Przed siebie - część 3
Wstajesz rano i zastanawiasz się, co ja mam dalej zrobić ze swoim życiem? Podobnie ma bohater tej historii. Wiedziony impulsem nagle rusza przed siebie, dzięki czemu trafia w parę codzienno-niecodziennych miejsc oraz spotyka na swojej drodze kilka ci
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
6
Obudził go dzwonek do drzwi. Bardzo natrętny dzwonek, gdyż przy pierwszych jego sygnałach Bosman postanowił nie reagować zakładając, że pewnie zaraz umilknie. Dzwonek jednak nie milkł. W końcu wstał z łóżka i powoli powlókł się do drzwi. Była już pełnia dnia. Przechodząc koło pokoju w którym wczoraj zniknął Przyjaciel zauważył, że nikogo w nim nie ma. W końcu stanął przy drzwiach i powoli je otworzył. - Dzień dobry! – powitał go rześki, aczkolwiek nieco skrzeczący głos. – Czy ma pan wszystko czego panu potrzeba? – zapytał młody, chudy człowiek w garniturze stojący przed Bosmanem. W ręku miał grubą, czarną teczkę, a na nosie okulary i sztucznie się uśmiechał. Bosman już zbierał myśli, aby cokolwiek mu odpowiedzieć, gdy młody człowiek zaczął mówić dalej z pełną werwą. – Widzę, że się pan zastanawia. Otóż każdy z nas zastanawia się nad tym czasami. Całe szczęście, że się u pana zjawiłem, gdyż mam coś, dzięki czemu nie będą pana gnębić podobne pytania. – I kończąc zdanie usiłował niejako wprosić się do środka. Bosman oprzytomniał już jednak na tyle, że dostęp do pomieszczeń mieszkalnych swego przyjaciela zagrodził mu nogą. Co więcej oprzytomniał już nawet na tyle, że zdobył się na szybkie, konkretne pytanie. - Co pan sprzedaje? Młody człowiek był nieco zaskoczony i zdeprymowany, że nie wszystko przebiegło po jego myśli, jednak szybko pozbierał się i ponownie przypuścił atak. - Coś co jest panu niezbędne. Wiem, wiem, może pan powiedzieć, że obywał się pan bez tego do tej pory, ale nawet pan nie wie jak bardzo umili to panu życie... - „Wódka, a może marysia?” – pomyślał wesoło Bosman, który obudził się już całkowicie o czym wkrótce miał się przekonać pewien młody człowiek, sterczący pod drzwiami z numerem jeden. Na razie młodzian kontynuował, zachwalające niezbędność swego produktu wywody, nie zdradzając jednak co tak naprawdę ma do sprzedania. -...wspaniałe materiały o unikalnej kolorystyce, i co najważniejsze z wykorzystaniem kosmicznych technologii...” - „A może on jest z agencji kosmicznej i chce mi sprzedać kalesony astronauty?” – myślał coraz bardziej rozbawiony Bosman. Nigdy bowiem nie traktował takich ludzi poważnie, a jeśli w ogóle ich słuchał to dlatego, że dostarczali mu specyficznego rodzaju rozrywki. Tymczasem młody ciągnął dalej. - ...za taką cenę może pan to dostać tylko w naszej firmie. – W tym momencie gwałtownym gestem rozchylił marynarkę i oczom Bosmana ukazała się elegancka, biała koszula, na której znajdowało się przyklejone logo z napisem „Dodupex” – I to w specjalnej promocji, na którą składają się wyłącznie markowe wyroby o unikalnej... - Jest pan szczęśliwy w życiu? – przerwał mu nagle i stanowczo Bosman, którego ów występ zaczynał już powoli nudzić i postanowił przejąć inicjatywę. - Jaaa? – Młody człowiek wyraźnie nie był przygotowany na pytanie z takiego zakresu i wprawiło go to w spore zakłopotanie. Jednak nie był by sobą, to znaczy młodym człowiekiem, a może nawet handlowcem, gdyby dość szybko się nie pozbierał i oznajmił. – Szczęście w życiu zapewniają produkty naszej firmy! – Po czym triumfalnie, jeszcze szerzej rozchylił marynarkę eksponując „wspaniałe” logo. - Zła odpowiedź – szybko zgasił go Bosman i nie dając tym razem szansy młodemu człowiekowi na pozbieranie myśli, dodał. – Czy ta praca daje panu satysfakcję? Czy wracając do domu wie pan, że zrobił dziś coś naprawdę dobrego? - Na.. nasze pro.. produkty są ba.. bardzo do.. – Młody człowiek tracił grunt pod nogami, a gdy jeszcze zaczął się jąkać, próbując w jakiś sposób wybrnąć z tej sytuacji, to Bosmanowi zrobiło się nagle żal tego gościa i machnięciem ręki zaprosił go do środka. Po chwili siedzieli naprzeciw siebie przy stole w dużym pokoju. Młody człowiek nic już teraz nie mówił i siedział cichutko, nieco skulony, jakby czekał na wyrok. Sam nie wiedział po co tu wchodzi, bo nadzieję na zdobycie klienta stracił zupełnie. Jednak Bosmański gest był tak stanowczy, że nie śmiał się sprzeciwić. Poza tym w firmie uczyli go, aby nie sprzeczać się z potencjalnymi nabywcami ich produktów. Bosman jedną rękę położył zamaszyście na stół, jakby odgradzając się od młodego człowieka, a drugą oparł na kolanie. Wyglądał teraz trochę jak wojownik, z tym że siedział w samych slipach i koszulce, gdyż nie zdążył się do tej pory ubrać. - Co się pan tak boi? – zapytał po chwili. – Zadałem panu proste pytanie. Pańska firma guzik mnie obchodzi. Ja się pana pytam, czy prywatnie jest pan zadowolony wiedząc, że wciska pan ludziom kit i to jak przypuszczam kit za niemałe pieniądze? – skończył Bosman, po czym nastała dłuższa cisza. Młody, mocno w tej chwili zmieszany człowiek, najchętniej by już wyszedł, ale Bosman patrzył się wprost na niego, a jego wzrok w jakiś dziwny sposób nie pozwalał rozmówcy wstać od stołu. - J... jaa, po prostu taka mam pracę – odparł w końcu jakby nieco się wstydząc. - I żadna praca nie hańbi, tak? – Bosman był nieustępliwy, zwłaszcza, że wyczuł iż ma przeciwnika w garści. – Wie pan co? – Młody człowiek oczywiście nie wiedział i chyba nawet nie chciał wiedzieć. – Ja rozumiem, że ktoś może pracować jako kanar i że praca taka nie jest przez ludzi ceniona, ale jest ona tak naprawdę niezbędna, bo nie jesteśmy jeszcze tacy uczciwi, by jeździć bez biletu jeśli nikt nas nie będzie kontrolował. Ale pan nabiera stare babcie oraz naiwniaków, czy też głupków którym i tak nie jest w życiu lekko, bo powiedzmy sobie szczerze, na sprzedaż takiego badziewia nie nabiera się nikt mądry, a tym bardziej zamożny. Oto co sądzę na temat takiej pracy. I co pan na to? – kończąc tę wypowiedź, Bosman grzmiał już taką stanowczością jak dowódca w armii, nie ma się więc co dziwić (bo zapewne niewielu z nas zachowałoby się inaczej na jego miejscu), że nasz młody człowiek nawet nie pomyślał o tym, żeby wyjść tylko poczuł się jak w szkole podstawowej na lekcji matematyki, które to lekcje wspominał z lekkim strachem. - A co ja mam zrobić? – powiedział z wielkim żalem w głosie. – Po zawodówce ciężko dostać pracę. Nikt nie chce przyjmować takiego jak ja, nawet do głupiego sklepu na podwórku. Pracowałem wcześniej na budowie, ale jakoś nie potrafiłem tam zagrzać miejsca. – Młody człowiek prawie już ryczał, a ręce latały mu ze zdenerwowania we wszystkich kierunkach. – A przecież żyć z czegoś trzeba! – ryknął z wyrzutem. - I co zawsze chciałeś być domokrążcą, co? – Bosmanowi było już bardzo żal tego młodzieńca, od którego w końcu nie wiele był starszy, więc nie miał w zasadzie prawa zbytnio się wymądrzać, ale chciał się jeszcze czegoś o nim dowiedzieć, a bał się że gdy złagodnieje to młody człowiek zdobędzie się na odwagę i wyjdzie, nadal więc pozostawał twardy i nieprzejednany w swej postawie. - Nn.. niee, kiedyś chciałem robić meble. – Powiedział młody człowiek z lekką ulgą, jakby cofnął się w czasie do momentu kiedy o tym właśnie marzył. – Jj.. ja całkiem dobrze sobie radzę z taką robotą. Www domu to naprawiałem ww... wszystko, wszystko potrafiłem zrobić. Mamie to nn.. nawet szafki do kuchni zrobiłem. – Rzekł z nieukrywaną dumą i powoli dochodząc do siebie. - I co biedaku? – Bosman już wyraźnie zmiękł. - Nie próbowałeś się załapać w jakiejś fabryce mebli? - A pewnie, że próbowałem, ale teraz to do wszystkich okolicznych fabryk biorą tylko ludzi z doświadczeniem. Tutaj w Molochu tylko luksusowe mebelki się robi. Żeby pracować w takiej najzwyklejszej to musiałbym się przenieść gdzieś indziej, a za co mam to zrobić? – westchnął smutno, po czym dodał jeszcze jakby zgadując myśli Bosmana. – Myślałem też co by samemu robić takie meble, ale dziś własną firmę ciężko utrzymać. Zwłaszcza jak się nie ma ani pieniędzy ani gwarancji, że klient się znajdzie. Więc załapałem się w takiej robocie jaka się nawinęła – zakończył ze smutkiem. - Jak z ciebie taka złota rączka to na konserwatora byś się nadał jak nic. – Bosman starał się go trochę podnieść na duchu. – Pewnie w wielu firmach, czy choćby urzędach potrzebują kogoś takiego. Może to nie robienie mebli, ale przynajmniej uczciwa robota. - I co mam tak latać od miejsca do miejsca i pytać się, czy by mnie nie przyjęli? Ciekawe czy pan by tak latał? - A co miałbym zrobić? W końcu ktoś cię zatrudni, tylko trzeba o to trochę powalczyć. - Bosman kłamał. W życiu jeszcze nigdzie nie latał i raczej nie zamierzał, bo nie sądził, aby tak mógł coś załatwić. Chciał jednak jakoś pocieszyć chłopaka i dać mu nadzieję, a poza tym to że on sam nic by lataniem nie załatwił, to nie oznaczało, że ktoś inny nie mógł tego dokonać. Bosman nieco wątpił w swe umiejętności w tym zakresie, co nie przeszkadzało mu pouczać innych. – Nie ma się co martwić – ciągnął Bosman, choć wiedział, że to gówno prawda. – Najgorzej to zacząć. Tak przy okazji to masz jakąś wizytówkę? Może mój przyjaciel będzie chciał odnowić sobie szafki w kuchni, bo obecne mocno się już zużyły. A może jakiś jego kolega będzie miał meble do renowacji. Po swoich znajomych też byś popytał – dokończył Bosman i poklepał wstającego od stołu i grzebiącego w kieszeni marynarki młodego człowieka. Myślał jednak przy tym. – „Jestem mistrzem w udzielaniu rad z których sam pewnie nigdy bym nie skorzystał. Ale może ten łepek skorzysta?” – Po czym odprowadził go do drzwi. - Oto moja wizytówka – powiedział młody człowiek, wręczając ją Bosmanowi. Bosman spojrzał na nią uważniej. Było tam napisane między innymi: „Dodupex – jesteśmy najlepsi wśród najlepszych i w ogóle”, a dalej „Młody Człowiek – sales manager” oraz adres młodego, czy raczej, Młodego Człowieka. - Innej nie mam – powiedział Młody Człowiek. – Do widzenia – dodał odchodząc. Widać nie miał już ochoty nic sprzedawać, a przynajmniej nie w tym bloku. - „Idź i nie grzesz więcej” – pomyślał Bosman, ale zaraz po tym poczuł się niezmiernie głupio. Szybko podszedł do okna w kuchni. Młody właśnie wychodził z klatki i ze spuszczoną głową oraz dyndającą walizką opuszczał osiedle. - Albo go uratowałem, albo pogrążyłem – powiedział do siebie Bosman takim, głosem jakby mu ktoś przywiązał kamień do szyi. Po czym dodał. – O tym czy to ja mam rację, czy też jestem tylko Don Kichotem przekonam się już za jakieś 50 lat. - Myśl o tym człowieku męczyła go jednak jeszcze jakiś czas. – „Ale się wygłupiłem. Bo kim ja niby jestem, aby tak gadać z ludźmi? Sam nawet nie wiem co ja tu robię, a rad udzielam jakbym był jakimś guru. A jeśli temu gówniarzowi się nie uda? Jeśli żuci wszystko, zacznie robić to co lubi i nic z tego nie wyjdzie? Przecież będzie to wtedy moja wina, bo kto mu takich pierdół naopowiadał?” – myśląc tak Bosman łaził po całym pokoju, nie mogąc spokojnie ustać w miejscu. W końcu pokój już mu nie wystarczył i zaczął łazić po całym mieszkaniu. Był tak pogrążony w rozmyślaniach, że koło szafki na buty stojącej w przedpokoju przeszedł dobre kilkanaście razy, zanim zauważył na niej sporych rozmiarów kartkę z olbrzymim napisem „Do Bosmana”. Przystanął, podniósł ją i przeczytał. Treść brzmiała: „Jak ci wcześniej wspominałem, musiałem rano wyjść. Będę koło osiemnastej. W lodówce jest niewiele, ale jak coś znajdziesz to śmiało bierz. Dziś wieczorem idę na imprezę, chcesz iść ze mną to bądź w domu o dwudziestej. Zapasowe klucze są na lodówce. Przyjaciel”. Bosman spojrzał na zegarek. Dochodziła czternasta. Nie był głodny do póki list mu nie przypomniał o lodówce. Rzeczywiście nic w niej jednak nie było. Gorzej, że nic nie było także w portfelu Bosmana. - „Trzeba się będzie przejść do banku” – pomyślał, a jak pomyślał tak zrobił. Zanim jednak znalazł się na zewnątrz wysłał jeszcze smsa do domu, że wszystko ok i że siedzi już w Molochu u Przyjaciela, po czym zamknął mieszkanie i wyszedł. Z rana Moloch nie wyglądał tak źle. Gdzie niegdzie były nawet drzewa. Tylko słońce, które nadal nie mogło przebić się przez chmury, oświetlało to miejsce dziwnym, wyblakłym światłem.
7
Bosman nie bardzo wiedział co jest gdzie, gdyż znał Moloch tylko pobieżnie, miał jednak mnóstwo czasu, więc postanowił przejść się w dowolnie wybranym przez siebie kierunku i odnaleźć jakiś bank. W najgorszym przypadku, po pół godzinie bezskutecznych poszukiwań, po prostu zapyta kogoś o drogę. Rozejrzał się dookoła. Wszędzie były bloki i ulice. No prawie wszędzie, bo oto w odległości kilkuset metrów coś się zieleniło. Nie znajdując lepszej alternatywy postanowił udać się właśnie w tym kierunku. Nie było to jednak takie proste. Idąc ulicą musiał ciągle uważać na tłum który czasami porywał go niczym ogromna fala. Ciężko szło mu poruszanie się w takim ścisku, zwłaszcza że starał się nikogo nie potrącić. Było to jednak praktycznie niemożliwe i kilka razy przyszło mu zderzyć się z innym człowiekiem. Ku zdumieniu naszego bohatera, ludzie wcale na to nie reagowali, jakby była to rzecz najzupełniej normalna. I rzeczywiście tak faktycznie to odbierali. Całe to zafalowanie osiągnęło apogeum w momencie kiedy Bosman przechodził koło przystanku autobusowego, przy którym zatrzymały się jednocześnie dwa autobusy. Pierwsza fala wypadała z autobusów i zniosła Bosmana na pobliski trawnik. Druga pojawiła się z przeciwnego kierunku i sprawiła, że Bosman mimo woli, o mało nie pojechał autobusem linii numer 113 w bliżej nieznanym sobie kierunku. W ostatniej chwili desperacko zdążył chwycić się przystanku i to go uratowało. - „Rzuca gorzej niż przy ósemce” – pomyślał nieco zirytowany, po czym kontynuował wędrówkę. Kolejną przeszkodą okazała się ulica. Samochody pędziły po niej jak potok w stromym, górskim korycie. Była tu jednak sygnalizacja świetlna, która zapaliwszy zielone światło dla pieszych, dawała szansę na szczęśliwe dotarcie na drugi koniec ulicy. Ta sztuka udała się Bosmanowi dość dobrze, chociaż kilka razy słyszał za plecami klakson i jakieś mało poetyckie wypowiedzi. Zanim jednak dostał się do terenów zielonych, musiał jeszcze ponownie powalczyć z napierającym tłumem, ale w końcu osiągnął zamierzony cel. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że przejście takiego kawałka drogi może pochłonąć tyle czasu i energii. Teraz stał przed wejściem do parku. Drzewa wzdłuż zadbanej alei wyglądały niemal jak wrota do innego świata wśród tego całego betonu. Nie zastanawiając się długo ruszył dalej. Park o tej porze był raczej pusty. Ot gdzieniegdzie siedziała para staruszków lub jeździły na rolkach dzieciaki, które zdążyły już wrócić ze szkoły. Wszystko było tu ładnie zaprojektowane i urządzone. Nawet pogoda zadawała się być tutaj nieco lepsza. - „A wiec nawet tutaj są naprawdę ładne miejsca” – pomyślał Bosman i jakby na potwierdzenie tej myśli przebiegła koło niego wiewiórka, zatrzymując się po drugiej stronie zadbanej alejki. Bosman popatrzył na nią i uśmiechnął się. – „Śmieszna taka wiewiórka. Zupełnie sympatyczna.” Stał tak chwilę i przyglądał się jej, a ona jemu wyraźnie licząc na poczęstunek. Musiała się jednak zawieść, bo jak wiemy Bosman sam był głodny jak wilk. Nagle wiewiórka spojrzała jakby za niego, wystraszyła się i uciekła. Bosman odruchowo także spojrzał się w tamtym kierunku i zobaczył coś jakby rozmazany cień, kryjący się za drzewem. Szybko przetarł oczy, potrząsnął głową i spojrzał w to miejsce ponownie. Tym razem jednak niczego nadzwyczajnego nie dostrzegł. – „Jeszcze chyba tak nie zwariowałem, aby widzieć mary których sam nie stworzyłem?” – spytał sam siebie, po czym dodał z niepokojem. – „A może jednak?” Po chwili ociągając się i ciągle zerkając w tamto miejsce ruszył dalej. Teraz jednak nie zwracał już takiej uwagi na park, mimo iż jego widok z pewnością go uspokajał. Spojrzał na zegarek i przyśpieszył kroku. Jego pół godziny samodzielnego szukania skończyło się 5 minut temu. Zaczął rozglądać się za wyjściem z parku. Spostrzegł je niebawem, po czym udał się w jego kierunku. Po chwili znowu był na zatłoczonej ulicy. Miał trochę szczęścia, bo niedaleko znajdował się Duży Bank. Forsując tłum przechodniów z niemałym wysiłkiem, stanął w końcu przed drzwiami owego banku. Był to wspaniały budynek, zaprojektowany według najlepszych współczesnych wielkomiejskich gustów, ze wspaniałymi materiałami wykończeniowymi i cudownie automatycznymi drzwiami wejściowymi. W cudownym budynku, cudownie zaprojektowana tablica informacyjna, wskazywała Bosmanowi cudowną drogę do cudownego działu obsługi klienta indywidualnego, który nie jest najcudowniejszym podmiotem gospodarczym, ale zwykłą cudowną osobą prywatną. Nasz bohater wszedł do cudownie ogromnej sali, gdzie cudowne panie obsługiwały cudownych ludzi, czekających w mniej cudownych kolejkach. Bosman zajął miejsce w jednej z tych kolejek, a czekając zaczął żywo rozglądać się po tak cudownym miejscu. Dookoła wisiały cudowne napisy, cudownie głoszące dozgonne i bezgraniczne oddanie tej cudownej instytucji swym cudownym klientom. Ba, słowo klient, choćby i cudowny, było zbyt płytkie, aby oddać pełnię zwrotów jakimi ów cudowny bank zapewniał, że zależy mu na dobru każdej osoby która tu zawita. Najlepszym określeniem było by co najmniej przyjaciel, a może nawet cudowny najlepszy przyjaciel. Tak, tutaj wszyscy byli dla siebie przyjaciółmi. Uśmiechnięta pani, przyjmowała od uśmiechniętych ludzi, uśmiechnięte pieniążki, które jej kolega z działu inwestycji lokował z uśmiechem w najweselszy możliwy sposób. W końcu przyszła kolej Bosmana na podejście do okienka. - Czym mogę służyć? – spytała cudownie uśmiechnięta pani w okienku. - A chciałbym wypłacić pieniążki – oznajmił Bosman i uśmiechnął się prawie równie cudownie, mimo iż nie miał jeszcze wprawy w tego typu uśmiechach. Powiedzmy sobie szczerze: w porównaniu z tą pnia był zwykłym amatorem. - Poproszę pański dowód. – Pani w okienku wciąż cudownie się uśmiechała. - Proszę bardzo – odparł uśmiechnięty Bosman i podał uśmiechniętej pani dowód, która od razu zaczęła sprawdzać coś w komputerze. Widać jednak nie wszystko szło dobrze, gdyż uśmiechnięta pani zaczęła uważniej przyglądać się dowodowi i z coraz większą determinacją wklepywała coś w komputer. W końcu zapytała z odrobiną irytacji w głosie. - A pan u nas zakładał konto? - No tak – odparł Bosman, uśmiechając się już mniej. – W Dużym Banku. - Ale czy w naszym oddziale? - Nie. Zakładałem konto w Nadjeziorzu. - Ah, w Nadjeziorzu – westchnęła pani przez moment nie uśmiechając się. W jej spojrzeniu pojawiło się natomiast coś co można by określić, gdybyśmy oczywiście nie byli w tak cudownym miejscu, jako wyniosłość. – To ja muszę coś sprawdzić – dodała i podeszła do uśmiechniętej koleżanki, która siedziała nieco w głębi. Dość długo tam razem dyskutowały, spoglądając to na dowód, to na komputer, to znów na Bosmana. Nie były to jednak spojrzenia zbyt miłe, mimo iż uśmiech nie znikał z ich twarzy, a od czasu do czasu ochoczo potakiwały główkami. Gdyby nie to, że było to niemożliwe w miejscu takim jak to, to Bosman dałby głowę, że wśród zdań które padały z ich ust, wychwycił kilka typu: - Mam tu takiego z Nadjeziorza . - Który to? - Tamten. Albo: - I co? - Nic. Szukam i szukam. - Że też tacy przychodzą akurat do nas. Czy też: - Ile ma? - Dwieście. - No patrz, tyle roboty przez głupie dwie stówy. Dla Bosmana te dwie stówy takie głupie jednak nie były, bo stanowiły one wszystko co aktualnie posiadał. Po kilkunastu minutach pani z okienka wróciła na wcześniejsze miejsce pracy i oddając Bosmanowi dowód, oznajmiła jaka kwota jest na koncie oraz zapytała ile szanowny klient zamierza podjąć. Oczywiście nie zapominała o uśmiechu. - Wezmę wszystko – po krótkim zastanowieniu się odparł Bosman. Po chwili dostał gotówkę do ręki i papierek potwierdzający wypłatę do podpisu. - Dziękuję i życzę miłego dnia – powiedziała na koniec uśmiechnięta pani. - I nawzajem – odparł Bosman, stwierdziwszy nie wiedzieć czemu, że będzie to odpowiedź najwłaściwsza. A po wyjściu z banku mruknął jeszcze do siebie. – Bardzo miłe te grzeczności, ale mocno wykańczające. Postał jeszcze chwilę przed bankiem, zastanawiając się w którym kierunku musi się udać, aby trafić z powrotem do domu Przyjaciela. Po namyśle stwierdził, że urozmaici sobie nieco dzień i nie będzie wracał tą samą drogą. Orientował się w kierunku na tyle, że wiedział iż alternatywne przejście powinno znajdować się jakoś za budynkiem w którym znajdował się bank. Postanowił go więc obejść. Od zaplecza Duży Bank nie wyglądał już tak cudownie. Nie było marmurów, ani jakichś szczególnych rozwiązań architektonicznych, a miejscami nawet odpadał tynk. - „Prawdziwe oblicze” – pomyślał Bosman uśmiechając się pod wąsem. Za bankiem faktycznie znajdowała się droga, która zdawała prowadzić się przez ten sam park, którym tutaj dotarł, aczkolwiek inną jego część. Ten jego odcinek nie był już taki piękny. Widać było rozkopane doły, nie przystrzyżone krzewy i usychające drzewa. Nie szło się także po ładniutkim chodniku, ale błotnistej ścieżce. – „Widać tutaj nie zdążyli jeszcze urządzić terenu” – myślał sobie Bosman rozglądając się w około z jeszcze większym zaciekawieniem niż to miało miejsce w zadbanej części parku. Potem przeszedł jeszcze koło jakiegoś człowieka śpiącego na starej, częściowo połamanej ławce. – „Ooo i towarzystwo inne.” Wychodzących z parku żegnał wielki dół, w którym zapewne kiedyś znajdowały się jakieś rury. – „To miasto trzyma się na tapecie. Jeszcze tylko brakuje, aby to wszystko było na wielkiej hałdzie śmieci” – podsumował Bosman swoje rozważania na temat okolicy. Wyszedł znowu na szarą ulicę. Tym razem znajdował się z drugiej strony domu Przyjaciela, przy którym znajdował się niewielki sklepik spożywczy. Niezwłocznie udał się w to miejsce. Po wejściu do środka stwierdził, że sklepik jest dość podobny do swojego właściciela. Niski, ale za to przysadzisty, nieco zaniedbany, z dość specyficznym charakterem. Właściciel właśnie kończył obsługiwać jakąś kobietę. Właściwie to skończył ją obsługiwać już dość dawno, a obecnie tylko ucinał sobie z nią pogawędkę, niemniej nie przejął się zbytnio obecnością Bosmana i tylko łypnął na niego spod oka. Kobieta musiała być jego stałą klientką i zapewne mieszkała niedaleko, bo rozmawiali jak starzy znajomi. - ... no widzisz pani jak to teraz robią. – Właściciel sklepu był dość zmartwiony jakąś historią, którą usłyszał od kobiety. – A co tak sama się pani tacha z tymi torbami? Syn by nie pomógł? Dawno go już nie widziałem. - No przecież on się już przeniósł na swoje – odparła kobieta z uśmiechem i skrywaną dumą. - Taak? No proszę. A dawno temu? – właściciel był wyraźnie zaskoczony. - Będzie z półtorej miesiąca. Teraz to on jest... I tak sobie rozmawiali nie zwracając zbytniej uwagi na Bosmana. Ten z kolei nie śmiał im przerwać i po raz wtóry przyglądał się produktom na półkach, mimo iż od jakiegoś czasu doskonale wiedział co zamierza kupić. Minął może nie cały kwadrans, kiedy w końcu kobieta ostatecznie pożegnała się z właścicielem sklepu. Ten nie mając już nic innego do roboty podszedł do Bosmana. - Co ma…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Falcor
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…