* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.10
Lekki skandal obyczajowy ciąg dalszy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
*MYŚLI NIEUCZESANE* Rozdział 10
[strony od 96 do 110]
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Szesnasta. Nie możliwe, żeby rodzice wrócili tak wcześnie. Karolina też ma zajęcia do późna. Wstałam powoli i zamknęłam zeszyt. Rzuciłam Filipowi przepraszające spojrzenie i poszłam w stronę korytarza. Kto to mógł być? Nie wiem dlaczego pierwszy do głowy wpadł mi Rafał. Robiłam coś złego? Chyba nie... chociaż. Dziwne wyrzuty sumienia targały moją duszę, a w przełyku znów pojawiło się nieprzyjemne uczucie presji. Gdyby to był on... Zobaczyłby buty i kurtkę Filipa. Doskonale wiedział, że w moim domu nie mieszka żaden facet z wyjątkiem mojego taty. Oparłam się delikatnie o drzwi i nacisnęłam klamkę, wcześniej otulając się szczelnie szlafrokiem. Nie potrafię powiedzieć, czy odetchnęłam z ulgą, czy się zawiodłam widząc, że za drzwiami stoi Aśka z plecakiem przerzuconym przez lewe ramię. Powitała mnie uśmiechem. -Przygotuj się na wstrząs – Wilewska zaszalała! -Wiem- mruknęłam niechętnie i otworzyłam szerzej drzwi. Weszła i od razu odwinęła szalik. Spojrzała podejrzliwie na wieszak. -Masz gościa?- zapytała szeptem wskazując na buty i kurtkę Filipa. -Tak. Filip przyszedł dać mi odpisać lekcje. Chwyciła się demonstracyjnie za głowę. -Dziewczyno, aleś go zbajerowała. Powiedz mi... a co z Rafałem? Nie możesz grać na dwa fronty. -Asia, ja już nie gram na dwa fronty. -To co tu robi Filip!?- rzuciła z pretensją. -Nie jestem już z Rafałem. Jestem z Filipem. Prychnęła głośno i odwiesiła kurtkę na wieszak. Potem błyskawicznie zdjęła buty i pociągnęła mnie do mojego pokoju. Chłopak lekko się zdziwił widząc rozsierdzoną Aśkę wpadającą do pomieszczenia. -Cześć!- syknęła. -Czy odczuwam negatywne emocje?- zapytał. Kazałam jej usiąść na fotelu obrotowym, podczas gdy ja usiadłam obok Filipa. Wzięłam go pod rękę by nacechować jeszcze bardziej to, że Rafał się na mnie nie liczy. Moja przyjaciółka miała w oczach świeczki, a na twarzy maskę złości, zmieszania i zawodu. Jej oczy mówiły tylko jedno zdanie: „kobieto, co ty robisz?”. -Fajnie, że przyniosłeś jej zeszyty, ale i tak się ciebie nie doczyta. Zostawię jej swoje. -Doczyta się. Specjalnie starałem się pisać wyraźnie. Przez chwilę myślałam, że sięgnie po zeszyt leżący na stole, popatrzy na jego pismo, a potem tonem grafologa będzie udowadniać, że tego się nie da przeczytać. Jednak nie. Splotła dłonie na piersi zachowując się jak kapryśna dziewczynka chcąca dostać cukierka, czy jakąś drogą zabawkę. Chciała tylko jednego. By w końcu sobie poszedł. Nie chciałam ostrej reprymendy, jaką by mi udzieliła. Lawirowałaby między tym jaka to ja jestem chamska, niepoważna, jak infantylnie się zachowuję, jak mogę wybierać takiego idiotę jak Filip, rezygnując z Rafała. Musiałabym opowiadać dokładnie o zdarzeniach poranka sylwestrowego. Za nic tego nie chciałam. Szczególnie z ust, które zawsze umiały mi przemówić do rozsądku, pocieszyć i przywołać do porządku. Nie chciałam, żeby udowadniała mi jaka jestem głupia i jak źle postąpiłam. -Spoko, Aśka. Doczytam się. Polski już przepisałam- skłamałam na poczekaniu. -Tak? To dobrze, że akurat polski- rzuciła ironicznie. -Co masz na myśli?