Wróć do katalogu

Piętro wyżej - Rozdział III

Pamiętnik sfrustrowanej Anielicy, czyli odpowiadamy sobie na pytanie: Czy jest coś po śmierci?

Nnadine, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ZAPRASZAM DO PRZECZYTANIA POPRZEDNICH ROZDZIAŁÓW. =)

Rozdział III

Przewińmy taśmę do tyłu. Ja, Gwen, wychodząca z domu. Ja, Gwen, wracająca z parku i wchodząca na ulicę. Gwen wpadająca pod samochód. Gwen w kałuży krwi. Gwen wnoszona do karetki, podczas, gdy ta sama Gwen leży na ulicy. Coś tu się mocno nie zgadzało. Dlaczego, u licha, nadal leżałam na ulicy? Dlaczego ledwo dochodziły do mnie jakiekolwiek dźwięki? Czemu nic nie czułam? I niech mi ktoś łaskawie powie, co z tymi wrotami niebieskimi? Minęła jedna minuta, druga, trzecia, a ja leżałam. Bałam się czymkolwiek poruszyć, miałam wrażenie, że się rozpłynę. Uciekałam przed tym, a jednocześnie chciałam tego doświadczyć. Zastanawiałam się, jak to jest, kiedy myśli zebrane w jednym miejscu nagle rozpływają się i przestają istnieć. To takie absurdalne, nie żyjesz, a myślisz. Swoją drogą to po co mi myśli, jeśli nie żyję. Tłum zgromadzonych osób powoli się kruszył, deszcz przerodził się w delikatne mżenie, wycie karetki już dawno zagłuszyło zwykłe ludzkie, wieczorne życie. Aż dziw bierze, jak się tak głębiej zastanowić, ile rzeczy dzieje się po zmierzchu. Śmiertelnicy odgrzewają sobie kolacje na wynos, a z okien wysokich kamienic migają światła telewizorów i mdłych żarówek. Głośna muzyka, rozmowy, kłótnie, przewracane kosze na śmieci przez koty - dachowce. No i ja, leżąca w kałuży krwi, na samym dole. - Karolu - odezwał się policjant, obchodząc naokoło miejsce wypadku. – Zero śladów hamowania. Samochodu też nie ma… Jeśli to jakiś… - Przerwał. - Sprytny nastolatek. – Skwitował drugi, prawdopodobnie o imieniu Karol. – Przez cały czas poprawiali taśmy i notowali w swoich notesach rzeczy wyjęte z kosmosu. Podziwiałam tylko ich markowe buty chodzące dookoła moje głowy i trzeszczące na brudnym, zaszklonym asfalcie. I wtedy to się stało. Znikąd, dokładnie, znikąd usłyszałam głośne uderzenie o ziemię. Było to dla mnie czymś zupełnie nowym, bo w ostatnim czasie musiałam się naprawdę skoncentrować na osobie mówiącej, żeby cokolwiek wynieść z jej paplaniny. Czysty, głośny dźwięk windy spadającej z impetem na asfalt tak mocno uderzył mnie w młoteczek i kowadełko, że aż zerwałam się, i usiadłam na czerwonym podłożu. Pomyślałam, że praktycznie nic mnie już nie zdziwi. No, może z wyjątkiem bliżej nieokreślonego osobnika wychodzącego z bogato zdobionej, pozłacanej windy, która wciśnięta w asfalt, wyglądała wręcz groteskowo. Otworzyłam szeroko oczy. W moim kierunku zmierzał wysoki, chudy chłopak. Jego jasne kręcone włosy sięgające brody, falowały w rytm jego kroków. Zamiatał pajęczymi nóżkami, długo, przeciągle, i chociaż pokonywał za jednym zamachem praktycznie metr długości, miałam wrażenie, że czekam na niego całe wieki. Winda, wbita w asfalt zaraz za nim, mieniła się światłem odbitym od okien. Dlaczego nikt tego nie zauważył? Czy policjanci nie słyszeli tego huku? Możecie sobie wyobrazić jak szeroko miałam otwarte oczy. Nie, nie bałam się, byłam po prostu kosmicznie zdziwiona. Tym, że jakiś lokowany chłoptaś zmierza w moim kierunku z tak obojętną miną, jakby znajdywanie biednych, strapionych dziewczyn w kałuży krwi było na porządku dziennym. Jego krok się wydłużył, a mój zmysł węchu zarejestrował dziwny zapach. Był duszący, ostry, a jednocześnie delikatny i mdły. Ciężko było mi się skupić na czymkolwiek, zapach wbijał się w moje nadwrażliwe nozdrza. I tu niespodzianka, dlaczego nie czułam krwi, chociaż pływałam w niej praktycznie od dłuższego czasu? - Witaj – usłyszałam w końcu. Wyraźny, niczym nie przytłumiony niski głos chłopaka. Blondyn w drobnych loczkach, chudy, niemalże kruchy, ubrany w całości na biało, tak, że ciężko było odróżnić spodnie od koszuli, mówił tak głębokim, niskim, melodyjnym głosem. Wzdrygnęłam się. Jedyne na co było mnie stać w tym momencie, to wypowiedziane szybko: - Co tak śmierdzi? – Od pustych obdartych bloków odbił się mój głos. Chłopak pokręcił głową. Jego twarz przyjęła wyraz z obojętnego na znudzony. - Dziewczyno… - Powiedział, celowo przeciągając sylaby. – Tak pachnie śmierć. Kadzidło, imbir i gerbery. – Wyciągnął rękę z kieszeni śnieżnobiałych spodni, wyraźnie zawstydzony swoim brakiem kultury. – Leon, jestem. – Podał mi dłoń, i pociągając ku sobie, pomógł mi wstać. - Gwen, miło mi. – Mruknęłam. Odruchowo strzepałam spodnie na wysokości kolan. Poziom mojego zdezorientowania wyraźnie wychodził poza granicę normy. Zapadła krępująca cisza. - Czyli umarłam, tak? – Mruknęłam, rzucając spojrzenie w jego stronę. - Na to wychodzi. – Leon starał się stłumić śmiech, przy czym jego idealnie zarysowane wargi drgnęły ku górze. - I co… teraz? – Starałam się podłapać temat. Stanęłam z założonymi rękami i zaczęłam stukać palcami prawej ręki o ramie w geście zniecierpliwienia. – Nie powinno tu być wrót niebieskich? Wielkiego pozłacanego łuku? Albo snop światła? Gdzie jest palec Boży? – Wyrzuciłam z siebie. Staliśmy do siebie bokiem, na opuszczonej uliczce, a ja piorunowałam go spojrzeniem. Leon nic. Nie drgnął. Nie popatrzył na mnie. Kiedy w końcu zdecydował się otworzyć usta, mówił nisko i wolno, pewnie myśląc, że inaczej bym nie załapała. - Oto jestem. – Wyjął z tylnej kieszeni notes i długopis, przekręcił stronę i zastukał sprzętem piszącym o okładkę. – Gwen Lenard? - Lenart. – Poprawiłam. - Pomyłka, wybacz. – Przekreślił coś w swoim notesie, potem odznaczył i spojrzał na mnie – Gotowa? - E, na co? – Zapytałam nieśmiało. - Ech, dziewczynko, wybieramy się do Nieba. – Wyciągnął w moją stronę dużą, męską dłoń. Chwyciłam ją i dałam się poprowadzić. Niewiele mnie obchodziło dokąd. W sumie, nie miałam nic do stracenia. Kopnęłam już w kalendarz, więc pomyślałam: co mi szkodzi? Zmierzaliśmy w kierunku windy. Nadal tkwiła w popękanym asfalcie. Lśniła wszystkim co drogie i błyszczące. Złote oblamówki, kamienne wykończenia, diamentowe dekoracje na drzwiach. Wszystko to oślepiało swoim blaskiem, nie przesadzam mówiąc, że musiałam mrużyć oczy. Leon przepuścił mnie w drzwiach windy, nacisnął w środku wielki srebrny guzik, poczekał, aż drzwi się zamknął i odwrócił się w moim kierunku. - No, posłuchaj. Zaraz trafimy do Nieba. Tam, zaprowadzę Cię do recepcji, gdzie Ci wszystko wytłumaczą. Nie ma się czego bać! – Dodał, widząc moją minę. – Niebo to szkoła dla duszy, spodoba Ci się. Z resztą… nie ma wyjścia. Byłaś na tyle dobrym człowiekiem, że zrezygnowali z czyśćca. Moje gratulacje! – Powiedział ze śmiechem wyciągając ręce w moją stronę. Nad moją głową musiały pojawić się znaki zapytania. Winda unosiła się wzwyż, zupełnie łamiąc wszelkie prawa fizyki. - Dziewczynko, po śmierci każdy trafia do jakiegoś sektora. Oczywiście pod warunkiem, że nie zabijał, nie kradł i nie popełnił żadnego innego grzechu ciężkiego. Dziś jest dwudziesty siódmy. Dwudziestego siódmego, każdego miesiąca, przyjmujemy dusze do sektora Wielkiego. Każdy dzień miesiąca, to inny sektor. Jest ich dokładnie trzydzieści jeden. Plus czyściec, ale to jak już mówiłem… Niewiele z tego rozumiesz, prawda? Przytaknęłam. Pozłacane lustra na trzech ścianach windy nie pozwalały mi się skupić. - Za chwilę będziemy. Trafimy do recepcji, gdzie będziesz musiała się zameldować. Dadzą Ci ubrania, klucze… Trzy, dwa, jeden. – Wyliczył. – Już. Drzwi rozsunęły się. Jeśli winda zrobiła na mnie wrażenie, to proszę sobie wyobrazić, co musiałam czuć, kiedy przekroczyłam próg windy i wylądowałam w najbardziej luksusowym pomieszczeniu, jakie było mi dane oglądać, włącznie z tymi, które widziałam tylko z telewizji. Niemy zachwyt sprawił, że obróciłam się kilka razy dookoła własnej osi. Nie mogłam wydusić z gardła żadnego słowa. Żadnego: wow, żadnego: O Boże i żadnego innego wyrazu, który w pełni oddałby wystrój tego pomieszczenia. Z sufitu zwisały długie żyrandole, pozłacane, z diamentowymi

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych