą? - Tak. Ustawiłem sztalugę, przygotowałem farby i płótno. To nie był trudny obraz. Znałem tę przestrzeń, znałem ten fotel. Alicja siedziała, podwinąwszy nogi. Ołówkiem nakreśliłem ogólny kontur. - Dobrze siedzę? - Popraw włosy – odparłem półgłosem, albowiem zaczynałem wkraczać do zapomnianej krainy, świata, w którym istnieję tylko ja i biała płaszczyzna, na której, podług mej woli, mogły zakwitnąć kolorowe pola lub ciemne katakumby; słońce na letnim niebie lub księżyc; ogień lub woda. To był mój świat, mój żywioł. Nie zwracałem już uwagi na dziewczynę, liczyło się tylko kolejne pociągnięcie pędzla. Energicznie mieszałem barwy, starając się odnaleźć właściwy odcień. Skończyłem kilka minut przed północą. Alicja, mimo że cały czas tkwiła w niemalże absolutnym bezruchu, nie wyglądała na zmęczoną. Kiedy położyłem ostatnią kreskę – nieśmiały cień na bluzce – natychmiast zerwała się z miejsca. Długo stała przed płótnem, zatapiając w nim głodne spojrzenie. Ja tymczasem zaparzyłem mocną kawę. - I jak? Podoba ci się? – Zapytałem, podając jej kubek. Podziękowała skinieniem głowy. - A więc tak jest naprawdę, taką mnie widzisz? - Malunek nigdy nie odda rzeczywistości. Od tego są fotografie. Obraz zawsze będzie zawierał część osobowości tego, kto trzymał pędzel. - Tak? – Zapytała, jednak dałbym głowę, że nie słyszała nawet połowy moich słów. Wyglądała jak zahipnotyzowana. Wyciągnęła rękę w stronę płótna... - Jeszcze nie. Farba jeszcze nie wyschła – powiedziałem. Smukła dłoń zawisła w powietrzu. Alicja wodziła wzrokiem po załamaniach kolorów. Patrzyła na obraz, jakby widziała siebie po raz pierwszy. Jak ślepiec, któremu nagle przywrócono zdolność widzenia, który stanął do konfrontacji z oceanem barw i świateł. Pozostawiłem ją samą. Wyszedłem na balkon, odetchnąć rześkim, nocnym powietrzem. Kilka razy rzuciłem okiem na dziewczynę. Oto kolejny element układanki. Fascynacja swoim wizerunkiem: Tu jest jeden kontur, tu drugi, linia warg, zarys ramion, obraz ciała pomnożony przez moje oczy. Zanim do mnie dołączyła, zdążyłem wypić kawę. - Świetnie malujesz – stwierdziła. - To czyste rzemiosło, mechaniczne pociągnięcia pędzla. Tego nas w końcu uczyli. Wierności. - Sądzisz, że prawdziwa sztuka właśnie na tym się opiera, na wierności, powielaniu rzeczywistości? - Do pewnego stopnia, tak – odparłem po chwili zastanowienia. - Czym się zajmujesz, Robercie? - Sztuką. - Sprzedajesz swoje obrazy? - Nie. Sprzedaję coś znacznie bardziej... Przyziemnego. - Co? - Ziemniaki. A konkretniej, ich smażoną odmianę. Frytki, znaczy się. - Nie żartuj – twarz rozpromienił jej uśmiech. - Jestem śmiertelnie poważny. Sztuka mojej codziennej pracy polega na wyginaniu twarzy w firmowym uśmiechu, precyzyjnym wrzucaniu siekanych kartofli do wrzącego oleju i układaniu na metalowej tacy okrągłych krowich placków. - Nigdy bym nie zgadła. Zasługujesz na coś lepszego. - Wielu ludzi zasługuje – odparłem, wzruszywszy ramionami. – Nie jest ci zimno? Miała na sobie tylko bluzkę, choć temperatura nie przekraczała dziesięciu stopni. Ja sam zdążyłem już solidnie zmarznąć. - Nie. Ale muszę już iść. Jeszcze tylko jedna sprawa... - Jaka? - Twoje honorarium. - Nawet o tym nie myśl! To była dla mnie czysta przyjemność. - Dla mnie również – rzekła, szukając w torebce portfela. Wyciągnęła kilka banknotów. – Sześćset złotych starczy? Szok. - Chyba żartujesz. - Mało? Dam dziewięćset. - Tyle nie zarabiam przez miesiąc. Nie musisz nic... Boże! Sześćset złotych za jeden obraz? - Nie za jeden – zaprzeczyła. – Za trzy. Wpadnę jutro o tej samej porze. Mogę?
*
Przyszła punktualnie. - Jak dziś szła sprzedaż hamburgerów? – Zapytała, wieszając czarny płaszcz. - Nienajgorzej. Ale dziś to frytki były górą. Frytki i nowy zestaw dla dzieciaków, tym razem z plastikowym ludzikiem. Bob Budowniczy robi furorę. Herbaty? - O, tak. - Chcesz malinową, tę, co wczoraj? Skinęła głową. Krzątając się po kuchni, rzucałem jej ukradkowe spojrzenia. Krążyła po pokoju, badając każdy zakątek, podnosząc każdą książkę. W końcu zatrzymała się przed płótnem. - Dziś rano doszedłem do wniosku, że to jeden z najgorszych obrazów, jakie namalowałem. Czysta fuszerka. - Mi się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creep
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…