Wróć do katalogu

Podróż moich marzeń

Praca nagrodzona II miejscem w tegorocznym konkursie "Podróż moich marzeń" organizowanym przez NBP w Szczecinie. Długie, acz mam nadzieję, że chociaż trochę ciekawe ;)

chuva, opublikowano , 19 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Tygodnie całe siedziałam nad wszelkiego rodzaju mapami, planując dokładnie każdą minutę mojej podróży. Założyłam sobie, że będę się posługiwała zasadą „3x zawsze”. Zawsze zimna krew, zawsze szwajcarska precyzja i zawsze pełna kieszeń. Cóż…jak człowiek młody i głupi jest, to tak planuje. Jak się niewiele później okazało, absolutnie ŻADNA z tych złotych reguł nie sprawdza się, jeśli mamy do czynienia z prawdziwym zagrożeniem, południową krwią i kubańskimi przedmieściami. Czytałam swego czasu książkę Wojciecha Cejrowskiego „Gringo wśród dzikich plemion”. Przyznam szczerze, że to właśnie ona zapoczątkowała we mnie poważne myślenie o dalekich podróżach. Jednak szczególnie zapadły mi w pamięć słowa autora „SPRZEDAJ LODÓWKĘ I JEDŹ!”. Stały się one swoistą metaforą wszelkich możliwych środków, których chwytałam się, żeby zarobić na bilet do Hawany. „To dlatego, że marzenia nie mają ceny, a bilety lotnicze owszem. Ale niech Cię to nie zatrzymuje!”. Cały rok odkładałam pieniądze, żeby mieć z czego żyć w dalekich krajach. Potrzebowałam dobrego zabezpieczenia finansowego, bowiem „nigdy nic nie wiadomo”, jak mawia moja mama. Pewnego wiosennego dnia, przeliczając po raz milionowy uzbierane pieniądze, stwierdziłam, że podróż ta nigdy nie dojdzie do skutku. Miałam niepohamowane przeczucie, że muszę „coś” zrobić, albo całe miesiące wyrzeczeń pójdą na marne. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie przeżyję prawdziwej przygody, mając wszystko jak w zegarku. Zabrałam paszport i uzbierane pieniądze, i tak jak stałam wyszłam z domu. Kiedy żegnałam się w ogrodzie z domownikami, nikt nie wiedział o co chodzi, a ja rzuciłam im tylko pogodne „do zobaczenia za pół roku”. Na pokładzie najtańszych linii lotniczych na świecie o wdzięcznej nazwie „Espirito Santo” (po hiszpańsku „Duch Święty”) siedziałam już godzinę później. Do dziś nie wiem, jak udało mi się przekonać panią w okienku „check-in”, że muszę się natychmiast dostać na samolot do Hawany, do mojej rodzącej następnego dnia siostry. Oczywiście wszystko wymyśliłam na poczekaniu, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak głupio musi to brzmieć. W każdym razie, po licznych konsultacjach z „władzami wyższymi” lotniska i wnikliwych kontrolach nie wierzyłam własnemu szczęściu i głupocie, siedząc (względnie) wygodnie w fotelu kubańskiego odpowiednika naszego polskiego „ATR-a 42” z czasów pradziada Fulgencja Batisty. Trudno opisać, jak się wtedy czułam, słyszałam bowiem kilka plotek na temat wyżej wymienionej linii lotniczej. Byłam jednak tak szczęśliwa, że nawet spadanie z pięciu tysięcy metrów w blaszanej puszcze byłoby dla mnie niezapomnianą przygodą. Pewnie dlatego, że ostatnią…. Samolot wystartował. Zasnęłam. Obudziło mnie szarpnięcie. Maszyna już cała i w jednym kawałku stała na płycie lotniska w Hawanie. Ludzie tłoczyli się w przejściu, ktoś mnie potrącił, ktoś powiedział kilka krótkich słów po hiszpańsku, sądząc pewnie, że nie rozumiem…Ciekawe, jak się ma moja mała siostrzenica, pomyślałam nieco złośliwie. Od tego momentu zaczyna się moja prawdziwa przygoda z południową krwią, prawdziwymi zagrożeniami i kubańską codziennością. Znalazłam kilka skrawków dziennika, który został mi ofiarowany w prezencie u pewnej rodziny, u której mieszkałam tydzień. DZIEŃ 3 Już trzeci dzień jestem w Hawanie. To, co tu się dzieje jest nie do opisania. Od samego rana na ulice wylegają sprzedawcy ze swoimi stoiskami, na których jest wszystko…banany, pomarańcze, arbuzy, naboje do strzelb, atrapy indiańskich dmuchawek dla dzieci…ale co mnie zaszokowało to słoik pełen żółtoczerwonej mazi. - Co to jest?- zapytałam moim nieco zdeformowanym, ale jednak hiszpańskim. - Seniorita, no jak to? Kurary nie zna? Nie tutejsza?- odpowiedział ze szczerym zdumieniem sympatyczny pan, którego wieku wolałam nie znać. Co…?! Zamurowało mnie. Kurara (curara) to znany wszystkim plemionom indiańskim środek używany do polowań. Wystarczy najmniejsze zadrapanie, najmniejszy kontakt z krwią i małpa, kapibara czy człowiek pada bez znaku życia. Jak więc, na miłość boską, można coś takiego trzymać w słoiku, na straganie, obok którego bawią się małe dzieci?! Coś czuję, że to jest tylko mały epizod, nic nie znaczący elemencik życia kubańskiej ulicy. Prawdziwe „cuda” dopiero przede mną… DZIEŃ 4 Udało mi się już trochę zwiedzić to miasto. Byłam w porcie, na rynku, a właściwie kilku, spacerowałam po ulicach od rana do wieczora. Jest godzina czwarta nad ranem a ja nie mogę zasnąć. Cały czas mam przed oczami fale rozbijające się o falochrony w porcie. To są dopiero fale! Te nasze, bałtyckie, nie mają z tutejszymi szans. Główna ulica w porcie cały czas jest mokra. Obojętnie, czy pada, czy jest susza, tam zawsze są kałuże. A jak człowiek się przejdzie w tą i z powrotem, zrozumie, co znaczy „przemoknąć do suchej nitki”. Ogromne masy wody cyklicznie biją w murowany brzeg, rozchlapują się na wszystkie strony a biedny obserwator nie ma szans na ucieczkę. Wieczorem chciałam napić się czegoś zimnego, po całym dniu zwiedzania (nie lubię tego słowa, ale musiałam go użyć). Idę ciemną uliczką, gwar miasta gdzieś przycichł a ja mam wrażenie, jakbym znajdowała się pod niewidzialną powłoką antydźwiękową. Nie przepadam za ciemnymi uliczkami, dlatego idę nieco zlękniona. Każdy wie, że Hawana nocą nie jest przyjazna turyście. A biały turysta to potencjalne zabezpieczenie finansowe dla kubańskiej rodziny na rok. Wystarczy go „złapać” i…Takie myśli kłębiły mi się w głowie. I nagle moje serce zabiło mocniej. Właściwie tak mocno, że myślałam, iż dostałam zawału. Uf! To tylko czarny kot przebiegł mi drogę. Zaraz…czarne koty to symbol pecha, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, nadawałam się idealnie na dzisiejszą ofiarę owego kotka. Ale to tylko głupie zabobo… -Ała!- ktoś złapał mnie za ramię i pociągnął w bok.- Co się dzieje? Kim jesteś?! -Ciiiicho, nie rób hałasu chica. Nie chcę ci nic zrobić, ale słuchaj uważnie.- z barwy szeptu wywnioskowałam, że jest to kobieta. A z ruchu cząsteczek w tym ciemnym zaułku, że jest ich co najmniej dwie. Albo dwoje… - Ja jestem Maria, a to mój mąż Antonio. Jak ci się podoba Hawana? Już 4 dni tu jesteś, to chyba coś widziałaś? - Taa...aaak, ale skąd pani wie, ja nic nikomu nie…- zdziwiłam się. - Moja droga, zdziwiłabyś się szybkością rozchodzenia się pewnych…informacji. Nieważne, nie po to tu jesteśmy. Uważaj. Hawana to nie jest dobre miejsce dla samotnej, białej i młodej dziewczyny. Czyhają na ciebie różne niebezpieczeństwa. -?? - Nie, nie o to mi chodzi. Uważaj, gdzie trzymasz paszport i pieniądze- kobieta wskazała na męża trzymającego w dłoni mój portfel. - Skąd go macie?!- krzyknęłam szeptem. -Mówiłam, żebyś uważała. Tylna kieszeń w spodniach to nie najlepszy pomysł. Właściwie nie ma takiej kieszeni, której wprawne kubańskie oko nie wypatrzy. Nie chodź sama wieczorem, w ogóle lepiej sama nie chodź. Unikaj pustych uliczek, takich jak ta, bo następnym razem, to nie będę ja, tylko….ktoś inny. Pojutrze rybacy szykują…strajk, delikatnie mówiąc. To znaczy, że w mieście będą zamieszki. Na pewno. Dobrze ci życzę, dlatego radzę, wyjedź stąd. - Ale gdzie? Nie mam się gdzie podziać, nie mam biletów, nie mam praktycznie nic. Nawet pomysłu, gdzie jechać. - Ty nie masz, ale ja mam. To znaczy…my- poprawiła się Maria po znaczącym odchrząknięciu Antonia.- Jutro mój brat odlatuje do Kolumbii. Możesz się zabrać, albo brać czynny (innego się nie da) udział w zamieszkach rybackich. Godzina siódma trzydzieści na placu, koło restauracji „Amigos del mar”. Powodzenia.- kobieta klepnęła mnie po ramieniu, pociągnęła za sobą męża i wyszli z zaułka w światło latarni. Zanim ochłonęłam po całym tym zajściu, ich już nie było. Poszłam do domu, dziękując Bogu, że pani była przyjaźnie nastawiona do przybyszów. DZIEŃ 5 Stawiłam się na poleconym mi placu wpół do ósmej rano. Kilku mężczyzn ładowało coś do helikoptera, a raczej do „obiektu latającego” napędzanego prawdopodobnie tylko na śmigła. - Eee…Buenos dias…ja od pani…-zaczęłam dość głupio. - Si, si, wiem, wsiadaj. Tylko nie gwarantuję, że dolecimy…na czas- młody mężczyzna uśmiechnął się zawadiacko. Po kilku godzinach lotu pełnego wstrząsów, turbulencji i obaw o własne życie, wylądowaliśmy cali i zdrowi w Kolumbii. Podziękowałam i po uiszczeniu „drobnej” opłaty na transport udałam się w kierunku miasta. Co ja robię, pomyślałam. Grunt to znaleźć jakiś nocleg. Po kilkuset metrach ujrzałam spory budynek z wielkim szyldem „Hotel Ana Rosa”. Z zewnątrz wyglądał nawet nieźle, ale wnętrze nieco wołało o pomstę do Nieba. Udało mi się wytargować jedyną słuszną cenę za jeden nocleg, jaka w ogóle wchodziła w grę. Pan recepcjonista, zobaczywszy białą turystkę, chciał sobie zarobić i podał mi cenę pięciokrotnie wyższą. Na szczęście okazał się wyrozumiały dla mojego budżetu, tak więc za przystępną cenę spędziłam noc w suchym, w miarę czystym pokoju.

Tutaj muszę przerwać, bowiem nie zachowały się już żadne dalsze notatki. Następnego dnia okazało się, że jest możliwość dostania się do wioski, położonej na skraju puszczy. Zawsze o tym marzyłam, zawsze się bałam, czy się kiedykolwiek na to zdecyduję. Nie miałam zbyt

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych