Perypetie Klotyldy
Niezbyt realne przygody
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Perypetie Klotyldy
ZEPSUTY RAGADAJFON
Pewnego dnia zepsuł się Klotyldzie ragadajfon i nie wiedziała, co z tym zrobić. Wsiadła w pierwszy lepszy tramwaj i zwróciła się w tej sprawie do motorniczego. Akurat trafiła na Rubasznego Stana, który zatrzymał maszynę i wziął ragadajfon do rąk, żeby mu się przyjrzeć. Drapał się w głowę i sapał i już miał wyjąć narzędzia ze skrzyneczki, żeby zabrać się do reperacji, kiedy pasażerowie tramwaju podnieśli rwetes (słuszny zresztą), że jak to może być, że są oburzeni, że oni płacą za bilety, a motorniczy sobie zatrzymuje wóz między przystankami i zajmuje się głupotami (mieli na myśli ragadajfon oczywiście). - Przykro mi - powiedział Rubaszny Stan i pojazd ruszył. Klotylda bliska załamania wysiadła z wozu na najbliższym przystanku i zaczęła się snuć smutna po parku. Spacerujące po trawie wrony przypatrywały jej się przez chwilę, bowiem nigdy nie widziały smutnej dziewczynki z ragadajfonem i to w dodatku zepsutym. - Tak, tak... - zagadał do niej sympatyczny staruszek, gdy mijała go siedzącego na ławce przy alejce. - Przed wojną, panienko, to były w naszym mieście cztery punkty. - Jakie punkty, proszę pana? - Punkty naprawiania ragadajfonów, ma się rozumieć. Ale Bierut kazał wszystkie polikwidować. - I nie ma? - I nie ma... - No cóż, muszę się chyba pogodzić z tym, że mój ragadajfon nie będzie już działał - pomyślała z rezygnacją Klotylda i już miała wracać do domu, kiedy z olbrzymiego klonu zeskoczył kangur. - Che, che! Che, che! - zaśmiał się i nie powiedziawszy "dzień dobry", ani nawet "cześć", wyrwał Klotyldzie z rąk urządzenie. - Che, che! Che, che! Zepsuty. No tak, zepsuty. Pewnie błękitnik przepalony. - Potrafisz to naprawić? - spytała ożywiona Klotylda. - Jasne! - kangur sięgnął do kieszeni i wydobył z licznych spoczywających w niej szpargałów nowy błękitnik, który w mgnieniu oka sprawnie zamontował w ragadajfonie, usuwając zepsutą część. - Bardzo ci dziękuję - zawołała rozanielona Klotylda. - Drobiazg - rzucił kangur i wrócił na klon. Tego wieczora Klotylda cieszyła się swoim ragadajfonem, jakby był czymś zupełnie nowym w jej życiu, tak bardzo uradowała się z faktu, że ktoś zdołał go naprawić. A później, tuż przed zaśnięciem, otworzyła na chwilkę oczy i zapaliwszy lampkę na łóżkiem, spojrzała na swoje ulubione urządzenie.
BATYSKAFY NA JAWIE
Pewnego wieczora Klotylda nie mogła zasnąć. Leżała już długo w łóżku i wcale nie spała. Ponieważ nie spała, więc nie śniła. Była to bardzo niesenna jawa, a więc Klotylda jawiła. A może raczej to jej jawiły się różne rzeczy. Właściwie nie były to różne rzeczy, ale same batyskafy. Mnóstwo batyskafów. Zajmowały pół morza, a może całe morze. Były małe i duże, stare i nowe, w najróżniejszych kolorach i o najróżniejszych zapachach. Niektóre typy Klotylda znała z doświadczenia, inne z książek, a jeszcze inne w ogóle nie były jej znane. „Ale dużo batyskafów – westchnęła Klotylda na jawie. – Jak to fajnie, że się zjawiły.”
AKWAR JUM
- ...albo też w powietrze! – Akwar Jum dokończył zdanie z zeszłego miesiąca. - No tak – zgodziła się przedstawicielka D5. – Chociaż zawsze są jakieś wątpliwości, ambrozje i insekty. Słońce zaczęło igrać, bazgrać i mrowieć i w tym momencie Klotylda się wcale nie zdziwiła. Miało to zresztą miejsce setki kilometrów od budowy międzynarodowej autostrady H89, więc nie wywarło żadnego wpływu. Wpływ bowiem już w zeszłym trymestrze został wywarty przez piratów. Ilekroć Klotylda brała do ręki orkutowo-brohaldynowy parasol w kratkę, zaczynała podejrzewać Akwara Juma o udział w ruchu pirackim. Ale podejrzenia mijały, kiedy tylko odstawiała go na półkę. Akwar Jum przyzwyczaił się już do tych podejrzeń i nie zrezygnował ze zwyczaju wysyłania Klotyldzie kartek i czajników pocztowych. - Klotyldo, czy sprawdzałaś dzisiejszą lokomotywę? – spytał Akwar w poniedziałek. - Tak, Akwarze. Wszystko się zgadza, chociaż nic nie jest na miejscu. Współczesne pociągi uległy wielkiej kosmicznej hospitalizacji i ubatyskafowieniu. Podwodomierz wykazał dwadzieścia trzy fokogrady. - To zadziwiające! To wręcz fa fa fa! Ale w dzisiejszych czasach musimy być przygotowani na każdy rodzaj wielorakości porcelanowistych. Tego samego autobusu nie da się już dogonić po trzech latach abstrakcji, tak przynajmniej mówi jedna trzecia publikacji na ten temat. Pozornie nie ma to żadnego związku z historią Akwara Juma, ale maszyny pozostaną do pisania. Był to piątek i Akwar Jum ostatniego zdania nie zdążył już dokończyć: - Zastanawiałem się nad pelikanami, a wtedy mleko...
KRACH NA GIEŁDZIE PARASOLI WARTOŚCIOWYCH
Krach nastąpił dokładnie o mniej więcej czternastej czternaście. Zaczęło się od buntu kioskarek, które kolejny raz nie dostały dodatku. Potem zastrajkowali dziennikarze. Parasolnicy wyszli na ulice i zaczęli domagać się poprawy ich sytuacji asocjalnej, a przemysłowcy wysłali do rządu petycję o przyznanie im luksusowych wczasów nad Zatoką Batyskafów. Pod wieczór cała, ale to naprawdę cała giełda parasoli wartościowych została zadeszczowana. Przyjechała inspekcja rządowa, która podejrzewała spisek, dywersję i sabotaż, ale jak wiadomo, podejrzenia sytuacji nie ratują, lecz co najwyżej przyczyniają się do wzrostu improkatancji. Klotylda myślała początkowo, że krach jej nie dotyczy, ale rychło przypomniała sobie, że od trzech lat jest udziałowcem. Z początku tego pożałowała, ale potem pomyślała, że lepiej zaparzyć sobie dobrej dzikowschodniej herbaty. Tak też zrobiła. - Nie mamy specjalnie pomysłu na wyjście z sytuacji. Cały czas badamy sprawę i czekamy na instrukcje z Ministerstwa Spraw Przeciwdeszczowych – mówił spiker w telewizji. - A kiedy te instrukcje nadejdą? – spytała Klotylda, wchodząc do pokoju z filiżanką gorącego napoju. - Spodziewamy się, że w przeciągu jednej siódmej jutrzejszego dnia – odpowiedział spiker, po czym zamyślił się głęboko i dalej myślał już tylko o batyskafach, zwłaszcza o tych, którymi pływał jego pradziad. Klotylda zaś otworzyła wszystkie sufity, lodówki i półksiążki, po czym zaczęła rutynowo penetrować zawartość swoich szuflad. Po tygodniu krach się skończył i wszystko zaczęło wracać do normy. A po trzech tygodniach wszystko skończyło wracać do normy, bo już wróciło.
PRZEGLĄD TELEWIZORA
Miało to miejsce jak zwykle w piątek przed południem, ale po wieczorze. Ktoś zapukał do Klotyldy cztery razy. Klotylda bardzo się zdziwiła, bo wszyscy jej znajomi pukają jedenaście razy. Pomyślała, że może ktoś z jej znajomych ma chory palec i dlatego zapukał tylko cztery razy. Ale zaraz doszła do wniosku, że przecież wtedy mógłby zapukać innym palcem. A jeśli inny palec też jest chory? A jeśli wszystkie palce ma chore? Przecież nie da się zapukać nosem. Można zapukać parasolem, ale żeby utrzymać parasol, trzeba mieć przecież zdrowe palce. Można zastukać czubkiem buta, ale to przecież zupełnie inaczej brzmi. Klotylda wykoncypowała, że to może być tylko tęgi drwal, który przyszedł dokonać przeglądu telewizora. Poprawiła więc obrus na stole i poszła otworzyć. Faktycznie był to bardzo tęgi drwal. W zębach miał zielone cygaro a na koszulce nieco sprany wizerunek batyskafu. - Dzień dobry, przyszedłem w sprawie przeglądu telewizora. - Proszę wejść. Stefcia mówiła mi, że pan wpadnie. Na tym kończy się opowiadanie pod tytułem „Przegląd telewizora”. Dalszy ciąg tej historii znajduje się w opowiadaniu „Satysfakcja w kraju i za granicą”. Ale nie szukajcie nigdzie tego opowiadania, bowiem nie zostało ono napisane.
DVS15
- Przykro mi, ale DY27 od pięciu lat nie jest produkowany – powiedział ekspedient. - Szkoda. A może macie P3? – spytała Klotylda. - Ojej, jeszcze wczoraj mieliśmy, ale burmistrz kupił ostatni egzemplarz. Mogę jednak pani polecić coś równie atrakcyjnego – RFJH99. - Znam ten model i nie mam o nim najlepszej opinii. A czy coś z serii DSA? - Mamy DSA12 i DSA14. Ale doradzałbym raczej inną serię, mianowicie WW. - Czy mogę zobaczyć? - Proszę bardzo. Ekspedient sięgnął pudełko z piątej półki i wyjął urządzenie. - Oto WW1208. Jak się podoba? - Całkiem, całkiem, ale niezupełnie o to mi chodzi. Potrzebuję czegoś bardziej klasycznego. - Rozumiem. Wobec tego zaprezentuję coś, co na pewno panią zainteresuje. Po chwili Klotylda miała w rękach naprawdę ciekawą rzecz – DVS15. - O tak, to mi odpowiada. Właśnie takiego urządzenia potrzebuję. Proszę zapakować, kupuję. - DVS15 to doskonały wybór. I przyzna pani, że cena nie jest wygórowana. Na pewno będzie pani zadowolona. Okres gwarancji wynosi czterdzieści sześć lat, ale te urządzenia praktycznie się nie psują.
CO ROBISZ, POMIDOROWCU?
Zazgrzytało, zabębniło, załomotało, zadzwoniło, zadudniło i mokra żeliwna machina wtoczyła się pod przezroczysty dach szklarni, wyjątkowo szklisty w tym roku. Tłum błękitnych żuków wyjmował swoje żurnalowe prowianty z żółtych kuferków i wpatrywał się jednomyślnie w zdarzenie. W ich mózgach kołatała świadomość niezwykłej okazji. Nawet żucze dzieci, którym ledwo co sił starczało, by zatopić ząbki w prowiantach, dały omotać swoje mózgi machinalnej rangi marzeniem utkanym z bolesnych doświadczeń przegranych emigrantów. - Tatusiu, czy my w końcu wyjedziemy? – spytał maleńki wąsaty żuczek. Gruby i okrągły na świecąco żuk spojrzał czule na swoje maleństwo i wysapał: - Zobacz, czy widziałeś kiedy coś podobnego? To największy batyskaf na całej północy. Jeśli nas zabierze o zwykłej parasolowej porze, to za dwa miesiące będziemy już u dziadków za oceanem. Tam prowiantów nie brakuje nigdy, nawet w zimie. Musimy tylko bardzo mocno i kurczowo trzymać i ogrzewać nasze bilety. Mały żuczek dobrze pamiętał zdarzenie z zeszłego sezonu, kiedy to jego starsza siostra dopuściła do oziębienia swojego biletu i przez to cała rodzina nie wyjechała. Z machiny wyczołgał się lśniący milionem odznaczeń pomidorowiec. W czerwonym fraku podobny był do dzikiego kłębowiska snów o planecie Mars. Żuki patrzyły na niego z kosmosami w oczach. Pomidorowiec podszedł do krawędzi peronu i zaczął urządzać komparty z gromady rozmagnesowanych atramentówek. Żuki straciły orientację. W kafejce tuż pod dachem szklarni siedziała Klotylda i obserwowała przez rupiton przebieg, wybieg i zabieg wypadków. Mleko w jej kawie nagle bardzo poweselało. Wstała, wychyliła się i krzyknęła: - Co robisz, pomidorowcu? Stado żuków skierowało wzrok w stronę Klotyldy, ale pomidorowiec nie przerwał swoich czynności, w ogóle nie zareagował na wołanie. Nawet żuki nie wiedziały, że stracił słuch podczas zeszłorocznej wojny o przerębel.
CHRZAN
W sierpniu Klotylda kupiła sobie w domu towarowym Hadwao cztery granatowe parasole, dwa słoiki rolmopsów i batyskaf w żółto-czarne paski. We wtorek po pracy postanowiła wypróbować nowy pojazd i udała się w podwodny rejs po Morzu Niemorskim. (Nie będziemy teraz opisywać, gdzie dokładnie leży Morze Niemorskie. Być może zrobimy to kiedyś w jakimś innym opowiadaniu, na przykład w opowiadaniu „Głodny jeż i syte kury” albo w opowiadaniu „Dwa Oriony”, ale na pewno nie teraz.) Na środku dna Morza Niemorskiego od kilku epok stał kiosk, miejsce codziennej pracy kioskarza Emila Rewolwera. Emil pracował sześćdziesiąt godzin dziennie (morkich godzin, oczywiście, nie świetlnych) i każdego dnia pracy pochłaniał cztery kilo chrzanu. Dla Klotyldy było to niepojęte i dlatego postanowiła odwiedzić Emila Rewolwera i zapytać, czym uwarunkowana jest tak niezwykła codzienna konsumpcja kontrowersyjnego warzywa. Żeby dotrzeć do samego środka morskiego dna, trzeba było odwiedzić siedemnaście obowiązkowych podwodnych punktów kontrolnych i w każdym wykupić dwa specjalistyczne kotlety. Mało tego, kotlety trzeba było spożyć na miejscu. Kiedy Klotylda dotarła do pierwszego punktu kontrolnego, była bardzo głodna i z radością zabrała się za pyszne kotlety. Ale już przy czwartym punkcie kontrolnym kotlety były niezbyt smaczne. Przy każdym następnym serwowano coraz gorsze. W dodatku Klotylda była coraz bardziej najedzona i z niechęcią myślała o zjadaniu kolejnych obowiązkowych kotletów. - Nie dam rady – powiedziała urzędnikowi jedenastego punktu kontrolnego. To mój dwudziesty drugi kotlet, naprawdę nie jestem w stanie go spożyć. - Przykro mi – odparł chłodno urzędnik. – Nie mogę wobec tego pani puścić dalej, musi pani zawrócić. Klotylda próbowała namówić urzędnika, by ją przepuścił, ale ten był nieugięty. W końcu pomyślała, że sprawa Emila Rewolwera i jego chrzanu nie jest aż tak ważna. Zaśpiewała wesoło pierwsze dwie zwrotki „Chrzanię to!” i udała się w podróż powrotną.
TO NIE POWÓDŹ
Pewnego dnia na przełomie kwietnia i grudnia przez ulicę Atomową przepłynęła rzeka. Masy zielonkawo-błękitnej wody w mig nawiązały dialog z monumentalnością murów i zaokrągleniami pni zegarowych drzew. Obły niebieski batyskaf wynurzył się z wody akurat w tym momencie, kiedy Klotylda wyszła z klatki schodowej. Sięgnęła do kieszeni po gumę do żucia i w tym momencie z batyskafu wychyliła się selerowa twarz marynarza. - Przepraszam, czy to powódź? – zapytała Klotylda. - Ależ skąd, proszę się nie martwić – zawołał wesoło marynarz. – To tylko zwykłe rutynowe działania. Uspokojona Klotylda przełożyła lusterko z kieszeni do torebki, po czym ruszyła w kierunku centrum handlowego wybudowanego za czasów Niebywałej Ustawy o Brzoskwiniach. Skręcając w ulicę Kawową kątem oka dostrzegła, jak marynarz z batyskafu wyskoczył do kiosku po gazetę i trochę zamoczył sobie przy tym buty. Całe to zdarzenie należy właściwie rozpatrywać w świetle różowo-żółtym, bądź biało-fioletowym, a już na pewno należy wziąć pod uwagę kontekst epoki. Czyż do pełnego zrozumienia rutynowych działań niedorzecznej floty rzecznych batyskafów nie jest potrzebna znajomość tajnych instrukcji profesora Linijki? „Naprawdę się cieszę, że to nie powódź” – pomyślała Klotylda, kupując zimny parasol w dziale drogeryjnym.
BIURO KOSMATYCH WNIOSKÓW
- Naprawdę mi przykro, ale pani wniosek został rozpatrzony negatywnie – powiedziała urzędniczka, której naprawdę było przykro. - Ale dlaczego? – Klotyldzie też zrobiło się przykro. – Czy nie był dość kosmaty? - Proszę pani, pracuję w tym biurze już dwadzieścia trzy lata, czyli prawie od początku i widziałam bardzo dużo wniosków. Na pewno nie można zarzucić pani wnioskowi zbyt małej kosmatości, to nie o to chodzi. - O co w takim razie? - Otóż, jak każde poważne biuro, placówka nasza ma pokaźną kolekcję batyskafów oraz kilka żelaznych reguł funkcjonowania, których staramy się trzymać i od których nigdy nie robimy wyjątków. - Ciekawa jestem, jaka to żelazna reguła nie pozwoliła wam rozpatrzyć tego wniosku pozytywnie? – zapytała przelatująca za oknem życzliwa wrona obdarzona wielką jak góra lodowa porcją empatii. - Naszą podstawową zasadą jest rozpatrywanie wszystkich wniosków negatywnie, i to niezależnie od stopnia kosmatości. Proszę mi wierzyć, że trzymamy się tego od lat, i być może tylko dzięki temu nasze biuro nadal istnieje – wyjaśniła urzędniczka, poprawiając kołnierzyk i rozkładając swój służbowy parasol. Klotylda zasmuciła się, bo bardzo długo nad swoim wnioskiem siedziała, chodziła, biegała i leżała. Po chwili jednak całkiem o nim zapomniała i radośnie wybiegła z biura goniąc rapującą osę.
ZIELONE BRATKI
Dawno, dawno temu w porcie Dam-Tse-Gob stał stragan, przy którym emerytowany legionista sprzedawał parasole oraz gorące portburgery. Pewnego dnia przy nabrzeżu wynurzył się z wody zielony batyskaf i wyszła z niego Klotylda w ciemnozielonej sukience w jasnozielone jabłuszka. Zapytacie, jak to możliwe, skoro było to dawno, dawno temu. A więc po pierwsze jest to możliwe, bo w literaturze wszystko jest możliwe, zwłaszcza w wielkiej literaturze. A po drugie był to batyskaf czasu, a więc służył nie tylko do poruszania się w wodzie, lecz również w czasie. Na nabrzeżu pełno było klombów z zielonymi bratkami. Klotylda usiadła obok jednego z nich na zielonej ławce i pogrążyła się w obłoku zielonych, miętowych myśli. Być może kiedyś w jakimś innym opowiadaniu będzie wyjaśnione, na jaki temat były te myśli. Jednak w opowiadaniu „Zielone bratki” na pewno nie będzie to wyjaśnione. - Parasol dla pani? – spytał straganiarz. - Dziękuję, ale mam kilka na pokładzie. - Zagraniczne parasole u nas się nie sprawdzają. Jeśli zamierza pani zwiedzać miasto, to radzę się u mnie zaopatrzeć w model ZF-215. Popołudniami lubi padać. - Dziękuję za radę, ale nie będę zwiedzać miasta. Chcę tylko powdychać zapach zielonych bratków i ruszam z powrotem. Batyskaf zasapał i rozradował się, bo właśnie przelatywał nad nim zielony sznur jego ulubionych słoików cyfrowych. Cyfry w słoikach piszczały i chichotały, a nawet podśpiewywały. Klotyldzie zdawało się przez moment, że weszły na jej temat, ale nie była tego pewna. - Jak przyjedzie pani następnym razem, to nie będę już straganiarzem. Będę ministrem i chętnie oprowadzę panią po najciekawszych miejscach Dam-Tse-Gob. - Dziękuję, bardzo pan uprzejmy. Teraz muszę odpływać, batyskaf się niecierpliwi. - No tak, to w końcu nie jest zwykły batyskaf – odparł straganiarz ze zrozumieniem.
OSTATNIA SZANSA KAŁAMARZY
- Mam już dość tych dobezroli i fantałyków! Na każdą solę mają swoją burfencję, w każdy wtorek odstawiają rumsy, każdy weekend musi być przynajmniej raz przenicowany! Tego się już po prostu nie da wytrzymać, ktoś musi zrobić z tym porządek! – takie krzyki rozchodziły się na całą dzielnicę. To Klotylda krzyczała przed biurkiem kolaboraprezesa Wojcimierza, gdzie bez żenady i lemoniady wytopogrowała swoje ostatnie frustgoździki. Nie wahała się nawet nazwać periowindodyków bęcwałami, a kałamarzy szaleńcami. Kolaboraprezes Wojcimierz poświęcił Klotyldzie uwagę i złożył obietnicę, ale wiedziała, że nie ma ona ani pokrycia ani naszywek. Naszywki były niewidoczne nawet gołym okiem. Po chwili kilku przedstawicieli periowindodyków i kałamarzy zjawiło się w kuchni gimnastycznej w celu podpiwniczenia wędlinek. - Miarka się przebrała! – krzyczała coraz bardziej zdenerwowana Klotylda. - Wam, kałamarze, oznajmiam, że macie ostatnią szansę, a wam, periowindodyki, że nie macie już żadnych szans! Wojcimierz przyprowadził armię zmutowanych ochroniarzy, ale za późno – mosiężna klamka zapadła.
BAGIETKI NA BAGNA!
Klotylda miała zwyczaj leżakowania w zielonym leżaku i obserwowani cotygodniowych przemarszów kostek mleka w kierunku Kostaryki. Ale tym razem, mimo że obficie skropiła się perfumami Golden Green, żaden przemarsz nie nastąpił. Klotylda niecierpliwiła się (zawsze była trochę niecierpliwa, zwłaszcza, jeśli chodzi o przemarsze). Rozłożyła sześć dużych parasoli, połączyła się za pomocą telefonii komórkowej z dziesięcioma wdzięcznymi batyskafami, ale i to nie pomogło. W końcu przyszedł jej do głowy pewien aromatyzowany pomysł. Stanęła na ogromnym kamieniu polnym i zakrzyknęła na całą okolicę: - Bagietki na bagna! Bagietki na bagna! Stopień zaromatyzowania pomysłu był tak wysoki, że słowa okazały się mieć moc sprawczą i w ciągu kilkunastu chwil nastąpiła dosłowna i dobitna inwazja bagietek. Cała okolica pachniała pieczywem. Liczne gatunki ptaków zaczęły zlatywać się na ucztę, ale bagietki dzielnie sobie z nimi poradziły. Ptaki odlatywały głodne, a bagietki maszerowały dalej, wykrzykując: - Bagietki na bagna! - Tak może być. Tak jest dobrze. Tak jest fajnie – powiedział przechodzący strażak. – Nie będę gasił tego ognia. Niech idą. Niech idą sobie na bagna. Bagietki na bagna! Nagle Klotyldzie przypomniało się, że zostawiła w domu włączoną klafotonię, w związku z czym nastąpił zwrot akcji, zawrót i odwrót do domu. Na szczęście zapadał już zmierzch i włączona klafotonia nie wyrządziła żadnych szkód. - Idę spać – szepnęła Klotylda ziewając i poszła spać.
BATYSKAF NA DACHU
Klotylda lubiła wchodzić na dach. Trzymała tam jeden ze swoich najstarszych batyskafów. Pojazd ten nie miał ani koloru, ani wymiaru, ani anteny, ani denka do krojenia, ani śruby, ani numeru, ani silnika, ani wnętrza, ani obudowy – tak bardzo był stary. Właściwie nie nadawał się już do eksploatacji, ale Klotylda żywiła do niego ogromny sentyment (żywiła oczywiście sałatą wyhodowaną pod kopułą szklanego urugwajskiego parasola). Lubiła siadać między kominami i cieszyć się bliskością starej maszyny. Nie mogła na niego patrzeć, bo batyskaf nie miał już żadnego wyglądu. Nie mogła też z nim rozmawiać, bo batyskaf był już zarówno głuchy, jak i niemy, przez co rozmowa była niemożliwa. A jednak Klotylda lubiła swój stary batyskaf. - To fajnie, Klotyldo, że lubisz ten stary batyskaf – zawołała przelatująca sikorka, kiedy Klotylda akurat siedziała na dachu. A niektórym sąsiadom było naprawdę smutno, że nie mają takiego batyskafu na dachu.
SEZON NA TRASKUWKI
Nadszedł sezon na traskuwki. Na bazarach wszystkich krajów świata, a zwłaszcza na Dzikim Wschodzie, zrobiło się głośniej, soczyściej i bardziej kolorowo. Sezon był z jednej strony oddechem, z drugiej przegięciem, z trzeciej okresem wytężonego odpoczynku, a z czwartej czasem błogiej pracy. Klotylda wyspała się bardzo dokładnie i poszła do kina Batyskaf na kolację. Wiele godzin studiowała kartę dań, w której każda pozycja wiązała się jakoś z traskuwkami: drukarka w traskuwkach, połać traskuwki w winie, traskuwki de wojna, pieczeń bez traskuwek itd. Zamówiła sok traskuwkowy, żeby łatwiej było jej się zdecydować. W końcu wybrała starożytną potrawę zegarmistrzów – traskuwkowe wskazówki na półdziko w parasolu. Sezon traskuwkowy to zawsze czas wzmożonych migracji. Klotylda wprawdzie nigdzie tym razem nie wyjeżdżała, gdyż była zaabsorbowana udziałem w kursie na opracowywaczy opracowań, za to bardzo wiele osób gościła u siebie. Odwiedziła ją między innymi pani prezes z Państwowej Hodowli Nart, a także stoczniowiec ze Stoczni imienia Nazwiska, a nawet grupa dzieci ze Szkoły Dla Dzieci, Którym Śnią Się Tylko Traskuwki. „Jak to fajnie, że są na świecie traskuwki” – rozważała sobie Klotylda kiedyś wieczorem, leżąc na tapczanie i siedząc na krześle. Traskuwki pachniały i pachniały, bociany jadły je gorliwie i nie mogły uwierzyć w swoje własne historie. Klotylda miała swoje zaprzyjaźnione stada, ale to już temat na całkiem inne opowiadanie.
W ITALII
Klotylda zaparkowała batyskaf i wyskoczyła na złotą plażę usianą błękitnymi mleczami. Romea latały ponad skałami i grały w piłkę lotną, a julie wygrzewały się na kamieniach i śpiewały arie (tak jest zawsze przed obiadem). W ciągu sześciu bezkofeinowych godzin Klotylda zwiedziła całą plażę i wszystkie okoliczne jaskinie, z reguły zamieszkane przez kogoś z rodu da Vinci. Był upał. Lot na parasolce był krótki i już po trzydziestu szparagowych chwilach wylądowała na rynku uroczego miasteczka, gdzie zajęła miejsce na zewnątrz przytulnej kafejki. Była zachwycona. Parasolka też - sama się co chwila rozkładała z zachwytu i składała z powrotem. Klotylda zamówiła cudowną kawę i wszystko wydawało jej się złote. Następne trzy godziny pozostaną nie opisane. Nic w tym opowiadaniu na ich temat nie padnie. Tak będzie najlepiej. Czwartą godzinę Klotylda zaczynała w niezwykle złocistym humorze.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Rumowit
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…