Wróć do katalogu

Prosta historia

Współczesna historia o "miłości", obszerny fragment

GosiaKarwowska, opublikowano , 35 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prosta Historia

Poniedziałek

Wstaję za piętnaście siódma. Nie, nie wstaję. Nie od razu. Najpierw patrzę. Uważnie studiuję twarz leżącego obok mężczyzny. Zamknięte powieki. Wygładzone przez sen zmarszczki w kącikach oczu. Rzęsy. Linie nosa, ust, podbródka. Czarne, czarne włosy opadające na czoło. Wyciągam rękę. Moje palce przesuwają się wzdłuż policzka, nie dotykając go. Opieram się pokusie, cofam dłoń. Wstaję, schodzę na parter, idę do łazienki. Myję zęby, płuczę usta. Pobieżnie przeglądam się w lustrze. Czeszę włosy. To minimum, dokończę toaletę za niecałą godzinę, kiedy on wyjdzie. Do pracy. Idę do kuchni, wstawiam wodę na herbatę. Następnie otwieram lodówkę, wyjmuję potrzebne produkty i zaczynam robić śniadanie. O ósmej dwadzieścia Mężczyzna Mojego Życia pojawia się na dole. Porusza się cicho jak kot. Jest prawie gotowy do wyjścia, ma na sobie białą koszulę i ciemnogranatowe spodnie od garnituru. Krawat, stonowany i kolorystycznie dobrany do reszty stroju, powiewa swobodnie wokół kołnierzyka. Za jakieś piętnascie minut zawiąże go ciasno pod szyją, założy marynarkę, zostawi mnie samą. I pojedzie do pracy. Podchodzi do okna, z roztargnieniem przeczesuje włosy palcami. Przez chwilę wpatruje się w słupek rtęci na termometrze, wzdycha ciężko. Wiem dlaczego. Zapowiada się gorący dzień. - Jak myślisz, założyć dziś kamizelkę? – pyta. Teraz ja wzdycham. Równie ciężko i wymownie, rzuca mi zdziwione spojrzenie. - Na twoim miejscu darowalabym sobie – mruczę pod nosem. – Ugotujesz się. Unosi brew, uśmiecham się ironicznie. - Ale – dodaję. – zrobisz jak zechcesz. - Tak – odpowiada pocierając czubek nosa. – Chyba tak. Siadamy do śniadania. Właściwie tylko on je, a ja patrzę jak to robi. Nie jadam śniadań. Przynajmniej nie o tak wczesnej porze. Piję kawę, marząc o pierwszym papierosie. Kończy, składa naczynia, odnosi je do kuchni i spogląda na mnie pytająco. - Zostaw – mówię twardo. Twardo, bo nie znoszę, kiedy zaczyna sam zmywać. Nie dlatego, że wykonuje tą czynność niedokladnie. Jest bardzo dokładny. Ale chlapie. Nie znoszę tego. Dopijam kawę, a on kończy się ubierać. Z rozbawieniem patrzę jak z zaciętym wyrazem twarzy zapina kamizelkę, wiąże krawat, zakłada marynarkę. Spogląda w lustro, poprawia ponownie włosy, strzepuje z klapy jakiś mikroskopijny pyłek. Odwraca się w moim kierunku, ale zanim zdąży otworzyć usta, pokazuję mu uniesiony w górę kciuk. Uśmiecha się niepewnie, więc uzupełniam: - Jest OK., naprawdę. Naprawdę wygląda dobrze. Tak dobrze, że chciałabym… Chciałabym, żeby został. Ale wiem, że nie zostanie. Zabiera aktówkę, laptopa, odruchowo spogląda na zegarek. Kiedy zakłada buty, ja wypijam ostatni łyk kawy. - No to lecę – rzuca na pożegnanie. - Leć – odpowiadam pogodnym tonem. – Miłego dnia. Kiwa mi głową, część włosów z powrotem ląduje mu na czole. Powinien używać więcej żelu. Albo iść do fryzjera. Powiem mu o tym później, wieczorem, postanawiam. - Skarbie – odzywa się nagle, prawie podskakuję. - Tak? – pytam zaskoczona. Zwykle przed wyjściem do pracy jest rozkojarzony, nieco spięty i nie ma najmniejszej ochoty na żadne czułostki. Patrzy mi w oczy. Dzieli nas odległość dziesięciu, może dwunastu metrów. Fizycznie, bo w rzeczywistości odległość jest znacznie większa. Jak z Ziemi do Marsa. - Dotykałaś mojej twarzy dziś rano – mówi oskarżycielskim tonem. – Kiedy spałem – uzupełnia. Zaprzeczam. Nie, nie dotykałam. Może chciałam, ale… - Dotykałaś – upiera się, po czym błyska zębami w uśmiechu i dodaje – I to było bardzo miłe. A później już go nie ma. Zaciskam palce wokół pustego kubka. Serce wali mi jak szalone, krew uderza do głowy, zaciskam wargi. Na krótką chwilę, bo potem wyrzucam z siebie kilka siarczystych, choć mało oryginalnych przekleństw w ojczystym języku.

Na imię mam Mila. Niedawno skończyłam trzydzieści dwa lata. I właśnie się zakochałam.

Wtorek

Opieram policzek o jego ramię. Odwraca twarz w moją stronę, w jego oczach widać zmęczenie i rezygnację. - Nigdy tego nie skończę – jęczy, a ja obejmuję go delikatnie. Nie ma siły, by mnie odsunąć. Czy nawet fuknąć, żebym mu nie przeszkadzała, kiedy pracuje. - Powinieneś się położyć – próbuję bez przekonania. – Jutro też jest dzień. - Jutro – powtarza bez przekonania. Jego wzrok pada ponownie na ekran przenośnego komputera, pociera czoło palcami prawej dłoni, uśmiecha się ponuro. - Jutro muszę znać dokładne dane, a nie tylko liczby – prycha, ale ku mojemu zdziwieniu zamyka dokument. Czuję, że chce wstać i w porę zabieram ręce, rzuca mi spojrzenie pełne goryczy. - Nie zrozumiesz tego – rzuca niemalże z pogardą. Marszczę brwi. Oczywiście, że tego nie zrozumiem, to nie podlega dyskusji. Nie rozumiem jego pracy. Danych, systemów, liczb, kontraktów. Ale nienawidzę, kiedy zwraca się do mnie w taki sposób. Jakbym była gorsza. Patrzymy na siebie dłuższą chwilę, on kapituluje jako pierwszy i opuszcza powieki. Krzywi się nieznacznie. Znam go już na tyle dobrze, by wiedzieć co to oznacza. - W porządku – mówię, a mój głos drży przy tym lekko. – jesteś przemęczony, nie chciałeś, rozumiem. - Cholera jasna – słyszę w odpowiedzi. – Czy ty zawsze musisz być taka święta? Kiedyś… kiedyś taki tekst padający z ust innego mężczyzny podziałałby na mnie jak czerwona płachta na byka, lecz dziś… - Nie muszę – stwierdzam spokojnie. – Czego oczekujesz? Oczyszczającej awantury po ciężkim dniu pracy? Wrzasków? Rzucania przedmiotami? Na jego twarzy dostrzegam coś w rodzaju zakłopotania. I wstyd. Wiem, że za chwilę mruknie „przepraszam”, odwróci się na pięcie i zniknie w łazience na dwadzieścia minut. Później wślizgnie się do łóżka, a rano będzie udawał, że nic się nie stało. - A może wolałbyś pretensje – kontynuuję zaglądając mu głęboko w oczy. – Coś w stylu, że nigdy cię nie ma i poświęcasz mi za mało czasu? Nie? To może jakąś scenę zazdrości? W tym jestem niezła, pamiętasz? - Przestań – przerywa mi – ta rozmowa nie ma sensu. - A co ma dla ciebie sens, skarbie? – pytam. – Oprócz pracy, rzecz jasna. Czy cokolwiek innego wydaje ci się sensowne? Żachnięcie. I brak odpowiedzi, oczywiście. Tym razem ja kapituluję, opadają mi ręce. Jest mi przykro, okropnie przykro. Jesteśmy ze sobą od kilku miesięcy, zaangażowałam się, a on… On pozwala się kochać, ale najwyraźniej nie potrafi odwzajemnić uczucia nawet w dziesiątej części. Czas spojrzeć prawdzie w oczy – nie jestem dla niego kimś wyjątkowym. Po prostu jest mu ze mną… wygodnie. Zawsze miałam pecha, myślę z goryczą, kochali mnie mężczyźni, do których nic nie czułam. A ja z kolei zakochiwałam się w takich jak ten. „Ten” nie rusza się z miejsca, skubie nerwowo dół podkoszulka, patrzę na jego palce. W końcu nie wytrzymuję i zaciskam na nich swoje. Nasze oczy spotykają się na ułamek sekundy, potem sfrustrowany pracoholik pochyla się nade mną, zamyka w silnym uścisku swoich ramion. - Nie rób tego – szepcze mi do ucha. – Proszę cię. - Czego mam nie robić, kochany? – pytam równie cicho. - Wiesz – odpowiada, przyciskając skroń do mojej skroni. - Powiedz mi – nalegam. - Nie potrafię – nacisk na moją skroń wzmaga się, cofam głowę myśląc, że wiem, co za chwilę powie. Że nie potrafi być ze mną. I że to koniec. Opieram dłoń na jego piersi, czuję ciepło ciała, bicie serca. Moje własne serce zamiera w biernym oczekiwaniu. Na ostateczny cios. - Nie potrafię. Okazywać. Uczuć – wyrzuca z siebie Mężczyzna Mojego Życia. - Och – wyrywa mi się. Ten dźwięk przypomina odgłos wydany przez niedoszłego topielca, który właśnie złapał zbawienny łyk powietrza. Przez chwilę kręci mi się w głowie, nie jestem w stanie wykrztusić ani jednego sensownego słowa. Odzyskuję głos dopiero wtedy, gdy odsuwa się odrobinę patrząc na mnie z niepokojem. Dotykam jego policzka. Tym razem naprawdę. Nie mogę zobaczyć wyrazu swojej twarzy, ale doskonale wiem jak wygląda, kiedy mówię: - Potrafisz. Właśnie to zrobiłeś.

Środa

- Długo jeszcze? – pytam niecierpliwie. - Pięć minut – odpowiada bez zastanowienia. Wzdycham, gdyż dziesięć minut wcześniej słyszałam to samo. Z rezygnacją patrzę na jego ręce, podnoszę wzrok na twarz. Widzę na niej jakąś pierwotną zaciętość, pasję i zaangażowanie. Praca. Praca. Praca. Praca. Rezygnuję. Idę sama na górę, rzucam się na łóżko mając ochotę zawyć z bezsilnej złości. Znowu przegrałam z jakimś arcyważnym kontraktem. Robię głęboki wdech starając sobie przetłumaczyć, że to nic wielkiego. W końcu złość przechodzi, pozostaje rozgoryczenie. Kolejny wieczór spędzimy w domu. Niby razem, a jednak osobno. On zapatrzony w dokument na ekranie, ja przyglądając się jak pracuje. Mijają minuty. Zmieniam pozycje. Rozpuszczam włosy, starannie ułożona fryzura zamienia się w gmatwaninę splątanych pasm. Wplatam w nie palce, powiększając chaos. Później, dużo później spędzę mnóstwo czasu próbując doprowadzić się do porządku. Ale w tym momencie mam to gdzieś. Przyciskam twarz do poduszki. Zamykam oczy i przyłapuję się na tym, że nasłuchuję. Że czekam. Aż mnie zawoła, albo tu przyjdzie. Nieprędko, ale zrobi to. Wiem, o tym. A wtedy ja… Przysypiam. Tracę poczucie czasu. Kiedy się budzę na dworze jest już ciemno. Odwracam się i widzę go, siedzi po drugiej stronie łóżka z głową pochyloną nad jakimiś papierami. Spogląda na mnie, uśmiecha się i mówi z dumą: - Skończyłem. Przez moment nie mam bladego pojęcia, o co mu chodzi. Chyba zdaje sobie z tego sprawę, gdyż jego uśmiech poszerza się, unosi w górę kilkanaście zadrukowanych kartek i wyjaśnia: - Kontrakt. - Która godzina? – pytam półprzytomnie, zerka na zegarek. - Wpół do pierwszej – odpowiada, a potem robi zakłopotaną minę. – Przepraszam, straciłem poczucie czasu. Kiwam głową. Nie jestem zła. Już nie. - Wynagrodzę ci to – słyszę i jestem pewna, że faktycznie będzie próbował. Jutro dostanę kwiaty, może nawet coś jeszcze, a w sobotę… Przysuwa się do mnie, jego kolano dotyka mojego uda. Wolna ręka wznosi się ku górze, chwytam ją w locie, zanim zdąży dotknąć ust. Ma denerwujący nawyk obgryzania skórek przy paznokciach. Zwłaszcza w momencie, gdy czuje się niekomfortowo. Nie chcę, żeby się tak czuł, więc powtarzam swoją codzienną mantrę: - Nic się nie stało. Nasze palce splatają się, ściska moją dłoń. - To dla mnie bardzo ważne, wiesz – zaczyna zupełnie niepotrzebnie, bo wiem. Wiem, co jest dla niego ważne. - Rozumiem, nie musisz mi wyjaśniać – odpowiadam unosząc się na łokciu. Mam nadzieję, że odłoży papiery na bok, pocałuje mnie, ale niestety nie. Ma ochotę na rozmowę. Przez bite dwadzieścia minut słucham tego, co ma do powiedzenia. Kiedy opowiada mi o wadze ostatniego zlecenia jego czy zaczynają lśnić niczym gwiazdy. Jest beznadziejnie zadurzony w swojej pracy. A ona chyba odwzajemnia to uczucie, gdyż podstępnie wciska się do naszej sypialni, włazi do łóżka, uwala między nami. I śmieje mi się w twarz. Ta niematerialna rywalka, której nie mogę nawet dać w zęby. Kiedy słowotok ustaje i pada kolejne „przepraszam, pewnie cię zanudziłem”, uśmiecham się pobłażliwie. - Ależ skąd – zaprzeczam. – Ty nigdy mnie nie nudzisz, a już na pewno nie wtedy, gdy mówisz o swojej pasji. Moje słowa wywierają na nim piorunujące wrażenie. To jeden z nielicznych momentów, w których wyraźnie widzę, że nie wie co powiedzieć. Korzystam z okazji i całuję go w pół rozchylone usta, przygryzając dolną wargę. Krótko, delikatnie, nic wielkiego. - Późno już – zauważam. – Pewnie jesteś zmęczony. - Co? – pyta jak ostatni kołek wlepiając we mnie oczy. Dostrzegam w nich coś miękkiego. Coś, co sprawia, że myślę: „jest dobrze, jest dobrze, jest…”. - Zmęczony – powtarzam, a właściwie szepczę pocierając czubkiem nosa jego policzek. - Tak, właściwie to tak – mruczy przymykając powieki. Powoli odchyla głowę do tyłu, odsłaniając szyję. Zawsze, kiedy tak robi mam ochotę go ugryźć. Porządnie. Tak, żeby zabolało. Pewnego dnia zrobię to. Ale nie dzisiejszej nocy. Dziś będę tylko wdychać jego zapach, przesuwając wargi ku górze. Dopóki nie poczuję, że… - Skarbie – odzywa się niespodziewanie, a ja nieruchomieję. Cofa głowę, dotyka mojej twarzy i mówi śmiertelnie poważnym tonem: - Ja naprawdę jestem zmęczony. Orzesz ty - mam ochotę zawołać, ale jedynie zaciskam szczęki. Widzi to i szybko odwraca spojrzenie. - Wiesz, że nie lubię robić niczego na pół gwizdka – mówi niechętnie. – Ale jeśli zaraz się nie położę, to jutro… Wstaję gwałtownie. Zgarniam kołdrę, poduszkę i zdecydowanym krokiem wychodzę z sypialni. Mam zamiar spać na dole, mam też zamiar milczeć przez następne kilka godzin. Oczywiście zrywa się i idzie za mną. - Nie wygłupiaj się – próbuje załagodzić sytuację. – Przecież mnie znasz. Poza tym mówiłaś, że rozumiesz. Odwracam się ku nie mu i syczę wściekle: - Znam. Rozumiem. Ale jeśli natychmiast nie dasz mi spokoju, to powiem coś, czego obydwoje będziemy żałować. Uwielbiam cię, ale teraz… po prostu odpuść sobie i idź spać. Obejmuje mnie, nie wyrywam się, tylko nerwowo przebieram nogami. Dużo mnie to kosztuje. Zachowanie względnego spokoju. Stłumienie chęci wrzeszczenia, wierzgania i okładania go pięściami. - Jesteś niesamowita, skarbie – słyszę. – Gdzie byłaś przez te wszystkie lata? - Lepiej, żebyś nie wiedział – prycham zajadle. – Nie wystarczy ci wiedza, gdzie byłam cztery miesiące wcześniej, zanim się zeszliśmy? Obejmujące mnie ramiona opadają, robi krok do tyłu. Na jego twarzy maluje się przykrość. I uraza. - To było zupełnie niepotrzebne – rzuca oschle. – Ale w porządku. Nawaliłem, należało mi się. Wycofuje się, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. Przez następne dwie godziny bezskutecznie próbuję zasnąć na kanapie. A potem, z rezygnacją, wracam do sypialni i kładę się obok Mężczyzny Swojego Życia. Oddycham z ulgą, kiedy po kilku minutach czuję dotyk jego ramienia. I natychmiast zapadam w sen.

Czwartek

Wczesne popołudnie. Siedzimy razem w firmowej lunchowni. Mam wrażenie, że wszyscy się na nas gapią, mówię mu to. - Być może – przyznaje beztrosko. – Nienawidzą mnie. - Przesadzasz – uśmiecham się strzelając oczami na prawo i lewo. - Może trochę. Ale niewiele – stwierdza. – Tylko ja tutaj naprawdę pracuję, więc cała reszta nie darzy mnie zbytnią sympatią. W to akurat jestem skłonna uwierzyć. - Poza tym – kontynuuje uśmiechając się do mnie szelmowsko znad talerza. – Jesteś pierwszą kobietą spoza branży, z którą jem tu lunch. Nie jestem pewna, czy mam się czuć zaszczycona tym wyróżnieniem, czy też wręcz przeciwnie. - Szczerze mówiąc wolałabym chyba pójść gdzie indziej – mówię w końcu. – To okropne miejsce. - Zgadzam się – przytakuje. – Jest okropne pod każdym względem. Wystroju, towarzystwa, kuchni. Ale ma jedną zaletę. W ciągu pięciu minut mogę stąd wrócić do biura. Jeśli zajdzie taka potrzeba. - Wciąż nie rozumiem, czemu mnie tu… zaprosiłeś – unoszę brwi. – Chyba nie po to, żeby się mną pochwalić w szerszym gronie. A może chciałeś ocieplić swój wizerunek? No wiesz, zimny, bezwzględny negocjator spożywa posiłek w towarzystwie swojej jakże zwyczajnej dziewczyny… Śmieje się głośno. Kilka osób patrzy na nas z wyraźnym zainteresowaniem. - Dobre, bardzo dobre – kwituje. – Ale żadne ocieplenie wizerunku nie jest mi do niczego potrzebne. Chciałem ci wynagrodzić wczorajszy wieczór, więc pomyślałem sobie, że moglibyśmy razem coś zjeść, a potem mógłbym cię komuś przedstawić. - Komu? – niepokoję się. Nie lubię niespodzianek, a on funduje mi je bez przerwy. Większość z nich jest miła, choć zupełnie nietrafiona. Obawiałam się, że tym razem również tak będzie. - Twój ulubiony skrzypek będzie dziś podpisywał pewne zobowiązanie – wyjaśnia. – Pomyślałem sobie, że pewnie chciałabyś go poznać, zamienić kilka słów czy coś w tym stylu – mówiąc te słowa uśmiecha się z autentycznym zadowoleniem. Chyba sądzi, że się ucieszę, tymczasem ja… Niemalże krztusząc się ostatnim kęsem, który miałam na widelcu, pytam: - Kogo masz na myśli? Wybałusza na mnie oczy. - No jak to kogo? - dziwi się. – Matsumoto oczywiście. Masz jeszcze jakiś ulubionych skrzypków oprócz niego? - Tak, to znaczy nie – odpowiadam szybko zasłaniając usta serwetką, przełykam gwałtownie ślinę. – Fajnie, że o tym pomyślałeś, dzięki. Ale to raczej niedobry pomysł. Unosi brwi, odchyla się na krześle. Widzę, że po raz kolejny go zadziwiłam. - Tak? A niby czemu? – chce wiedzieć. - No, bo… no bo – zaczynam się jąkać, czując jego podejrzliwe spojrzenie. – Bo to nie wypada – wypalam z desperacją. – Nie wypada zawracać komuś głowy głupotami. - Co ty wygadujesz? Jakie zawracanie głowy? To żaden kłopot – wzrusza ramionami Mężczyzna Mojego Życia. Najwyraźniej nie rozumie, więc wyrażam się jaśniej: - Może nie dla ciebie. Ale ten… facet może nie mieć najmniejszej ochoty na spotkania z fanami, zwłaszcza tutaj. - Ach, o to chodzi – uśmiecha się z pobłażaniem. – Tym się w ogóle nie przejmuj, będzie mu bardzo miło. A nawet jeśli nie, z pewnością zachowa się jak profesjonalista. Tutaj nie jest żadną gwiazdą, tylko towarem handlowym – prycha pogardliwie. - Artyści – dodaje po chwili. – Wszyscy są tacy sami. Udają nadludzi, a w rzeczywistości są jedynie… - urywa widząc moją minę, po czym dorzuca spokojniej: - Wybacz, ale taka jest prawda. Im szybciej się z nią oswoisz, tym lepiej. Postanawiam zignorować powyższe stwierdzenie. - Tak, czy owak, to niedobry pomysł – mówię z całkowitym przekonaniem. – Będę się czuła niekomfortowo. Idiotycznie. Poza tym jestem nieodpowiednio ubrana. Zerka na mnie z rozbawieniem. - A jak chciałabyś być ubrana,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych