Wróć do katalogu

NATAN

Historia jednaj znajomości.

hermenegilda, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Tobie prawdy nie powiem, ale za to morzu, ale wichrom lecącym w dalekie rozboje, ale mgłom, kiedy ranne zdejmują zawoje z namiętnej twarzy świata, podobnej do mojej"

Wtedy było wszystko, ale nie miałam komu tej prawdy powiedzieć. Spacerowałam jak głupia o 6 rano brzegiem Bałtyku. Mimo tak wczesnej pory kilka osób szwędało się po plaży oprócz mnie. Szłam boso, a w ręku trzymałam sandały, które kupiłam jeszcze we Wrocławiu - tydzień temu. Te podróże były dla mnie przekleństwem, ale cóż... wybrałam wystawę i musiałam jeździć z Markiem po całej... no może nie całej Polsce. W tamtym dniu specjalnie wstałam wcześnie, żeby nacieszyć oczy morzem... ostatni raz tam byłam, kiedy miałam 15 lat. Wybrałam się na wycieczkę z rodzicami mojej przyjaciółki, nie pamiętam dokładnie przebiegu całego pobytu, ale wiem jedno - były to najfajniejsze wakacje w moim życiu. Takie je pamiętam. Tak sobie wspominając spacerowałam maczając nogi w tym okropnie zimnym morzu. Na horyzoncie była mała latarnia i jako jeden z moich absurdalnych celów postanowiłam, że dotrę tam przed południem, wrócę taksówką i jeszcze zdążę otworzyć o 13 wystawę... a potem znajdę chwilę czasu i opiszę to skrupulatnie Andrzejowi, a ten ujmie to prześlicznie w słowa, a potem da mi do autoryzacji... Przyjechałam tutaj, do Pogożelicy z Markiem i Andrzejem. Jakiś miesiąc temu Marek ubzdurał sobie, że wyjedziemy w Polskę z jego rysunkami - malował świetnie. Skończył ASP i właściwie nie wiedziałam czemu wybiera los amatora, ale ten zawsze mi odpowiadał, że szuka dreszczyka emocji... On to miał życie, kiedy jeszcze byliśmy z wystawą w Warszawie skoczył z jakiegoś nieznanego mi mostu na bungie... Ja myślałam, że skicham się ze strachu kiedy tak stałam i widziałam jak on się rzuca z tego mostu. Brr - aż mnie na samą myśl trzepie... Andrew z kolei był przeciwieństwem Marka. Spokojny gość i do niego zawsze przychodziłam z problemami. W jego małej kawalerce w centrum Krakowa zawsze znalazł się dla mnie jakiś ciepły kąt i kubek herbaty, a potem jeszcze cała przegadana noc... Ja naprawdę nie wiem jak nasza paczka się jeszcze trzyma - od liceum. Wszystko się tam zaczęło... pamiętam te zazdrosne spojrzenia dziewcząt, które patrzyły na mnie z zawiścią, kiedy kolejny raz z kolei umawiałam się z nimi na jakiś wypad do miasta... O dziwo nasze stosunki były zawsze przyjacielskie. Nie wiem jakim cudem ale nasza przyjaźń nigdy nie otarła się o "niebezpieczne związki"... było po prostu idealnie, kłótnie oczywiście też się zdarzały, ale zawsze o jakieś pierdoły, o których szybko wszyscy troje zapominaliśmy... No i tak szłam tym brzegiem morza w oliwkowozielonych rybaczkach i w pomiętej koszuli zapiętą tylko na trzy guziki. Wszyscy się na mnie gapili zdrowo, ale nie z powodu wyglądu, bo wyglądałam całkowicie normalnie, pewnie dziwili się, że o tak wczesnej porze wchodzę do wody. A poza tym myśleli pewnie, że taka młoda dziewczyna jak ja zapewne uciekła z pokoju hotelowego zostawiając tam swego kochanka, który dosypia nieprzespaną noc. Jaka pierwsza opinia może być zwodnicza... Punkcik latarni powoli stawał się większy, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że już mnie stopy bolą od tego piasku, więc nie osuszając ich w ogóle ubrałam sandały na nogi i przy najbliższym wejściu na ulicę otrzepałam je i oparłam się o murek. Jakie to morze było piękne... żeby taka stara baba ekscytowała się morzem - skarciłam się w duchu, choć do starości brakowało mi, oj brakowało. Wtedy miałam 26 lat na karku i skończone studia. Psychologię. Moją wymarzoną psychologię, którą okupiłam malowaniem płotów i roznoszeniem ulotek, bo rodzice nie mieli kasy. Mam studia, ale pracowałam w wydawnictwie. Z reguły jest tak, że nie pracuje się w swoim zawodzie. Pochrzanione życie zawsze wszystko pokomplikuje... Tak patrzyłam na to morze i nagle nabrałam ochotę na olbrzymiego gofra... takiego z owocami i bitą śmietaną... Więc wstałam i poszłam na poszukiwania odpowiedniej budki, gdzie coś takiego mogę przekąsić. Dopiero, co się rozkładali, ale moją uwagę przykuła taka mała restauracyjka, która była cała w drewnie. Teraz nie pamiętam nazwy, ale wiem, że zapisałabym ją, gdybym wiedziała, co mnie tam spotka. -Poproszę największego gofra z bitą śmietaną i owocami jakiego macie- powiedziałam do przystojnego sprzedawcy intonując po kolei każde słowo. -Ehm, sorry, ale ja nie jestem sprzedawcą...- zakomunikował i tak staliśmy naprzeciwko siebie nic nie mówiąc. Czekałam, aż powie coś typu: tata za chwilę przyjdzie, bo wyglądał strasznie młodo. Z tej niemocy uwolnił nas kolejny facet, który wyszedł drzwiami od kuchni i spytał mnie najzwyczajniej w świecie: Co podać? Ja już zgaszona odparłam, że gofra. Ten drugi "sprzedawca" wyglądał co prawdaż starzej od pierwszego, ale był mniej więcej w moim wieku, albo trochę starszy... całkiem niezły facet! Mężczyzna wypytał mnie o szczegóły, jakie owoce, ile śmietany itp., a po chwili przyniósł mi ogromnego gofra z olbrzymimi owocami truskawek. Usiadłam sobie na krzesełku przy ladzie, bo bałam się, że pół tego arcydzieła upadnie na ziemię przy jakimkolwiek ruchu. Spałaszowałam go chyba w 5 minut, nie pamiętam, kiedy ostatnio coś takiego jadłam... właśnie z tych wczasów 10 lat temu pamiętałam, że w Pogożelicy jest masa budek z goframi. -Ile się należy?- zapytałam tym razem tego drugiego faceta, a ten na mnie spojrzał jakimś pogardliwym wzrokiem i zapytał z najwyższym zdziwieniem w głosie: -A pani już idzie? -Tak, do południa muszę dojść do latarni w Niechorzu-odparłam beznamiętnie, jakoś dziwnie wykazując chęć podzielenia się z nim moimi planami. -Spokojnie pani dojdzie jak pani zostanie jeszcze kilka minut. Postawię pani kawę.- powiedział natrętnie patrząc mi w oczy. Cholera, pierwszy raz w nie spojrzałam... nie były to moje wymarzone błękitne oczy głębsze niż ocean, ale słodkie orzechowe oczęta, w których paliła się iskierka zainteresowania. Złapałam się na myśleniu o tym jakie on ma dłonie, a jak stawiam sobie takie pytanie to już jest bardzo źle. -Hmm?- ponaglił, a ja jak głupia patrzyłam się w te jego oczy. W końcu otrząsnęłam się i odpowiedziałam coś w stylu, że mam masę pracy i takie tam "zbywalcze kłamstewka". -No niech się pani nie da prosić, nie ma nic wspanialszego niż filiżanka kawy o poranku- to już mi zabrzmiało jak kiepska reklama przeterminowanej kawy. Zdziwiły mnie też jego maniery i sposób podrywu... na per pani jeszcze nikt mnie nie podrywał. -Nie, dziękuję, naprawdę muszę iść... strasznie pan miły- rzuciłam komplement i wstałam z krzesła. -Proszę - tylko jedna kawa, mocna jak śmierć, czarna jak węgiel i gorąca jak miłość...- powiedział i tą nową wersją znanego powiedzenia kompletnie mnie zastrzelił. Postanowiłam zostać, ale wciąż myślałam o jego dłoniach... czy to jakieś zboczenie? Facet się uśmiechnął szelmowsko i zniknął za drzwiami. "Najpierw nakłonił mnie do zostania, teraz idzie - seryjny morderca, albo gwałciciel"- pomyślałam, ale mimo to chciałam zostać tutaj, w tej knajpie, przy tej ladzie, do której zapewne za chwilę podejdzie ten facet. Rzeczywiście, przyszedł z dymiącą filiżanką, którą postawił mi tuż przed nosem. Wciągnęłam nosem aromat i stwierdziłam, że kawa pachnie całkiem zachęcająco. -Ładnie pachnie- powiedziałam nie wiadomo, czy do niego, czy do siebie. -W końcu sam robiłem- roześmiał się z niezwykle udanego dowcipu i zagarnął kosmyk swoich przydługich włosów za ucho. Ja nawet nie zmieniłam mojego wyrazu twarzy, tym razem nie patrzyłam na niego tylko na czerń kawy, jakbym szukała w niej muchy, czy włosa. Nie chciałam tam niczego znaleźć, ale nawet jakbym znalazła to pewnie bym wypiła... nie chciałam zepsuć tej atmosfery. Pociągnęłam łyk kawy. Rzeczywiście, była pewnie parzona, bo smakowała świetnie... -To nie jest kawa po turecku, świeżo mielona, parzona- zakomunikował widząc jak się jej przypatruję. -Czuję... wie pan... pierwszy raz piję kawę nie z torebki i przyznam się, że smakuje wyśmienicie. Wyśmienicie - a to dobre, nie używałam tego słowa od czasów wypracowań z polskiego w liceum, a w tej sytuacji tylko takie określenie wpadło mi do głowy. -Natan- powiedział ignorując inne moje słowa. Przyczepił się tylko tego "pan" i wyciągnął do mnie rękę. Bez namysłu podałam mu dłoń, a wtedy on ją pocałował. Miał niezwykle ciepłą dłoń, z wyglądu nie zdążyłam się dobrze przypatrzeć, bo szybko je schował za ladę. Natan... cóż to za imię - pomyślałam i w głowie opracowałam sobie całą historyjkę. Jego rodzice byli żydami, ale umarli z rąk Niemców... wtedy trochę epoki mi się pochrzaniły, ale to akurat nie było ważne. -Mariola- rzuciłam. Jakoś nie w smak mi było mówić swoje imię... takie pospolite - nie to co Natan. -Miło poznać- wyszeptał i wtedy podszedł jakiś idiota zamówić piwo i cały nastrój diabli wzięli. Ja bez słowa dopiłam kawę i już zarzuciłam moją sztruksową torbę na ramie. -Ile się należy?- zapytałam przerywając kłótnię Natana z tym facetem o to, że nalał mu za mało piwa. Piwo z rana jak śmietana - pomyślałam wtedy i uśmiechnęłam się pod nosem. -Nic- odpowiedział nie przerywając kłótni. -Ależ proszę pana... ile wynosi w sumie gofr i kawa- zapytałam chyba z przesadnym dystyngowaniem. -Natana- rzucił tylko i w końcu odprawił faceta nalewając mu drugi kufel…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych