* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.11
Lekki skandal obyczajowy. Ciąg dalszy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
*MYŚLI NIEUCZESANE* Rozdział 11
[strony od 111 do 122]
Życie pachnie zimą za oknem i słońcem, które jeszcze nie wyłoniło się zza chmur. A śnieg nadal pada, chmury biegną po niebie, a taka jedna Agnieszka czuje się szczęśliwa. Może tak miało być. Tak, zdecydowanie... tak miało być...
*** Ten tydzień przyczynił się do wyprowadzenia wszystkich moich spraw na prostą. Tylko tydzień. Nie pokusiłam się o stwierdzenie „aż tydzień”, bo zleciał błyskawicznie. Chwile spędzone z Rafałem i Filipem w jednym pokoju i tłumaczeniu wszystkiego – były najgorsze. Ale to była tylko chwila. Chwila, na którą się dmuchnęło i znikała... Jak jakiś proszek. Po dmuchnięciu pył leciał w powietrze, lecz drobniutkie ziarenka pozostawały na powierzchni niewzruszone. To były okoliczności. Średnio sprzyjające, ale niezmienione. Pozostały niezmienione. Nie miałam zamiaru zacierać za sobą śladów. Nie chciałam oficjalnego rozstania z Rafałem, ani oficjalnych deklaracji między nim, a Filipem, że jednak wybrałam tego drugiego. Aśka chodziła zła jak osa nie mogąc sobie znaleźć miejsca w moim pokoju. To opierała się o grzejniki, to siadała na pufie, lub po turecku na dywanie. Temat był jeden. Rafał. Tyle mów moralizatorskich nie słyszałam chyba jeszcze nigdy. Szczerze powiedziawszy była lepsza od mojej mamy. Mimo wszystko pozostałam niewzruszona. Kto z własnej woli chcę ze szczęście wskakiwać w nieszczęście, a z sielanki wskakiwać w kłopoty? Tak, sielanki. Wszystko się układało... układało i układało... -Powiedz mi...- zagadnął mnie Filip w sobotę, kiedy na moją wyraźną prośbę wyrwaliśmy się na miasto. Ot tak! Powłóczyć się. Nie chciał się zgodzić, bo byłam po chorobie, jednak gdy stanęłam przed nim w płaszczu, szaliku i czapce, opatulona do granic możliwości – nie miał wyjścia. Spacerowaliśmy po jednym moście na Wiśle. Zawsze chodząc po mostach, nie mogłam oderwać wzroku od tej naszej, poczciwej, piekielnie brudnej Wisły. –Powiedz mi...- oparł się o barierkę. Spojrzałam na niego nagląco. Wyglądał jakby nad czymś się zastanawiał, albo po prostu zapomniał o co miał mnie spytać. -Nie chciałem cię o to pytać, ale powiedz mi...- powtórzył ten zwrot po raz kolejny. –Długo spotykałaś się z Rafałem. Co takie młode dziewczyny ciągnie do takich starych facetów?- wydusił w końcu. Wzniosłam oczy ku niebu i szarpnęłam go za klapy kurtki, ciągnąc w dalszą trasę. Dosyć miałam takich pytań, bo przypominały mi mowę moralizatorską Marka. Miałam swoje powody, o których chciałam zapomnieć. Nie sposób zapominać, gdy ktoś stale rozdrapuje zasklepione już rany. Chwycił mnie za rękę. -Nie powiesz?- uśmiechnął się z kpiną. A może z wyższością? -Nie uogólniaj, to nie ma sensu. -Wiesz dobrze, że chodzi mi tylko o twój przypadek. Inne mnie nie obchodzą. Chcę po prostu wiedzieć z czym musiałem walczyć przez tak długi czas i co stale ze mną wygrywało. Zbyt dużo chciał wiedzieć. Nawet jemu nie mogłam powiedzieć prawdy, bo jeszcze wplotłabym w nią ziarnko teraźniejszości. Wtedy i ona mogłaby ucierpieć. A było dobrze. Gdybym stale była szczęśliwa, powiedziałabym, że nawet za dobrze. -Nie zrozumiesz. -A może jednak? Przystanęłam i przestałam go szarpać. Nigdy tego nie lubił. Jednak dla mnie było to przyjemne. Przyjacielskie poszturchiwanie, szarpanie i tym podobne. Niby przypadkowe przytulenie się, już charakteryzowało się swojego rodzaju spontanicznością. Takim jakimś życiem. -Wiesz co to jest zauroczenie?- spytałam retorycznie. Przytaknął, jego twarz już miała skupiony wyraz. Wyprany z jakichkolwiek kpin, półuśmieszków, żartów. Pełna powaga. I takiej też powagi oczekiwał. Nie wytrzymałam i roześmiałam się. -Nic nie widzisz, wszystko kręci się wokół jednego, nie umiesz myśleć. Wiesz o co mi chodzi. -Śmiejesz się na samo wspomnienie?- objął mnie ramieniem. -Nie, głuptasie. Do ciebie się śmieję- pocałowałam go w policzek. Westchnął. Odżyłam. Mogłam wariować. Nie musiałam się kryć, rozglądać i kraść każdy pocałunek. Z Filipem mogłam być swobodna, a karcące spojrzenia przechodniów jeszcze bardziej mnie rozkręcały. Do kolejnego podskoku, kolejnego całusa, kolejnego uśmiechu. -A czy to jest zauroczenie? -Podobno dziewczyny w tym wieku doświadczają tylko zauroczeń. Myślą, że to wielkie miłości, a potem płaczą przez miesiąc w poduszkę złorzecząc na facetów. -Też o tym słyszałem. Jesteś jedyna porządna, co? -Słucham? -Jedyna świadoma- poprawił się. –Szybko zapominasz... -Wierz mi, że to dobrze. Bardzo dobrze. -Więc...- ponaglił. Zeszliśmy właśnie z mostu i kupiliśmy bilety autobusowe. -Co więc?- uniosłam brew. -Więc to jest zauroczenie? -Mam nadzieję, że nie... Uśmiechnął się tylko.
***
Rafał spojrzał na biały sufit sali lekcyjnej. Wodził wzrokiem po plamach na nim odbitych i nielicznych lampach, które z racji, że niebo nagle zaszło ciemnymi chmurami, zostały włączone. Nudził się. To było widać. Zawsze nudził się na sprawdzianach. Właśnie dlatego zawsze wtedy zbierał kilka zeszytów. Dziś nie zebrał. Nie miał ochoty. Wolał się nudzić. Pochylona nad kartką papieru z niepokojem spoglądałam na tablicę, tradycyjnie omijając jego wzrok. Były na niej wypisane trzy tematy. Trzeba było wybrać jeden – i przez dwie godziny pisać wypracowanie. Mi żaden nie pasował. Poluzowałam ostatnio z językiem polskim poprzez tą okropną chorobę. Zupełnie zapomniałam o zapowiedzianej niespodziance. Zwroty i sformułowania użyte w większości z tematów były dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie mogłam niczego nie napisać! Oznaczałoby to klęskę. Rafał utwierdziłby się w wydumanym stwierdzeniu, że bardzo mi pomaga w nauce. Albo w innym: że chłopcy przeszkadzają mi w nauce i że drastycznie się w niej opuściłam. Błądziłam po wszystkich zakamarkach mojego umysłu, lecz widmo pustej kartki i zmarnowanej połowy czasu mnie przerażało. Lubiłam być dobra. Uwielbiałam być perfekcjonistką. A tu co? Wychowawca stukał opuszkami palców w blat biurka, co jeszcze bardziej mnie wyprowadzało z równowagi. W pewnym momencie zauważył, że nic nie piszę. Każdy uczeń już przynajmniej zaczął. Z wyjątkiem mnie. Znalazł nową rozrywkę – patrzenie na mnie. Kiedy podniosłam wzrok, myślałam, że napotkam kpinę. Że zetknę się z szyderczym uśmiechem, bądź wyrazem twarzy mówiącym: „a nie mówiłem? Ha! Beze mnie sobie nie poradzisz!”. Nic z tych rzeczy. W tych oczach coś było. Jednak ani trochę nie przypominało to uczucia. Był to może profesjonalizm, albo wyższość. Chwilę mocowaliśmy się spojrzeniami. Nie miałam ochoty spuścić wzroku. Wiedziałam, że mitrężę czas. Niestety nie mogłam wyrwać się z objęć tych zielonych oczu. Kiwnął głową, bym patrzyła do kartki i nie wydobywając z siebie dźwięku, powiedział, poruszając tylko ustami: „pospiesz się, czas ci leci”. Nie reagowałam. -Pani Agnieszka poda mi swój zeszyt i zacznie pisać wypracowanie- powiedział bezpłciowym głosem. Spłoszyłam się i wyjęłam brulion z plecaka. Koledzy z klasy zobaczyli, że jeszcze nic nie napisałam. Zdziwili się. Po prostu. Rzuciłam mu bez słowa zeszyt na biurko. Było na wyciągnięcie ręki. Wziął i zaczął go przeglądać, nawet na mnie nie patrząc. Monika i kilka innych dziewczyn spojrzało na nas podejrzliwie. Aśka była pochłonięta pisaniem pracy – świat już dla niej nie istniał. Przyświecała jej tylko jedna zasada – skończyć. Filip również patrzył na mnie z niepokojem. Udałam, że coś piszę. Zadzwonił dzwonek. Można było wyjść na przerwę. Kilka osób rzeczywiście z tego skorzystało, ale większość została w klasie. Zawsze tak było. Dziewczyna, która siedziała obok mnie, wyszła. Rafał wyciągnął ze swojej teczki na przygotowane sprawdziany czystą kartką A4. Oczywiście uważnie go obserwowałam. Wyciągnął swoje czarne pióro i starannie wykaligrafował: „Cholera jasna, pisz!”. „Wiesz, że prac pisemnych w klasie się nie poprawia?” – napisał po chwili. Zaczęłam więc pisać jakieś bzdury. Nie wyszło zupełnie.
-Ale się rozpisałaś!- krzyknął Michał do Aśki, gdy ta podpisywała już po dzwonku swoją pracę. –Tak szybko pisałaś, że nie nadążałem przepisywać! -No!- pogroził palcem Rafał. –Ty już się przejechałeś raz na odpisywaniu. Pamiętaj, wielki wychowawca patrzy! -Tak, wiem- mruknął. Rzeczywiście, widział wszystko, co udowodnił już milion razy. Ściągać u niego było czymś niemożliwym, a jeśli doprowadzonym do skutku, to godnym podziwu. Automatycznie stawiał z jedynką na czerwono, którą niebywale trudno było potem poprawić. -Jak chcecie, to nie wychodźcie z klasy- poinformował wychowawca. –Zostaję w środku. Możecie jeszcze pisać przez przerwę. U nas w szkole na przerwy zawsze zamykano klasy. Sami uczniowie to zarządzili, bo zbyt wiele rzeczy im ginęło z plecaków. Dla mnie to było bardzo uciążliwe, bo czasem gdy chciałam coś wyciągnąć z plecaka podczas przerwy, musiałam lecieć na drugą stronę szkoły po klucz. Oddałam mu kartkę, bo byłam pewna, że już nic więcej nie napiszę. Spojrzał na mnie krzywo i oddał zeszyt. Kiedy Aśka i spółka, wyszli z klasy, usiadłam w ławce. Pisało jeszcze pięcioro uczniów. Otworzyłam zeszyt na ostatniej stronie. Znajdował się na niej ogromny znak zapytania, a na dole strony „bz”. Spojrzałam na niego nierozumnym wzrokiem. Nie było przecież zadania! Wrzuciłam zeszyt do plecaka i wyszłam z klasy. -I jak poszło?- zapytała mnie automatycznie Aśka. –Mnie chyba naszła wena! Trzy strony A4 moim pismem! -Nie poszło jej najlepiej- powiedziała Monika. -Niestety...- przytaknęłam i usiadłam na parapecie okiennym. –Może na dopalacza wyciągnę. -Żartujesz?- Michał parsknął. –Nasza literacka podpora klasowa, dopuszczający!? -Jak nie gorzej- odpowiedziałam smutno. Może niesłusznie, ale ocenami się przejmowałam. Zawsze. Nie tylko swoimi. Zastanawiałam się też jak idzie Filipowi, który jeszcze został w klasie. Pewnie skrzętnie notował wszystko, co przedyktował mi, dając mi lekcje. Może przynajmniej on coś zapamiętał! -Nie martw się. Zawsze mówisz, że tak okropnie coś napisałaś, a potem się okazuje, że celujący masz- przyjacielsko szturchnęła mnie w ramię. Niby taki nic nie znaczący gest ale utwierdził mnie w tym, że przynajmniej mam na kogo liczyć. –Wiem coś o tym! – zapewniła. -Przecież wiem jak napisałam. -Trudno jest cokolwiek napisać...- podjęła Monika lekkim, śpiewnym głosem ślizgającym się pomiędzy kokieterią, a jej normalnym, codziennym tonem głosu. –kiedy cały czas lampi się na wychowawcę. Aż zjadaliście się wzrokiem. Erotyczna atmosfera w szkole się wytworzyła... pozazdrościć. Wiesz... ale dobry wybór. Jeden z najseksowniejszych kąsków z grona pedagogicznego. Swoją drogą ja bym wolała Klimeckiego, wuefistę chłopców...- dokończyła kapryśnie. -Przymknij się- zgromiła ją Aśka. Może, gdyby sytuacja nie była taka, jaka jest, pozostałoby na żartach. Na grubej linii żartu, po której można skakać ile ci się podoba. -Ty nie widziałaś, ale gdybyś spojrzała- westchnęła. -Aleś się do niego mizdrzyła! Dobrze, że Filip jest aż taki ślepy! To znaczy dla ciebie dobrze. -Monika, zastanów się nad sobą, dobrze?- nie miałam na nic siły. Nawet na odpyskowanie jej. –Ja mam Filipa i on mi wystarczy. Poza tym za takimi starymi nie przepadam. -Czyżby?- zapytała. -Nie rób z siebie „tej złej”, dobrze? Denerwujesz mnie. Wybawił mnie dzwonek. Kolejny język polski. Tak to jest w tych liceach profilowanych. Katastrofa mieć tyle tych samych lekcji dziennie, na dodatek kiedy się jest nieprzygotowanym. Wtedy to już koniec świata. Nie lubiłam być do tyłu. W czymkolwiek. W polskim szczególnie. Powoli wtoczyliśmy się do klasy. Bardzo wolno, z namaszczeniem, majestatycznie, ze znudzonymi minami. Dzień działał przygnębiająco na wszystkich bez żadnego wyjątku. Wszyscy nauczyciele jak i uczniowie byli ospali i nie do życia. Poustawialiśmy ławki na normalnych pozycjach, porzucając sprawdzianowe przemeblowanie. Oklapłam pod oknem, obok Asi. Nie patrzyłam w stronę klasy, tylko od razu wzrok rzuciłam w stronę okna. Szaruga. Śnieg, deszcz, chlapa. Na dokładkę wiatr mogący urwać głowę, a potem przerzucić ją na drugą stronę kraju. Bardzo chciało mi się spać. Już myślałam o dzisiejszej wyprawie do kina z całą paczką. Odpłynęłam myślami i to był mój błąd. -Agnieszka!- Aśka szturchnęła mnie w ramię. Odwróciłam się automatycznie, a ona tylko zaśmiała się przepraszająco. –Sorry, nie myślałam, że aż tak się przestraszysz. Spojrzałam na nią z konsternacją. Skinęła głową w stronę biurka. Rafał patrzył na mnie pobłażliwie marszcząc brwi. Może zobaczyłam cień uśmiechu? -Do odpowiedzi?- zaciągnął w formie pytania. -Co? -Chodź do odpowiedzi- tym razem nie bawił się w pytania. Zaklęłam po nosem. Jak wszystko to wszystko! Spięłam usta i wstałam emanując pretensjami. Idąc do biurka prawie przewróciłam krzesło. On się na mnie uwziął! Wyładowuje swoją złość mszcząc się na mnie. Nie... tak nie można. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć zeszytu. Aśka dyskretnie położyła go na biurku. Splotłam ręce na piersiach i czekałam na pytanie. -Co wiesz o wierszu o nazwie „heksametr daktyliczny”? Pytanie zagrzmiało złowieszczo, a mi aż się zrobiło słabo. No nie! Prychnęłam i najzwyczajniej w świecie wybiegłam z klasy. Udawałam obrażoną królewnę, ale jak inaczej miałam się zachować!? Powiedzieć uprzejmie, że nie wiem? Znów bez powodu pole widzenia szybko zasłoniła mi mgiełka łez. Przysiadłam na jakiejś ławce w korytarzu na pierwszym piętrze. Wyjęłam chusteczki higieniczne z kieszeni i wytarłam oczy. Znów przyciskałam je za mocno. Ławka była twarda, a na dodatek lepka, jakby ktoś ją oblał oranżadą. Chciałam uciec, ale nie bardzo miałam gdzie. Kiedy lekcja by się skończyła tłumy młodzieży wypadłyby na korytarz i samotność diabli by wzięli. Poza tym każdy nauczyciel mógłby właśnie przechodzić. -Agnieszka, Homer. Znasz Homera. Heksametr daktyliczny został wykorz... -No to co z tego!- prawie krzyknęłam. Zza mgiełki łez zobaczyłam Rafała stojącego obok balustrady schodów prowadzących z powrotem na parter. Miał rozłożone ręce i oczy zasłonięte kosmykami włosów. Chyba za mną biegł. -Niedawno pisałaś pracę o jego twórczości. Wspomniałaś tam o.. -Ojj Rafał, daj mi spokój, dobrze!?- spojrzałam na niego błagalnie. Nie musiał mi udowadniać jaki ze mnie młot i jak bardzo udaję lepszą, niż jestem w rzeczywistości. -Ale co ja ci robię!? -Uwziąłeś się na mnie!- krzyknęłam i już chciałam zbiec schodami na dół, ale chwycił mnie w talii i oparł plecami o ścianę. –Puść mnie, bo będę krzyczeć!- zagroziłam. -Nie uwziąłem się na ciebie przecież- powiedział spokojnie. Zaczęłam się szarpać. -Najpierw sprawdzian, potem zadanie, teraz pytanie... czego chcesz więcej? -Sprawdzian pisali wszyscy. Zadanie było, może ktoś ci nie powiedział. A dziś jest dwunasty, a dwanaście to twój numer w dzienniku. Wiesz, że ja pytam takimi zasadami. Mogłaś się przygotować! Na wszystko miał argument. Ech... -Mogłeś mnie nie pytać! -No przepraszam, żądasz specjalnych praw?- obruszył się. Trzymał mnie za przedramiona od momentu, kiedy zaczął mi wszystko tłumaczyć. Nie chciał, bym mu się wyrwała. Walczyłam z jego bliskością. Nie mogłam się poddać. Troszkę zbyt mocno ściskał moje przeguby. Czułam, że będę miała na nich czerwone obręcze. Był silny, ale tej siły najwidoczniej nie umiał powstrzymać. Nie umiałam odpowiedzieć. Nie powinnam na nie liczyć, ale w głębi serca jakoś miałam na nie nadzieje. Choć nie powinnam. Nie mógł mi się przecież za naszą znajomość rewanżować ocenami. -Przepraszam- powiedziałam ledwo słyszalnie. Pomyliłam się. Teraz przepraszałam. -Jak to mówicie... spoko.- zaśmiał się i przyłożył podbródek do mojego czoła. Jego zarost, który odrastał z zadziwiającą szybkością, delikatnie musnął moje czoło. To był tak znajomy gest, znajomy dotyk. Przymknęłam powieki i zapragnęłam nagle być tak blisko niego. Odsunął się ode mnie nagle. -Czytałaś mój list?- zapytał, kiedy był już w bezpiecznej odległości. -Nie- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Beznamiętnie i oficjalnie. -Jak to nie!?- oburzył się. -Wyrzuciłam go. -W takim ra... -Ja nie chcę w takim razie! Nie musisz mi mówić co tam było! Wiem doskonale! Że przepraszasz i że nigdy więcej... Zbliżył swoją twarz do mojej i delikatnie pocałował. Znów się nie broniłam. Jak na zwykły pocałunek trwał odrobinę za długo. -Nie było pożegnalnego- oznajmił i ujął w dłonie moje policzki. Już oprzytomniałam. -I nie będzie- powiedziałam stanowczo. Pobiegłam na dół, a on oczywiście za mną. Biegnąc schodach zderzyłam się z Filipem. Odskoczyliśmy od siebie w pierwszym momencie, ale gdy zorientowałam się, że on to on chciałam go przytulić. Jednak odepchnął mnie. Tak po prostu. -Nie masz co próbować. Wszystko widziałem. Poczułam się jakby ktoś łamał mi kość. Na żywca, bez znieczulenia. Znów to uczucie beznadziejności. Tego, że nic już nie mogę zrobić, bo los i inni ludzie decydują za mnie. Mogłam stać i patrzeć na rozwój wydarzeń. -A odpieprzcie się wszyscy ode mnie!- krzyknęłam w ich stronę, choć chyba bardziej chciałam sobie uświadomić, że nie są mi potrzebni. A byli. Jednak potrzebowałam spokoju. Wybiegłam ze szkoły pozostawiając za sobą otwarte drzwi i trzy zdziwione twarze. Filipa, Rafała i Zawadzkiej. Dyrektorki. Jednak już zupełnie wszystko było mi obojętne. Minęłam park naprzeciwko szkoły, pobiegłam wzdłuż rzeczki, która płynęła nieopodal. Może mnie szukali, może nie. Nawet, gdyby dzwonili do mnie do domu, zgłaszając ucieczkę – nie zastaliby nikogo. Plus nieobecnych ciągle rodziców. A telefonu do ich pracy nie mieli. Zeszłam do brzegu Wilgi i usiadłam na jakimś kamieniu. Nie nachylałam się nad wodą, bo jeszcze bym do niej wpadła i zamoczyła ubranie. Tak to tylko będę miała brudne spodnie. Rzeczka nie była skuta lodem, jednak na pewno była niesamowicie zimna. Chciałam włożyć do niej dłoń i poczuć przeszywające, lodowe igiełki, ale zmoczyłabym buty. A jeśli planowałam chwile wyciszenia, to musiałam być w miarę sucha, by dotrzeć jeszcze do Pomnika Żydowskiego. Zawsze tam chodziłam, kiedy było mi smutno. Musiałam poczuć powiew historii. A Pomnik akurat był rzut beretem stąd. Już nie płakałam. Mrużyłam oczy nieustannie strzelając mściwym spojrzeniem do okolicznych drzew i krzewów. Teraz przyszedł etap karcenia samej siebie. Zanim na dobre się rozwinął, pobiegłam pod pomnik. Pobiegłam. Miałam czas. Sama, na wielkim wzgórzu, obok wielkiego monumentu przedstawiającego kilka postaci, z wielką wyrwą w okolicach szyj, byłam dosyć widoczna. Zapewne upamiętniał on ofiary obozu pracy „Płaszów”, który był niedaleko. Samotnie okrążyłam pomnik. Z drogi szybkiego ruchu było mnie doskonale widać, jednak nie byłam sobą, ale tylko maleńkim, zagubionym robaczkiem przechadzającym się po wzgórzu i skaczącym po schodkach. Może nawet wzięli mnie za turystę. Mniej więcej oczyściłam swoje myśli. Nie wołałam o żadne katharsis, czy coś podobnego. Chciałam po prostu odrzucić bieżące problemy, które spędzały mi sen z powiek. Jak ja teraz wszystko wytłumaczę Filipowi? Skoro wszystko widział. Moje tłumaczenia będą niczym. Bo widział! Na takie zachowanie i tak nie ma usprawiedliwienia. Po tych kilku godzinach intensywnego myślenia chyba nawet sama sobie obrzydłam. Powiedziałam sobie kilka słów prawdy. Podobno rozmowa ze sobą jest objawem choroby. Ale oczywiście, że lepiej rozmawiać samemu ze sobą, niż ze swoim własnym odbiciem. Ja męczyłam tylko moje „ego”. Mniej więcej w godzinach skończenia zajęć złapałam autobus do domu. Klucze miałam w kieszeni, ale plecak został w szkole. Liczyłam na czyjąś dobrą wolę. Okaże się na kogo wolę liczyłam najbardziej. Przekręciłam kluczyk bramki i ku mojemu zdziwieniu były otwarte. Weszłam rozglądając się po podwórku. Czyżbym rano ich nie zamknęła? Samochodu rodziców nie było. Tajemnicza sprawa. Podeszłam do drzwi i już miałam je otworzyć, kiedy zza ścianki osłaniającej przed powiewami wiatru, wyszła Monika. Dmuchało całkiem nieźle. Jej włosy, które wyjątkowo miała rozpuszczone, szamotały się po całym moim polu widzenia. -Wiesz, że mieszkam niedaleko. Przyniosłam ci torbę. Bramka była otwarta, a nie wiedziałam, czy jesteś, czy cię nie ma. Jednak przyszłaś. Jedną wypowiedzią uprzedziła wszystkie moje pytania i wątpliwości. Uśmiechnęłam się w podzięce. Nie wiem ile dla niej znaczył mój uśmiech. Na pewno o wiele mniej, niż znaczyłby dla chłopaka. Mimo wszystko również odpowiedziała uśmiechem. Może potraktowała, to jako dowód
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…