Wróć do katalogu

*** Pamiętnik Weroniki ***

Zapiski dziewczyny, której odchudzanie stało się obsesją. Coś więcej niż tylko portret anorektyczki.

jestem_szeptem, opublikowano , 31 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

****** z dedykacją dla butterfly ******

27 lipca 2004r.

Mam na imię Weronika. Mam 17 lat. Od 3 lat walczę ze zbędnymi kilogramami. Leczę się od 8 mies. w szpitalu, pod okiem specjalistów. Piszę ten pamiętnik, bo tak kazała mi lekarka. Powiedziała, że to mi pomoże. Nie wiem kiedy to się zaczęło. To nie ma początku. Nagle cię dopada i potem już nic nie jest takie samo. 3 lata temu umarła moja mama. Nie miałam najlepszego kontaktu z ojcem. Nie mogliśmy się dogadać, ciągle się kłóciliśmy. Nagle mój świat się zawalił. Nic nie miało znaczenia. Czułam się nikim. Udawałam, że wszystko jest OK. Chciałam uwierzyć w swój sztuczny uśmiech. Dobrze się uczyłam, miałam przyjaciół, chłopaka. Ale myśli o zniknięciu, samobójstwie niszczyły mój świat. To były początki długotrwałego smutku - depresji. Wczoraj rozstaliśmy się z moim chłopakiem... Czułam, że mnie nie rozumie, pytał czemu jestem taka smutna. Poza tym mieliśmy mało czasu dla siebie. To nie miało sensu. I jest tak, jak wtedy, kiedy byliśmy razem tylko, że bez niego. A jednak... wycięłabym każdy dotyk, żyletką, skalpelem, czymkolwiek! Wyrwałabym sobie wszystkie włosy, jeden po drugim, odebrałabym sobie usta. Mam ochotę obedrzeć się z tej grubej skóry! Ale najbardziej przeszkadzają mi chyba dłonie. Najbardziej całe ciało! Żyłam w swoim świecie, w innej rzeczywistości obok normalnego świata. Przyjaciele próbowali mi pomóc. Ale na depresję nie pomaga pocieszanie ani dobre rady. Chciałam wyglądać jak modelka. Chciałam być szczupła. Więc zaczęłam się odchudzać. Długo nie wiedziałam, że to choroba. Gdy dowiedziałam się, że to nie jest odchudzanie nie przejęłam się specjalnie. Uznałam, że dobrym rozwiązaniem byłaby śmierć na raty. Ana mi ją gwarantowała. Oprócz tego, myślałam, będę się świetnie prezentować w trumnie. Chuda. Piękna. Chcę umrzeć. Umrę z głodu. Czuję taką radość, euforię, czuję się lżejsza niż powietrze, jaśniejsza niż niebo, tak czysta, chcę latać, szybować po niebie. Jestem chuda. Najchudsza. Jestem piękna. Chciałam zniknąć, przestać istnieć, ale też chciałam żyć. Moje oczy są zapadnięte, skóra jest żółtoszara, cienka jak pergamin i rozciągnięta ciasno między moimi kośćmi. Mogę policzyć moje wystające żebra, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami. Ważę 31 kg przy wzroście 175 cm. Włosy wypadają mi garściami, ale to nic, najważniejsze, że podobam się sobie. Paznokcie rozdwajają się i pękają. Tylko stopy i ręce są jak z lodu, zimne. Chciałabym żeby były cieplejsze. Wciąż próbują mnie leczyć. Zastanawiam się, po co? Nie chcę żyć. Nie chcę jeść. Dziewczyny w szpitalu nauczyły mnie mnóstwa sztuczek. Wcieram masło we włosy i paznokcie, chowam jedzenie w foliowych woreczkach. Ta tortura, to umieranie z głodu, psychiczny strach, wyczerpanie, uczucie zimna przeszywającego kości to nałóg, którego nie mogę rzucić. Tracę resztki poczucia własnej wartości. Czuję się nikim... Teraz wszystko zależy od wagi. Jeden kg więcej - smutek, jeden mniej - radość. Chcę po prostu uwolnić się od ciała i ulecieć, wysoko i daleko stąd. Waga: 31, 3 kg

***

30 lipca 2004r.

Odwiedził mnie ojciec. Pokłóciliśmy się. On mnie w ogóle nie rozumie... Powiedział, że przez moje głupie pragnienie bycia szczupłą stał się kłębkiem nerwów... Zaczął mówić co to by było jakby żyła mama... Nawet gdyby wiedział przez co musiałam przejść, nie zrozumiałby. On niczego nie rozumie. Moje wołanie o pomoc pozostaje bez odzewu. Potrzebuję pomocy, wsparcia. A on nie potrafi mi tego dać. Odechciewa mi się czegokolwiek... po prostu życia. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a ja nie mogę sobie pomóc... lekcja życia... Te problemy, ta depresja mnie przytłacza... nie potrafię sobie z nią poradzić. Brak chęci do życia... i te myśli... o samobójstwie... Mam zawroty głowy, wszystko mnie boli. Cały dzień chce mi się spać. Karmią mnie prawie na siłę. Obiecują nagrody. Czuję wyraźnie każdy organ swojego ciała, przy przełykaniu każdy kęs jedzenia, który pokonuje długą drogę w moim ciele. W nocy zamykamy się w pokoju z dziewczynami i ćwiczymy do 5 rano. Właściwie to one ćwiczą razem, a ja się dołączam na chwilę. Bo nie nadążam. Robią zbyt intenstywne ćwiczenia. Zbyt męczące. Bolą mnie mięśnie i stawy. Często upadam. Czuję, że nikt mnie nie akceptuje. Czuję pustkę... Nie mogę złapać oddechu, a serce bije mi jak oszalałe, ale chudnę. Dlaczego nikt mnie nie kocha...? Odczepcie się ode mnie wszyscy! Proszę... zostawcie mnie w spokoju. Nie każcie śmiać się, żyć normalnym życiem! pozwólcie płakać i... zabijać się powoli... powolutku... w sidłach odchudzania... Waga: 29, 6 kg

***

5 sierpnia 2004r.

Wczoraj rano lekarz powiedział mojemu ojcu, że nie zostało mi wiele czasu i, że może mnie zabrać do domu. Jestem w domu. Nie jestem pewna czy tego chciałam. Chciałam sama decydować o tym co jem i o tym kiedy odejdę. A teraz dowiaduję się, że umieram... że to już koniec, postawili na mnie krzyżyk... i nie mogę już powiedzieć, że chciałam tylko spróbować innego życia, że chcę jednak nadal żyć, tyle, że inaczej. Liczę ile razy zrobiłam wdech i wydech, kontroluję cały czas proces zwany oddychaniem. Nasłuchuję, czy może serce nie przestało mi bić. Stracę to wszystko, co teraz mi pozostało. Traciłam już tyle razy. A teraz mówię sobie: po co budować? Po co się starać skoro i tak, prędzej czy później, zostanie to zniszczone jednym lekkim ruchem wiatru, niczym domek z kart... nie mam ochoty tracić dlatego nie chcę budować... boję się nie robić nic żeby nie zostać na zawsze z tą nicością. Ale moje "zawsze" wcale nie będzie trwało przecież tak długo, prawda? Umieram. Naprawdę umieram... boję się... czuję się zawieszona w próżni... te myśli... chciałabym żeby ktoś tak mocno mnie przytulił, zacisnął ręce jak zęby, zmiażdżył kości, zgniótł myśli...

Nie chcę umierać ale... nie lubię być przejedzona. Czuję lęk przed każdym kęsem. Bo po nim można przytyć. Nie lubię zmian. Czuję się tu obco. Niby mój pokój, a taki jakiś obcy, pusty i zimny. Czuję się spięta. Patrzę na białe meble równo ustawione pod ścianą, na przeciwko łóżka. Pełno w nich ubrań. Za dużych już na mnie. Bo teraz jestem chudsza... Na półkach stoją, poustawiane w rządku, szklane motyle. Zaczęłam je zbierać kiedy mama dała mi jednego z nich na 9. urodziny. Miał czerwono-karminowe skrzydła w czarne wzory. Nie mogłam się nim nacieszyć. Pamiętam jak chodziłam do parku i porównywałam go z żywymi motylami. Spadł kiedyś z półki. Teraz ma posklejane skrzydła. Przy łóżku stoi mała szafka nocna. Mam na niej fotografię moją i mamy. Mam 7 lat. Jesteśmy nad wodą. Mama pięknie wyglądała w swojej chabrowej sukience. Mam duże okno, na prawie całej ścianie. Lubię w nie patrzeć. Tylko czasem... odwracam wzrok kiedy widzę zakochane pary... Ściany przybliżają się do siebie. Pokój zacieśnia się coraz bardziej. Ciasno mi tu. Choć mam tyle przestrzeni dla siebie. Tak pusto i cicho. Milczenie przerwał hałas. Z szafy wypadł zimowy płaszcz, a z jego rękawa, jak z rozprutego żołądka, wysypuje się długi szalik - krwistoczerwony, jak jelita. W takich chwilach, kiedy jestem niespokojna, najczęściej myślę o jedzeniu... jestem głodna, ale nie chcę jeść... wstydzę się moich natrętnych myśli o jedzeniu. Napawają mnie obrzydzeniem do samej siebie. Boli mnie gardło, żołądek, płuca, wątroba... Kiedy chcę się schylić, boli. Często śni mi się jedzenie. Płynę w powietrzu, jak kosmonauta w stanie nieważkości, próbuję pochwycić choć kawałek, ale wszystko mi ucieka. Palce cienkie jak powietrze nie mają siły trzymać tak ciężkich kształtów. Nie mogę jeść. Tak naprawdę w ogóle nie chcę jeść! Odkąd wróciłam do domu przytyłam całe 2 kg...! Czuję się nikim. Nie umiem nawet kontrolować własnego ciała. Czuję się nieczysta i gruba. A tak chciałabym... jak w moich snach - lecieć lekko, jak motyl. Waga: 32 kg

***

6 sierpnia 2004r.

Więc wróciłam do domu. Zajmuje się mną Anna. To pani, którą przydzielili do mnie ze szpitala. Patrząc na jej włosy myślę, że jest bardzo stara. Mam skurczony żołądek i podobno wyniszczony układ pokarmowy dlatego Anna podaje mi wyciągnięte z lodówki zamrożone papki jedzenia, które muszę jeść co półtorej godziny. Nienawidzę pory posiłku. Nie chcę jeść. Na szczęście Anna do niczego mnie nie zmusza. Tylko przekonuje, że muszę jeść. Ale ja wiem, że nie chcę. I nie jem. Mam już wszystkiego dość... czuję, że dopadła mnie depresja... powoli łapie mnie w swoje ostre szpony i rozdziera duszę na strzępy... Kilka razy w ciągu dnia mdleję, jestem wyczerpana. Depresja powraca falami. Nagle wszystko jest bez sensu i chciałabym odejść, rozpłynąć się w powietrzu. Dręczą mnie myśli samobójcze, nie mogę spać i często płaczę. Po co się męczyć... po co... przecież i tak odejdę... Czasem tak nagle dopadają mnie wspomnienia, nawet nie pytają o pozwolenie tylko po prostu wracają. I znowu nie mam wtedy nic do powiedzenia. Tak jakby jakiś głośny szept wypełniał mi całą głowę... Nagle słyszę, jak świst strzały przeszywającej mnie na wylot, "chcę być sam" w głowie... Te wspomnienia i obrazy wracają tak nagle, jak nagła kaskada deszczu, nagły rozdzierający krzyk. Woda przed oczami. Wstrętne łzy. Ale jestem czysta i lekka, a jednak... tak ciężko mi jakoś jakbym ważyła strasznie dużo... znów nie mogę spokojnie oddychać. Serce trochę się uspokoiło, bo nie mogę już ćwiczyć. Nie mam siły. Idę się przespać.

Obudziły mnie brutalne zgrzyty wskazówek zegara. A może w ogóle nie spałam? Cisza. Za dużo ciszy. Jest pusto. I ani jedno słowo nie przeszywa przestrzeni wokół mnie. Tak bezbarwna i atłasowa pustka. Słyszę w tej ciszy sapanie. Kaszlnięcie. Duszenie się. Ktoś znów nieumiejętnie próbował się wieszać. A teraz żyje jeszcze chwilę. Cierpi. Dyszy, połykając pospiesznie grube ziarna czasu. Krople potu mieszają mu się z krwią nieumiejętnie podciętych żył, a każdy oddech przybliża do śmierci. Przestał dyszeć. Waga: 31, 8 kg

***

7 sierpnia 2004r.

Nie widuję się w ogóle z ojcem. Pracuje cały dzień i wraca do domu wtedy, kiedy śpię. Może to dobrze. Przynajmniej się nie kłócimy. On chyba myśli, że za jakiś czas wszystko ze mną będzie OK. A ja się brzydzę jedzenia!

Wczoraj w nocy miałam koszmary. Czułam jak się duszę, jak pot oblewa moje ciało, wydawało mi się, że to już koniec. Tysiące noży wbijało się w moje ciało, przestrzeń z wewnątrz rozdzierała mnie jak tkaninę, na strzępy, a ja nie potrafiłam przeciwstawić się temu cierpieniu. To trwało tak długo, działo się tak wolno! Po jakimś czasie poczułam jak ktoś przykłada mi coś zimnego do czoła, gładzi ręką moje długie ciemne włosy. I nagle zalała mnie fala błogiego spokoju. Wyrwanie z tych mąk umierania, z tego strasznego cierpienia duszy i ciała. Świtało. Otwierałam powoli oczy. Zupełnie jakbym pierwszy raz widziała promyki słońca. Było tak jasne. Anna. Została przy mnie. Czemu? Mam takie ciężkie powieki. Głowa opada mi bezwładnie na podbródek. Chyba się zdrzemnę. Tylko chwilkę.

Anna powiedziała, że spałam półtorej godziny. A ja w ogóle nie czułam się wypoczęta. Potem namawiała mnie do jedzenia. A ja nie chciałam! Ale powoli, powolutku, przełknęłam to paskudztwo. Ciężko wdychać powietrze. Zastanawiam się nad każdym oddechem. Jest duszno. Gorąco i zimno. Czuję jak co chwilę fale ciepła zalewają moje ciało, a za chwilę ogarnia mnie ze wszystkich stron zimno. Czuję się słaba. Chyba potrzebuję więcej snu. Waga: 31, 2 kg

***

8 sierpnia 2004r.

Dzisiaj Anna opowiedziała mi pewną historię.

Pewien uczeń codziennie pytał nauczyciela: jak mogę znależć Boga? I codziennie otrzymywał od swego nauczyciela tę samą tajemniczą odpowiedź: - Musisz go pragnąć. Pewnego dnia nauczyciel i jego uczeń kąpali sie w rzece. Nagle nauczyciel zanurzył głowę chłopca pod wodą i przytrzymał ją mocno przez chwilę, podczas gdy uczeń ropaczliwie próbował się uwolnić. Następnego dnia nauczyciel spytał: - Dlaczego tak się szamotałeś, gdy trzymałem twoją głowę pod wodą? - Bo rozpaczliwie szukałem powietrza. - Gdy dana ci będzie łaska rozpaczliwego szukania Boga - znajdziesz Go.

Anna powiedziała, że modlitwa to jak dodanie skrzydeł. Próbuję odnaleźć tego, w którego istnienie nawet nie wierzę. Nie wierzę w to, że jest. Bo jeśli jest to czemu pozwala na to by byli tacy ludzie jak ja? By byli chorzy i nieszczęśliwi? By ludzie ranili siebie nawzajem, rozstawali się, porzucali? Pogrążeni w depresji...?

Słyszę jak Anna otwiera lodówkę. Znowu pora posiłku! Chciałabym schować się pod łóżkiem i wyjść jak już będzie po wszystkim. Waga: 30, 3 kg

***

9 sierpnia 2004r.

Dzisiaj jest dzień ciszy. Anna krząta się po domu. Robi wszystko cicho, niemal bezszelestnie. Potrzebowałam tego spokoju, tej głębokiej ciszy. Pada deszcz. Słyszę jak bębni okrutnie w szybę. Jestem słaba, zmęczona, wyciszona... Wyobrażam sobie powiększające się kałuże. Niewinne krople wpadają w nie delikatnie. Niebo płacze. Słyszę szelest cichego strumnienia, płynącego pomiędzy kolejnymi nutami śpiewu ptaków, i krzyk wodospadu. Nagle kałuża jest pełna purpurowych liści. I widzę zamarznięte kałuże na szarym chodniku. Padające śnieżynki. Cztery pory roku... Napełniłam się ciszą. Wsłuchuję się w nią poznając siebie. Kiedy zostaję sama z ciszą między ramionami czuję się wolna, ale czuję pustkę... czuję jak bardzo jestem samotna...

Ulicami chodzą zabiegani ludzie, narzekający na obrzydliwą pogodę. Mijają się w milczeniu. Pomiędzy ulicami snują się ich brudne życiorysy. Każdy z nich ma swoją opowieść. Ale czy oni widzą siebie nawzajem? Czy oni widzą ile na ulicach się gromadzi problemów, smutków i szarych radości? Czy może idą przed siebie, nie patrząc na rozmoknięte serca obok nich? Jak nakręcone zabawki chodzące od jednego końca ulicy do drugiego.

Krople nikną w oczach, stają się coraz chudsze, chudsze... znikają... Przestało padać. Zza chmury nieśmiało wyłania się słońce. Milczenie też uczy. Gdy pada deszcz obraz w wodzie na chodniku jest rozmyty, niewyraźny. Woda jest poruszona. Ale gdy deszcz przestaje padać, gdy kałuże są pozostawione samym sobie, dostrzeżesz w nich samego siebie. Efekt milczenia: dostrzegasz samego siebie. Poznaję siebie. Tak dogłębnie, od koniuszków palców... do granicy westchnień. Poznaję siebie taką jaką jestem. Nie taką jaką widzą mnie inni. Waga: 29, 7 kg

***

10 sierpnia 2004r.

Tata nie był dzisiaj w pracy. Został ze mną. Tata... - brzmi tak miękko jak kołysanie dziecka w kołysce. Karmił mnie i zajmował się mną cały dzień. Nie mówił prawie nic. Bo co mógł powiedzieć, kiedy widział, że jego córka umiera? Z początku myślałam, że się mnie boi. Mnie albo mojej choroby, a może śmierci... ale kiedy zaplótł na moim bezwładnym ciele delikatnie ręce, jak pierścień zaplata się na palcu, pomyślałam, że wszystko robi tak cicho i delikatnie, i tak lekko mnie dotyka, bo boi się mnie skrzywdzić. Jestem przecież zbudowana z cienkich niteczek zamiast kości, choć wciąż są one zbyt grube. Jak można siedzieć na przeciwko kogoś i czuć ściskającą świadomość, że ta osoba kiedyś umrze... I czuć taką samotność w środku... Tak właśnie się dzisiaj czułam. Przyjęłam do siebie to, że nic nie jest wieczne i, że być może dzisiaj jest ostatni, kiedy widzę tatę. Może nie być jutra dla mnie albo dla niego albo dla nas. Mam już…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych