Wróć do katalogu

Najprawdziwsza

To opowiadanie jest to tragiczna historia z drógim dnem o parze nastolatków

lordbyrad, opublikowano , 17 min czytania, 2,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Najprawdziwsza

- Źle! 162 to 256 – sorka wytknęła jej kolejny błąd – Nie wiem jak ty, ale ja chcę poznać rozwiązanie tego zadania! Poprawiła wynik i kontynuowała rozwiązywanie nierówności n-tego stopnia. Była niemal doskonałą uczennicą. Zawsze przygotowana, grzeczna, uprzejma, inteligentna, pracowita, ambitna, … Jednak nie wiedzieć, czemu akurat dziś sorka wywołała ją do tablicy. Miała już kilka stopni z odpowiedzi, chyba najwięcej z całej klasy. Dlaczego została zapytana? – nie wiedziałem - jeszcze. Bardzo często się zgłaszała – bezskutecznie. Wszyscy wiedzieli, że umie. Dlaczego właśnie dziś? Dlaczego akurat dnia, gdy po zarwanej nocy przed klasówką, niewyspana siedziała w szkole pomimo uporczywego bólu głowy? Zadanie nie było trudne. Jeszcze wczoraj rozwiązałaby je bezbłędnie, uzupełniając dziennik o kolejną piątkę. Tymczasem mozolnie próbowała rozwiązać zadanie, często plącząc się w zeznaniach. Sorka była wyraźnie zdenerwowana. Może to właśnie był powód, z którego akurat ją zapytała – chciała sobie poprawić humor. Wszyscy już dawno mieli rozwiązanie tego zadania, panował harmider. - Siadaj i daj znać jak się nauczysz! – nagle powiedziała głosem nie dopuszczającym sprzeciwu. - Sorko … - wydobyła błagalny i załamujący się głos, ale reszta zdania jakby nie przeszła jej przez gardło. Tylko spuściła głowę i powoli podeszła do ławki. Płakała. Dziewczyny próbowały ją pocieszać, ale ona tylko bezgłośnie płakała. Nigdy specjalnie nie zależało mi na stopniach, ale jej naprawdę współczułem. - Trzydzieści dwa do tablicy! – rzuciła rozdrażniona nauczycielka. Tym razem nie było większych problemów, przynajmniej z rozwiązywaniem zadania. Na chwilę przed końcem dowodu na korytarzu dały się słyszeć czyjeś kroki. Chyba ktoś biegł. Co prawda nie był to głośny tupot, lecz w obliczu niemalże absolutnej ciszy panującej w sali, wydawał się niemalże hukiem. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Ukazała się w nich młoda dziewczyna. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Musiała biec od dłuższego czasu. Oparła się na pierwszej ławce ciężko dysząc. Była naprawdę ładna, jednak jej urodę skutecznie maskował strach, który odmalował się na jej przepięknej twarzy. Była ubrana w dżinsy i jasną bluzkę. Ale nie to zwróciło na nią powszechną uwagę. Owa bluzka była podarta… Trzymała się za bok, tamując powolny wypływ krwi. Stała tak zaledwie przez sekundę, ale ta zdawała się być wiecznością. Jakiś chłopak podniósł się z krzesła… - Iwa nie żyje… Opadł jednak z powrotem zrezygnowany. - … Pidi… Czarny… Szpaner… i Maru też – niemal wyszeptała, łapiąc oddech – udało mi się uciec… zaraz tu będą… Zamknął oczy, siedząc niewzruszenie. Nie drgnął mu choćby jeden mięsień twarzy, nie poruszył żadnym palcem. Po prostu siedział z zamkniętymi oczami, tak beznamiętnie, jakby będąc myślami gdzieś zupełnie indziej. W końcu spojrzał na nią. - Trzeba Cię opatrzyć – wstał i podszedł do niej, powolnym i zdecydowanym krokiem. - To tylko draśnięcie. Musimy uciekać! Oni zaraz tu będą – powiedziała jednym tchem. - Nie ujdziemy daleko, jeśli się wykrwawisz! Niech sorka wpisze mi nieobecność. - Tylko na tej godzinie? - Nie! Do końca życia… - niemal wyartykułował po chwili, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. Wyszli z sali, zostawiając teczkę szkolną i ogromną, czerwoną kałużę krwi na parkiecie. Przełożył sobie jej rękę przez szyję i podniósł ją, widząc, że każdy krok sprawia jej ból. Pośpiesznym krokiem zaniósł ją do gabinetu pielęgniarki. *** - Czy mogłaby pani ją opatrzyć? - O Mój Boże! Co się stało? - Rana postrzałowa. Ci, którzy to zrobili, mogą się tu pojawić w każdej chwili, więc proszę o pośpiech – powiedział ze spartańskim spokojem – proszę niech pani nie pyta o szczegóły. Pielęgniarka posłusznie zdjęła apteczkę z leżaka i kazała ją położyć. - Proszę zdezynfekować ranę i zatamować krwotok. Później już nas pani nigdy więcej nie zobaczy – spojrzała na nich ze zdziwieniem. Lekarka znalazła jakąś fiolkę i podeszła do pacjentki, biorąc po drodze jeszcze nową, czystą strzykawkę. - Niech pani daruje sobie znieczulenie! Bardzo zależy nam na czasie, a po narkozie nie będę w stanie normalnie funkcjonować. Chciałabym dożyć jeszcze do jutra – wymownie spojrzała mu w oczy… Strzykawka została odłożona z powrotem na stolik, a pielęgniarka ponownie wyciągnęła coś z oszklonej szafki. Była to woda utleniona. - Będzie bolało! – powiedziała na chwilę przed polaniem rany. Dziewczyna z bólu napięła wszystkie mięśnie aż do granic możliwości, a na jej twarzy ukazał się cierpki grymas niewyobrażalnego bólu. Nie wydała jednak żadnego dźwięku. Nie krzyknęła, z całych sił zamykając oczy i aż do krwi zagryzając dolną wargę drobniutkimi ząbkami. Dłonie same zacisnęły się na papierowym, jeszcze przed chwilą, świetliście białym prześcieradle. On złapał ją za rękę chcąc, choć odrobinę ulżyć. Po chwili wzięła oddech i spojrzała mu głęboko w oczy, dziękując. Pielęgniarka nie wierzyła w to, co zobaczyła. Ta dziewczyna mimo ogromnego bólu nie wydała najcichszego nawet dźwięku i … to spojrzenie, głębokie, pełne wdzięczności i miłości… mimo młodego wieku, tak dojrzałe. Nic nie mówiąc sięgnęła po tubkę z jakąś maścią, a następnie zabandażowała ranę na wysokości dolnych żeber po prawej. Rana wyglądała okropnie, ale nie było czasu na jej dokładne zbadanie i opatrzenie. - Jeszcze chwilkę. Podam zastrzyk przeciwtężcowy – powiedziała, biorąc ponownie strzykawkę i jakąś nową fiolkę – niech zażywa jedną co godzinę – dała mu opakowanie tabletek, które machinalnie wsunął do kieszeni. Ponownie spojrzała na nią z podziwem. Podszedł do niej i już chciał podnieść… - Spokojnie, poradzę sobie – powiedziała siadając. Objął ją i pomógł wstać. - Dziękujemy pani i do widzenia. - Do widzenia – wyszli. Ci ludzie wydają się jacyś dziwni, … jakby naprawdę ludzcy, mimo, że nie uzewnętrzniali swoich uczyć… ani myśli. Po prostu zachowując je dla siebie, zupełnie jak ktoś, komu nic innego nie zostało, choć nawzajem doskonale odczytywali to, co czuła ta druga połowa. Milczeli, ciesząc się każdą wspólną chwilą. Oddani nurtowi własnych myśli, uczyć, autobiograficznych mrugnięć i westchnięć. Wiedzieli. Czeka ich dozgonna ucieczka przez listem wypchanym monotonnymi liczbami – śmiercią pachnącym między wierszami. *** Ona pozwoliła mu się prowadzić. Nadal czuła silny ból, choć był on dużo słabszy od tego… z gabinetu. Mijali kolejne sale. Do dzwonka było jeszcze kilka minut, więc korytarz był pusty. Doszli do schodów i powoli zeszli po nich aż na sam dół. Oboje wiedzieli, że najlepiej będzie wyjść tylnym wyjściem, więc właśnie tam skierowali swoje kroki. W końcu wyszli ze szkoły. Ale było już za późno. Kilka metrów od drzwi właśnie parkowało kilka czarnych mercedesów. Wrócili do środka. Biegli. Rozległ się Huk. Szybciej! Kolejny, jeszcze jeden, … Szybciej! Wyślizgnęła mu się z rąk. Dwa kroki dalej zatrzymał się i odwrócił. Leżała na brzuchu. Tak piękna, z rozwianymi włosami. Niczym anioł przypadkiem strącony z gwiazd. Leżała na brzuchu z głową lekko odchyloną w prawą. Z rękami zaciśniętymi w pięści. Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała zerwać się i wznowić ucieczkę. Jej prawa dłoń powoli otworzyła się… było już za późno. Z tyłu głowy pojawiła się niewielka plamka, zaborczo ciemniejąca na tle jej przepięknych, długich, świetliście jasnych blond włosów, swobodnie opadających na ramiona. Stopniowo punkt ten pokrywał coraz większe połacie jej ślicznej głowy, jakby chcąc posiąść ją tylko dla siebie. Umarła! Na jego twarzy odmalował się paniczny strach. Podbiegł do niej. Nogi mu się ugięły. Z pobliskich sal wychyliło się kilka osób, aby zobaczyć, co było przyczyną hałasu. Szybko się schowali. Został tylko jeden – wnikliwy obserwator – ukryty za rogiem. On jednak, nie zwracając na nic uwagi podniósł ją, położył sobie na kolanach i przytulił. Po policzku stoczyła mu się łza, a za nią następna, następna i następna… Wpatrywał się w jej duże, błękitne oczy – z powiększonymi źrenicami, otwarte nieco szerzej niż zwykle. Przycisnął ją mocno do siebie, zwilżając i tak już zniszczoną bluzkę. Po chwili pocałował ją namiętnie. Usta miała jeszcze ciepłe, jednak pierwszy raz nie odpowiedziała. Jego twarz znów przybrała beznamiętny wyraz, tylko oczy zdradzały strach. Ale czego tak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych