Wróć do katalogu

Odwiedziny

Tam, gdzie wszystko się zaczęło i wszystko znajdzie swój koniec...

somebody_like_youopublikowano 27 marca 201225 min czytania 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To przypominać może jedno z waszych własnych doświadczeń. Z pewnością macie podobne za sobą, tyle tylko, że trzeba wydłubać je z zakamarków pamięci, z sieci waszych własnych neuronów, splątanych niczym kłębek nici, do których dorwał się spragniony beztroskiej zabawy, młody kot. Wyobraźcie sobie wasze własne otoczenie, znane wam dobrze i przyjazne, jeśli to właściwe słowo. Na przykład wasze własne mieszkanie, czy choćby pokój, nawet dzielony ze starszym bratem, lub siostrą. Niezależnie od tego, czy mieszkacie w dzielnicy willowej na obrzeżach miasta, w bloku z wielkiej płyty (swoją drogą to frapujące, że podobne budowle nie zaczęły się jeszcze składać, jak domki z kart), czy też w przeludnionym akademiku, gdzie weekendowe „imprezki” cichną dopiero przed kolejną sesją. Z pewnością macie jakiś własny kąt, choćby i niemiłosiernie ciasny… Własny, więc znany na tyle, by z zamkniętymi oczami trafić do łazienki, czy kuchni. Przestrzeń, której aranżacja jest waszym własnym dziełem, lub też, przynajmniej, czymś znanym wam i nie niosącym nagłych i nieprzyjemnych niespodzianek. Wycinek trzech wymiarów, ograniczony płaszczyznami ścian, w których miejscami prześwitują okna. Stół, krzesła (niekiedy zmieniające swoje stałe miejsce pobytu, z reguły jednak przewidywalne jak oswojony inwentarz), kredens z babciną porcelaną, półki wypełnione książkami, których nie zdążyliście (nie mieliście potrzeby i chęci) przeczytać, jakaś sofa. Kredens z porcelaną nie jest obowiązkowy, to jasne. Na podłodze deski, pokryte świeżym lakierem, czy bejcą, olejowane może, albo też dla odmiany wytarte i spękane, dzielone coraz szerszymi szczelinami pełnymi brudu. Pod stołem dywan, albo nie. Wnętrze. Takie, po którym od biedy można się poruszać nocą, nie zapalając światła. Czujecie to? No właśnie. To teraz wyobraźcie sobie jeszcze jakiś detal. Jeden z tych, które nie przyszły mi do głowy, gdy starałem się to odmalować. Jakieś pianino pod ścianą, gierkowski segment „na wysoki połysk”, tapczan, kwietnik. Coś, co tam tkwi, zdawałoby się, od wieków, nigdy nie ruszane z miejsca. Dookoła sterylny porządek (we wspomnianych już akademikach zdarza się on co prawda jedynie dziewczętom, myślę jednak, że można coś podobnego przyjąć). Zero kurzu. Zaprogramowany i co jakiś czas odświeżany ład. Żadnych cholernych paprochów (za drzwiami widziałem odkurzacz). Teraz odsuwamy. Powoli i z namaszczeniem. To pianino, tapczan, czy też paskudną meblościankę, krytą błyszczącym się jak psu jaja fornirem. I co? Nie, nie chodzi mi o wstyd. Sam go odczuwam, przyznajcie jednak, że jesteście autentycznie zaskoczeni! Niezły syf, co? No właśnie. Skonstatowałem to dziś nad ranem, gdy zabrałem się za mozolne porządkowanie własnych myśli. Niezły syf pod tym tapczanem. Kurz zmechacił się i sfilcował. Powinniśmy częściej odsuwać od ściany wielkogabarytowe meble i z rzadka tylko używane sprzęty. To, co się za nimi gromadzi, nienajlepiej o nas świadczy… Równie rzadko o nich myślę, przyznaję, jak rzadko sprzątam za sofą. Równie rzadko myślę o tych kobietach, choć ich los przejmuje do żywego i zagląda w oczy z bliska, jak niedyskretni sąsiedzi, spoglądający zza pożółkłych firan. Tak… Myślę o nich nie dość często, a przynajmniej nie tak często, jak na to zasługują. Oczywiście nie jest to kwestią zasług niczyich i napisałem tak po prostu tylko po to, by ładnie zabrzmiało. Przysiadłem nad kawałkiem rodzącej się w bólach prozy i nie mogę tutaj epatować regularnym rymem. W zestawieniu z poetyckimi, możliwości prozaika kurczą się jak wystawione na mróz przyrodzenie. Nie mogę więc olśniewać potencjalnych czytelników poprawną składnią, a jedynym środkiem wyrazu, mogącym być katalizatorem mojej więzi z nimi, jest subtelna ironia. Odtąd nie miejcie mi jej za złe.

Nie ma na to dowodu i brzmi to jak kolejna teoria spiskowa, zdaje się jednak, że chorzy pozostający w stanie wegetatywnym zdolni są niekiedy odbierać bodźce z otoczenia, choć nie są w stanie poruszyć powieką. Sądzę, że liczba naszych zmysłów przewyższa tę, którą deklarujemy. Niektóre zanikły, nieużywane i w zasadzie niepotrzebne, inne wyspecjalizowały się w innym kierunku, lub przyczyniły się do wyostrzenia pozostałych, same zaś pozostają nieaktywne. Nie musi to jednak oznaczać, że są do aktywności niezdolne. Sądzę, że to, co moglibyśmy dać innym, oni już od nas otrzymali. Bliskość, nawet nie wyartykułowana przez dotyk, jakiego by nie miała zabarwienia, pozostawia trwałe ślady. Wiem coś o tym, gdyż nie byłbym sobą, gdybym w tych rozważaniach nie przemycił osobistego podtekstu. Zaistnieć może bowiem, pośród innych, więź pomiędzy dwoma przedstawicielami tego samego gatunku, odmienna od tych, które się nam zdają oczywiste i na porządku dziennym. Więź znana kochankom rozdzielonym przez los, bądź też pozostającym bez szans na spełnienie swych uczuć. Więź łącząca matkę i jej dziecko, niezależnie od tego, czy są, czy też nie mogą być razem. Jednojajowe bliźnięta, które, gdy je rozdzielić, cierpią na te same przypadłości w tym samym czasie, miewają też synchroniczne napady czkawki i przypływy określonego nastroju. Sporo o tym słyszeliście zapewne. Dlaczego więc ten sam rodzaj współczulności nie miałby być dany dwojgu zupełnie obcych sobie, gdy nad jednym z nich zawisa wyrok przeznaczenia, klątwa, lub choroba? Myślę, że w sposób odmienny od tego, co nazywamy świadomością, oni czują swoją bliskość. Może nawet słyszą cichy, niewyraźny szept. Podobnie nawiedzeni słyszą głosy i, niekiedy boleśnie, odczuwają bliskość innych bytów, choć jest jedynie pozazmysłowa.

Długi korytarz tonął w mdłym blasku rzucanym przez rozpięte pod sufitem jarzeniówki. Ich plastikowe klosze były gęsto upstrzone przez muchy. Jedna ze świetlówek migotała żałośnie, kończąc pewnie swój żywot. Pofałdowane i miejscami przetarte linoleum, którym przed wiekami chyba pokryto szlak wiodący do szpitalnej windy, miało barwę spływającej do ścieku gnojówki. Zabarwieniu wykładziny nie towarzyszył na szczęście adekwatny do niego zapach; woń środków do dezynfekcji mieszała się z wonią laboratoryjnych odczynników i palonych ukradkiem w oddziałowych toaletach papierosów. Nad tym wszystkim zaś zalegała cisza, tak absolutna, że prawie namacalna. Pod ścianą łuszczącą się od olejnych farb, nakładanych kolejnymi warstwami przez dziesięciolecia, kulił się ludzki kształt. Ławka, na której spoczęła kobieta w pasiastej podomce, pomalowana była farbą tego samego koloru, co ściana, gdyby więc nie zgarbiona postać, mebel zlewałby się z jej oliwkowym tłem, pozostając prawie niezauważalnym. Kobieta mogła mieć trzydzieści, czterdzieści, lub pięćdziesiąt lat. Wystające kości policzkowe i bezwłosa czaszka wymykająca się kraciastej chuście kamuflowały jej wiek i czyniły go zupełnie nieczytelnym. Dla kogoś, kto nie rzucił okiem na jej kartę choroby rozpiętą na poręczy łóżka, była zagadką pozbawioną rozwiązania, niczym wadliwy rebus. -Nikt nie przyjdzie. - rzuciła przed siebie, zajęta własnymi myślami. Przez krótką chwilę, której potrzebowała, by się upewnić w tym, że nikt jej nie odwiedzi, jej śnieżnobiałe zęby pochwyciły wiązkę migotliwego światła lamp i wysłały w półmrok korytarza jasny odblask, jak ostatnie tchnienie umierającej gwiazdy. Kobieta poruszyła się gwałtownie, jakby chciała wstać, nie uczyniła tego jednak. Poczęła za to nerwowo okręcać złotą obrączkę na wychudzonym palcu prawej dłoni. Dwa pełne obroty zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, jeden obrót w przeciwną stronę. I znów dwa obroty w prawo, jeden w lewo. Tej prawidłowości musiała przypisywać ogromne znaczenie, gdyż powtarzalność nosiła wszelkie cechy pietyzmu, lub natręctwa. Dwa w prawo, jeden w lewo, dwa w prawo... Gdzieś w końcu korytarza skrzypnęły zawiasy drzwi. Kobieta na moment przestała bawić się obrączką i wychyliła się w przód, by lepiej widzieć, kto nadchodzi. Słysząc jednak metaliczny stukot wózka ze szpitalną bielizną, straciła chwilowe zainteresowanie otoczeniem i powróciła do monotonnego zajęcia. Dwa w prawo, jeden w lewo. -Nikt nie przyjdzie. Wózek z pralni toczył się wolno z narastającym hałasem niesmarowanych nigdy łożysk. Sterta brudnych prześcieradeł piętrzyła się wysoko, zasłaniając skutecznie sylwetkę salowej. Ta zatrzymała się przy drzwiach do izolatki i znikła za nimi, przywracając w korytarzu błogą ciszę. W tej samej chwili obrączka zsunęła się z kościstego palca i upadła bezgłośnie na dziurawy gumolit, rozpoczynając długą wędrówkę. Potoczyła się aż pod salę dla zakaźnie chorych i zatrzymała się w szczelinie pod drzwiami, przez którą z wnętrza sączył się słoneczny blask. Uważny obserwator przysiągłby, że w szpitalnym korytarzu pojaśniało. Kobieta zwlokła się z ławki i podreptała przed siebie przygarbiona. Dopiero teraz widać było spustoszenie, jakie w niej uczyniła postępująca choroba. Szła krokiem skazańca, którego wyczekuje zniecierpliwiony już kat. Zanim rozpłynęła się za zakrętem, dał się raz jeszcze słyszeć jej słaby szept: -Nikt nie przyszedł...

Przebudzenie było długotrwałe i pełne rozleniwienia. Jakby miało miejsce nazajutrz po wyczerpującym i forsownym marszu. Światło dnia, z początku ledwie prześwitujące przez pergamin przymkniętych powiek, infiltrowało dno oka coraz śmielej, by w końcu pobudzić uśpione receptory. W finale w zakamarkach podświadomości powstał zamiar przeciągnięcia się przykładem kota, zajmującego wygrzany na słońcu, okienny parapet. Anna krzyknęła z bólu. -Kochanie?! Co Ci jest?! Czujny, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, mimo wszystko nadal przy niej. Tylko tak inaczej, niż przedtem. Co miała mu ochotę odpowiedzieć? Że, do kurwy nędzy, wycięto jej połowę nieszczęsnych płuc?! Że połamano jej żebra, by się do nich dostać? Że poskładano je potem naprędce i że minął ledwie tydzień? Przecież nie pojmie. Ani on, ani też nikt inny. A ta jego troska… Pewnie nie udawana wcale, mimo wszystko jakże wkurwiająca! -Czego ci trzeba? Coś ci podać? -Pewnie, kurwa! Podaj mi pierdolone lusterko, niech spojrzę! – wykrzyczała w obolałych myślach, choć pewnie wcale nie zasługiwał na jej gniew. Nie zasłużył akurat teraz, z tą wymalowaną na twarzy bezgraniczną troską. -Niech zobaczę podkrążone oczy, podpuchnięte powieki, błękitne żyłki na skroniach i czaszkę, łysą jak niemowlęca dupa! Nie mógł tego słyszeć. Jej krzyk charakteryzował się zerowym poziomem decybeli i rozbrzmiewał jedynie w jej pustym wnętrzu, jak w kościele, z którego w pośpiechu wyniesiono ołtarz i dębowe ławki, w którym nie pozostał nawet jeden drążony przez korniki konfesjonał, gotowy na przyjęcie jej grzechów i postanowienia poprawy. Poprawa? Czyżby naprawdę miała na nią czas?! Czas upływał szybciej niż kiedyś. Pamiętała przecież, z jaką niecierpliwością zwykła go poganiać, gdy dzielił ją od upragnionego celu. Gdy była małą dziewczynką, nie mogąc się doczekać gwiazdkowych prezentów, preparowała długie papierowe taśmy i nanosiła na nie kolejne dni, dzielące ją od nadchodzących świąt. Codziennie przed snem odrywała kolejny odcinek z wypisaną niewprawną jeszcze dłonią cyfrą. To było misterium z pogranicza starosłowiańskiej magii i voo doo! W krótkim czasie jednak nauczyła się odnajdywać starannie ukryte gwiazdkowe pakunki i wiedziała już przed świętami, co kryją. Skłonność do poganiania mijających dni pozostała jednak na długo. Zawsze gdzieś tam, za zakrętem kolejnych dni, skrywało się Upragnione, lub Nieznane, które chciała jak najprędzej posiąść, dni zaś nie miały dla niej szczególnej wartości. Wydawało jej się, że ich kapitał jest nieograniczony i nigdy nie ulegnie wyczerpaniu. Gdy wokół niej ludzie żyli mijającą właśnie chwilą, ona żyła w pożądaniu tej, która dopiero miała nadejść, za nic mając upływ czasu. W naturze naszej leży szacunek dla tego jedynie, czego mamy niewiele. Dostatek, czy wręcz nadmiar powodują spadek wartości. Wiedziała o tym teraz, licząc kolejne darowane jej dni, jakby rachowała zerwane z naszyjnika perły. -Może herbata? Zaparzyć ci herbaty? - Andrzej nie dawał za wygraną. Jej prywatny samarytanin. Taki zabawny, gdy ukrywał drżenie rąk, nie wiedząc, że jego oczy wypełnione są aż po brzegi niepewnością, bezradnością i widocznym dla niej strachem. -Tak. - poddała się. Była mu to chyba winna...…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych