Wróć do katalogu

Popiół i Rdza

Klimat i świat Fallouta ale z licznymi elementami własnej wyobraźni.

Findalander, opublikowano , 50 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Popiół i Rdza

Prolog

Był rok 2241. Grubo ponad 150 lat minęło od chwili gdy kilku ludzi na świecie zgotowało piekło wszystkim go zamieszkującym istotom zamieniając błękitną planetę w planetę popiołu i rdzy. O co dokładnie wtedy poszło nikt już pewnie nie pamięta ale można się domyśleć, że chodziło o ostatnie złoża ropy. Co do mnie to i tak się dziwię że, wystarczyło jej aż na tak długo. Nieważne jednak co było przyczyną, ważniejsze jest to co później z tego wynikło. A nie było to nic dobrego. Gdy Chińczycy odpalili w Amerykańców wszystko co mieli na składzie począwszy od broni atomowej poprzez chemiczną na wąglikach, czarnej ospie i tym podobnych kończąc (chyba nie muszę dodawać że oni zrobili to samo) z większości miast nie zostało prawie nic a szybka śmierć była najbardziej pożądaną z możliwych ewentualności. Jednak nie każdy miał tyle szczęścia. Miliony umierały od promieniowania, gazów bojowych czy różnorakich choróbsk. Nieliczni którzy przeżyli zmieniali się nie do poznania. Nie tylko psychicznie, to było przecież oczywiste, ale także i fizycznie. Mutacje były jedną z najgorszych rzeczy jaka mogła cię spotkać. Klika nóg, rąk, dwie głowy, olbrzymi wzrost w połączeniu z zieloną skóra to tylko kilka z możliwych zmian w twojej fizjonomii. Na ile sposobów mutowały się zwierzęta chyba tylko Pan Bóg wie. Wkrótce po ostatnich wybuchach na Ziemi zapanowała kompletna ciemność. Niektórzy jednak mieli cholernego farta. Przed wojną rząd rozpoczął projekt budowy schronów na wypadek wojny atomowej. Wybudowali ich oczywiście za mało. Zdecydowanie za mało. W dodatku niektóre z nich były wadliwe. Na przykład w "13" zepsuł się Water Chip a o wyposażeniu schronu w zapasowy chyba nikt nie pomyślał. Historia która z tego wynikła jest jednak zbyt długa by ją tutaj przytaczać. Akurat w tym przypadku zaniedbanie jakiegoś urzędasa wyszło wszystkim na dobre, koleś którego wysłali po zapasową część okazał się naprawdę wielki. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że uratował świat a właściwie to co zostało z niego po wojnie. Historia "15" nie jest już taka doniosła. Tam po prostu drzwi od schronu otworzyły się przedwcześnie. Prawie wszyscy mieszkańcy zginęli. Jak miało się okazać nie było to jednak zaniedbanie a działanie celowe. Tak zresztą było w przypadku chyba wszystkich schronów. To już jednak inna historia. Gdy ciemności wreszcie opadły ludzie którzy przeżyli i nie zostali aż tak bardzo zmutowani zaczęli próbować ułożyć sobie życie na nowo. W ruinach dawnych miast powstawały pierwsze ludzkie osiedla. Ci którzy nie chcieli patrzeć na zgliszcza minionej cywilizacji i mieli na tyle sił i możliwości budowali nowe od podstaw. Oczywiście nie miasta tylko nędzne osady ale chyba i tak lepiej mieszkać w namiocie niż w grobowcach tysięcy którzy wyparowali gdy spadły pierwsze bomby. Prowizoryczne mieszkania budowano z tego co było pod ręką. Desek, kamieni czy choćby ze zwykłego brezentu. Z czasem przekształcały się one w naprawdę imponujące, rzecz jasna jak na tamte warunki, miasteczka. Ludzie zaczęli się także zrzeszać w organizacje, tworzyć namiastkę władz lokalnych, po prostu próbowali powrócić do normalności. Chyba nikogo nie dziwi, że pierwszymi organizacjami były różnorakie organizacje przestępcze: gangi, handlarze niewolników i inne tego typu. Jako ich przeciwwagę formowano policję czy Strażników niczym z filmów z Chuckiem Norisem jeszcze z przed wojny. Znowu najemnicy mieli pełne ręce roboty. Zresztą oni byli najskuteczniejsi. Mieli pieniądze, najlepsze uzbrojenie i pancerze. Czasami niektórzy z nich zamieniali się w błędnych rycerzy przekonani, że mają misję do spełnienia. Realizowali ją zwykle niezbyt długo, w pojedynkę na tym pozbawionym zasad świecie nikt długo nie przeżyje. Cóż tak już jest i nic się na to nie da poradzić. Dzisiaj, tak wiele lat po wojnie w niektórych miastach przywrócono nawet dostawy energii elektrycznej, nieliczne próbują produkować leki, gdzieś podobno wydobywa się złoto. Jednak od czasów wojny najszybciej rozwijają się dwie gałęzie produkcji: broni i narkotyków. W tej pierwszej przodowała paramilitarna organizacja Braderhood of Steel w drugiej gangsterskie rodziny z New Reno. Miasta które spokojnie mogłoby nazywać się powojennym Las Vegas. Przez wiele lat ludzie próbowali też rozwijać rolnictwo, częściowo to się udało ale tylko częściowo. W cholernej, napromieniowanej ziemi prawie nic nie chce rosnąć. Są jednak wyjątki. Jakimś cudem w okolicach Modoc roślinność rośnie znacznie lepiej niż gdzie indziej. Oczywiście o ile czasem spadnie deszcz z nieba, a ostatnio z tym bywa raczej kiepsko. Modoc założyli jacyś kowboje gdy słońce przebiło się wreszcie przez ciemności którymi spowita była ziemia. Od zawsze było osadą rolniczą która z czasem doczekała się nawet kościoła. Handel z okolicznymi miastami zapewniał jej jaką taką możliwość egzystencji pomiędzy silniejszymi militarnie sąsiadami. W porównaniu do innych miejsc było tu całkiem przyjemnie

I

John Baker był jednym z farmerów, miał niewielki domek i poletko uprawne na północny wschód od głównych domostw miasta. Żyło mu się całkiem dobrze choć nie można powiedzieć, że lekko. Pracował ciężko, niemalże od świtu do zmierzchu ale lubił to. Cóż, rolnictwo może nie jest zbyt interesującym zajęciem ale jak widać można się w to wciągnąć tym bardziej gdy nie zna się innego życia a Jonny nie znał. Gdy miał trochę wolnego czasu wpadał do Modoc aby wspólnie z kumplami wypić po rozcieńczanym piwie (takie się przynajmniej odnosiło wrażenie gdy się je kosztowało) i zjeść wyborne omlety które przyrządzała Rose, współwłaścicielka jedynego w tych okolicach ale za to całkiem przyzwoitego baru. Oprócz chodzenia do baru i uprawy roli farmer nie robił właściwie nic innego. Jedynie w niedzielę chodził do tutejszego kościoła. Był chrześcijaninem i nie wstydził się tego, zresztą w Modoc nikt nie czynił mu z tego powodu złośliwości. Mieszkańcy tego miasteczka sami kiedyś zbudowali całkiem ładny budynek który służy obecnie jako kościół. Zrobili to żeby okazać wdzięczność niebiosom za łaskawy dla nich los. Jednak obecnie mało kto go odwiedzał. Właściwie oprócz Jonnego to prawie nikt, może jeszcze jakieś starsze kobiety które czuły, że nadszedł już czas aby pożegnać się z życiem. Był ciepły, sobotni wieczór. Słońce powoli zbliżało się do linii horyzontu a niebo tak samo jak przez ostatnie tygodnie pozostawało bezchmurne. John Baker wraz z dwoma przyjaciółmi siedział w barze Rose Bad & Breakfast popijając piwo i jedząc omlety. Jego kompani Mathew i Jimmi palili papierosy Mathew oczywiście swoje ulubione Red Apple a Jimmi Pall Male. Baker kończył swoje trzecie dzisiejszego wieczoru piwo. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmów ale tym razem było ich więcej niż zwykle. Od wielu dni najczęściej przewijającym się tematem w rozmowach mieszkańców miasta była susza a w jej konsekwencji perspektywa głodu i niedostatku. Wszyscy trzej towarzysze byli rolnikami i sytuacja ta ich trochę martwiła jednak nie chcieli dodatkowo przygnębiać się rozmawiając o niej. W ostatnich dniach inne wydarzenie zdominowało rozmowy i ci trzej nie byli wyjątkiem. Jeden z mieszkańców miasteczka zapuścił się dość daleko na północny zachód. Spory kawałek dalej od miejsca gdzie mieszkał Jonny. Odnalazł tam dobrze zagospodarowaną i prosperującą farmę którą jakby nie dotykały skutki suszy. Ale nie w tym tkwił problem, przecież nikt nie martwiłby się czyimś szczęściem. No może ktoś taki by się znalazł ale nie w Modoc a już na pewno nie był nim Karl, mężczyzna który ową farmę widział. Najgorsze było co innego: Karl nie zauważył tam żadnego żywego ducha, natomiast zobaczył wiele martwych ciał ponabijanych na pale, tak przynajmniej twierdził. Był on wiarygodnym człowiekiem choć po wizycie na farmie wyraźnie się zmienił, stał się bardzo nerwowy a fakt, że mało kto mu tym razem wierzył pogarszało jeszcze sprawę. Oficjalnie mimo wiarygodności Karla mało kto przyznawał mu rację ale jakoś nikt do tej pory nie odważył się sprawdzić jego opowieści. Miejscowy szeryf Jo ponoć nawet wyznaczył pewną nagrodę za zbadanie opustoszałej farmy jednak i on nie zdecydował się na wyprawę, twierdził, że po prostu nie ma na to czasu gdyż ma wystarczająco dużo problemów z suszą ale bardziej prawdopodobne, że przemawiał przez niego zwykły ludzki strach. Szeryf niejednokrotnie udowodnił, że zwykłe gangsterski sprawy nie budzą w nim lęku i że jego własne życie jest dla niego mniej cenne niż dobro swoich podopiecznych. Tym bardziej Jonnego dziwiło to, że tym razem stróż prawa nie zajmie się tym osobiście. Z drugiej jednak strony co innego stanąć oko w oko z uzbrojonym bandytą a co innego zapuszczać się w miejsce gdzie może czaić się coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż człowiek. Świat pełen był różnorakich mutantów ale relacja Karla wskazywała na jeszcze coś gorszego. Być może duchy albo jakieś inne przerażające potwory. Czas jednak mijał i wydawało się już, że sprawa tajemniczej farmy pozostanie tylko niegroźną legendą którą kiedyś farmerzy będą sobie przypominać siedząc przy kuflu piwa w barze. Wydarzyło się jednak coś co wymagało podjęcia wreszcie jakichś kroków. W czwartek zaginął jeden z miejscowych dzieciaków, dla ścisłości był to syn miejscowego kuśnierza Balthasa. Ojciec zorganizował poszukiwania w których uczestniczyło większość mężczyzn z Modoc także i John Baker. Nie odnaleziono jednak chłopca ani nawet żadnych jego śladów. Poszukiwania zakończono dziś rano gdyż uznano, że nie uda się odnaleźć chłopca. Wszyscy bardzo współczuli rodzicom zaginionego dzieciaka ale nikt nie potrafił im pomóc. Matka kompletnie się rozkleiła. Zamknęła się w swoim domu i bez przerwy zalewała się łzami. Ojciec prowadził wprawdzie swój sklepik z wyrobami skórzanymi ale gołym okiem było widać, że to nie ten sam pogodny mężczyzna co jeszcze kilka dni temu. Mieszkańcy podejrzewali, że to zaginięcie ma jakiś związek z odkrytą niedawno farmą. John był tego samego zdania co większa część mieszkańców miasteczka. Gdyby nie to prawdopodobnie nie zrezygnowałby jeszcze z poszukiwania chłopca tym bardziej, że pies Balthasów o ładnym jak na zwierzę imieniu Laddie z początku podjął trop i kierował się właśnie w kierunku gdzie miała znajdować się opuszczona farma, w końcu jednak zgubił ślad i nie doprowadził mających już nadzieję na szczęśliwe zakończenie rodziców. Mimo tego niepowodzenia pies i tak wskazał właściwy kierunek poszukiwań a w zestawieniu z ostatnimi wydarzeniami nie pozostawił wątpliwości co do losu chłopca. Nikt jednak nie ośmielił się zbadać farmy nawet rodzice zaginionego co wydawało się szczególnie dziwne biorąc pod uwagę jak bardzo zależało im na odnalezieniu syna. Zły czar który rzucała farma w dodatku wyolbrzymiony przez plotkę był naprawdę potężny skoro brakło im odwagi by pójść na nią po syna... albo po jego ciało gdyż skoro tam trafił to raczej żywy stamtąd nie wróci. Tak przynajmniej powszechnie sądzono. Farmer dopił trzecie piwo i odłożył kufel na bok. Zdawał sobie sprawę, że coś dziwnego wisi w powietrzu już od jakiegoś czasu. Uważał jednak, że winę za to ponoszą nie jakieś tajemne siły ale sami mieszkańcy którzy niemalże wzajemnie się nakręcają coraz to bardziej niestworzonymi historiami. Miał właśnie podzielić się to myślą z kompanami przy stoliku gdy do baru wszedł a właściwie wtoczył się Karl. Oczy miał podkrążone a wzrok błędnie wpatrzony w jakąś niedostrzegalną dla pozostałych dal. Nie rozglądnął się nawet po barze tylko wolnym, chybotliwy krokiem podszedł do lady i kładąc na niej kilka monet poprosił o piwo. Niepozorna lecz całkiem ładna kobieta imieniem Rose obdarzyła go współczującym spojrzeniem i lekko uśmiechnęła się do niego podając mu kufel pełen złocistego płynu z pianką. On chyba jednak tego nie zauważył, wypił kilka głębszych łyków po czym oznajmił, że idzie na farmę. Bełkotał, że nikt mu nie wierzy ale on udowodni, że mówi prawdę. Znajdzie sposób by im to udowodnić. Nikt nie był pewny czy mówił to do Rose czy do klientów baru czy może do wszystkich naraz albo może sam do siebie. Faktem jednak było, że wszystkie prowadzone do tej pory rozmowy umilkły a twarze zebranych wskazywały na mieszankę współczucia i zdziwienia. Przez długą chwilę trwało niezręczne milczenie po czym jeden z handlarzy który dobrze znał Karla podszedł do niego i coś zaczął do niego mówić. Zbyt cicho jednak by ktokolwiek inny zdołał cokolwiek usłyszeć nawet kelnerka stojąca kilka kroków od nich. Potem znowu zapadła cisza którą przerwał sam Karl. Rozedrganym głosem oznajmił, że nikt nie zdoła go przekonać do zmiany decyzji i że wyrusza zaraz. Gdy to powiedział wypił jeszcze łyk piwa i nieco pewniejszym krokiem niż poprzednio opuścił motel. Jonny stracił resztki dobrego humoru jaki miał tego wieczoru. Facet którego może zbyt dobrze nie znał ale o którym słyszał wiele dobrego zupełnie oszalał. "Coż, zdarza się" odezwał się głos w jego głowie. "Zdarza się? Może i tak ale to nie powód by przechodzić nad tym do porządku dziennego" odpowiedział sam sobie. Podszedł do lady i zapłacił za posiłek. Ku swemu zdumieniu nie był wstanie zmusić się do nawet najdrobniejszego uśmiechu wręczając pieniądze właścicielce motelu. Lubił ją za jej otwartość i prostolinijność a teraz nawet nie był wstanie poruszyć wargami by powiedzieć dziękuję. Odchodząc ledwo zdołał w odpowiedzi wykrztusić suche "dobranoc". Jimmi który mieszkał tuż obok głównych zabudowań miasta pożegnał ich wkrótce i oddalił się w kierunku własnego mieszkania. Na nim jednym zajście w barze nie zrobiło aż tak wielkiego wrażenia. Bynajmniej nie dlatego, że był nieczuły czy nie lubił Karla. Nie, nic z tych rzeczy, on po prostu widział już w swoim życiu zbyt wiele podobnych zajść. Gdyby każde oddziaływało na niego tak mocno jak to które wydarzył się przed chwilą na Jonnego już sam dawno by zwariował. Zresztą czy to że on będzie się martwił w jakikolwiek sposób pomoże biednemu nieszczęśnikowi? Nie, chyba nie więc po co tak to wszystko przeżywać? Racjonalnej odpowiedzi nie ma, po prostu jedni się przejmują inni nie, taki jest świat. Pozostawieni przez Jimmiego przyjaciele wolnym krokiem zmierzali w kierunku swoich domostw. Mieszkali bardzo blisko siebie z czego się zresztą bardzo cieszyli. Było już całkiem ciemno a w dodatku ruszył się niezbyt porywisty ale chłodny i przez to nieprzyjemny wiatr. Samemu nie byłoby zbyt przyjemnie wracać do domu w taką pogodę tym bardziej, że o tej porze nie było to też tak całkiem bezpieczne. Watahy dzikich psów notorycznie włóczyły się wokół miasteczka mimo iż niejednokrotnie organizowano przeciwko nim wyprawy które znacznie redukowały liczebność psich grup. Zwykle zachowywały się nie aż tak bardzo agresywne wobec ludzi ale jeśli były głodne prawdopodobieństwo ataku było niezwykle wysokie. We dwóch było im więc znacznie raźniej no i rzecz jasna bezpieczniej. Obaj mieli przy pasie rewolwery magnum i wiedzieli jak się nimi posługuje. Mathew na dodatek był pół krwi Indianinem przez co jego zmysły były ostrzejsze i bardziej czułe. Jego przyjaciele żartowali, że nawet w ciemnościach trafi szczura z 20 merów. Była to oczywiście przesadzona opinia gdyż Indianie nie widzą w ciemnościach więc żaden z nich szczura by nawet nie zauważył. Z pewnością by go usłyszał czy może podświadomie wyczuł ale to było za mało by do niego trafić. Faktem jednak było, że Red Apple jak na niego żartobliwie wołali dobrzy znajomi sztukę przetrwania na pustkowiach wyssał można by rzec z mlekiem matki a w miarę dorastania znacznie ją udoskonalił. Tymczasem doszli już do miejsca w którym trzeba było się pożegnać. Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie i życzyli wzajemnie dobrej nocy po czym rozdzielili się. John obejrzał się jeszcze raz za odchodzącym towarzyszem po czym szybkim krokiem pokonał niewielką odległość dzieląca go od domu. Zamknął za sobą drzwi na zamek i po wieczornej toalecie położył się do łóżka. Ochłonął już po zajściu którego był świadkiem w barze ale uśmiech nie powrócił już tego dnia na jego twarz. Ułożył się wygodnie na plecach, przykrył kocem i chwilkę wpatrywał w sufit. Wiatr na polu wzmógł się jeszcze i huczał dość głośno wywołując jakiś irracjonalny lęk w młodym farmerze. Jonny nie lubił takiej pogody, wiatr zawsze kojarzył mu się z zimnem, tumanami kurzu i nocą spędzoną pod gołym niebem, ale nie tą przy gwiaździstym firmamencie spędzoną w miłym towarzystwie ale z tą gdy kuląc się z zimna usiłujemy zasnąć a wokoło słychać wycie wilków i pohukiwanie nocnych ptaków. Wiatr kojarzył mu się także ze zmianami ale jedynie tymi na gorsze, zburzonym spokojem czy odebranym poczuciem bezpieczeństwa, ze śmiercią i przemijaniem czegoś co chciałoby się zatrzymać. Ale w ostateczności wiatr był tylko wiatrem i cokolwiek by nie symbolizował w literaturze to w rzeczywistości był najzwyklejszym zjawiskiem przyrodniczym. Tak próbował to sobie wytłumaczyć John Baker leżąc samotnie w pokoju i usiłując zasnąć. Niezbyt jednak to wytłumaczenie do niego przemawiało a już na pewno nie stłumiło coraz to większego lęku który zaczął wypełniać cały jego umysł. Farmer w zasadzie nie wiedział czego się obawia. Co prawda nie chciał się rozstawać z życiem ale też aż tak nie był do niego przywiązany, zresztą nic w tej chwili mu nie zagrażało. Wiatr wył coraz głośniej przybierając różnorakie głosy, czasem przerażające a czasem szydercze. W oddali słychać było wycie psów i jeszcze jakieś inne głosy z pewnością nie należące do zwierząt a już ponad wszelką wątpliwość nie do ludzi. Jonny wstał z łóżka, sprawdził czy drzwi są zamknięte i czy szczelnie domknął wszystkie okna. Wszystko było w należytym porządku. Przyszło mu na myśl, że może by tak poszedł do Methwu który mieszkał naprawdę blisko i chyba nie miałby nic przeciwko odwiedzinom nawet o tak późnej porze ale stwierdził, że nie chce teraz znajdować się poza domem nawet na tak krótki czas. Zresztą wszystko było w porządku. Mimo tego sprawdził czy rewolwer jest naładowany i położył go na stoliczku obok łóżka tak aby mieć go na wyciągniecie ręki. Usiadł na krawędzi posłania i wpatrywał się w położone naprzeciw drzwi wejściowe tak jakby kogoś się spodziewał. Nikt jednak nie nadchodził. Gdy miał już na powrót położyć się spać usłyszał stukanie do drzwi. Gardło ścisnęło mu się tak iż ledwo mógł oddychać. Powoli podniósł się z łóżka nie panując zbytnio nad tym co robi jakby podległy był czyjejś potężnej woli, podszedł do drzwi. Gdy miał już je otworzyć odzyskał świadomość, zatrzymał się po czym starając się poruszać bezszelestnie wrócił po rewolwer i odbezpieczył go. Ponownie podszedł do drzwi ściskając broń w dłoni. Nim jednak zdołał powziąć decyzję co należy zrobić usłyszał ponownie stukanie do drzwi. Ułamek sekundy później odezwał się spokojny głos - Otwórz to ja Mathew Jonny znał ten głos bardzo dobrze i był pewny, że jego właścicielem jest rzeczywiście człowiek o ciekawym pseudonimie Red Apple. Otworzył więc i zgodnie z przypuszczeniem ujrzał surową ale wzbudzającą zaufanie twarz przyjaciela. - Wejdź - powitał go z wyraźną ulgą - co cię sprowadza do mnie o tej porze? - W barze obiecałem ci przecież jeszcze dziś przynieść tą książkę o którą prosisz mnie już od jakiegoś czasu - mówiąc to wręczył mu opasły tom w ładnej twardej okładce - - A tak - odparł troszkę zdezorientowany ale już spokojny, rzeczywiście Mathew miał mu przynieść tą książkę więc wszystko było w porządku - Ja już będą lecieć, wpadłem tylko by dać ci ją póki pamiętam. Jeszcze raz dobranoc. - Dobranoc

Jonny zamknął za nim drzwi i odłożył książkę na półkę a rewolwer na stolik obok łóżka. Jak mógł zapomnieć o obietnicy przyjaciela? To niespodziewane pukanie naprawdę go przeraziło, teraz jednak już bez obaw położył się do łóżka zapominając o dręczących go przed chwilą obawach i wątpliwościach. Zasnął właściwie zaraz jak przyłożył głowę do poduszki. Złe sny nie niepokoiły go tej nocy. Nazajutrz obudził się niemal dokładnie o wschodzi słońca, wczorajszy wieczór zdawał się tak odległy jakby to było nie wczoraj a tydzień temu. W porannym blasku słońca aż dziwne wydawało się jak bardzo wytrąciło go z równowagi wycie wiatru i niespodziewana wizyta kolegi. Czego się wczoraj tak bardzo bał? Nieistotne, był już nowy dzień który nie zapowiadał się szczególnie ciekawie ale też nie tak źle. Dość długo leżał jeszcze w łóżku po czym wstał by zjeść skromne śniadanie gdyż rano nigdy za wiele nie jadał za to lubił spożyć obfitą kolację. Było to wbrew zasadzie, że śniadanie powinno być syte a kolacja lekka. Nic to jednak nie obchodziło Jonnego gdyż i tak zanim takie życie odbije się na jego zdrowiu minie wiele lat a co kogo obchodzi co wydarzy się za tak długi czas. Była niedziela więc jak co tydzień Baker szedł do miejscowego kościoła, nie na msze rzecz jasna bo nikt jej tutaj nie odprawiał ale tak po prostu uczcić święty dla niego dzień, później może wpadnie do baru albo odwiedzi znajomych. Póki co ubrał odświętne (najmniej zniszczone) dżinsy, czystą koszulę i ruszył do miasta. Słońce przypiekało dziś dość mocno jak na stosunkowo wczesną porę dnia Po kilkunastominutowym marszu dotarł do zadbanego ale jak zwykle pustego kościółka. Po ponad półgodzinnej modlitwie zamierzał już wyjść z budynku gdy ujrzał wchodzącą do niego dziwną jak na Modoc postać. Był to wysoki mężczyzna o długich czarnych włosach wyglądający na mniej więcej trzydzieści kilka lat. Nosił czarną skórzaną kurtkę i spodnie tego samego koloru. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Jonny odwrócił głowę udając, że go nie zauważył. Przybysz wyglądał dość dziwnie i nie wiadomo jakie miał zamiary więc lepiej było poczekać aż wyjdzie. Ten jednak podszedł do klęczącego człowieka i zagadnął: - Przepraszam, może mógłby mi pan pomóc? - akcent miał wyraźnie nietutejszy ale głos był łagodny przez co wzbudzający zaufanie więc Jonny uspokoił się od razu - Być może tak - odparł - ale zależy to od tego jakiej pomocy ode mnie pan oczekuje. - Wystarczy jak odpowie mi pan na kilka pytań - przybysz uśmiechnął się lekko domyślając się, że na więcej raczej nie ma co liczyć - - Jasne, jeśli tylko będę znać odpowiedzi to chętnie się nimi podzielę. Tymczasem może wyjdziemy na zewnątrz i skończmy z formalnościami. Jestem John Baker lub po prostu Jonny. - Chris - odparł przybysz ściskając wyciągniętą rękę farmera - Jeśli cię to interesuje to pochodzę z Arroyo, wioski położonej wiele kilometrów na zachód stąd. Moja wioska umiera, muszę odnaleźć święty artefakt G.E.C.K. aby przetrwała - Jonny zauważył że początkowo spokojny głos Chrisa w miarę jak zaczyna mówić o swojej wiosce i misji staje się coraz bardziej wzniosły i patetyczny, przybysz kontynuował swoją wypowiedź a farmerowi nie pozostawało nic innego jak się do jego tonu przyzwyczaić - Podróżuję do miasta o nazwie Vault City gdyż być może tam uda mi się odnaleźć tak bardzo pożądany przez mój lud i tak bardzo dla niego potrzebny przedmiot. Powiedz mi proszę gdzie jestem teraz. Może to tutaj jest Vault City albo słyszałeś coś o G.E.C.K.'u. - Nie, Vault City jest spory szmat drogi stąd na wschód - wymawiając nazwę miasta Baker skrzywił się wyraźnie - ale nie sądzę żebyś cokolwiek od nich dostał a tym bardziej gdy jest to tak cenne, zakładając, że w ogóle mają tego G.E.C.K'a. A jeśli o niego chodzi to nie wiem nawet co to jest. Słyszałem tylko, że niedaleko od Vault City jest miasto o nazwie Gecko więc może ma coś wspólnego z przedmiotem którego szukasz. A jeśli to też chcesz wiedzieć to znajdujesz się w mieści Modoc. - Dzięki za informacje - odparł trochę zamyślony Chris - chyba nie pozostaje mi nic innego jak wyruszyć dalej na wschód. Jeszcze raz dziękuję, żegnaj. - Czekaj jeszcze chwilkę - zatrzymał ruszającego już w drogę Chrisa farmer - nie chcesz trochę odpocząć po podróży? Nie wyglądasz zbyt dobrze. Na twoim miejscu pogadałbym też z miejscowym szeryfem. To że ja nie wiem gdzie jest G.E.C.K nie oznacza, że nikt tutaj tego nie wie. - Masz chyba rację. Przyda mi się trochę odpoczynku. Ostatnio nie jestem chyba zbyt rozgarnięty ale to wszystko ze zmęczenia. Chwila odpoczynku rzeczywiście jest mi bardzo potrzebna. Najpierw jednak pogadam z tym szeryfem. Mógłbyś mnie do niego zaprowadzić - Nie ma sprawy, mieszka on w tym budynku - mówiąc to wskazał na szary, zaniedbany domek - nazywa się Jo i myślę, że chętnie ci pomoże. Jakby co to powiedz, że mnie znasz. Będzie życzliwszy wiedząc, że nie jesteś całkiem obcy. A jeśli będziesz chciał jeszcze pogadać to wpadnij do miejscowego baru. Tam mnie znajdziesz. Gdybyś nie mógł trafić to spytaj miejscowych na pewno pokażą ci drogę. Do zobaczenia więc. - Do zobaczenia, dzięki za pomoc i troskę. Niewielu dotąd spotkałem takich ludzi na swojej drodze. - Widać jeszcze niewielu spotkałeś - odparł Baker - ale dzięki za miłe słowa

Jonny uśmiechnął się i poszedł do baru gdzie mieli już na niego czekać Mathew i Jimmi. Zgodnie z oczekiwaniem siedzieli…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych