Wróć do katalogu

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.8

Lekki skandal obyczajowy, ciąg dalszy.

hermenegilda, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

*MYŚLI NIEUCZESANE* Rozdział 8

[strony od 72 do 81]

-I co? -Jest teraz na komisariacie!- oznajmił z powagą. -CO!?- krzyknęłyśmy wszystkie naraz. -Jak to na komisariacie? -Normalnie... zawieźliśmy Filipa do domu, ale jego babcia zgłosiła na policję pobicie. Zwinęli go i teraz mu za przyjemnie tam chyba nie jest... macie jeszcze piwa? To był bardzo męczący wieczór. Spojrzałam na Aśkę. Szukałam w jej wzroku nici porozumienia. Nie znalazłam jej. -Wspaniale!- prychnęła chemiczka. –Obijać gęby im się zachciało... no trudno. Ja niestety muszę już iść. I tak jestem spóźniona...- wzięła z wieszaka płaszcz i wciągnęła go na ramiona. -Ale... Rafał?- zapytałam niepewnie. Spojrzała na mnie pobłażliwie. -Kto jak kto, ale on sobie na pewno poradzi- powiedziała zdecydowanie. Przejrzała się w lustrze i poprawiła włosy. –I tak nie będą go trzymać... przecież Sylwester jest! Nie wierzyłam własnym uszom. Nikt nie chciał mu pomóc. Wszyscy byli zaabsorbowani sobą. Chłopcy już świetnie bawili się na sali, a Aśka urzędowała z Łukaszem w kuchni. -No to do widzenia!- krzyknęła najgłośniej jak umiała do bawiącej się młodzieży. Odkrzyknęli jej prawie wszyscy. Otworzyła drzwi. Już miała przechodzić przez próg, ale o kogoś się obiła. -Chole.ra!- zaklęła pod nosem i podniosła plecak, który wypadł jej z ręki. –Rafał!?- usłyszałam jej ucieszony głos. Podeszłam bliżej drzwi i zobaczyłam Rafała. Roześmianego i miłego jak przed zajściem. -Już cię wypuścili!?- zapytała. Wszedł do pokoju i posłał mi ciepłe spojrzenie. -Skąd?- zapytał marszcząc brwi. –Macie może piwo? To był bardzo ciężki wieczór. -No... z posterunku policji- odpowiedziałam. -Jakiego posterunku!? Bartek, Kamil... co wy tu za głupoty opowiadacie!? Roześmiani chłopcy weszli do przedpokoju. Oparli się o przeciwległe krańce drzwi. -Wy głupi jesteście!?- syknęła pani Kasia. –Takie żarty sobie stroić!? My się tu martwimy, a wy takie cyrki odstawiacie!- mówiła z gniewem. Potem spuściła z tonu i cichym głosem zwróciła się do Rafała: -Ja pójdę na tramwaj. Nie mam czasu na czekanie... Dopiero teraz, gdy Bartek przez przypadek włączył światło, zobaczyłam, że Rafał ma wielki czerwony placek na lewym policzku. Jednak się bili. Mimo okropnego żartu ani razu nie spojrzałam na chłopaków. Cały czas obserwowałam Rafała, ciesząc oczy tym, że jest tutaj, a nie gdzieś na komisariacie, czy w domu Filipa. -Odwiozę cię- zdjął płaszcz z wieszaka. Na wyprawę do Filipa rzecz jasna nie ubrał nic. W cienkiej koszuli transportował go do domu. Musnął mnie lekko po ramieniu wysyłając porozumiewawcze spojrzenie. Podeszłam do lustra, żeby być jeszcze bliżej niego. -O 23:30 wyjdź na podjazd, ok.? Przytaknęłam szczęśliwa, że jednak nic się nie pozmieniało. Od razu, kiedy zamknęły się za nimi drzwi, pobiegłam do pokoju Aśki, gdzie leżała moja sukienka i inne rzeczy potrzebne do przygotowania się. Miałam masę czasu, ale nie miałam najmniejszej ochoty na zabawę. Szybko pokonałam drewniane schody i zamknęłam się w jej żółtym pokoiku. Usiadłam na łóżku i zaczęłam uderzać bez sensu w struny gitary. Drugą ręką muskałam delikatnie materiał sukienki. W dźwiękach gitary za nic nie mogłam znaleźć dźwięków, które grał mi Rafał. Ubrałam szarą sukienkę. Stanęłam przed lustrem i dobrych kilkanaście minut obserwowałam swoją sylwetkę. O godzinie dwudziestej trzeciej do pokoju zapukała Aśka. Otworzyłam. Uśmiechnęła się szczerze na mój widok. -Nie mogę powiedzieć nic innego, tylko ślicznie. Daj, zapnę ci łańcuszek- podałam jej złoty wisiorek. Zapięła go wprawnie posługując się swoimi długimi, czarnymi paznokciami. -Asia, piekielnie chcę iść na tego Sylwestra, ale równocześnie bardzo się boję- powiedziałam obserwując nasze odbicie w lustrze. -Nigdy nie byłam na takim Sylwestrze „we dwoje”. Zazdroszczę ci. -Gdybyś była na moim miejscu, nie zazdrościłabyś, zapewniam cię. Machnęła ręką. Potem zrobiła mi kilka loków i popryskała je lakierem. Niepostrzeżenie wymknęłam się z imprezy i pobiegłam na podjazd. Obcasy stukały mi głośno, lecz rzeczą nierealną było usłyszeć je przez szum muzyki. Stanęłam przy furtce Aśki. Nie opierałam się o siatkę, by czasem nie potargać sukienki. Patrzyłam na zegarek co kilkanaście sekund. Zmarzłam już okropnie, a Rafała nadal nie było... Obserwowałam chmury, które poruszając się po granatowym niebie raz odsłaniały, a raz zasłaniały gwiazdy. Byłaby to bardzo ładna noc, gdyby było je widać. I tak nie można było narzekać. Przynajmniej nie padało. Nareszcie w końcu uliczki zobaczyłam światła samochodu. Spojrzałam na zegarek – za 15 minut miała nadejść pamiętna godzina „0”. Ponaglałam Rafała z myślach. Zatrzymał się idealnie naprzeciwko mnie i z zachęcającym uśmiechem otworzył drzwi. Wsiadłam majestatycznie poprawiając sobie fałdki sukienki, aby broń Boże szary materiał się nie pogniótł. -Coś dzisiaj wszystko zmierza k temu, by popsuć nasz wieczór- powiedział cicho i pocałował mnie na powitanie. Na ten moment czekałam od dnia, kiedy wyjechał. W końcu poczułam go tak naprawdę, blisko siebie. –Jedźmy już, bo za nic w świecie nie dostaniemy się na Rynek na czas. Na balu miejsca były zarezerwowane, więc czekają spokojnie. Uśmiechnęłam się szczerze – dawno taki uśmiech nie gościł na mojej twarzy. Bezpretensjonalny, beztroski i luźny. Zaczął się wieczór wyjęty z życiorysu. A dlaczego? Bo w Sylwestra czas zawsze staje w miejscu. Rafał włączył radio, w którym już robiono podsumowania minionego roku. Z twarzą przytkniętą do szyby obserwowałam początkowe przejawy noworocznego szaleństwa. Jak byłam mała zawsze myślałam, że ten dzień spędza się wspólnie z rodziną, lub ze znajomymi w domu. Jednak, gdy przybyło mi kilka lat przekonałam się na własnej skórze, że w okolicach 12 w tym dniu życie towarzyskie na drogach dopiero zaczyna kwitnąć. Zaparkowaliśmy dość daleko od Rynku. Przyspieszyliśmy kroku, aby zdążyć na pokaz sztucznych ogni. Rafał po drodze wstąpił do jakiejś knajpy i kupił szampana. Prześlizgując się poprzez tłumy krzyczących i śmiejących się ludzi dążyliśmy do serca Rynku. -Przykre, nie dotrwał do północy!- powiedział z udawanym żalem, kiedy mijaliśmy na wpół przytomnego pijaczka niesionego pod ramiona przez dwóch mężczyzn. Zaśmiałam się głośno, jak i reszta osób w okolicy. Był to bardzo zabawny widok. Mijając dwóch strażników miejskich Rafał zatrzymał się na kilku sekundową pogawędkę. Wszędzie miał znajomości. Prawie wszyscy strażnicy kiwali na niego brodą, bądź podawali rękę. -Zawsze marzyłam o tym, żeby przyjść tutaj z kimś wyjątkowym!- wysapałam trzymając go za rękę i walcząc z napierającym tłumem. -Marzenia się spełniają. Tylko przytaknęłam. Zatrzymaliśmy się pod pasem kamieniczek i sklepów naprzeciwko pomnika Adama Mickiewicza. Na oku mieliśmy drugi telebim. Właśnie śpiewał Bajm. Tłum szalał, skakał, jakieś dzieci przed nami pod nogi ludziom rzucali petardy, a my – zupełnie jakby czas stanął w miejscu – staliśmy i patrzyliśmy z boku na ścisk panujący pod sceną. -Za kilka minut północ- przypomniał mi na ucho i zaczął mnie nakłaniać, bym ubrała czapkę. Rzeczywiście było troszeczkę mroźno. Nie zgodziłam się jednak. –Będziesz mi musiała wiele rzeczy wytłumaczyć... -Wiem- westchnęłam automatycznie. Włożyłam dłonie do jego kieszeni, gdyż zapomniałam rękawiczek. Przed nami stał mężczyzna w czapce Świętego Mikołaja i palił papierosa. –A konkretnie co? -Musisz wszystko opowiedzieć. Opisać jak się rządziłaś, kiedy mnie nie było. O co chodziło z Filipem... cholera, czułem się zazdrosny, wiesz? Nie mogłem patrzyć na to jak z tobą tańczył. Znaczy chciał tańczyć. Był tak blisko tak jak ja teraz. Pocałował mnie w policzek i docisnął mnie do siebie jeszcze mocniej. -Cieszę się, że już jesteś. Miałam go pocałować, jednak powstrzymało mnie od tego zamieszanie jakie zrobiło się przed nami. Do „Mikołaja” podeszła dosyć pijana kobieta i szamocząc go na boki żądała dowodów na to, że jest prawdziwy. -Udowodnij, że jesteś prawdziwy! Gdzie masz prezenty!? -No... eee... rozdałem. -Wszystkie?- zapytała podejrzliwie. –A gdzie masz brodę!? Nie oszukuj!- nie przestawała nim szamotać. Ja z Rafałem dusiliśmy się ze śmiechu. -Na prezent sobie pewnie maszynkę sprawił!- szturchnęła ją jakaś jej znajoma. Spojrzała na niego ostrym wzrokiem. -Nie jesteś prawdziwy! Oszukujesz!- już chciała zacząć go bić po twarzy, ale znajoma ją od niego odciągnęła. -Krakowski Rynek jest jednym z najbardziej komercyjnych, przereklamowanych, a zarazem najpiękniejszych i najurokliwszych miejsc w Polsce. -Na świecie!- poprawił mnie. Również miał okropny sentyment do Krakowa. -Na świecie!- przytaknęłam. –Bije stąd jakaś dziwna energia, szczególnie nocą. Uwielbiam to. -Ciii... odliczanie! -Witamy państwa w progu nowego roku!- krzyknął ktoś ze sceny. Nawet na telebimie nie potrafiłam rozpoznać twarzy. Rafał zaczął potrząsać butelką szampana. Odsunęłam się na kilka kroków. ...dziesięć. ...dziewięć. Odbezpieczył korek. Nie mieliśmy żadnego szkła. Twarze ludzi powoli promieniały. ...sześć. ...trzy. ...dwa. ...jeden! W jednym momencie wystrzeliło tysiące korków od szampana i masa fajerwerków. Rafał trzepiąc butelką jak wszyscy wokoło lał szampanem na oślep tworząc fontannę. Niektórzy ludzie się odsuwali, jeszcze inni ściskali, a jeszcze inni po prostu zadzierali głowy w górę obserwując fajerwerki. Żółte, czerwone, niebieskie. Gdy gaz w szampanie się wykończył, Rafał pociągnął łyka, a zaraz potem podał mi mokrą butelkę. Ale to nie było istotne. Cała byłam mokra. Oblana przynajmniej trzema gatunkami szampanów. Pociągnąwszy kilka łyków, oddałam mu z powrotem butelkę. Podszedł bardzo blisko i zaczął mnie całować. Pocałunkiem w rok 2005 z milionami fajerwerków nad głową. Jego usta smakowały szampanem. Moje zapewne również. Czułam na nas spojrzenia stojących niedaleko ludzi. Patrzyli na zmianę na niebo i na nas. Ale my z tego zupełnie nic nie robiliśmy. Trzaski w uszach rekompensowaliśmy bliskością. -Dlaczego takie dni są tylko raz do roku?- zapytał nie odrywając swojego czoła od mojego. Uśmiechnęłam się i objęłam go za szyję. Znów się pocałowaliśmy. -Może właśnie w tym jest ich urok- odparłam dyplomatycznie wtulając się w jego płaszcz. Na twarzy jeszcze czułam muśnięcia jego włosów i dotyk jego szampańskich warg. Ludzie dookoła nawzajem sobie gratulowali. Nieznajomi ściskali się i życzyli, by kolejny rok był lepszy od poprzedniego. Noworoczny amok zakropiony alkoholem owładnął krakowian i liczną ilość przyjezdnych. Na takich imprezach plenerowych czułam się anonimowa – a z tym było mi bardzo dobrze. -Życzę ci tego, czego sama sobie życzysz- szepnął mi do ucha wskazując na niebo. Rozbłyskało miliony fajerwerków. Nie wiadomo kiedy miały zamiar się skończyć. Kościół Mariacki w tych błyskach wyglądał olśniewająco. -A ja życzę tylko szczęścia, bo w tym jednym zawiera się i zdrowie i miłość i spełnienie marzeń... wszystko!- ze szczęścia przymrużyłam powieki. –Długo jeszcze?- zapytałam, bo od patrzenia w górę już bolała mnie głowa. Chwycił mnie w talii i zmusił do spojrzenia na siebie. -Żałujesz czegokolwiek, co popełniłaś w zeszłym roku? Jego twarz była tuż przy mojej. Czułam jego oddech na czole. A może specjalnie dmuchał mi we włosy? -Wielu rzeczy, ale proszę. Nie psuj mi humoru. -Ja też bardzo wielu rzeczy żałuję. Zbyt wiele się wydarzyło, bym mógł to cofnąć. -Mówisz o nas? Zaśmiał się. -Też, ale tego nie mam zamiaru przerywać. -I słusznie- podkreśliłam. Uśmiechnął się tylko i znów mnie pocałował. Pocałunkiem w Nowy Rok, czy może być coś piękniejszego? W końcu fajerwerki umilkły. Na scenę weszła Beata Kozidrak i zaczęła śpiewać piosenkę, której tytułu nie mogłam sobie za nic przypomnieć. Ludzie obok śpiewali, a ja wtulona w Rafała określałam w skali od jeden do stu jak jest mi dobrze. Było mi wspaniale. W tej skali, to mogłam wybrać tylko 200. Wszystkie złe myśli i wspomnienia uleciały. Liczyła się tylko chwila obecna. Zaczęliśmy się bujać w takt piosenki. Nigdy nie lubiłam Bajmu, ale trzeba było przyznać. Ten zespół potrafił rozbujać połowę Rynku. -Kocham cię- powiedziałam dość cicho. Wiedziałam, że usłyszał. –Nigdy do nikogo nie czułam czegoś takiego. Cieszę się, że jesteś... -Wyznanie lwa- zaśmiał się i znów włożył moje ręce do swoich kieszeni. Były głębokie i nigdy nie znalazłam w nich żadnych papierków, czy chusteczek. Sterylność na granicy pedantyzmu. W moich kieszeniach zawsze przetrzymywałam miliony śmieci. –Boję się o ciebie... -Syndrom ojca? -Opiekuna. Kogoś komu bardzo na tobie zależy. -Kiedy pójdziemy na tą całą imprezę?- zapytałam. -Nie wiem. Kiedy będziesz chciała. -Ja chcę jeszcze zostać tutaj. Nie ruszać się ani na krok!- uśmiechnęłam się zalotnie. -Obawiam się, że stojąc całą noc w jednej pozycji na takim zimnie możemy zamarznąć. -Nie jest wcale tak zimno!- zaczęłam bronić czaru wieczoru. W międzyczasie na scenę weszły Wilki. Dużo osób już opuściło Rynek. Zostali tylko ci pod sceną i tabuny ludzi, którzy nie mogli się zdecydować – czy zostać, czy iść do domów. Niebo porażało głębokim granatem, a my, nie odkrywając twarzy, całowaliśmy i tuliliśmy się do siebie. Mówiliśmy sobie miłe rzeczy, wśród których można było doszukać się życzeń i marzeń noworocznych. Już nie dbałam o to, czy sukienka mi się pogniecie i czy fryzura będzie olśniewająca. Zdziwiłabym się, gdyby wyglądała dobrze po zderzeniu z taką ilością szampana, jaka wylądowała na moich włosach. -Może już chodźmy?- zaproponowałam w pewnym momencie rozdzielając nasze usta. -Zimno?- zaśmiał się swoim łamanym, pewnym głosem. Odgarnął kosmyk, który opadł mi na oczy. –Trzeba było się cieplej ubrać. Puściłam uwagę mimo uszu, a potem wyślizgnęliśmy się z serca Rynku. Poszliśmy ku wyjściu, a potem odbiliśmy na ulicę Mikołajską. -To już tutaj!- otworzył drzwi hotelu „Amadeus”. Weszliśmy do środka. -Rafał! Ogłupiałeś!? Przecież tutaj jest cholernie drogo!- syknęłam mu do ucha nie puszczając jego ramienia. Okrągłymi oczami obserwowałam przepych tego miejsca. Idealnie czyste dywany, podłogi z idealnej klepki i mnóstwo złoceń. Podszedł do recepcji i porozmawiał chwilę z tlenioną blondynką w czerwonej sukni wieczorowej. -Nie martw się. Chodź za mną, idziemy do sali kolumnowej- chwycił mnie za rękę i momentalnie poczułam się jak królowa na swoich salonach. Zdjął mi kurtkę, a potem razem ze swoją oddał do szatni. Nieśmiało uśmiechając się do obsługi żałowałam, że wyglądam tak jak wyglądam. Że nie mam olśniewającej sukni, ani finezyjnej fryzury, która by wszystkich oczarowała. -Rafał... przecież ja tutaj wyglądam jak szara mysz- zauważyłam trafnie. I nie miałam na uwadze koloru mojej sukni. -Przecież ty zawsze wyglądasz pięknie! -Ale jak ty się ze mną pokażesz tak publicznie!? Wśród tylu ludzi? W takim lokalu!? -Nie martw się. Na sali kolumnowej będą tylko moi znajomi. Wąska grupa. Na marmorowej będą tańce. -A złota?- zapytałam. Znałam ten lokal, choć nigdy nie piłam tutaj nawet kawy. Głupia kawa kosztowała 6 złotych. Nie miałam funduszy, by stołować się tutaj. -Bohema. Za wysokie progi na nasze nogi- westchnął. Pełna niepokoju jeździłam wzrokiem po ścianach. Nigdy nie przypuszczałabym, że wyląduję tutaj na kilka godzin. Na dodatek na Sylwestra! W sali, której strop podtrzymywało kilka kolumien było raptem trzydzieści osób. Rzekomo znajomi. Jak się potem okazało, połowy nawet nie znał. Ale oni nie znali nas – w tym wypadku to się równoważyło. -Ślicznie wyglądasz!- powiedział, kiedy przechodziliśmy obok ściany na której było zawieszone lustro. Włosy jakoś prowizorycznie rozczesałam, by wyglądały jak w twórczym nieładzie. Wyszło średnio. Podeszliśmy do stolika przy ścianie. Krzesła obok nas były puste, a naprzeciwko siedział jakiś wysoki mężczyzna i ściskał kurczowo dłoń swojej towarzyszki. Miała długa, obcisłą suknię, którą przytrzymywały liczne paseczki na ramionach. -Witam świeżo upieczonych małżonków!- Rafał odsunął mi krzesło, bym na nim usiadła. Kobieta podniosła głowę i uśmiechnęła się szczerze. Zobaczyłam śliczną obrączkę na jej palcu. -Cześć!- odpowiedzieli chórem. Zbliżyli się do siebie nieznacznie. Mężczyzna był mniej więcej w wieku Rafała... no może troszkę starszy. Kobieta na oko była od niego młodsza. Ale nie za bardzo. -Przedstawię wam, to jest Agnieszka- przyciągnął mnie do siebie władczym gestem. Uśmiechnęłam się krzywo czując na sobie ich dziwne spojrzenia. Potem i oni się przedstawili. Kamila i Marek. Jak wynikło z dalszej dyskusji Marek był przyjacielem Rafała. Znali się od szkoły podstawowej. Tyle że Rafał poszedł na pedagogikę, a Marek na psychologię. Kamila była psychiatrą. Pracowała na ul. Babińskiego w zakładzie dla umysłowo chorych. Zawsze interesowały mnie realia takich zakładów. Może właśnie dlatego wdałam się w rozmowę z Kamilą. -Jako lekarz przyzwyczaiłam się już do pewnych zachowań. Ale wyobraź sobie, że po korytarzach chodzą tam ludzie i na przykład nacierają się ciastkami z kremem, lub w policyjnym kasku okładają się gumową pałką- mówiła z przejęciem. Mimo, że chciałam – nie słuchałam jej. Moją uwagę przyciągnęła rozmowa Marka i Rafała. Marek moczył usta w szampanie co chwilę na mnie zerkając. -Czy to jest ta twoja uczennica?- zapytał. Gdy spojrzałam na niego, odwrócił wzrok w drugą stronę. –Czy to ta gówniara z którą teraz jesteś? -Mówiłem ci o niej dużo, prawda? -Prawda- przytaknął. -I zapamiętałeś tylko to, że jest moją uczennicą?- zapytał Rafał i wziął łyk szampana. Pod stołem cały czas trzymaliśmy się za ręce. Marek stropił się i duszkiem dokończył wysoki kieliszek. Miał potem coś powiedzieć, lecz ktoś odwrócił jego uwagą. Ktoś odsunął krzesło obok mnie. Odwróciłam głowę i serce momentalnie mi się zatrzymało. W odległości kilku centymetrów ode mnie siedział Artur. Zaraz potem Jola. Przywitała się szybko, a potem zaczęła uciekać wzrokiem nie tylko ode mnie. Od Rafała również. Przysunęłam się do mojego mężczyzny jak najbliżej mogłam, by nie wzbudzić podejrzeń. -Cześć, Agnieszko- spokojnie przywitał się Artur. Odwróciłam głowę w stronę Rafała i zaczęłam szukać jego spojrzenia. Nie znalazłam. Rozmawiał teraz z Kamilą. Arturowi oczywiście nie odpowiedziałam. Wstałam automatycznie, przeprosiłam i powiedziałam, że muszę iść do toalety. -Wiesz gdzie jest?- zapytał Rafał. -Jakoś trafię- odpowiedziałam czując, że robi mi się słabo. Arturowi chciałam wbić w rękę widelec. Z całych sił. Żeby było dużo bólu i krwi. Póki co wyszłam z sali kolumnowej. Odprowadzana była czujnymi pięcioma parami oczu. Przez marmurową doszłam do hallu. Wyszłam na zewnątrz i oparłam się o ścianę. Było mi piekielnie zimno, ale przynajmniej mogłam w spokoju oddychać. Te lodowe spojrzenie i kpiący uśmieszek nie mogły mi wypaść z głowy, a w uszach brzmiało zdanie „Cześć, Agnieszko” wypowiedziane, jakby był co najmniej moim dobrym znajomym. -Wszystko w porządku?- usłyszałam zza uchylonych drzwi wejściowych pytanie. Odziana w czerwoną suknię wieczorową recepcjonistka nacisnęła klamkę. –Mogę w czymś pomóc? Odwróciłam głowę w jej stronę i dłońmi zaczęłam rozcierać lodowate ramiona. -Mogłaby pani powiedzieć gdzie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych