"Podwójna siła" rozdział 8
"Podobno wielcy ludzie mogą żądać od społeczeństwa pewnego procentu poświęcenia", "Tylko czemu my mieścimy się w tym procencie?"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
8. Alchemik Czwartek rano. Helena Wiż zaparkowała samochód na przyszkolnym parkingu. Wzięła z sąsiedniego siedzenia brązową, skórzaną torebkę i wyszła z auta. Zablokowała drzwi, a następnie aktywowała alarm. Usłyszała ciche pyknięcie. Dzisiejszy dzień nie miał się niczym wyróżniać, przynajmniej w ocenie pani Wiż. Nawet pies sąsiadów zaczął wyć o tej samej porze co zwykle, czyli o wpół do piątej nad ranem. Wczesny ranek był więc całkiem typowy, czego nie można powiedzieć o dalszej części dnia. Panią Wiż zaniepokoiła liczba uczniów stojących na drewnianych mostach. Była już dziewiąta, nie powinni wejść do środka? Dotarcie do klas zajmuje trochę czasu. Jednak, gdy ich mijała, zdziwiła ją powaga i lekkie zaniepokojenie na twarzach młodzieży. Doszły do jej słuchu pojedyncze wyrazy jak „winda”, „blokada” i „okup”. Helena przyspieszyła kroku. Szybko pchnęła niedomknięte drzwi i weszła do wielkiego holu. Pomieszczenie było zatłoczone, ale już nie tylko uczniami. Helena dojrzała twarze nauczycieli, którzy zaczynali pracę od drugiej godziny lekcyjnej. Jej wejście wywołało ciche komentarze wśród uczniów. Paru z nich już otwierało usta, żeby się do niej odezwać. Helena zignorowała ich i energicznie przepychała się do przodu, do grupki nauczycieli znajdujących się przy schodach. Rozległ się dzwonek na zakończenie pierwszej lekcji, ale nikt nie ruszył się z miejsca. Tylko rozmowy nieco przycichły. - Co tu się dzieje? – Helena zwróciła się do wicedyrektorki Chondrii Ptyś. - Ehm… uhm… yhm… - Lepiej niech to pani przeczyta – Ruria Spot wręczyła Helenie jakąś rozpakowaną kopertę. Na wierzchu było jej nazwisko. Helena zmarszczyła brwi. Nie podobało jej się, że otwierano i czytano jej korespondencję. Nie było jednak czasu na upominanie personelu. Helena wydobyła list i zaczęła czytać: „Szanowna Pani dyrektor Gdy przyjdzie Pani na druga godzinę lekcyjną, jak to ma Pani w zwyczaju, zastanie Pani swoją szkołę w chaosie. Ktokolwiek spróbuje wejść na schody, zginie zabity przez falę ognia. Windy działały tylko do ósmej. O tej godzinie zatrzymały się i wszyscy pasażerowie zostali uwięzieni. Jeśli chce Pani widzieć ich z powrotem na dole, zdrowych i w jednym kawałku, proszę o godzinie dziesiątej dostarczyć papiery mistrza Jana Twardowskiego, które kazała Pani w poniedziałek skonfiskować do sekretariatu na pierwszym piętrze. Proszę to wykonać, jeśli nie chce Pani nieszczęścia. Nieobliczalny Szaleniec P.S Nie radzę również przeprowadzać szturmu na szkołę, choć nie obchodzi mnie, czy zawiadomi Pani policję.” Helena złożyła list. Pozostali patrzyli na nią w oczekiwaniu. - I? – wyrwało się przerażonej Chondrii. Helena wzruszyła ramionami, a następnie odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się. Na sali zrobiło się cicho. Wszyscy patrzyli teraz na panią dyrektor. - Głupiec! – krzyknęła wreszcie Helena. – Głupi, nieobliczalny szaleniec! Głupi Twardowski! Następnie złapała się za głowę i zaczęła chodzić naokoło. - Ehm… przepraszam… - Chondria była coraz bardziej przerażona. – W-windy nie działają, to prawda, a chłopiec, Adrian z drugiej „b” wbiegł na schody i… zapalił się – tu wicedyrektorka załamała się i wybuchła płaczem. Helena spojrzała w stronę schodów. Wyglądały naprawdę niewinnie. - Zawiadomcie policję! – rozkazała. - A-ale… - Proszę wykonać moje polecenie Chondriu! I każcie dzieciakom rozejść się do domów. Lekcji dzisiaj nie będzie. Większość młodzieży przyjęła to z entuzjazmem, w końcu nie wiedzieli, co się stało. Ale ci, którzy widzieli Adriana płonącego jak pochodnia, niechętnie opuszczali hol. Niepewnie przekraczali drzwi szkolne, kto wie, czy nie czekała tam na nich kolejna pułapka. - Przepraszam bardzo – zaczął Eva Otfield – ale dlaczego zasugerowałaś, że list napisał mistrz Twardowski? - Bo to ja nazwałam go nieobliczalnym szaleńcem – mruknęła Helena. Nauczyciele spojrzeli po sobie. Twardowski został zwolniony w dość tajemniczych okolicznościach. Z dnia na dzień dostał wymówienie, a dyrektorka napisała nawet do jego gildii. Oficjalnie jednak nikt nic nie wiedział. - Czy nie uważasz – mówił dalej Eva, – że w takiej sytuacji należy nam się wytłumaczenie? Dlaczego mistrz Twardowski został zwolniony? - I co to za papiery, o których wspomina w liście? – odezwał się Lyonel, mistrz nekromancji. Helena masowała sobie skronie i wyglądała, jakby zaraz miała dostać migreny. Chondria przycupnęła tuż za jej plecami i cicho chlipała. - Mistrz Twardowski… - zaczęła dyrektorka – wiedzą państwo doskonale, że mistrz Twardowski nigdy nie traktował naszej szkoły poważnie. Bardzo chciał zostać arcymistrzem, ale do tego musiał udowodnić, że zasługuje na ten tytuł przedstawiając jakąś swoją alchemiczną pracę. Pracował nad czymś w szkolnym laboratorium. Parę razy prosiłam go, aby wytłumaczył, co właściwie sporządza, co jak co, ale używał szkolnego sprzętu. Zawsze odpowiadał, że nie może powiedzieć, że projekt jest zbyt cenny. Aż wreszcie jakiś tydzień temu napisał list do swojej gildii z prośbą o pozwolenie użycia ludzkiej istoty do swoich eksperymentów. List ten przypadkowo wpadł w ręce pewnego urzędnika, któremu naprawdę na sercu leży dobro naszej szkoły. Został przekazany mi, a ja zawiadomiłam policję i skonfiskowałam pracę pana Twardowskiego. Okazało się, że prowadził badania nad klonowaniem. Raczej z miernym skutkiem, widzieli państwo te potwory, które trzymał na zapleczu? Niestety, czas go naglił, a obiecał gildii sklonowanego człowieka. Nie mogłam przymknąć oczu na takie wykroczenie! Po pierwsze, zlekceważył dyrekcję szkoły, czyli instytucję, której bezpośrednio podlegał! W dzisiejszych czasach gildie coraz bardziej się panoszą i myślą, że im wszystko wolno! Po drugie, wszelkie eksperymenty na ludziach powinny być kontrolowane bezpośrednio przez organy państwowe, co najmniej dwie gildie i mieć odpowiednie zaplecze sanitarne! Nasza szkoła to nie laboratorium! Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby mistrz Twardowski dostał zezwolenie i przeprowadził swój żałosny eksperyment na człowieku! Ucierpiałaby nie tylko reputacja szkoły! Dlatego zrobiłam to, co zrobiłam i uważam, że to była jedyna słuszna droga! - T-tak – nauczyciele spojrzeli po sobie. - To co teraz będzie? – rzuciła żałośnie Chondria. - Zawiadomiłaś już policję? Wicedyrektorka pokiwała głową. - Nie będziesz mi tu więcej potrzebna. W ogóle, nie jesteście państwo tu potrzebni, możecie odejść. - Ja zostanę! – odparła twardo Chondria. – Przecież ktoś musi opowiedzieć policji jak to było z Adrianem! Helena pokiwała głową. Szczerze mówiąc nie chciała, aby ktoś burzył jej umysł wprowadzając nerwową atmosferę. A Chondria potrafiła przejmować się muchą na firance, a w dodatku, co najgorsze, zarażała tym innych. O dziewiątej piętnaście przyjechała policja. Pojawiły się jeszcze dwie ekipy telewizyjne i zdenerwowani rodzice. Ustalono, kto może znajdować się w windach. Lekcje o owej fatalnej porze zaczynały klasa druga „c”, trzecia „b” i trzecia „c” z trytorium oraz druga „b” i czwarta „a” z viertorium. Pierwsza „a” z viertorium miała szczęście, że akurat mistrz mowy powszechnej był chory i miała przyjść o dwie godziny później. Było już też wiadomo, którzy nauczyciele mogą być uwięzieni. Rodzice tłoczyli się przed ogrodzonym przez policję terenem i próbowali dowiedzieć się czegokolwiek o swoich pociechach. - Czy już wiadomo, czego żądają porywacze? Gdzie przetrzymywane są dzieci? Czy są już pierwsze ofiary? Energiczna demonka zasypywała policjanta pytaniami. Fibi wisiał na jej ramieniu. Nie płakał, ale oczy miał pełne przerażenia. - Mamusiu, czy Matowi… czy Mat – głos mu się trząsł – czy Mat może zgi… - Nawet nie gadaj takich głupstw Fibi! Jak będziesz tak mówił, to ci wtłukę! Fibi się zamknął, ale wtedy łzy pojawiły się w jego oczach. Dlaczego akurat dzisiaj miał pójść później do szkoły? Mat jest taki głupi, taki dumny i kłótliwy, że zapewne terrorysta zaraz go wybierze, jak dojdzie do eliminacji zakładników. Dlaczego Fibi nie jest na jego miejscu?! On by sobie umiał poradzić. Młody Thaviol jeszcze mocniej wtulił się w ramię mamy. Tymczasem w wielkim holu viertorium i trytorium w Tilt im. Szczura Funia toczyła się szybka debata na temat oddania papierów alchemikowi. Było już wpół do dziesiątej, a decyzja jeszcze nie zapadła. Najgorsze, że w żaden sposób nie można było porozmawiać z porywaczem, który siedział zabarykadowany w szkole jak generał w twierdzy. Nie wiadomo było, czy w ogóle ktokolwiek jest w windzie, czy przypadkiem Twardowski nie pozamykał wszystkich w klasach. Policji przede wszystkim chodziło o ujęcie sprawcy, a Helenie o uratowanie swoich uczniów. Wprawdzie nie było pewności, czy Twardowski ich wypuści, o czym ciągle przypominał dowódca sił policji, ale Helena była nieugięta. Zażądała nawet rozmowy z samym burmistrzem. Za pięć dziesiąta pojawiła się Chondria z teczką, w której ukryte były dokumenty alchemika. Policja chciała tam jeszcze umieścić bombę, ale nie było już na to czasu. W ostatnich sekundach do dziesiątej podczepiono do teczki maleńki nadajnik. Helena, ubrana w strój przeciwogniowy, z trzema zaklęciami rzuconymi na siebie i z małą kamerą przy kołnierzu, weszła na schody prowadzące na górę. Nie pojawił się ani jeden język ognia. Ekipa ratownicza patrzyła na nią uważnie. Mieli za nią wkroczyć do akcji i osłaniać aż do sekretariatu. Kto wie, co się może zdarzyć po drodze. Trzeba zebrać jak najwięcej informacji o okupowanym terenie. Helena zatrzymała się u szczytu schodów i ostrożnie rozejrzała się po zakręcającym korytarzu. Na pierwszym piętrze okalającym cały parter w formie wewnętrznego balkonu znajdował się sekretariat, gabinet wicedyrektorki, pokój nauczycielski od WiO, ksero, gabinet pielęgniarki oraz mniejszy magazyn. Uzbrojeni po zęby policjanci zajęli pozycje. Helena ostrożnie ruszyła w stronę sekretariatu. Gdyby tylko mogła, sama chętnie rozegrałaby bitwę z Twardowskim. Była w końcu arcymagiem i nie takich wrogów pokonała już w swoim życiu. Zwykle jednak chodziło o pieniądze, skarby, kosztowności lub inne cenne rzeczy, a nie o życie jej wychowanków. Twardowski był pikusiem w porównaniu z jej zdolnościami magicznymi. Należało jednak go złapać i nie pozwolić, żeby zrobił krzywdę dzieciom. Helena miała nadzieję, że czegokolwiek ten szaleniec użyje przeciwko dzieciom, skutek będzie można cofnąć. Na korytarzu panowała napięta cisza. Naciśnięcie klamki do sekretariatu niemal odbiło się echem. Helena czuła, że jest obserwowana. Weszła do gabinetu i starannie położyła teczkę na stole. Uważnie rozglądała się dookoła. Powoli wycofała się z sekretariatu i wróciła na korytarz. Ekipa bacznie monitorowała windy i schody na wyższe piętra. Nie podchodziła jednak bliżej, bo wyczuwała coraz silniejsze skupienie mocy magicznej. Twardowski nie życzył sobie, aby chodzić po szkole. Wraz z wyjściem Heleny na korytarz pole alchemiczne zaczęło się rozszerzać. Od strony schodów na piętro buchnął ogień i szybko zaczął pełznąć w stronę dyrektorki. - Szybko, do holu! – rozkazał dowódca rzucając dodatkowe zaklęcie obojętności na ogień, na siebie i swoich towarzyszy. Ekipa pochwyciła Helenę i niemalże siłą ściągnęła po schodach na parter. Tymczasem całe pierwsze piętro zajął ogień. Szary dym zapełnił sufit. W holu zrobiło się ciemno i duszno. - Nie tak to powinno wyglądać – mruknął dowódca sił policji. - W tej chwili to i tak bez znaczenia – odpowiedziała ze złością Helena uwalniając się z uścisku ochroniarzy. - Och…! – Chondria wyjęła papierową chusteczkę i otarła łzy. - Cholera, daliśmy szaleńcowi broń do ręki – kontynuował dalej nieprzyjemnym tonem policjant. – A w dodatku, jeśli jego cholerne eksperymenty faktycznie dadzą rezultat, to jego gildia podniesie go do rangi superbohatera, a my trafimy do ciupy za przeszkadzanie bohaterowi w realizowaniu jego życiowej misji! - Zamknij się! – Helena zacisnęła pięści. Nienawidziła, kiedy ktoś, poza nią, miał rację. - Och…! – Chondria pracowicie wycierała chusteczką oczy. Nagle odjęła ją od twarzy i wykrzyknęła radośnie: - Patrzcie, windy! Faktycznie, wszystkie windy zjeżdżały teraz w dół. Helena nie mogła powstrzymać oznak zadowolenia. Chondria tak się ucieszyła, że rzuciła się dowódcy sił policji na szyję i go wyściskała. W tej chwili dowódca stwierdził, że powinien chyba się ożenić, a Chondria wydała mu się najodpowiedniejszą kandydatką na żonę. Drzwi wind otworzyły się z cichym pyknięciem i wysypała się przez nie chmara dzieciaków. Zaraz zajęła się nimi ekipa policjantów. - Co tu się stało? Kto jest odpowiedzialny za taki dziwaczny pomysł? – wyróżniał się głos Maxella. - Ha, więc jednak ich wypuścił! – ogłosiła dumnie Helena wprost do ucha dowódcy. Uczniowie uwięzieni w windach nie spodziewali się, że byli porwani. Gdy windy stanęły, myśleli, że to jakaś awaria i cierpliwie czekali na pomoc z zewnątrz. Nie śmieli rzucać żadnego zaklęcia, aby niczego nie pogorszyć. Tylko nauczyciele, więzieni w windzie nauczycielskiej domyślali się, że coś tu jest nie tak, skoro wszelkie przyrządy elektryczne są niewrażliwe na magię. Dzieci po uwolnieniu i pobieżnym przepytaniu przez policję zostały zwolnione do domów. Jaka była radość rodziców, kiedy zobaczyli je zbiegające po drewnianych mostach. Nie zważając na protesty policji rzucili się na spotkanie swoich pociech. - Rynio! - Harmonia! - Max! - Niemn! - Eliza! Matka otoczyła Fibiego ramionami. Z napięciem patrzyła na mosty. - Zan! Zan! Gdzie jest Zan? – obok kręciła się przerażona ciemna elfica w stroju kapłanki boga śmierci. Fibi poczuł, że uścisk się zacieśnia. - Zan! Zan! – elfica rozglądała się na wszystkie strony. Matka uważnie ją śledziła. Fibi już prawie nie mógł oddychać. - Hej, Elwirka! – elfica zaczepiła pannę Mobińską, która jako jedna z ostatnich opuszczała most. – A gdzie jest Zan? Był z wami Zandar? - Nie ciociu – Elwira pokręciła głową. – Zana z nami nie było. - J-jak to nie było? - Nie było go w windzie. Nie widziałam go od wczoraj – Elwira dostrzegła teraz czerwonooką demonkę pilnie przysłuchującą się rozmowie. – Pani Thaviol, prawda? Mata też z nami nie było. - To gdzie on jest? – wrzasnęła mama z pretensją w głosie, jakby to właśnie Elwira była odpowiedzialna za całe zdarzenie. - Przykro mi, proszę pani, ale ja naprawdę nie wiem. Nie widziałam ich od wczoraj. - Dobrze, Elwirko, możesz już iść. Na pewno jesteś w szoku. Elwira wcale w szoku nie była. Awarie wind się zdarzały i wcale nie przeraziło to żadnego z uczniów. Przeciwnie, cieszyli się, że przepadają im lekcje. Ale Mata i Zana z nimi nie było. Mat szybko wchodził po schodach. Czuł się wyjątkowo dziwnie. Wczoraj w nocy miał napad głębszych myśli i rozważał, czy jego osiemnastoletnie życie naprawdę powinno składać się z różnych sposobów zaspokajania tylko i wyłącznie swoich potrzeb i zachcianek. Męczyły go wyrzuty sumienia za zniszczony samochód dziadków. Miał ochotę pojeździć nowoczesny, modnym pojazdem, nie spodziewał się, że skończy się to tak tragicznie. No właśnie, nie pomyślał. Często jego zachcianki kończyły się dość nieprzyjemnie. Powtarzał sobie, że to zwyczajna podłość i niesprawiedliwość świata. Jakaś tajemnicza siła rządząca wszechświatem musiała go po prostu nie lubić! Miał już dosyć tych trudnych myśli. Podszedł do drzwi windy i nacisnął guzik. O tej godzinie najwięcej uczniów używało wind by dostać się na wyższe piętra. Całe klasy wjeżdżały i zjeżdżały w poszukiwaniu swoich sal. O tej godzinie zazwyczaj przychodziła też Nutria. Elfka zwykle korzystała ze schodów, chyba że mieli lekcje na przedostatnim piętrze. Wyglądała tak denerwująco bezbronnie wciśnięta w oszklony kąt windy z zeszytem w ręku, czerwieniąc się za każdym razem, kiedy ktoś przypadkowo się o nią otarł. Młodzieniec po prostu nie mógł oderwać od niej wzroku. Niestety, właśnie dziś, kiedy Mateusz zapragnął być poważny, winda nie podjechała. Zdziwiony nacisnął guzik jeszcze raz. - Nic z tego – usłyszał za sobą zasapany głos Zana. Odwrócił się w jego stronę. - O, hej Zan. Awaria? - Być może – Zan wzruszył ramionami, a następnie złapał się za głowę. – Jejku, nie chce mi się iść na siódme piętro! - Nie ma rady stary, idziemy. Razem zaczęli wspinać się po stopniach. Minęła ich tylko jedna mała dziewczynka, która zbiegała w dół. Poza tym na korytarzach było cicho i pusto. Widocznie przez tę awarię trzy czwarte szkoły utknęło w windzie. O ile na drugim piętrze jeszcze ktoś się kręcił, o tyle trzecie było już zupełnie puste. - Nasze społeczeństwo jest takie leniwe – mruknął Mat. – Wolą, aby ich tyłki woziła jakaś maszyna. A teraz, tak romantycznie mówiąc, sami siebie wpędzili w pułapkę technologii. - Lin jeździ windą tylko w potrzebie. - No tak, bo ta krasnoludzka chudzina musi się odchudzać i dla sportu biega po piętrach. Zresztą tak samo jak Pieszczotka. - Kto? A tak, Nutria. Dlaczego tak ją nazywasz? - Pieszczotka?! Hmm, wiele powodów. Po pierwsze, bo to do niej bardzo pasuje. Po drugie, cała jej postawa, sposób ubierania i mówienia zdają się wyrażać jedno: „pieść mnie!”. A po trzecie, bo to ją wkurza. - Hmm… - Zan zamyślił się. U szczytu schodów na czwarte piętro dojrzeli jakąś postać. Z początku nie zwrócili na nią uwagi zajęci własnymi myślami. Dopiero gdy zbliżyli się do niej na odległość trzech schodów, podnieśli głowy i zatrzymali się zaskoczeni. - O, dzień dobry mistrzu – przywitali grzecznie swojego byłego nauczyciela alchemii, którego raczej nie spodziewali się już spotkać w tej szkole. Widocznie jednak miał jakąś ważną sprawę do załatwienia, może przyszedł po swoje rzeczy czy coś w tym rodzaju. To nie była ich sprawa, więc postanowili szybko go wyminąć i udać się na siódme piętro. - Chłopcy – zatrzymał ich, kiedy przechodzili obok – moglibyście mi pomóc? Mat i Zan zatrzymali się i spojrzeli po sobie. - Bardzo chętnie mistrzu, ale niestety śpieszymy się na lekcje – odpowiedział grzecznie ciemny elf. I chcieli ruszyć dalej, ale mistrz Twardowski znowu ich zatrzymał. - To nie potrwa długo. Tylko chwilka i zaraz was wypuszczam na lekcje. Chłopcy byli niezdecydowani. - Panie Ivellios, pan zawsze jest taki chętny do pomocy. A pan Thaviol na pewno wspomoże nas swoim błyskotliwym umysłem – dodał z nutką ironii w głosie. Zabrzmiał dzwonek na lekcje, ale nie wzbudziło to zwykłego zamieszania. Atmosfera panująca w szkole była wyjątkowo nienaturalna, „jakby martwa” – pomyślał Mat. Mistrz tymczasem ruszył korytarzem nie oglądając się na uczniów. Grzecznie byłoby pospieszyć za nim i dowiedzieć się, czego właściwie od nich chce. Twardowski zaprowadził chłopców do pracowni alchemicznej. Uczynił z niej drugie laboratorium. Na ławkach porozstawiał szklane naczynia o przedziwnych kształtach i wielkościach, a większość z nich połączył szklanymi rurkami. Wszystkie szafy z chemicznymi składnikami były otwarte, a same składniki szczelnie zamknięte w swoich butelkach walały się po całej pracowni. Zan zamrugał ze zdziwienia, a Mat skrzywił się pod wpływem specyficznej mieszanki zapachów. Właśnie dlatego alchemia go nie pociągała. - C-co my mamy konkretnie zrobić? – zapytał wreszcie Zandar. - Nic wielkiego, tylko przemieszacie mi parę mikstur. Nie dam wam niczego szczególnego, czegoś, co moglibyście zepsuć. - Dobrze, ale my zaraz musimy iść. Mamy smoczy i… - O, zapewne lekcja smoczego tak szybko się nie odbędzie, przecież mistrz ugrzązł w windzie, prawda? A teraz… – Twardowski zamoczył palec w czymś co wyglądało jak puszka z czerwoną farbą. Następnie chwycił Mata za ramię, szybko podciągnął mu długi rękaw i naznaczył mu jakiś znak na nadgarstku. To samo uczynił ze zdezorientowanym Zandarem. Pchnął chłopaków w głąb pracowni, a sam zaczął pisać coś na tablicy. - Macie wykonać dokładnie to, co jest napisane. Jeśli spróbujecie się stąd ruszyć, wybuchniecie. Sporządźcie mikstury, a na pewno nic złego wam się nie stanie. - Wybuchniemy? – zdziwił się Mat – Co to znaczy? To jakieś porwanie czy co? - Porwanie?! Nie! Ja tu tylko przeprowadzam mały eksperyment. Powiedziałem już, bądźcie grzeczni, a nic wam się nie stanie. I nie odstawiajcie potterów! To powiedziawszy szybko opuścił salę, pozostawiając chłopców z wielkim znakiem zapytania. Chwilę stali w milczeniu, każdy na swój sposób rozpatrujący sytuację. Dopiero dziewczęcy płacz przywrócił ich z powrotem do rzeczywistości. Zandar podniósł rękę i dokładnie obejrzał swój nadgarstek. - Takie znaki mój tata maluje na ciałach zmarłych, na wypadek gdyby się zzombiły. Ma to zapobiec przed ucieczką z cmentarza. Jak któryś tylko przekracza bramę, wybucha. - Super – mruknął Mat. – Więc zostaliśmy potraktowani jak nieumarli. Zan rozejrzał się po pracowni. Nie licząc płaczu dziewczynki, w szkole nadal było niespokojnie cicho. - Tylko po co to wszystko? – zapytał. - Nie wiem – Mat wzruszył ramionami. – Wiesz geniuszu, jak je usunąć? - Nie. Przynajmniej nie podjąłbym się tego. Chwilę znów postali w milczeniu. Wreszcie jednak postanowili ugiąć się do woli szalonego alchemika. Podeszli do ławek i zaczęli się rozglądać za odpowiednimi substancjami. - Czy można to uznać za porwanie? – myślał głośno Zan. - Porwanie? Wobec tego mistrz musiał porwać całą szkołę. - A-aa bardzo możliwe. Co jak co, ale nieraz już się takie rzeczy zdarzały. - Tylko dlaczego akurat my? - Wiesz, słyszałem kiedyś, że wielcy ludzie mają prawo żądać od społeczeństwa pewnego procentu poświęcenia. - I my akurat mieścimy się w tym procencie? Zan nic nie odpowiedział. Wziął do ręki jakąś butelkę, odkorkował i powąchał. Mat tymczasem gapił się w tablicę starając sobie przypomnieć, co to jest H2O. - Mat, mamy tu przecież całe laboratorium – szepnął Zan. – Możemy spróbować coś zrobić. - Moglibyśmy, gdybyśmy znali się na alchemii. - No tak, Twardowski postarał się, abyśmy nie mieli o tym żadnego pojęcia. Chłopcy uznali nagle wszystko za niezwykle zabawne i zaczęli chichotać, a potem śmiać się na głos. Zan musiał postawić butelki a Mat chwycił się ławki, aby nie upaść na podłogę. - Mój tata zawsze powtarza – śmiał się Zan – aby nie bać się śmierci i czekać na nią z otwartymi ramionami. - Ok, to jak dojdzie do eliminacji zakładników, to ty się zgłosisz na ochotnika. - Oj Mat, jesteś
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Psutki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…