- zapytałam marszcząc brwi. -Chodź, to się dowiesz- powiedziała zdecydowanie i wyciągnęła mnie z pokoju szarpiąc za rękaw szlafroka. Wepchnęła mnie do pokoju Karoliny i kazała usiąść na fotelu. Oklapłam na drewniany fotel bujany, w osłupieniu obserwując jej agonię. -Poczekaj tutaj- nakazała mi i pognała z powrotem do mojego pokoju. Wróciła z plecakiem i położyła go obok kanapy. Wyjęła z niego czarny brulion z trzema kolorowymi pacyfkami. -To jest zeszyt do polskiego- wyjaśniła i podała mi go. Patrzyłam na przemian na nią i na okładkę. –Mój zeszyt do polskiego. Rzuciłam jej nierozumne spojrzenie. -Dobrze! Tłumaczę- podjęła i usiadła po turecku na dywanie nie chcąc pewnie burzyć idealnie zasłanego łóżka mojej siostry. –Dziś mieliśmy dwa języki polskie. Rafał chodził jak śnięty, zresztą jak ostatnio. Twoja postawa wiele wyjaśnia. Nie żartuje, nie śmieje się... wiecznie taki jakiś nieswój! -No i co z tego?- przerwałam jej. Nie zwróciła na mnie uwagi, tylko żywo kontynuowała. -Dziś wziął mój zeszyt pod koniec lekcji i wsunął to- rozchyliła okładkę brulionu, który trzymałam na kolanach. Na podłogę wypadła biała koperta, szczelnie zaklejona taśmą klejącą. Podniosłam ją. Na idealnie białym papierze, czarnym tuszem, jakiego zawsze używał Rafał było napisane moje imię. Spojrzałam na Aśkę spod moich opuchniętych powiek. Przekrzywiła głowę na bok i czekała, aż pozwolę jej mówić dalej. -Powiedział, że jako jedyna wtajemniczona, bliska twoja przyjaciółka, powinnam ci to dać. Więc się zapytałam dlaczego sam do ciebie nie zadzwoni, albo nie pójdzie. Zastanowił się chwilę, a potem powiedział zdecydowanie, że ty już z nim na pewno nie będziesz chciała rozmawiać i żebym ci to dała. Nie wiem co jest w środku, wiesz, że cudzych listów nie czytam... -Dzięki, ale możesz ten list wziąć ze sobą. I tak go nie przeczytam. -Musisz go przeczytać. Nie wiem, co on zrobił, ale musisz. -Nie masz mnie co przekonywać- wzięłam do ręki kopertę i uniosłam do góry. Nie chciała jej wziąć z powrotem. Ujęłam ją więc w obydwie ręce i przetargałam na pół. Szybko odebrała mi dwa kawałki koperty. -Zwariowałaś!? -Nie. Pokręciła głową i zarzuciła plecak. -Wiesz co? Nie sądziłam, że kiedyś ci to powiem, ale głupia jesteś. Chciałabyś mieć faceta, ale nie umiesz się na żadnego zdecydować. Ja bym się cieszyła, że mam kogoś takiego jak Rafał. Za rok zdajesz maturę, a on na dodatek nie jest żonaty! Macie szansę! A ty tak się zachowujesz..? I od razu po kłótni w ramiona Filipa? Idź w ogóle... Ruszyła w stronę drzwi. -Wyjdę sama. Wstałam szybko z fotela i pobiegłam za nią. -Nie rozumiesz. Nie znasz powodu z którego nie jesteśmy razem... -Nie znam. Powiem ci coś jeszcze... zachowujesz się jak zwykła gówniara, która chce za wiele srok za ogon chwycić. Jakbyś miała lat trzynaście, a nie siedemnaście... Zamiast dojrzałego, kochającego faceta, wybierasz jakiegoś idiotę, co nie potrafi nawet się od picia powstrzymać... na dodatek jest jeszcze chamski i tylko mordę obijać chce... nie rozumiem cię dziewczyno. Traktuj go dalej jak azyl... ciekawa jestem jak daleko zajedziecie... Błyskawicznie ubierała kurtkę i buty strzelając gniewnymi spojrzeniami. -Cześć- rzuciła i wyszła. Nie zauważyłam, że na szafce, obok lustra zostawiła kopertę przetarganą na dwie części. Drzwi trzasnęły, a ja oparłam się o ścianę. Powoli zsunęłam się na podłogę. Nie wiedziała nic o Rafale. Myślała, że jest krystalicznie czysty. Jednak powiedziała dużo prawdy. Prawda bolała. Ukryłam twarz w dłoniach i poczułam, że oczy mi wilgotnieją. Znów łzy niemocy. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Uniosłam głowę i zobaczyłam smutną twarz Filipa. -Chyba już powinienem pójść. Zeszyty masz na stole. Przynieś mi jutro... i tak nie było żadnego zadania. Podał mi rękę i stanęłam na nogi. Ubrał się i przytulił mnie na pożegnanie. Nie widziałam jak Aśka kładła list pod lustrem, więc nie zauważyłam też jak Filip wsuwał go do kieszeni swojej kurtki. Z dziwnym uśmieszkiem na ustach rzucił mi pożegnalne spojrzenie, a potem zamknęłam za nim drzwi. Odetchnęłam. Natłok wydarzeń walił mi się na głowę. Nie tak to wszystko miało wyglądać... Czułam się jak w matni – nic nowego. Nie widziałam już kogo mam słuchać. Wróciłam do pokoju i na komórce odczytałam kolejne nieodebrane połączenia. Rzecz jasna od Rafała. Już dawno wyłączyłam dzwonki, bo ciągłe brzdąkanie aparatu było denerwujące. Nie wyłączałam komórki, bo zawsze mógł do mnie zadzwonić ktoś inny. Oddzwoniłabym, do Rafała nie miałam zamiaru. Kończyłam czytać „Trójkolorową Kokardę” i czekałam aż złe myśli zupełnie odpłyną. Nie można przecież cały czas się zadręczać tymi samymi tematami. Wyborami. Zdarzeniami. Usłyszałam pukanie do drzwi i oderwałam wzrok od książki. -Tato? Co ty tutaj robisz?- zapytałam, bo nie powinien tak wcześnie być w domu. Wszedł do środka. W ręku trzymał kubek z dymiącym napojem. Postawił go na biurku, a potem usiadł na krześle obrotowym. -Pojedziemy do lekarza. Grypy lepiej nie lekceważyć. Przyniosłem ci sok z malin, podobno jest dobry na takie grypo podobne dolegliwości- powiedział i uśmiechnął się krzepiąco. Cóż miałam zrobić – odwzajemniłam go i odłożyłam książkę na półkę obok łóżka. -A jak odpiszesz lekcje? Może pojechać do Asi po zeszyty, albo coś...? -Nie, dzięki. Już mam. Aśka z Filipem mi przynieśli- wyjaśniłam i wzięłam kubek. Najpierw poczułam miłe ciepło w dłoniach, a potem w gardle. Aksamitny smak malin pieścił moje podniebienie. Mimo, że sztuczna produkcja z butelki – nadal smakował wyśmienicie. Prawie tak jak przetwory mojej babci. -To oni tak teraz razem? -Nieee- zaśmiałam się. Często lubił wiedzieć co jest grane w moim środowisku. Łukasz – chłopak Asi – miał akurat praktyki w zakładzie jego przyjaciela. Często go widywał, a jeszcze częściej chwalił jaki on pracowity. –Tak tylko przyszli. -Aha... jak będziesz gotowa, to przyjdź do mojego pokoju. Muszę jeszcze jeden projekt przejrzeć. Jak wypijesz i się ubierzesz, to cię zawiozę, ok.? Przytaknęłam i odprowadziłam go spojrzeniem. Kontynuując lekturę, dopiłam sok. Potem ubrałam się i pojechałam do lekarza. Przypuszczenia się potwierdziły – grypa. Czekało mnie przynajmniej tygodniowe wylegiwanie się w łóżku. Tygodniowe odcięcie od spraw codziennych! Coraz bardziej zaczęło mi się to uśmiechać. Nie powinnam uciekać... Podobno pierwsze trzy dni są najgorsze. Na przemian się śpi, pije soki i skarży na ból głowy. U mnie to przebiegło inaczej. Sok wypiłam jeden, bo potem nie chciało mi się robić i nie spałam, bo skarżyłam się na ból głowy. Ale przynajmniej przegryzając tabletki przeciwbólowe nie myślałam. Wieczorami wszystkie objawy się wzmacniały i na dodatek nie chciało się żyć. Następnego „dnia” obudziłam się w środku nocy. Nadmiar snu nie pozwolił mi trzymać zamkniętych powiek. Zapaliłam lampkę nocną i chwilę przyzwyczajając swój wzrok do światła leżałam z twarzą przy poduszce. Po chwili, gdy już przywykłam do jasności, zaczęłam po omacku szukać jakiejś książki na szafce nocnej. Wzięłam jakąś z tyłu szafeczki, bo pragnęłam czegoś innego niż historii lawirującej między historią i wątpliwie interesującą fabułą. Serce zaczęło mi być mocniej, kiedy zorientowałam się, że trzymam w rękach czarny brulion. Przejechałam palcami po okładce. Otworzyłam na pierwszej ze stron. „Twe oczy piękne jak świece, A w sercu źródło płomienia. Więc ja chciałbym twoje serce, Ocalić od zapomnienia...” Gałczyński. Jego pismo nie było jeszcze wyrobione, tak jak teraz. Było wiele zawahań, tak jakby zastanawiał się, czy przepisywać te wiersze. Odstawiłam brulion bojąc się, że mogłabym znaleźć coś odpowiedniego na tą chwilę. Nie chciałam płakać, ani nawet smucić się. Kiedy wrócę do szkoły, oddam mu ten zeszyt. Nie mogę go bezkarnie przetrzymywać. Myślałam, że zeszyt się zamknie. Ale nie... otworzył się na dwóch stronach, które Rafał najwyraźniej często otwierał. Zobaczyłam tam wiersz Stachury. Czarnym długopisem, pogrubioną czcionką był napisany tytuł: „Życie to nie teatr”. „(...) Życie to nie teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;/ Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;/ Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra/ Przy otwartych i zamkniętych drzwiach... to jest gra!” Dalej był wiersz „Co warto” tego samego autora. Pamiętam jak mówiliśmy o Stachurze na lekcjach. -Pomyślcie. Ten człowiek popełnił samobójstwo. Umotywował je w „Liście do pozostałych”, którego do końca nie można zrozumieć. Kilku słów nie można odczytać. Ten sam, co dokładnie określił dlaczego warto żyć, rezygnuje z życia, bo ono mu nie odpowiadało... Uwielbiał o nim opowiadać. Kiedyś mi powiedział, że był to poeta jego młodości. Rozczytywał się w jego wierszach, „Siekierezadzie” i piosenkach. Czytał, interpretował i próbował swoich sił. Stachura był zaczynem jego miłości do języka polskiego. Przymknęłam powieki i zobaczyłam przed sobą oczy Rafała. Wszystkie moje myśli lądowały przy nim. Mimo wszystko. Wyrzuciłam gdzieś brulion, który całkowicie opływał jego osobą. Mogłabym przysiąc, że w zapachu zakurzonych kartek można było odszukać zapach jego perfum. A jeszcze niedawno nie dopuszczałam do siebie myśli, że nagle mogę przestać tulić się w jego koszule i wdychać tą błogą woń. Że kiedyś może być koniec. W gazetach dużo czytało się o molestowaniu seksualnym uczennic przez nauczycieli. Kiedy się rozstają zazwyczaj jedna strona chce się mścić na drugiej. Mógł pytać mnie co każdą lekcję, czy ostrzej oceniać sprawdziany – ale nie robił tego. Ja też nie chciałam się na nim mścić. Czułam do niego odrazę przeplataną z czymś innym, zupełnie do złości nie podobnym. Tęskniłam za jego silnymi dłońmi, które tak delikatnie gładziły każdy fragment mojego ciała. Odwróciłam się na drugi bok, żeby nie myśleć. Tępo wpatrywałam się w ścianę. Narkomani na detoksie czują jak wypływa z nich trucizna, szamoczą i rzucają się po łóżkach. Zakrywałam oczy i odwracałam z boku na bok, lecz moja „trucizna” nie chciała ze mnie wyjść. Nadal zaśmiecała mój umysł. Zaśmiecał. On. Pogrążona w myślach, zasnęłam ponownie. Rankiem odnotowałam znaczny spadek temperatury do 37 stopni. Z bólem głowy nadal walczyłam wchłaniając tony środków przeciwbólowych. Zawsze przesadzałam – byłam tego świadoma. Zwykłych witamin zawsze brałam za dużo. Jednak do tej pory nic mi się z tego powodu nie działo. Dopiero, gdy robiłam dla siebie śniadanie, przypomniałam sobie o liście Rafała. Co mogło w nim być? Co tam napisał i jak się tłumaczył? Jak teraz żyje z Arturem? Ja nie chciałabym mieszkać pod jednym dachem z kimś, kto prawie zgwałcił twoją byłą partnerkę, ani z kimś, kto tak okazale cię pobił. Zjadłszy dwie małe kanapki, znów wróciłam do pokoju. Nudziło mi się okropnie, a na nic nie miałam ochoty. Może i jestem głupia, może jestem masochistką, może nie jestem konsekwentna w swoich czynach, ale znów sięgnęłam po czarny brulion. Miał ponad sto stron, a zostało w nim jeszcze wiele rzeczy, których nie przeczytałam, a chciałam. Gdyby były drukowane, a nie pisane ręką Rafała, to może potraktowałabym je jako zwykłe wierszydła. Ale były wybrane przez niego. Miały w sobie coś wyjątkowego, chociażby jego sentyment do nich. Komórka nadal dzwoniła, nie wydając żadnych dźwięków. Widziałam tylko czarny napis: Rafał, obok którego widniały dwa serduszka grupy: „numery prywatne”. Postanowiłam to zmienić. Wzięłam aparat i zaczęłam buszować po menu. Szybko wykasowałam całkowicie jego numer. Działałam sprzecznie ze sobą. Muszę się do tego przyznać – nie wiedziałam czego chciałam! To właśnie było najgorsze. Trzymany przeze mnie telefon zaczął dzwonić. Pojawiła się strzałeczka oznaczająca rozmowę przychodzącą i nieznany numer. Teoretycznie nieznany, bo w praktyce byłam pewna kto dzwoni. Jeszcze nie dał za wygraną. Rozmowy przychodziły cyklicznie co kilka godzin. I tak pewnie nie wierzył, że odbiorę. Dzwonił dla zasady. A może tylko dla pozorów? Przejechałam palcem po klawiszu z czerwoną słuchawką. Ominęłam go i dojechałam do identycznej słuchawki, tyle, że koloru zielonego. Nim zdążyłam po raz kolejny przemyśleć tą decyzję, odebrałam rozmowę i przyłożyłam telefon do ucha. Zapadła niezręczna cisza. Chyba ani ja, ani on nie wierzył w to, że rozmowa została przyjęta. -Cześć...- powiedziałam słabo, cicho, a na dodatek lekko drżącym głosem. Znów cisza. -Przepraszam- usłyszałam tak jakby w oddali. Właśnie chyba z kimś rozmawiał. Musiał przeprosić, by porozmawiać ze mną. Drugi raz mogłam nie odebrać. I nie odebrałabym! Słysząc własny, drżący oddech, żałowałam już po pierwszym słowie. –Agnieszka? Ostatnią rzeczą jakiej się spodziewał było to, że odbiorę rozmowę. Nawet scenariusza nie miał przewidzianego. A może miał, tylko wszystko zapomniał, kiedy usłyszał mój niepewny głos, roztrzepany jak porcja galaretki. -Rafał? Nie było mnie stać na nic innego. Półsłówka, imiona, i sentencje na rozwinięcie rozmowy były dobre, ale nie na dłuższą metę. Powinien powiedzieć cokolwiek. W końcu po coś dzwonił! -Dzięki, że odebrałaś- powiedział. Nie wiem czy wyczułam skruszony ton. Jednak byłam pewna. To on. Barwa ta, nawet zniekształcona przez telefon, brzmiała cudownie. Przymknęłam powieki, wyobrażając sobie jego stojącego gdzieś, w kącie jakiejś sali u nas w szkole, szepczącego coś do telefonu. Często na lekcjach z naszą klasą bawił się komórką. Całkiem możliwe, że i teraz miał zajęcia. Musiał przeprosić uczniów i wyjść. -Moglibyśmy się spotkać?- zapytał. -Mam grypę- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. -A mogę do ciebie przyjechać?- zaproponował, a ja nie mogłam uwierzyć uszom. -Chyba żartujesz!- prychnęłam. Znów chwilowa cisza. -Zresztą... chciałem ci tylko powtórzyć to, co było w liście. -Nie czytałam twojego listu. -Dlaczego? -Nie mam ochoty słuchać, ani czytać twoich tłumaczeń. -W takim razie dlaczego odebrałaś telefon?- zapytał. Miałam ochotę wcisnąć czerwony guzik, jednak znaczyłoby to, że tchórzę po raz kolejny. Nawet przed samą sobą nie mogłam się do tego przyznać. Przez te kilka głupich dźwięków, które usłyszałam w słuchawce, wszystkie wspomnienia odżyły. Znów widziałam go przed sobą, zakładającego kosmyki moich włosów za ucho. -Może po prostu chciałam cię usłyszeć... Walczyłam z płaczliwym tonem. -Jak mogłeś mi to zrobić?- rzuciłam z pretensją. -Agnieszka, ty mnie nie chcesz zrozumieć. Spotkajmy się, wytłumaczę ci wszystko- mówił obrzydliwie spokojnie. Niewzruszony, może nawet bezpłciowy głos zaczął sunąć po linii. -Masz rację, nie chcę- z zimną krwią nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Znów dzwonił, lecz tym razem wyłączyłam aparat. Nie będzie niczego mi tłumaczył. Musiałam walczyć sama ze sobą. Z swoim wnętrzem i chęcią przytulenia się do Rafała i wyszeptania mu, że wszystko wybaczam. Bo wtedy już byłabym przegrana. Chwilę, bez wykonywania jakiegokolwiek ruchu, siedziałam z telefonem dłoni. Dzwonił po raz kolejny, jednak tym razem nie odebrałam. Już mnie nie kusiło. Może już zaspokoiłam swoją chęć usłyszenia go? Resztę dnia zmitrężyłam, czekając na Aśkę, bądź Filipa. Chyba bardziej na Filipa. Chciałam się do kogoś przytulić. Aśka zaczęłaby prawić mi kazania, a ich nie chciałam słuchać. Na zawsze wiedziała lepiej i nie mogła zrozumieć, że wybrałam Filipa. Kilka razy podkreślała to w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej. Pojawiła się myśl, że Rafał rzeczywiście może do mnie przyjechać. Choć zdesperowany do tego stopnia chyba nie był... no ale kto wie! Siedziałam jak na szpilkach, kiedy wybiła godzina ostatniego dzwonka tego dnia. Gdyby przyjechał, to wzbudziłby we wszystkich zainteresowanie. W sąsiadach z ulice, którzy lubili wiedzieć dużo, w rodzicach, którzy mogli w każdej chwili wrócić, w Karolinie, która w końcu chciała poznać mojego faceta, aż w końcu w Aście i Filipie, jako że wizyta wychowawcy u chorej uczennicy nie jest chlebem powszednim. Kiedy kilkanaście minut po czternastej zabrzmiał dzwonek do drzwi, szybko poderwałam się z miejsca, poprawiłam włosy i opatuliłam się szlafrokiem. Nie pytając, ani nie patrząc, kto stoi po drugiej stronie – otworzyłam drzwi. Nie zobaczyłam uśmiechniętego Filipa, tylko Asię z bliżej niezidentyfikowaną miną. Jedną rękę miała w kieszeni, drugą podważała szelkę plecaka. -Cześć- powitałam ją. Chyba usłyszała w moim głosie, że nie cieszę się zbytnio z jej odwiedzin. W odczytywaniu emocji była dobra – choć ją rozszyfrować było dosyć trudno. -Chcesz lekcje?- zapytała nie ruszając się z miejsca. -Oczywiście!- zapewniłam i uchyliłam szerzej drzwi. Nadal tkwiła w jednej pozycji. –Dlaczego nie wchodzisz? Gdzie jest Filip? -Tak! Właśnie na to czekałam. Wiedziałam, że o niego się zapytasz! Dziś po lekcjach powiedziałam mu, że nie czytałaś jego listu. Że nie chciałaś nawet go otworzyć i przetargałaś go na pół. -Filipa?- zapytałam nieprzytomnie nie nadążając za jej procesami myślowymi. Bardzo szybko i zwinnie skakała po podobnych tematach. -Rafała! -I co on na to? -No cóż...- weszła do środka i odwiesiła swoją ciemną kurtkę na wieszak. Plecak podstawiła pod ścianą i zaczęła zdejmować buty. –Powiedział, że jest przynajmniej plus, że nie potargałaś go na drobny mak... musiał cos dużego nabroić, jak nawet sam podziwia cię za taką wstrzemięźliwość. -Przecież sama odebrałaś mi list. -Tak, ale niekoniecznie musiał o tym wiedzieć. -Nie chcę go znać- powiedziałam tak jakby w próżnię. Wpatrywałam się przez drzwi w kuchenne okno. Przed domem przejeżdżał właśnie jakiś samochód. Przemknął szybko, nawet nie zwalniając przed progiem. Potem zatrzymał się, wysiadły z niego trzy osoby i poszły w stronę domu mojego sąsiada z naprzeciwka. -... Agnieszka! Słuchasz mnie? -A dlaczego Filip nie przyszedł?- zapytałam ignorując jej pytanie. -A myślisz, że ja co chwilę za nim chodzę? Za Michałem tak, za Filipem nie. To, że Michał czasem chodzi za nim, to nie znaczy, że mam go cały czas na oku. Pokiwałam głową niby ze zrozumieniem. -Powiedział, że ma coś ważnego do załatwienia... -Dużo pisaliście?- wróciłam tematyką do normalnych spraw. –Ostatnio nie mam ochoty nawet zadań odrabiać. Wszystkiego mi się odechciewa. -Dosyć. Ale uporasz się szybko, jak chcesz, to będę ci dyktować... I dyktowała. Mimo wszystko wcale szybko się nie uwinęłam. Tematów z matematyki prawie w ogóle nie rozumiałam, a z chemii brakowało mi tłumaczenia naszej wspaniałej pani Kasi. Z polskiego zawsze sobie radziłam. Oczywiście z nutą zainteresowania w opowiadaniach Rafała o średniowieczu, czy baroku, łatwiej było przyswoić nudny materiał. -Dlaczego nie odbierasz?- zapytała Asia widząc co kilka minut zaświecający się wyświetlacz. Widziała numer, jednak „Rafał” wykasowany z książki nie dawał możliwości na odgadnięcie, kto jest jego właścicielem. -Natręt. Wydzwania cały czas... -Heh... telefony o północy. Myślałam, że to było moje hobby. -Tak, tylko ty potrafiłaś naciągać facetów na rozmowy niekontrolowane po północy. -Skąd wiesz, że nadal nie naciągam? -A Łukasz nie sprawdza ci billingów? -Mam telefon na kartę, zapomniałaś już? Mruknęłam cichutko: „faktycznie” i kontynuowałam przepisywanie. Mimo wizyty Asi dziś był bardzo nudny dzień. Wieczorem gorączka całkowicie spadła i zgodnie z tradycją, trzeciego dnia już zdrowiałam. Piłam mnóstwo kawy, więc trudno mi było zasnąć. Zawsze przeklinałam się za ten niezdrowy pociąg do kawy, który potem okupuje bezsennością. Jednak nie umiałam się powstrzymać. Szczególnie kiedy mi się nudziło – wtedy zupełnie nie umiałam. Automatycznie podążałam do kuchni i zasypywałam kolejna szklankę, czasem decydując się na rozpuszczalną z mlekiem. W prowadzeniu niezdrowego trybu życia byłam ekspertem. Około 20 wpadł Michał na kolację. Szybko usunęłam się do swojego pokoju bojąc się niepotrzebnych, niedyskretnych pytań. Burzyć szczęścia mojej siostry też nie miałam zamiaru, choć Michała również nie rozumiałam. Wszyscy faceci są tacy sami i kropka. Rafał znów dzwonił. Dzwonił cały czas! Sama nie wiem kiedy on funkcjonował. Co najmniej co godzinę widziałam kilka kolejnych nieodebranych rozmów. Kiedy w końcu da sobie spokój?
Nadszedł piątek. Minął pierwszy tydzień bez Rafała. Jakoś przeżyłam, lecz na siłę musiałam się doprowadzać do porządku. Nie będzie to tajemnicą jak powiem, że często płakałam. Przez niego. Przez Rafała. Obudziłam się wcześnie rano i gotowa, by wyjść z otulin granatowego szlafroka frotte, ubrałam dżinsy, bluzę na ramiączkach i krótki sweter mamy do chodzenia po domu. Rano już zjadłam ze wszystkimi śniadanie. -Od razu widać, że ozdrowiała!- powiedział tata donośnym głosem, obserwując jak robię sobie już trzecią kanapkę. –Apetyt jest oznaką zdrowia. -Jak się nie jadło prawie nic przez trzy dni, żołądek chcąc, nie chcąc się dopomina- mama wzięła łyk herbaty i zaczęła przeglądać „Gazetę Wyborczą”. –Karolina, poszukują tłumacza tekstów angielskich. Jakieś dokumenty, umowa o dzieło... nie przyda ci się parę groszy?- podsunęła mojej siostrze gazetę otwartą na ogłoszeniach o pracę. Karolina biegle władała angielskim i rosyjskim, teraz, dodatkowo chodziła na kursy włoskiego. Było to jej hobby od skończenia podstawówki. -Ciekawe...- westchnęła i zapisała sobie numer telefonu potencjalnego pracodawcy w notesie. -Widzicie jak miło się wspólnie je!- prawie krzyknęła z radości mama. Prawie nigdy nie zdarzały nam się takie posiłki. Zwłaszcza w piątek. Wszyscy przytaknęliśmy głowami. Po kilkunastu minutach już każdy powędrował do swoich czynności. Mama zaczęła ubierać wyszczuplający żakiet i upinać na czubku głowy malutki, ślimakowaty koczek; Tata pakował przeróżne dokumenty do swojej podręcznej walizki biznesmena, a Karolina po prostu zaczęła kompletować notatki z segregatora, przed wyjściem na wykłady. Mimo, że teraz dom był pełny, panował hałas i rozgardiasz, za chwilę wszystko miało umilknąć. Kiedy drzwi zamknęły się za ostatnim członkiem rodziny, mogłam spokojnie odetchnąć, w spokoju dopić herbatę i dokończyć rozpoczętego rogalika z serem śmietankowym. W takie ranki czułam się odstresowana i zauważałam istnienie rzeczy wyższych niż kłopoty sercowe i problemy natury egzystencjonalnej. Pierwszy raz od kilku dni, podeszłam do komputera. Włączyłam telewizor w dużym pokoju i od razu poczułam się swojsko. Mile brzęczał nad uszami Pascal gotujący jakąś apetyczną potrawę, której co druga pani domowa nie umiałaby zrobić. Nigdy nie lubiła programów typu: „gotowanie na ekranie”, więc po kilku minutach telewizor znów zamilkł. Włączyłam muzykę. Otworzyłam mój ukochany program. Widząc białą, pustą, wirtualną kartkę, wsłuchiwałam się w delikatne dźwięki gitary przywodzące na myśl Rafała opartego o drewniany instrument i swobodnie uderzającego w struny. Chwilę potem do głowy, dokładnie nie wiadomo skąd wpadł pomysł. Po trzech godzinach, kolejne opowiadanie w moim życiu było gotowe. Odetchnęłam z ulgą i zrobiłam sobie herbatę owocową – tak dla odmiany. Gdy czytałam je po raz kolejny, sprawdzając błędy, w mieszkaniu zabrzmiał sygnał dzwonka do drzwi. Zdziwiłam się, bo tak wcześnie nikogo się nie spodziewałam. Wyjrzałam przez okno i nie zobaczyłam żadnego samochodu. Znów nieopatrznie, nie patrząc przez wizjer, otworzyłam drzwi. Widząc kto za nimi stoi stanęłam jak wryta, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu. Zabrakło mi słów. Mogłabym przysiąc, że serce stanęło mi na tą jedną chwilę. -Cześć Agnieszko- powiedział cicho mężczyzna stojący u progu moich drzwi. Poczułam, że dreszcz przebiega mi po plecach. Tak dawno nie słyszałam tego głosu... zimnego i stanowczego. Cofnęłam się o krok. -Artur... co ty tutaj robisz?- zapytałam. Nie wiem, czy mój głos zadrżał w rzeczywistości, czy tylko mi się tak wydawało. Z całych sił próbowałam tworzyć pozory stoickiego spokoju. Patrzył na mnie swoimi szarymi oczami, które przyprawiły mnie o gęsią skórkę. Nie dlatego, że mi się podobały. Przypominały mi jego odrażający dotyk. Chłodna kalkulacja i mrożące spojrzenie w parze. Samo to budziło we mnie odrazę. Oparłam się o drzwi, by zagrodzić mu wejście do domu. -Chciałem ci coś wyjaśnić. -Powiedzmy, że nie chcę wiedzieć co- odpowiedziałam zdecydowanie, marząc o tym, by w końcu sobie poszedł. Ten jednak stał wytrwale, a nawet oparł się o szorstką ścianę budynku. -Wierz mi, że chcesz- zapewnił gorliwie. Zamilkłam na chwilę. Ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, żeby go wpuścić do środka. Oczywiście, że drzwi tego domu dla niego nie były otwarte! Przejechał lekko dłonią po mojej ręce. Zdobyłam się tylko na ostre: „zostaw mnie!” i odsunęłam się coraz bardziej w głąb mieszkania. Marzyłam, by zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. -Musimy sobie kilka spraw wyjaśnić. -My nic nie musimy! Idź stąd, bo zadzwonię po policję. -Bardzo się boję. -Doskonale wiesz, że za takie coś można pójść do więzienia- powiedziałam cicho. Kpina w jego głosie była odrażająca. Był pewien, że nic mu nie zrobię. Czuł się pewnie, mimo, że był na „moim terenie”. Na dworze zerwał się lekki wiatr i zawodził głucho. Całej sytuacji dodało to dodatkowego dramatyzmu. Jego czarne włosy były pomiatane przez dzikie podmuchy, więc często zakrywały część jego twarzy. Najczęściej oczy. I Bogu dzięki. Nie umiałam w nie patrzeć. Od razu przypominał mi się dławiący zapach środków do czyszczenia podłogi, jakimi pachniał parkiet, i moja twarz tuż przy klepkach. A nade mną Artur, który przytrzymywał moje ręce uniemożliwiając jakikolwiek ruch. -Wiem również, że nie pójdziesz na policję. Poza tym... nie masz dowodów. Znów nie potrafiłam odpowiedzieć. Faktycznie nie miałam. Przeszło miesiąc od wypadku, bez żadnych śladów próby popełnienia gwałtu z jednym świadkiem, który na dodatek był partnerem niedoszłego gwałciciela. Nie chciała ta sprawa chyba osiągnąć prawowitego biegu... -To nie zmienia faktu, że popełniłeś przestępstwo. Aż nie potrafiłam uwierzyć jak mogłam tak długo się trzymać. Tak długo z nim rozmawiałam. To prawda, że każde słowo analizowałam kilkakrotnie, by nie wydać się śmieszną wobec mężczyzny, który wyrządził mi taką krzywdę. Nie rozpłakałam się, mimo, że czułam w kącikach oczu mokre krople. Lewą ręką opierałam się na szczęście o klamkę. Miałam na czym się wesprzeć. Walczyłam z falą gorąca jaka przepełniła moje ciało. Gdybym nie miała pod ręką klamki, mogłabym nawet upaść. Zrobił krok wprzód i chwycił mnie za przeguby. Wepchnął mnie do mieszkania, a potem zatrzasnął drzwi. Przeraziłam się. Nie miałam pojęcia czego mogłam się po nim spodziewać. Uderzyłam plecami o ścianę, słychać było tylko stłumione uderzenie. -Wyjdź stąd!- nakazałam nadal stojąc pod ścianą. Otworzyłabym szeroko drzwi, gdyby nie zasłaniał ich własnymi barkami. -Przyszedłem ci tylko coś powiedzieć. Posłuchaj mnie tylko...- podszedł do mnie i znów chwycił mnie za ręce. Zmusił bym na niego patrzyła. Serce waliło mi chyba dwa razy szybciej niż zwykle, czułam, jakby za chwile miało mi wyskoczyć
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…