'nocne życie gwiazd'
taki mały kawałek powieści...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Opolanka pachniała żywicą. Gdy wysiadła z pociągu wciągnęła nosem. Przypomniał się jej rodzinny dom. I wreszcie po tylu latach jest w swoim rodzinnym mieście z powrotem. Stała na dworcu Żarówka i podziwiała nieliczne plakaty rozwieszone na kilku tablicach. Swoją nazwę dworzec zawdzięczał temu, że rzadko kiedy palił się na nim komplet świateł. Kilka jak zwykle mrugało dając oznakę dozorcy, że powinien je wymienić. Ale pan Mietek pewnie leżał w rowie. Chyba, że jeszcze nie zdążył wypić swojej dziennej dawki alkoholu o nazwie wódka żołądkowa. Pięć lamp się w ogóle nie paliło. Tworzyło to całkiem niezły, trupi klimat. Dla turystów pewnie nic ciekawego, chociaż tych wielu nie było. Musieli być zdrowo zdziwieni kiedy wysiadali z aż prześwietlonego pociągu PKP na mroczny dworzec. Ale dla niej, nic nadzwyczajnego. Przyzwyczaiła się. Nawet teraz po takiej długiej przerwie uśmiechała się do siebie lekko pod nosem na wspomnienie dziecięcych lat. Doskonale pamięta jak jeszcze tak nie dawno, za młodych lat przychodziła tu z chłopakami. Oni bawili się w kieszonkowców, ona doradzała im którego osiłka oskubać z tak zwanych piór. W tej małej mieścinie nie zawsze się jej przelewało. Przecież gdyby było dobrze nie wyjeżdżała by w poszukiwaniu nowego, lepszego miasta do wielkiej metropolii. Szła teraz trzymając kurczowo w dłoni rączkę od niebieskiej walizki na kółkach, zarzygana posadzką. Oj, chyba nikt tu dawno nie sprzątał. Ale to też jej nie zdziwiło. Jej walizka świeciła w nieogarniętym, brudnym półmroku. Lśniła. Ona sama, wypacykowana jak szczur na otwarcie kanału, nie pasowała zbytnio do tej ponurej rzeczywistości. To już nie były jej klimaty. Gdy wchodziła schodami, które rzekomo miały być ruchome przypomniało jej się jak dobrych dziesięć lat temu całowała się po raz pierwszy. Właśnie tu, na tym dworcu. Wtedy też nie wyglądał czyściej. Nawet chyba gorzej. Wtedy jeszcze ich kraj nie był w unii, nie było tych całych przepisów. Doskonale pamiętała smak ust Staśka. Wracali wtedy z wieś party jak to teraz w myślach nazywała, bo impreza to za wielkie określenie na głupie ognisko u jednego z kolegów. Byli wtedy zdrowo nawaleni, a mieli może góra piętnaście lat. Potknęła się i upadła na niego. Byli wtedy parą. Bardzo go kochała. Złapał ją, a że ich usta znalazły się bardzo blisko siebie. Byli wtedy jeszcze dziećmi, zwykłymi szczeniakami co to muszą poznać smak pierwszego pocałunku, piwa, wódki a potem i nawet seksu. Ile jej koleżanek robiło to z ledwo poznanym chłopakiem... Ona jednak znała swoją godność i gardziła takimi panienkami. Doskonale wiedziała, że jest za mała na ten jazz, jak to mówiła matka. Bo wypić jej pozwalała. Czasem. Ale ona łamała to czasem, a ona i tak niczego nie wyczuwała. Albo po prostu nie chciała wyczuwać. Łudziła się, że jej córka jest inna niż te wszystkie inne latawice. Po części miała racje. Jednak nie dawała jej powodów do zmartwień. Uczyła się dobrze. Bardzo dobrze. Była jedną z lepszych. Co do wyglądu, nigdy go nie lubiła. Jej ideałem zawsze była Twiggy, modelka z lat sześćdziesiątych. Miała cały pokój obwieszony jej czarno białymi zdjęciami. Zawsze chciała być taka jak ona. Ale nie była chudą blondyną o posturze chłopaka. Co prawda robiła wszystko co mogła, ale matka uparła się, żadnego farbowania i żadnych diet. Więc musiała poczekać z marzeniami. Gdy tak szła w stronę swojego domu i przypominała sobie tylko niektóre z licznych wydarzeń jej życia do wyjazdu aż brakło jej sił aby iść. Broniła się tylko aby nie dostać tak zwanej głupawki. Z perspektywy czasu to wszystko było aż za śmieszne. Komiczne wręcz. Ona poważna bizneswoman. Gdyby ktoś ją spytał jakie miała dzieciństwo chyba jednak nie dała by rady przyznać się do prawdy. Wreszcie doszła tam gdzie zamierzała. Nogi trochę ją już pobolewały, ale opłacało się. Na skarpie stał mały, ale za to ładnie wykończony domek. Przecież co miesiąc słała pieniądze, odkąd tylko znalazła pracę. Na szczęście ojciec nie przepił ich z sołtysem, matka zarządziła nimi tak jak trzeba. Otworzyła prowizoryczną furkę. Przez bramkę dało się z łatwością przeskoczyć. Zawsze tak wchodziła, ale teraz już była na to za stara, nie wypadało jej. Poza tym bagaż. Ale w głębi duszy miała na to wielką ochotę. Fragles, ich owczarek niemiecki podszedł do niej i obwąchał ją. Szła dalej, nie bała się własnego psa. Pogłaskała go lewą ręką a on z wywalonym jęzorem truchtał za nią machając ochoczo swym puszystym ogonem. Zastanawiała się gdzie podział się ich drugi pies, zwykły kundel przybłęda, który przyplątał się do niej gdy pewnego dnia poszła z rodzeństwem do lasu na jagody. Złapał się w zasadzkę dla królika, którą zapewne rozstawił ich myśliwy Dobrodziej. Uwolniła go, a on musiał ją za to kochać. Oczywiście kochał każdego, był bardzo przyjacielski, nigdy nic mu nie odwaliło i nikogo nie ugryzł, kochał każdego człowieka mimo iż wiele przeszedł co stwierdził zaprzyjaźniony weterynarz Bartek, ojciec Staśka. Ale najbardziej ją, bo to ona była jego wybawicielką, uratowała go. Nawet nie pukała. Po prostu weszła, bo przecież jak zwykle było otwarte. No tak, matka i jej zaufanie do każdego. W sieni pachniało koszoną kapustą. Wszędzie było pełno piachu. Rozrzucone szmaty i buty jej braci. Standard. Też kiedyś miała to swoje rzeczy. Zdjęła ostrożnie kozaczki na obcasiku od Prady i równiutko je postawiła. Nie pasowały do tego obrazka porozklejanych adidasów z bazaru miejskiego na rogu głównego skrzyżowania przy wylotówce na Augustów. Gdy zmierzała powoli posadzką poprawiając swoją czarną torbę w kolorowe literki od Louisa Voutton'a, której tu nikt mieć nie mógł, za to w mieście, w którym mieszkała i pracowała miała co druga osoba, zastanawiała się czy dziesięć lat to dużo czy tak średnio, a może w ogóle nic. – Tyle razy mówiłam, że nie powinniście zostawiać otwartych drzwi, to nie jest bezpieczne. Gwar w dużym pokoju, nazywanym przez matkę salonem, ucichł gdy do wszystkich zgromadzonych dotarły dźwięki i ostra woń jej perfum Lacoste. – Matko Przenajświętsza Bóg zstąpił na ziemię! Wszyscy natychmiast rzucili się aby ją przytulać, uściskać, zamienić parę słów. Tyle czasu się nie widzieli. Matka płakała, bracia liczyli na kasę, ojciec trwał w szoku, a rudy kot ocierał się jej nogi. Wzięła Kiciekę na ręce. Mimo iż oblazł ją swoimi kudłami i tak go przytulała. A on lizał jej palce ze starannie zrobionym manicure w kolorze dojrzałego wina. Wszyscy bacznie się jej przyglądali. Dla nich była czymś takim jak dla tubylca był ananas. Czymś bardzo egzotycznym. Nie pokazywała się tyle lat na oczy, gardziła takim zadupiem, co miesiąc wysyłała tylko kasę i kilka słów. Nigdy nie pisała szerokich i obszernych pełnych miłości listów. Po prostu, tu macie tyle i tyle pozdrawiam. Wyprowadzało ich z równowagi jej ważniactwo i to, że czuła się lepsza, bo jej się udało. A oni gnili tu i mieli tylko trochę tego co miała ona. To też dzięki niej! Każdego człowieka szanującego swoją godność by to ruszyło. Ale nie odzywali się słowem na jej komentarze na temat nieporządku, gdy wachlowała nosem czując brzydki zapach, bo kot się zsikał nie do kuwety, kwaśne miny które robiła nie były zbytnio miłe ani do przyjaznego odbioru dla drugiej osoby. Nic nie mogli na to poradzić. Zmieniła się. Każdy na jej miejscu brzydziłby się takiej meliny. W porównaniu z jej dwustu pięćdziesięciu metrowym apartamentem na parterze w trzy piętrowym bloku na zamykanym osiedlu ten mały ceglany domeczek dla sześciu osób był po prostu jak kurnik. Przepełnienie. Bo ona w swoich luksusach mieszkała sama. – Kawy? Herbaty? Ciasta? – Przymilała się matka. Bardzo chciała przed nią błysnąć, pokazać, że też nie są wcale gorsi od niej. Ale nie miała czym. Zagadnęła o torebkę. – To od Louisa Voutton'a. – Wydęła wargi. Doskonale wiedziała, że matce ta nazwa i tak nic nie powie. Ona odkąd tylko pamięta ma swoją jedną torebkę uszytą ze starych szmat. – Prawdziwe dzieło sztuki. – To ty nie boisz się, że się zniszczy a? – No tak cały jej ciekawski ojciec. Zawsze wtrącał trzy grosze. Irytowało ją to, że ci ludzie są tacy zacofani. I nic nie mogła na to poradzić. Tak już zostanie. Złym pomysłem był przyjazd tu. – Co cię sprowadza córciu? – Matka nerwowo gniotła rogi ścierki. Ostatni raz córkę widziała jak wsiadała w dziewięćdziesiątym ósmym do pociągu. To było kilka dni po maturze. Była wtedy jeszcze normalna. Uśmiechała się i była szczęśliwa, że biuro fotograficzne jest nią bardzo poważnie zainteresowane i chce jej zapewnić studia na uniwersytecie do tego własne mieszkanie, a potem kontrakt. Była z niej taka dumna. Teraz była jej obca. Nie, to nie było narzekanie. Bo przecież tyle pieniędzy ile im dała... Ale te same pieniądze zmieniły jej malutką córeczkę. Obawiała się tego oddalenia chyba najbardziej. I stało się. Teraz zupełnie nic o niej nie wiedziała i nie zanosiło się na zmianę. Ta nagła, niezapowiedziana wizyta też musiała mieć powód. Teraz była człowiekiem interesu. Jej rodzina była gdzieś daleko, w szklanym biurowcu, takim co to pokazują w telewizji. Oni już nią nie byli. Bolało ją to bardzo, ale gdy patrzyła na nią i tak czuła do niej miłość. To jeszcze dziecko. Dopiero co studia kończyła. To jej malutka niuńka, której trzeba dać smoczka, żeby nie płakała. Ale gdy jej się tak bacznie przyglądała widziała coraz mniej podobieństw między kobietą stojącą w jej domu, a córką którą wychowywała dziewiętnaście lat. Ufarbowała włosy na upragniony blond, była chudsza niż patyki na drzewach. Fakt, była na ciągłej głodówce. W dodatku miała kolczyk w wardze, takie małe kółeczko, ale pasowało to do niej. Jej ubrania też ociekały pieniędzmi. Z bazaru na pewno nie były. Mocny makijaż i grzywka na oko zasłaniały jej kruchą twarz. Ukrywała się za tą maską. To nie mogła być jej córka. – Bardzo się zmieniłaś. – Sprawy zawodowe. Oh, mamo, wydaje ci się. Dalej jestem tą samą dziewczyną z Opolanki. – Ćwiczyła ten tekst całą drogę w pociągu. Wiedziała, że matka na pewno o to zapyta. Gołym okiem widać, że nie wygląda jak kiedyś. Szczególnie, że na kredensie stało w ramce jej zdjęcie z komunii świętej. Gdzie niesforne rude kosmyki włosów wymykały się spod wianka. Jej twarz cała w piegach z uśmiechem od ucha do ucha. Teraz uśmiechała się rzadko, zmarszczki, a co do piegów skutecznie się ich pozbyła. Stać ją było na operacje plastyczną. Oczywiście matka tylko się na nią popatrzyła, spod oka dając znak, że za grosz nie wierzy żadnemu jej słowu i ona swoje wie. – A jakież to sprawy zawodowe, hę? – Na pewno nie do ciebie, tato. Ale to potem. Mam dla was prezenty! Nie wiem czy trafiłam, no ale. No i mówcie co tam się u was działo, jestem bardzo ciekawa. – To był blef. Ale już tyle czasu pracowała w dziale reklamy, że takie teksty miała we krwi. Rozdała upominki i zapadła niezręczna cisza. Każdy oglądał swój podarunek i zastanawiał się ile jest wart. Nie odpowiedzieli na jej pytanie. Przez dziesięć lat wiele się mogło dziać, nie da się streścić tego słowami. Matce podarowała kremy do twarzy i ciała, ogółem kosmetyki. Ale nie takie jakie są w ich jedynej drogerii. Oryginalne opakowania, najlepszych firm kosmetycznych. Do tego dołączona koperta. I kilkadziesiąt banknotów o najwyższym nominale. Z dołączona kartką na drobne wydatki. Jej starczy na lata. Ojciec dostał perfumy, nie wiedziała co może mu kupić. Pieniędzy mu nie dawała, doskonale wiedziała co by z nimi zrobił. Chłopcy dostali różne rzeczy. Swojemu bratu Markowi, który był jej bliźniakiem dała aparat, sentyment. Maćkowi, Alanowi i Jakowi dała plecaki i trochę forsy. Każdy człowiek z uzależnieniami potrzebuje a to na piwo a to na fajki. A oni młodzi nie byli. Ona w ich wieku też nie była święta, a była dziewczyną. Teraz jest kobietą. – Się wypryskam, wszystkie baby we wsi bedą latać – zaśmiał się gardłowo ojciec – papierosa? – Dziękuję tato, palę tylko Marlboro Cherry. – Że co, hę? – Ojciec palił ruski za trzy złote z bazaru, na inne funduszy mu nie starczało. Mama nie paliła. Marek też. Zaproponowała młodszym braciom. Chcieli, ale matka zaczęła perorować. Uspokoiła wszystkich, że nie zawartość tytoniu jest nikła. – To tak jak byś paliła, ale i nie. Czujesz smak wiśni i to wszystko. – Wzruszyła ramionami, zaciągając…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mariette
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…