Wróć do katalogu

Nie pytaj nigdy, skąd się biorą dzieci

Miłość, małżeństwo, dzieci - proste? Nie w świecie bohaterki tego opowiadania.

arti, opublikowano , 23 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Arna siedziała oparta o drzewo, dysząc ciężko. Obok leżał martwy ten, którego uważała dotąd za swojego przyjaciela. Ona właściwie też już była martwa, z tym, że on już nic nie czuł, ona natomiast nie mogła poradzić sobie z nawałem myśli, jakie kłębiły się w jej głowie. Cały jej świat, wszystkie jej plany i marzenia obróciły się wniwecz zaledwie tydzień temu. Tak, wszystko to zaczęło się tydzień temu, choć właściwie to wcześniej, dużo wcześniej, przed milionami lat. Zaczęło się to dokładnie wtedy, kiedy powstało życie na ich planecie.

EPIZOD I - osiem lat temu. - Marfan otwieraj! Mamy wyrok Rady Starszych. Urzędnik widząc, że jego słowa nie odnoszą skutku, dał znak policjantom by wyważyli drzwi, a sam schował się za ścianą. Policjanci wyciągnęli broń i przygotowali się do wejścia. W tym momencie rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Ktoś wyskoczył przez okno znajdujące się z prawej strony drzwi. Urzędnik zamarł w bezruchu, ale wprawieni policjanci szybko skierowali swą broń we właściwą stronę. Pierwszy jednak strzelił Marfan. Zdążył trafić jednego z nich w twarz i w klatkę piersiową, nim kula drugiego ugodziła go w ramię. - Arna uciekaj! - krzyknął ranny. Urzędnik spojrzał w stronę, w którą skierowany był okrzyk. Mała dziewczynka zeskoczyła z okna i zaczęła uciekać. Podążył za nią. - Zostaw ją ty draniu! Marfan zdrową ręką ponownie chwycił za pistolet. Tym razem strzał policjanta był dla niego śmiertelny. Urzędnik przyprowadził dziewczynkę, która wyrywała się piszcząc i krzycząc: - Puść mnie! Mordercy!

EPIZOD II - siedem lat temu. Arna siedziała przy ogrodzeniu okalającym teren Domu Wychowawczego. - Ej, ty! - głos dochodził z za jej pleców. Obejrzała się. Za ogrodzeniem stał jakiś chłopak mniej więcej w jej wieku. - Ty, czemu tu siedzisz? Nie bawisz się z innymi? - Co ci do tego? - Arna z powrotem odwróciła się do niego plecami. - Tak tylko pytałem. Jestem Turfan, ale wszyscy nazywają mnie po prostu Turf. Chłopak wyciągnął rękę nad ogrodzeniem w geście pojednania. - One nie potrafią się w nic bawić, cały czas gadają o swojej urodzie - powiedziała Arna nie zmieniając pozycji. W końcu wstała, podeszła do ogrodzenia i odwzajemniła gest Turfa. - Jestem Arna, córka Marfana. - Więc to ty jesteś Arna. - Tak, a co? - Słyszałem, że próbowałaś uciekać. - Uciekać, też coś. Póki żył mój tata mogłam chodzić gdzie chciałam. Ci dranie zabili go i zamknęli mnie w tym zakładzie, z tymi pożałowania godnymi kwokami. - Mówią, że twój ojciec był odmieńcem. Słysząc to Arna przeskoczyła ogrodzenie i wykorzystując zaskoczenie Turfa, uderzyła go pięścią w twarz na tyle silnie, że upadł. - Mój tata był wspaniałym człowiekiem i wiele mnie nauczył, więc uważaj, co mówisz. - Przepraszam, nie chciałem cię urazić - powiedział Turf pocierając obolały policzek. - Dlaczego nie spróbujesz mi oddać? - Arna nadal stała przygotowana do walki. - Oszalałaś? Nie wolno bić dziewczyn. - Przyznaj lepiej, że się boisz. - Pewnie, że tak - Turf wstał i otrzepał ubranie - ale Rady Starszych, a nie ciebie. Arna uśmiechnęła się, widząc że rozkrwawiła Turfowi dziąsło. - Niezły cios jak na dziewczynę. Jeśli nie masz co robić to może pobawiłabyś się z nami. - Czemu nie.

EPIZOD III - dwa lata temu. - Spytałam go, czy wie skąd biorą się dzieci, a on tak się speszył, że aż pot wystąpił mu na czoło. - A ty, Arna, wiesz skąd się biorą dzieci? - spytała jedna z dziewczyn. - Nie, - odpowiedziała Arna i zaśmiała się - ale to musi być coś świńskiego. - Arna! - to był głos ich wychowawcy. Wszystkie dziewczyny, z wyjątkiem Arny uciekły do swoich łóżek. - Słucham panie wychowawco. - Jeśli już musisz włóczyć się z Turfanem i jego kumplami, to przynajmniej przestań demoralizować inne dziewczyny. - Dlaczego izolujecie nas od chłopców? - Dowiesz się w swoim czasie. Wychowawca odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. - Prędzej czy później, będziemy musiały się z nimi spotkać. Wychowawca był już przy drzwiach. Arna krzyknęła w jego kierunku: - Inaczej nie byłoby dzieci, prawda? Po sali rozszedł się szmer. Wychowawca zatrzymał się, odwrócił i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. Zrezygnował jednak i wyszedł trzaskając drzwiami. Arna położyła się na swoim łóżku. - Czy ty w ogóle nie czujesz respektu przed nikim? - spytała jej sąsiadka. - To stary odmieniec. Raz widziałam go jak sobie popijał. - Opowiedz coś jeszcze o Turfie. - Zamiast wysłuchiwać moich opowiadaä, mogłabyś kiedyś pójść ze mną. - Nie... nie wiem, jakoś się ich boję. - Jesteś tak samo głupia jak inne. Arna zgasiła swoją lampkę i odwróciła się plecami do sąsiadki.

EPIZOD IV - tydzień temu. Turf siedział na ziemi dziwnie podenerwowany. Bawił się swoim nożem, wbijając go raz po raz w piach. - Jesteś sam? - Arna rozejrzała się wokół - Gdzie Bat, Ares i inni? - Co mnie obchodzą inni, niech sami sobie znajdą dziewczynę. - Co się z tobą dzieje, od kilku dni jesteś jakiś nieswój? - Za tydzień zaczynają się gody - powiedział jakby od niechcenia. - Wiem, mówiłam ci już, że cokolwiek by to było, chcę by odbyło się to z tobą. Turf uśmiechnął się z dziką satysfakcją i wbił nóż aż po rękojeść w ziemię. Poderwał się na równe nogi i złapał ją za ramiona. Arna poczuła strach. Nigdy dotąd się nie bała, w każdym razie nie aż tak. - Drżysz - Turf nadal się uśmiechał. Jego oczy patrzyły prosto w oczy Arny. - Puść mnie idioto, to boli! Nagle coś oderwało go od niej. Turf zrobił kilka kroków do tyłu i upadł. - Poczekaj do dnia godów, Turfan. - O, pan wychowawca. Czego się wtrącasz stary odmieńcu? Ty straciłeś swoją szansę lata temu, teraz winieneś ustąpić miejsca młodszym. - Zjeżdżaj Turfan. Wykażesz się za tydzień. - Ty stąd zjeżdżaj, stara pierdoło. Turfan skoczył do przodu, złapał swój nóż i rzucił się z nim na wychowawcę, ten jednak z pełnym spokojem chwycił jego rękę i wykręcił. Nóż upadł na ziemię. - Albo się zaraz stąd wyniesiesz i poczekasz ten tydzień, albo złamię ci rękę i będziesz musiał czekać do następnego roku. Wybór należy do ciebie. - Zrób to, a już Rada Starszych się tobą zajmie. - Ciekawe co rada starszych powie na to, że spotykasz się dziewczyną na tydzień przed godami. Wychowawca odepchnął Turfa od siebie. Chłopak mruknął coś niewyraźnie i uciekł. Arna stała zupełnie zaskoczona tym co zaszło. - Więc on chciał po prostu przyspieszyć gody - powiedziała w końcu, uśmiechając się nieśmiało. - Wracaj do domu Arna. Masz jeszcze tydzień, za tydzień dowiesz się wszystkiego. - Za tydzień. Wiecznie słyszę tylko za rok, za miesiąc, za tydzień. Mogłam wszystkiego dowiedzieć się już dzisiaj, ale ty musiałeś nas wyśledzić. Turf miał rację jesteś starym odmieńcem i zazdrościsz nam młodym. - Z a z d r o s z c z ę !? Ha! Wiesz co to jest mortogeneza? To sposób w jaki rozmnaża się większość zwierząt w naszym świecie, z nami włącznie. Chciałaś wiedzieć, skąd się biorą dzieci, teraz masz odpowiedź - mortogeneza, ona jest głównym punktem godów. Wychowawca stał tyłem do Arny. Był zły, że dał się ponieść emocjom. Nastała cisza. Nerwy dziewczyny napięte były do granic wytrzymałości. - Co to jest mortogeneza? - zapytała pełna obaw, czuła, że nie powinna o to pytać. - W okresie godów krew samicy zawiera zarodniki. Samiec... - tu zrobił krótką przerwę. - Samiec zabija samicę i produkuje wydzielinę zawierającą nasienie. Wydzielina dostaje się do krwi i zapładnia zarodniki, które rozwijają się żywiąc się martwym ciałem matki. Z tysiąca zapłodnionych zarodników tylko kilka ma szansę na przetrwanie. Wśród nich jest jedna lub dwie młode samiczki, reszta to samce. Dlatego samice są nietykalne, żaden samiec nie zabije, ani nawet nie skrzywdzi samicy przed okresem godów. - To nie prawda! Kłamiesz! Kłamiesz! Jesteś chory, tylko chory umysł mógł wymyślić coś równie okropnego. - Wiesz, że to prawda. Instynktownie czujesz, że mam rację. Zapomniałaś już o strachu, który czułaś, gdy Turfan cię trzymał? - Nie bałam się. - Owszem, bałaś się. To instynktowny strach i nie można go powstrzymać. W czasie godów ten strach każe wam uciekać, tak by tylko najsilniejsi i najsprytniejsi młodzieńcy mieli szansę zdobyć sobie dziewczynę. Teraz wiesz, dlaczego nazwali mnie odmieńcem, nie potrafiłem zabijać. Oboje cierpimy na tę samą chorobę, brzydzimy się zabijaniem. Tak, to tylko choroba, wypaczenie psychiki, dewiacja. Uległem jej ja, uległ twój ojciec i ty. - To nie prawda! Łżesz! Nie wierzę ci! Nie wierzę! - Masz rację Arna, - wychowawca podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach - masz przed sobą tydzień życia, żyj złudzeniami.

EPIZOD V - wieczór przed dniem godów. Arna weszła do pokoju wychowawcy tak cicho, że ledwie to spostrzegł. Nie spojrzał nawet w jej stronę. Wstydził się jej, wstydził się tego, że jest mężczyzną. Dopełnił swoją szklankę i pociągnął spory łyk. - Pomóż mi uciec. Ukryję się gdzieś w górach - powiedziała. Uśmiechnął się nieznacznie, czując jak gorycz ściska mu gardło. - Nie masz szans Arno. Nie zauważyłaś, jak od dłuższego czasu zmienia się twój zapach. Jutro stanie się on tak silny, że napełni żądzą każdego dojrzewającego mężczyznę w okolicy. Wytropią cię, niezależnie od tego gdzie się schowasz. A nawet gdybyś...- westchnął i pociągnął kolejny łyk. - Wiele lat temu, kiedy był czas moich godów, uciekłem z moją wybranką, a potem musiałem patrzeć, jak umiera w męczarniach. Zbyt duża ilość zarodników we krwi powoduje zatory i stopniową martwicę kończyn. Twój ojciec też uciekł ze swoją kobietą, ale on miał przynajmniej tyle odwagi, by zabić ją gdy zaczęły się jej cierpienia. - Nie chcę umierać. - Może gdzieś w innym świecie ludzie rodzą się bez strachu i zabijania, tutaj to nieuniknione. Poddaj się szaleństwu, a zapomnisz o śmierci. Jutro wszystko będzie ci obojętne. To jest jak zły sen, bez bólu, bez świadomości, tylko strach.

EPIZOD VI - dzień godów Arna nie spała całą noc. Rano jedna z dziewczyn obudziła się z krzykiem. Po chwili dołączyły do niej inne. Zaczęły się zrywać ze swych łóżek i wybiegać na zewnątrz. Arna starała się zachować zdrowy rozsądek, mimo iż strach narastał w niej z minuty na minutę. Na zewnątrz wyszła ostatnia. Zdążyła się przedtem ubrać, w przeciwieństwie do innych, które wybiegły w swych nocnych koszulach i boso. Wszystkie dziewczyny, wiedzione instynktownym strachem, uciekały w stronę lasu, byle dalej od miasta. Arna zastanowiła się chwilę. Jeżeli będzie trzymała się reszty ulegnie psychozie i stanie się równie jak one bez szans. Poza tym wiatr wiał od strony lasu, więc ich zapach tam właśnie zwabi pościg. Uciekać przez miasto to inna sprawa. Było to bardzo ryzykowne, jednak gdyby jej się udało, mogłaby dotrzeć do gór, a tam byłaby już bezpieczna. Pobiegła w stronę drogi wiodącej do miasta, tam musiała jednak ukryć się za przydrożnymi krzakami, gdyż usłyszała odgłosy nadciągających motorów. Gdy przejechały, wyszła na środek jezdni. To była grupa mężczyzn, którzy zapewne jako pierwsi wyruszyli w pogoń za zdobyczą, gnani odwieczną, naturalną chęcią przedłużenia gatunku. Przez chwilę zastanawiała się, czy warto uciekać. Przecież i tak musi umrzeć. Jeśli nie dzisiaj z rąk jakiegoś mężczyzny, to na pewno jutro, w cierpieniach i w samotności. Nagle za plecami usłyszała jeszcze jeden silnik. Obejrzała się, ale nie zdołała już uniknąć ciosu, który powalił ją na ziemię. Podniosła się, plując krwią z rozbitego dziąsła. Motocyklista zatrzymał się jakieś dwadzieścia metrów od niej, zawrócił buksując tylnym kołem i ruszył w jej kierunku. Tym razem Arna była przygotowana na

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych