Pandemonium rozdz. 2
Ciąg dalszy historii.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 2 Ludzie i demony
Tego snu nie śniła już od wielu lat. Pamiętała go jednak bardzo dokładnie i na tyle, na ile mogła, wyraźnie. Kiedy była mała przychodził praktycznie co noc. Biegła w nim za białowłosym aniołem. Sceneria nie była jednak niebiańska. Wręcz przeciwnie, ziemia była sucha, a po niebie szybko przemieszczały się granatowe chmury. Odczuwała niepokój. Była daleko od anioła, ale wyczuwała jego obecność, emanującą od niego moc. Będąc dzieckiem, budziła się zazwyczaj w momencie, kiedy ten, za którym goniła znikał całkowicie z jej oczu, a jego moc stawała się słabo odczuwalna. Tym razem pomimo zniknięcia anioła, biegła dalej. Biegła, dopóki nie zobaczyła przed sobą olbrzymiego kanionu. Zbliżając się do niego, zwolniła z ostrożności. Stanęła przy krawędzi i spojrzała w dół. Otworzyła oczy, siadając gwałtownie. Bolała ją głowa i oddychała nieco szybciej niż normalnie. Zerknęła na zegarek i odczytała z niego godzinę 4:24. Opadła na miękką poduszkę. Spróbowała z powrotem zamknąć oczy i zdrzemnąć się jeszcze chwilę, ale po kolejnych próbach tylko bardziej rozbolała ją głowa. Była 4:47. Stwierdziła, że przekładanie się z boku na bok nie ma dłużej sensu, więc wstała z łóżka. Zeszła cicho do kuchni i wymacawszy na ślepo włącznik światła, od razu pożałowała, że go użyła. Ból pogorszył się. Znalazła w szafce jakieś przeciwbólowe tabletki i łyknęła od razu dwie. Na wszelki wypadek. Oparła się o kuchenny blat i zastygła na kilka minut, do chwili, aż poczuła, że ból powoli ustępuje. Postanowiła, że przed wyjściem wrzuci do torby cudotwórcze tabletki. Miała przeczucie, że mogą jej się jeszcze przydać tego dnia. Odkręciła kran nad wanną w łazience na parterze, nie chcąc budzić rodziców, tłukąc się na piętrze. Wyciągnęła w szafy w swoim pokoju pierwsze napotkane i nadające się do założenia ciuchy i wróciła na dół. Zanurzając się w gorącej wodzie, nie odczuwała już żadnego dyskomfortu powodowanego bólem. Była natomiast niewyspana i to z dwóch powodów. Po pierwsze, wróciła do domu dopiero przed północą, a po drugie, dręczył ją niepokojący sen. Trudno było nazwać go koszmarem, ale zawsze towarzyszyły mu raczej nieprzyjemne uczucia. Koszmarny był za to ból głowy, który pojawił się dodatkowo tym razem. Efekt był taki, że Lei czuła się, jakby nie spała w ogóle. Zanurzyła się cała pod wodą. Siadając po krótkiej chwili w poprzedniej pozycji i starając się trochę rozbudzić (gorąca kąpiel nie była na to najlepszym sposobem) przypomniała sobie poprzedni wieczór, skupiając się na żywych emocjach bycia na scenie. Trochę pomogło, ale senność zupełnie odeszła w momencie, w którym przypomniała sobie to, co stało się po występie. Popatrzyła bezwiednie na swoją prawą dłoń. Poruszyła palcami, po czym zacisnęła ją w pięść. Wzięła w płuca głęboki oddech i znów zanurzyła głowę.
Czwartek to najgorszy dzień tygodnia. Człowiek jest już cholernie zmęczony, a to ciągle nie koniec. Nieważne czy jest się uczniem czy osobą pracującą. Wszyscy wydają się tak samo zmarnowani. Lei jeszcze przed wyjściem z domu zastanawiała się, czy aby nie udać jakiegoś na tyle poważnego niedomagania, żeby mogło to usprawiedliwić jej nieobecność w szkole, ale zakładała, że raczej nie wpłynie to dobrze na opinię zarówno rodziców, jak i nauczycieli o jej śpiewaniu. Postanowiła jakoś się przemęczyć. A męczyła się okropnie. Odpłynęła już na pierwszych zajęciach, kiedy jej koledzy dyskutowali z nauczycielem o jakimś bardzo ważnym dla literatury narodowej dziele. - Panno Bennett... - usłyszała nagle nad sobą męski głos. Oderwała niewidzący wzrok zza okna i spojrzała w górę, na Jonesa, nauczyciela Literatury. - Mogłaby pani przynajmniej udawać, że słucha - powiedział lekko urażonym tonem. Był całkiem miłym człowiekiem. - Przepraszam... - Wróćmy do tematu - powiedział do klasy, odwracając się od dziewczyny. Chcąc, nie chcąc, musiała 'przynajmniej udawać, że słucha'. Więc udawała. Udawała nawet, że notuje, chociaż była przekonana, że i tak nikt w to nie wierzy, bo robiłaby to jako jedyna. Nie miało to większego znaczenia. Linie, które kreśliła w zeszycie ołówkiem, ułożyły się w całkiem zgrabny statyw od mikrofonu. Naokoło niego naszkicowała ramę. Całość w zamyśle miała wyglądać na lustrzane odbicie, bardziej jednak przypominała obraz. Cóż, aż tak dobrze nie rysowała. Na szczęście zajęło jej to na tyle dużo czasu, żeby wytrwać do końca Literatury i nie zasnąć, ani nie narazić się po raz kolejny panu Jonesowi. Na kolejnych lekcjach nie było lepiej. Z ulgą przywitała przerwę na lunch. Nie była jednak głodna, więc wyszła przed budynek zaczerpnąć świeżego powietrza. Nadal było chłodne, ale słońce sprawiało, że pogoda była idealnie orzeźwiająca, nie powodując przy tym przemarznięcia. Usiadła na murku, przy schodkach na szkolny parking. Wyjęła z torby i założyła na nos przyciemniane okulary, wystawiając twarz na ciepłe słoneczne promienie. Pamiętała przy tym, żeby nie próbować zamykać oczu, bojąc się o kolejny przypływ senności. Światło okazało się jednak zbyt rażące - nawet mimo okularów, więc przesunęła się trochę, chowając głowę w cieniu drzewa. Na parkingu, pomiędzy samochodami, kręciło się kilka osób. Czasami, kiedy zdarzało się jej siadać w tym miejscu, patrzyła na auta, układając w głowie, kto tego dnia przyjechał pierwszy, a kto ostatni. Nie było to trudne. Na przykład, dzisiaj to ona przyjechała ostatnia (miała rano tak dużo czasu, że w końcu jej go zabrakło), parkując na szarym końcu, ze względu na brak miejsc bliżej. Było kilka przypadków, że dzięki temu niepozornemu zajęciu pierwsza wywąchała jakieś głośne towarzyskie skandale. Nie, żeby ją to cokolwiek obchodziło, ale podobały jej się miny plotkujących koleżanek, po jej stwierdzeniu 'tak, wiedziałam o tym od dawna'. Przejeżdżając leniwie wzrokiem przez całą długość parkingu, zmrużyła oczy dojrzawszy kogoś całkiem blisko swojej białej Vitary Cabrio. Zdjęła okulary, zeskoczyła z murku i zaczęła iść wolno wzdłuż niego. Przeszła tylko kilka metrów, a już drugi raz w ciągu doby, jej serce omal się nie zatrzymało. Poczuła się obserwowana, śledzona, nagabywana... i pewnie znalazłaby więcej określeń na swój stan, ale w tym momencie, znany już jej mężczyzna, zauważył ją. Stali tak chwilę, patrząc na siebie ponad samochodami. Czuła, że jej instynkt samozachowawczy pcha ją z powrotem w kierunku szkoły, ale nogi nie poruszyły się ani o milimetr. To on pierwszy zrobił kilka kroków w jej stronę i zatrzymał się tuż przy jej samochodzie. Próbując opanować nieco emocje, pomyślała o tym, że śpiewa w znanym w mieście zespole. Gdyby nie miało to wyglądać idiotycznie, palnęłaby się w głowę. Tak banalne wytłumaczenie... Odetchnęła z ulgą i przyjmując bardziej pewną postawę, ruszyła na spotkanie. Zauważyła, że na tę, mimo wszystko mało widoczną zmianę, znajdujący się coraz bliżej niej brunet, zareagował lekkim uśmiechem. Szła spokojnie, nie będąc pewną, co właściwie ma powiedzieć. Na szczęście wyręczył ją. - Zgadłem, że to twój? - wskazał na Vitarę. Nadal delikatnie się uśmiechał, a jego głos był tak samo ciepły jak poprzedniego dnia. Czarne włosy lśniły w promieniach słońca, a oczy wydawały się... pełne entuzjazmu. - To aż tak oczywiste? - starała się brzmieć naturalnie, ale nie udało jej się całkowicie ukryć zdenerwowania. I zdziwienia. Dopiero teraz dotarło do niej, że faktycznie, chłopak - teraz już była pewna, że był najwyżej kilka lat od niej starszy - wskazywał jej auto. Znowu ogarnął ją niepokój. - Kto wie, może posiadam coś na kształt kobiecej intuicji? - zaśmiał się. Uroczo. Lei nie była pewna, czy takie określenie może pasować do faceta, zwłaszcza wyglądającego jak ten, stojący jakieś dwa metry od niej, ale to na prawdę było urocze. Zamrugała zdezorientowana. "Kobieca intuicja"? - Tak, być może... - odpowiedziała tylko. - Jestem Jared - stwierdził w końcu, patrząc przyjaźnie. Mówiąc to, pochylił się lekko w jej stronę, najwyraźniej starając się skrócić dystans pomiędzy nimi. Ręce trzymał w kieszeniach czarnych jeansów. - ... i jestem w tobie zakochany. Dziewczyna była pewna, że wyglądała w tym momencie jak kretynka. Oczy otworzyła na tyle szeroko, ze zdawały się ogarniać dwa razy więcej świata. Widząc to, Jared zaśmiał się głośno. - W tobie, jako wokalistce, oczywiście - wyjaśnił dopiero po częściowym opanowaniu rozbawienia. Oddychała ciężko i wiedziała, że jeżeli natychmiast nie powstrzyma walącego serca, to albo chłopakowi przyłoży, albo sama umrze na zawał. A najchętniej by uciekła. Taka opcja jednak nie wchodziła w grę. - Okej... - powiedziała ostrożnie, ledwo panując nad głosem. - Dzięki za komplement - tylko tyle zdołała dodać. - Masz na imię Lorelei, prawda? - zapytał łagodnie, jakby pomagając jej się uspokoić. - E... tak. - Hmm... - zadumał się, spoglądając w bok. - A więc masz na imię Lorelei, jeździsz białą Vitarą i śpiewasz w zespole nazwanym twoim imieniem - podsumował. - Nieźle, jak na początek. Znowu uśmiechnął się przyjaźnie. Lei jednak daleko jednak było do swobody. - Mam propozycję - powiedział żywo. - Spotkajmy się wieczorem w Podziemiu. Muszę już lecieć... A ty chyba właśnie zaczynasz lekcję - wskazał ręką za jej plecy. Odwróciła się i zobaczyła, jak ludzie wchodzą do budynku. - Do zobaczenia - usłyszała za plecami. Kiedy ponownie na niego spojrzała, był już kilka metrów dalej. Nie powiedział nic więcej, ani nie czekał na odpowiedź. Stała chyba minutę patrząc na niego, dopóki nie zniknął za najbliższym zakrętem. Będąc najzupełniej pewną, że jej emocjonalny stan wrócił mniej więcej do normy, poczłapała do szkoły.
Wiedziała, że czeka ją kilka godzin stresu. Znała siebie wystarczająco dobrze, żeby przeczuwać swoje zachowanie do wieczora. I miała dla tego proste wytłumaczenie: nie miała pojęcia co zrobić. To było najgorsze. Zawsze po podjęciu decyzji stres się zmniejszał, a często w ogóle mijał. Niezależnie od tego, jakiego rodzaju decyzja to była. Ale kiedy nie wiedziała, co zrobić... ogarniała ją panika. Jej wewnętrzne rozdarcie pomiędzy 'pójść”, a „nie pójść” zwracało uwagę. Na lekcjach totalnie nie kontaktowała, za co kilka razy została upomniana. Na jednej z przerw wpadła na jakiegoś pierwszoroczniaka, omal się nie przewracając. - Przepraszam... - powiedziała, nie zwracając najmniejszej uwagi, kim była potrącona osoba. Gapiąc się w podłogę, poszła dalej przed siebie. Nim uszła kilka metrów, zatrzymała się gwałtownie, widząc tuż przed sobą parę znajomych butów. Podniosła wolno wzrok, spoglądając spode łba na zmartwioną, stojącą przed nią, osobę. – Serce mnie boli, jak widzę cię w takim stanie... - powiedziała dziewczyna, o miękkim, dźwięcznym głosie. – Jakim? - odpowiedziała bez zastanowienia Lei. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że w końcu ktoś znajomy musiał domyślić się, że coś z nią jest nie tak. Potwierdziła to mina zaniepokojonej Carli. Przyglądała się przez moment badawczo Lei. – Może pojedziemy na jakąś herbatę po szkole? - zaproponowała w końcu. – Jakoś nie mam na nic energii. Źle się dzisiaj czuję... - tak naprawdę nie minęła się bardzo z prawdą. – W takim razie zadzwonię do ciebie wieczorem, na razie. I uciekła korytarzem na lekcję. Lei czekała zatem kolejna rozmowa z serii tych poważnych. Nie miała na nią wcale ochoty. Tym bardziej, że nie była pewna, czy w ogóle będzie wieczorem w domu. Nie chciała też Carli okłamywać. Była bowiem jej jedynym kumplem płci żeńskiej. Lorelei Bennett, lat niespełna osiemnaście – przyjaciół brak. Nie lubiła określenia „przyjaciel”. Bo niby kim taka osoba miałaby być? Od zawsze miała kumpli. Wychowywała się w męskim towarzystwie sąsiadów. I Carli, wychowywanej tylko przez ojca. Na jedno wychodzi. Mimo że ta była dwa lata młodsza, była zawsze dojrzalsza od swoich rówieśników i zdecydowanie bardziej rozgarnięta. Dlatego Lei bardzo ceniła sobie znajomość z nią. Nie miała najmniejszego zamiaru narażać ich kontaktu, wymyślając głupie wymówki. A prawdy też na razie wolała nie mówić, bo wiedziała, jak zareagowałaby na to jej kumpelka. Nie oznaczało to wcale, że już podjęła decyzję czy pójdzie na spotkanie z tajemniczym kimś. Wcale.
Kiedy weszła do domu, jej matka była w samym środku potężnego przedsięwzięcia, jakim było gotowanie. Nie była wstanie sprecyzować jaki konkretnie posiłek miał to być. Zajrzała tylko jednym okiem do kuchni, ale nie udało jej się pozostać niezauważoną. – Dobrze, że już jesteś. Możesz pokroić tamte warzywa? Jej matka była mistrzynią w znajdywaniu córce zajęć. – Mamo, co ty robisz o tej porze w domu? - zapytała niepewnie, kładąc torbę na kuchennym krześle. Drobna kobietka biegała po pomieszczeniu w zawrotnym tempie. Usłyszawszy Lei, spojrzała na nią posępnie, trzymając w dłoni spory nóż. – Szykuję kolację – odpowiedziała tonem sugerującym, że dziewczyna nie powinna była zadać tego pytania. Widząc zagubienie na twarzy Lorelei, westchnęła głęboko i stwierdziła urażona: – Zapomniałaś, że ojciec wyjeżdża dzisiaj w nocy. – O... cholera... Zapomniała. I zrobiło jej się strasznie głupio. Cieszyła się tylko, że ojciec nie był świadkiem tej wymiany zdań. Po dwutygodniowym pobycie w domu, miał znowu zniknąć gdzieś na oceanie na trzy miesiące. Taka praca. – Idę na chwilę do łazienki i już ci pomagam.
Przygotowania do pożegnalnej kolacji zajęły jej głowę dostatecznie, by tylko raz, gdy za oknem zobaczyła kogoś przypominającego nowo poznanego Jareda, ogarnęło ją lekkie zdenerwowanie. Szybko jednak zganiła siebie za to i przywołując do porządku, wróciła do mieszania sosu. Wiedziała, że teraz i tak nie ma znaczenia to, co ewentualnie by postanowiła i co by nią kierowało. Decyzja została podjęta za nią.
Kilka minut po godzinie dziewiętnastej zadzwonił do drzwi wejściowych dzwonek. Evelyn Bennett, niska kobietka, o króciutkich, ciemnych włosach wyglądała dobrze we wszystkim. Zarówno w swoim roboczym fartuchu stomatologa, jak i w poplamionym fartuszku kucharskim. Była przed czterdziestką, a ze swoją drobną budową i zadbaną twarzą zdawała się być dużo młodsza. Poleciła Lei otworzyć czekającym Millsom, więc dziewczyna posłusznie to zrobiła. Przywitała się i zaprosiła gości do małego salonu. Za chwilę, tuż za nią z naprzeciwległego pomieszczenia kuchenno-jadalnianego, wyłoniła się Evelyn, pospiesznie zdejmując kuchenny fartuszek i rzucając go w kąt przedsionka. – Idź po tego starego durnia, bo pewnie nie wie, gdzie szukać spodni... - szepnęła matka, uśmiechając się jednocześnie na powitanie gości. Lei parsknęła prawie niezauważalnie, tłumiąc śmiech i udała się po schodach na piętro. Usłyszała w salonie uprzejmą wymianę zdań. Swojego ojca zastała nie tyle przy szukaniu spodni, co raczej przy próbie ogarnięcia zbyt dużej ilości koszul. Zapewne, w akcie desperacji, wyrzucił je wszystkie z szafy na łóżko. Niestety jego mina sugerowała, że wcale mu to nie pomogło. Richard, czterdziestopięcioletni, szanujący się pan domu, bywał w tym domu na tyle rzadko, że zazwyczaj sprawiał wrażenie zagubionego nastolatka. Oczywiście nikt nie dawał mu odczuć, że jest przy tym, delikatnie mówiąc, zabawny. Zarówno jego żona, jak i córka znosiły wszystko bardzo dzielnie, bo i tak nauczyły się radzić sobie we dwie. Nie chciały też kłócić się z nim, podczas jego krótkich pobytów w domu. Jako pomocna córka, Lei pomogła mu wybrać z całej sterty koszul, jedną, która wydała jej się mniej oficjalna. Ciemna, zgniła zieleń, w jej mniemaniu, pasowała idealnie do ciemnego granatu jeansów. Pospieszyła go trochę, a kiedy zeszli razem na dół, goście przemieścili się już do kuchni, gdzie Evelyn podawała posiłek na stół. Lorelei nie lubiła takich spotkań, ale też nikt nie zmuszał jej do siedzenia ze wszystkimi przez cały czas. Millsowie byli miłymi ludźmi, a przy okazji jednymi z nielicznych, którzy utrzymywali bliższe kontakty z małżeństwem Bennettów. Ich córka była zupełnie inną historią. Lubili się, a przynajmniej jej wydawało się, że państwo Mills ją lubią, a ona lubiła ich. Nigdy jednak nie ingerowała w znajomości swoich rodziców. Mogła również liczyć na to samo z ich strony. Dlatego, kiedy zaraz po kolacji, nie czekając nawet na deser, podziękowała i wymknęła się z kuchni, nikt nie miał jej tego za złe. Kiedy już weszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi, rzuciła się na łóżko, twarz wbijając w poduszkę. Leżała tak krótką chwilę, po czym przekręciła się na plecy. Słońce zaszło już jakiś czas temu, więc za oknem było dość ciemno, a dodatkowo okno jej pokoju zasłaniały duże drzewa. Nie zapalała też światła, więc wgapiając się w sufit, nie widziała zbyt wiele. Oddychała jakiś czas spokojnie i cieszyła się ciszą. Wyciszenie nie było najlepszym pomysłem, ponieważ kiedy tylko odpoczęła trochę po intensywnych przygotowaniach do pożegnalnej kolacji, jej żołądek zacisnął się w pętelkę. Zaczęła oddychać szybciej, a w końcu westchnęła bezsilnie. Pomyślała, że w tym właśnie momencie powinna być w klubie. Mogła być. Przeraziło ją to, że tak naprawdę chciała tam być. Pętelka w jej brzuchu wierciła się intensywnie. Usiadła gwałtownie, gotowa do natychmiastowego wyjścia, ale zatrzymała się w tej pozycji. Uderzyła się pięścią w głowę, dokładając do tego nieme „głupia”. Znów się położyła, tym razem na boku.
Obudziło ją ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi. Odwróciła się w ich stronę. - Lei, za jakieś pół godziny jadę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil curse
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…