Wróć do katalogu

Przed siebie - część 4

Wstajesz rano i zastanawiasz się, co ja mam dalej zrobić ze swoim życiem? Podobnie ma bohater tej historii. Wiedziony impulsem nagle rusza przed siebie, dzięki czemu trafia w parę codzienno-niecodziennych miejsc oraz spotyka na swojej drodze kilka ci

Falcor, opublikowano , 44 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

9

Tym razem Bosmana obudził już nie tylko dzwonek do drzwi. Obudził go dzwonek do drzwi na spółkę z głośnym dobijaniem się do nich. - Jajko, jajko – wymamrotał Bosman wyrwany nagle ze snu. Jego uwagę zwróciła stojąca na stole pusta butelka po winie. Była to butelka Dreptacza, którą miał wczoraj wyrzucić, a o której to czynności zapomniał. – Jezu jak wcześnie – stwierdził zaspany spoglądając na zegarek, po czym podreptał w stronę drzwi. Za drzwiami stał Przyjaciel i próbował dostać się do własnego mieszkania. Klucze bowiem oddał Bosmanowi, gdy ten wychodził z imprezy. Przyjaciel nie wyglądał najlepiej. Najwłaściwszym określeniem na jego obecny image było by – niezbyt świeży. - Jest coś do żarcia? – zapytał krocząc w stronę kuchni. – Z godzinę muszę być w robocie. - Idź się lepiej odśwież i zmień ciuchy. Ja coś zrobię – zaproponował Bosman. – Może być jajecznica? Dziwnie mam na nią olbrzymią ochotę – zapytał zaglądając do lodówki. Przyjaciel był już w łazience i nic nie odpowiedział. Bosman uznał więc, że jajecznica może być. Chwilę później śniadanie stało już na stole w dużym pokoju, a umyty i przebrany Przyjaciel pośpiesznie je konsumował. Teraz dopiero zauważył, że Bosman ma na lewej ręce dziwny turban z bandaży. - A co ci się stało? – spytał lekko zaniepokojony. - Spotkałem takiego jednego gangstera-małolata, jak wracałem wczoraj do domu – odparł naprędce Bosman widząc, że Przyjaciel nie ma zbytnio czasu na wysłuchanie całej historii. – Szczegółowy raport zdam ci później. Teraz powiedz mi lepiej gdzie tu jest jakaś lekarz, czy coś w tym rodzaju? - Prywatny, czy państwowy? – zapytał Przyjaciel nakładając buty. - Nie, no tak dobrze to mi się jeszcze nie powodzi, abym chodził po prywatnych klinikach. Państwowy budżetowiec mnie interesuje. Przyjaciel szybko wytłumaczył Bosmanowi jak trafić do jednego ze szpitali w którym mieściła się także specjalistyczna przychodnia. Szybko się pożegnał i wręcz wybiegł z mieszkania w kierunku pracy. Bosman spokojnie dokończył śniadanie, a że nadal był śpiący to postanowił odłożyć wizytę w szpitalu na kilka godzin i jeszcze się zdrzemnąć. Trzy godziny później wstał już sam, bez żadnych środków niepotrzebnie przyśpieszających tą czynność. Postanowił się odświeżyć, po czym zjadł drugie śniadanie. Dla świętego spokoju wysłał smsa do domu, nie wspominając w nim jednak o odniesionych ranach. Ubrał się i już zamierzał wyjść z domu, kiedy jego wzrok spoczął na pustej butelce po winie. Nie wiedząc dokładnie dlaczego, wziął ją i zapakował do znalezionego w mieszkaniu, starego, nieco podartego plecaka, po czym opuścił lokal. Na ulicy było ciągle tak samo. Tłoczno, głośno i ponuro. Dzisiaj było nawet bardziej ponuro niż wczoraj, bo nad miasto napłynęły jeszcze ciemniejsze chmury i słońce zupełnie nie radziło sobie z przebijaniem się przez nie. Bosman wolnym, ale zdecydowanym krokiem udał się na przystanek. Do zobaczenia z panem lekarzem mu się nie spieszyło, gdyż miał o nim nie najlepsze zdanie od czasów, kiedy jego rodzina będąc w potrzebie, musiała nieźle dopłacić do ponoć darmowej służby zdrowia. Z zapchanego przystanku Bosman wsiadł do zapchanego autobusu. Po kilkudziesięciu minutach jazdy z zapchanego autobusu wysiadł na zapchaną ulicę i udał się do szpitala, który był niemal naprzeciwko przystanku. Pierwszą rzeczą jaką ujrzał, gdy do niego wszedł była kolejka. Godzinę później stał już „szczęśliwy” przed okienkiem rejestracji. - Słucham? – spytała pośpiesznie pani w okienku. - Z tym to gdzie mam się udać? – w charakterystyczny dla siebie sposób zapytał Bosman, pokazując jednocześnie dłoń z której już zdążył zdjąć bandaże. Pani w okienku była dość mocno zaskoczona taką prezentacją. Szybko jednak skierowała Bosmana do odpowiedniego specjalisty. - Z tym? – odpowiedziała uśmiechając się prawie niezauważalnie. – To będzie pan musiał udać się do chirurga. Pan doktor Dusza. Na końcu korytarza w prawo. – Wskazała mu ręką kierunek podczas, gdy drugą spisywała coś z jego dowodu. Nogi pod Bosmanem ugięły się nieco na słowo chirurg. W większości filmów jakie widział chirurg stał nad pacjentem w białej sali naszpikowanej różnym cykającym i syczącym sprzętem, a pacjent leżał na stole pokrojony jak pomidor na kanapce. Często też z chirurgowych ust można było usłyszeć kwestie takie jak: - To beznadziejny przypadek. Lub: - Nic nie mogliśmy dla niego zrobić. Więc pomimo tego, że Bosman był człowiekiem na tyle mądrym żeby zdawać sobie sprawę, że jego rozcięcie nie jest tak beznadziejne, to był on jednakowoż odrobinę zaniepokojony. Po chwili odebrał dowód, podziękował i udał się we wskazanym kierunku. Przed gabinetem pana doktora znowu miał pół godziny czasu na przemyślenia. Spędził je jednak na rozmowie z pewną staruszką, która zdawała się być tutaj stałą klientką. Strasznie chwaliła doktora Duszę i opowiadała jak wielokrotnie jej pomógł. Bosman pomimo tych zapewnień nadal nie miał zaufania do państwowej służby zdrowia i zaczynał się zastanawiać, czy ta staruszka nie chwali owego pana doktora tak głośno przed wszystkimi, aby go niejako obłaskawić i zagwarantować sobie, że nie będzie to jej ostateczna wizyta. W końcu nadeszła i kolej Bosmana. Wszedł do gabinetu. Był to niewielki skromny pokoik. Można powiedzieć, taki jak zawsze. - Pańskie nazwisko? – spytał doktor, który pośpiesznie wypełniał jeszcze jakieś papiery, po wizycie poprzedniego pacjenta. - Bosman – odpowiedział Bosman. Lekarz zaczął przewracać karty przed sobą. - A tak, mamy tu pana. I co tam? Z czym przychodzimy? – powiedział tak serdecznym tonem, jakby wczoraj razem byli na rybach. - Ano z tym – i Bosman pokazał rękę. - Uuu, a gdzie się pan tak zaciął? I czemu nie przyszedł pan od razu? – spytał z lekkim niepokojem w głosie. Widząc jednak, że Bosmanowi nieco zmarniała mina, zwłaszcza po usłyszeniu tego „Uuu”, dodał szybko i z uśmiechem. – Niech się pan nie martwi. Takie rzeczy załatwiamy w pięć minut. – Były to niby standardowe słowa nieznajomego człowieka, ale Bosmana bardzo podniosło to na duchu. – Pójdzie pan ze mną teraz do pokoju zabiegowego i tam pana załatamy. – Po czym obaj wyszli z gabinetu, a doktor rzucił jeszcze pośpiesznie do pacjentów przed nim czekających. – Proszę się nie martwić zaraz wracam. Po chwili byli już w pokoju zabiegowym. Doktor zawołał jedną z pielęgniarek do pomocy i po miejscowym znieczuleniu ręki, zabrał się do zszywania Bosmańskiej dłoni. - To gdzie pan się tak załatwił? – spytał ponownie, starając się zrelaksować Bosmana, dla którego widok wchodzącej mu w rękę igły z nitką do codzienności bynajmniej nie należał. Tym chętniej Bosman zaczął opowieść o walce stoczonej z rabusiem, nieco ją przy tym ubarwiając. – No to mamy tu prawdziwego supermana – zwrócił się do pielęgniarki rozbawiony doktor, który słusznie przypuszczał, że Bosman nieco koloryzuje. Bosman natomiast z niemałym zażenowaniem spuścił głowę. – Pan nie jest stąd, prawda? – doktor spytał nieco poważniej. - Tak. Jestem z Nadjeziorza – odparł Bosman, nie bardzo wiedząc czego się spodziewać, po takim pytaniu. - Przyjechał pan tu szukać pracy? – doktor był wyraźnie ciekawy jego osoby, ale nie dał odpowiedzieć Bosmanowi tylko mówił dalej. – Pan wybaczy, ale nie wygląda mi pan na takiego. Proszę się nie obrażać, bo nie chciałem przez to powiedzieć, że jest pan leniem. Ale jest w panu coś nie stąd. – przerwał na chwilę, ale gdy Bosman chciał już odpowiedzieć, doktor dodał znowu. – Czego pan tu szuka? - „Może po godzinach dorabia jako psycholog?” – pomyślał Bosman, który był zdziwiony takim zainteresowaniem. – Może wyda się to panu głupie – zaczął odpowiadać drapiąc się po głowie prawą ręką i mając dość niewyraźną minę – ale w zasadzie to nie mam zielonego pojęcia, co ja tu robię. Bosman był wyraźnie zaniepokojony tym, czy nie robi z siebie teraz kretyna. Faktem jest jednak, że odpowiedział zgodnie z prawdą, a kłamać bardzo nie lubił i robił to niezwykle rzadko. Doktor jednak uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział. - No proszę kolejny który nie wie. – Bosman był wyraźnie zaskoczony taką reakcją, a zwłaszcza słowem „kolejny”. – Ciągle przychodzą tu tacy co niewiedzą. – Doktor mówił tonem nieco marzycielskim, ciągle zszywając przy tym Bosmańską dłoń. – A to niby coś sobie stłukli, a to że mają złamaną nogę, a niektórzy posuwają się nawet do poważnych obrażeń ciała. Oni wszyscy nie wiedzą co tu robią. – Bosman był coraz bardziej zaskoczony i było to po nim widać. – Pan się nie martwi – doktor zwrócił się bezpośrednio do Bosmana – każdy znajduje to czego szuka. Choć potem nie zawsze jest z tego zadowolony - dodał jakby pod nosem. - Ale ja nie wiem czego szukam – zaprotestował Bosman, podłapując dziwny klimat rozmowy. Doktor jednak nie zwrócił na to większej uwagi. - Każdy tak naprawdę wie, tylko często boi się przed sobą do tego przyznać. Ludzie boją się, że ich własne marzenia ich przerastają. Zaczynają sobie wybierać mniejsze, rezygnując z tych dla nich najważniejszych. – Kończąc zdanie skończył też zszywać dłoń Bosmana i pozostało mu tylko lekkie jej zabandażowanie. – Każdy znajduje to czego szuka. Niech pan o tym pamięta – powtórzył ponownie uśmiechając się. – No skończyliśmy. Chyba nie było tak strasznie, prawda? Teraz będzie pan jednoręczny jeszcze przez jakieś pół godziny, zanim znieczulenie zupełnie przestanie działać. – Doktor zaczął zbierać się do wyjścia, porządkując niektóre narzędzia. - A pan doktor jak tu trafił? – spytał nieśmiało Bosman. – O ile oczywiście można zapytać? - Przeznaczenie. - I dobrze się pan tu czuje? Pan jest zupełnie inny niż to miasto. - Może jestem tu właśnie po to, aby je zmienić? Trzeba coś w życiu robić. Czuć się potrzebnym. Ale przede wszystkim nie można się dać zawrócić z własnej drogi. Niech pan myśli optymistycznie, a wszystko się uda, trzeba tylko chcieć. - W zasadzie to ja to wiem. – Bosman rzeczywiście to wiedział i jednocześnie oczekiwał chyba czegoś więcej. Jakiejś precyzyjniejszej rady. Sposobu na wszystko. - Ja wiem, że pan wie. Większość ludzi, którzy tu przychodzą tak naprawdę to wie. Potrzebują jednak, aby ktoś im to powiedział głośno. – Doktor skończył porządkować gabinet, podszedł do Bosmana i kładąc mu rękę na sercu powiedział z wielkim spokojem i przekonaniem w głosie, wyraźnie się w ten sposób żegnając. – Do wesela się zagoi. Bosmanowi pozostało już tylko podziękować, pożegnać się i wyjść. - „A jednak wiele się tu zmieniło” – pomyślał opuszczając szpital. Miał w sobie teraz nieco nadziei, której już tak dawno nie odczuwał. Rozejrzał się dookoła, zamierzając spożytkować energię, która w nim teraz była, na spacer. Nie odwiodła go od tego zamiaru nawet ciągle pogarszająca się pogoda. Szybko też dostrzegł cel swojej wyprawy. Kilka ulic dalej stał potężny, monumentalny wręcz pałac. Było go widać nawet z pomiędzy innych, wielkich budowli, które jakby starały się go zasłonić. Bosman słyszał co nieco na temat tej budowli, postanowił więc ją zwiedzić. Postanowił to zrobić tym bardziej, że była ona inna od wszystkich otaczających ją pudełek. Jedyny akcent oryginalności w samym centrum Molocha. Raźnie ruszył przed siebie, a lewa ręka, dyndająca mu prawie bezwładnie, wystukiwała rytm uderzając o nogę.

10

Pomimo iż sam pałac nie był aż tak daleko, to przedzieranie się przez tłok i zapory złożone z czerwonych świateł, mocno spowolniły Bosmański marsz. Przez ten czas lewa ręka zdążyła już dojść do siebie. W końcu dotarł do olbrzymiej budowli. Budziła respekt. Wszystko tam było duże i zupełnie inne od tego co ją otaczało. Bosman wszedł po dużych schodach, otworzył duże drzwi i znalazł się w ogromnym holu. Z początku nie wiedział gdzie ma iść dalej, tyle było różnych miejsc do których mógł tu zajść. Po chwili jednak zdecydował, że pójdzie za śladem większości znajdujących się tu wycieczek i wiedzie na samą górę. Zakupił odpowiedni bilet, wsiadł do podstarzałej windy i pofrunął ku górze. Na najwyższym piętrze, będącym głównie tarasem widokowym, było dość zimno i Bosman szybko nałożył przewieszoną przez pas bluzę. Podszedł do balustrady i rozejrzał się w około. - „Cholera to nie ma końca” – zauważył. Rzeczywiście, po sam horyzont rozciągało się betonowe miasto. – „I jak ja mam się stąd wydostać?” – Bosman zaczął czuć się niepewnie. Patrzył na ludzi, którzy biegali na dole jak mrówki w otaczającej ich szarości. Nagle poczuł chłodny powiew, napływający jakby z wnętrza budynku. Odwrócił się raptownie. W głębi korytarza zdawał się stać mglisty cień. Był czarny najczarniejszą czernią. Bosmanowi przeszły ciarki po plecach. Cofnął się opierając się plecami o balustradę. Coś wbiło mu się w plecy. Jednak jeszcze przez moment nie miał odwagi, by się odwrócić i zrobił to dopiero po chwili. - „Niemożliwe” – pomyślał. – „Takie rzeczy nie istnieją.” – Powoli odwrócił głowę i spojrzał jeszcze raz. W głębi korytarza jednak nikogo już nie było. – „Wiedziałem, że to niemożliwe” – starał się siebie uspokoić. Stał tak jakiś czas, kurczowo trzymając się barierki i ciężko oddychając. W końcu przypomniał sobie o czymś, co uwierało go w plecy. Zdjął plecak i zajrzał do środka. Znajdowała się tam ładna butelka po winie, którą zabrał ze sobą. Obejrzał ją. W plecaku było mnóstwo śmieci i różnych paprochów to też butelka nieco się zakurzyła. Bosman wyjął chusteczkę i przetarł ją. W tym momencie poczuł, jak ktoś z całej siły klepie go w ramie i raźno mówi. - No cieszę się, że już tak daleko dotarłeś! To był Dreptacz. Całkowicie zaskoczony Bosman tak wytrzeszczył oczy, jakby wygrał na loterii, a szczęka opadła mu do samej ziemi. Stał tak dłuższą chwilę. - No co, znajomych nie poznajesz? – spytał Dreptacz. Ze strony Bosmana nie było jednak żadnej reakcji. – Możesz mi oddać tę butelkę. Nie będzie ci już potrzebna. – Bosman bezwiednie popatrzył na butelkę i ją oddał. – Ciągle te same pytania. Skąd się tu wziąłeś? Po co się wziąłeś? Gdzie dostałeś taką ładną butelkę? – mówił Dreptacz uprzedzając Bosmańskie pytania. - I jeszcze ten idiotyczny wyraz twarzy. Weź się w garść chłopie, mamy do pogadania. - Tak? – Bosman dochodził do siebie. - A nie? Siedzisz tu i gapisz się na tych wszystkich ludzi tam na dole, zastanawiając się, czy by do nich nie dołączyć i jeszcze masz wątpliwości, czy pogadać? - No właśnie nie wiem... – Dla Bosmana akcja rozwijała się nieco za szybko. - Scio me nihil scire. To już niezły początek – rzekł raźnie Dreptacz i znowu klepnął Bosmana w ramię, po czym oparł się o barierkę i spojrzał przed siebie. – Metropolis – rzekł jakby sam do siebie. - Słucham? – spytał Bosman, który także oparł się o barierkę i spoglądał w dół, otrząsnąwszy się już z zaskoczenia. - Wdziałeś taki film „Metropolis”? – Dreptacz na chwilę spojrzał na Bosmana, który potwierdzająco skinął głową, po czym znów odwrócił się w stronę miasta. Na jego doświadczonej twarzy malowało się zmartwienie przeplatające się z hartem ducha. – Oto Metropolis. Koszmar przed którym starano się ostrzec ludzi. Na ironię zakrawa fakt, że ludzie myślą, że uniknęli Metropolis. Wyobrażają sobie, że jeśli nie mają przyklejonych numerów, identycznych ubrań i nie są dowożeni do pracy taśmowo to już im się udało. Tak naprawdę jednak nie różnią się niczym od wizji z tego filmu. Biegają w kółko, a gdy zapytasz się ich dokąd tak biegną, zaczynają tracić grunt pod nogami. Podstawą egzystencji jest tutaj nie myśleć. Trzeba tylko ciągle biec przed siebie nie zastanawiając się. Zapomnienie ich uszczęśliwia. Czy dostrzegasz tę pułapkę? - Lubisz uogólniać, prawda? – Bosman był gotowy do słownej konfrontacji. – A ja spotkałem dzisiaj człowieka, zupełnie innego niż ci tam na dole. Spotkałem człowieka zupełnie różnego od tego miasta. Tak, był zalatany, ale nie zapomniał kim jest. - Nawet nie wiesz jak długą i męcząca stoczył on walkę, aby być tym kim jest. I myślisz, że tobie też się to uda? Teraz przecież chodzi o ciebie. Ciągle się wahasz. Dlaczego? Do tej pory wiedziałeś dokąd iść, czemu zawahałeś się teraz? - Do tej pory mogłem sobie pozwolić na marzenia i bujać w obłokach. Ale rzeczywistość jest inna. Trzeba się do niej dostosować, albo cię unicestwi. - Bzdura! Rzeczywistość zawsze ci towarzyszyła, ale wcześniej nigdy cię nie sprawdziła. Nie mogła. Teraz właśnie nadeszła chwila prawdy, czy jesteś gotów poświęcić cokolwiek prócz pięknych słów, aby ideały mogły zaistnieć? Przecież podziwiasz człowieka, którego dziś spotkałeś? Czemu chcesz się od niego odsunąć?! Zanosiło się na prawdziwą bitwę i żadna ze stron nie zamierzała ustępować. Od jej przebiegu zależał los Bosmana, a może i nie tylko jego. Teraz w krótkiej przerwie spotkały się spojrzenia obu przeciwników. Żelazny, wszystko wiedzący wzrok Dreptacza spotkał się z nieustępliwym i mającym dość testowania go, wzrokiem Bosmana. Dreptacz nie dał jednak długo odetchnąć swemu przeciwnikowi i znowu zaatakował. - Czy naprawdę jesteś w stanie sprzedać wolność swojej duszy w zamian za święty spokój?! - Ha! Wolność! Spójrz na siebie wolny człowieku! Jak dziś wyglądasz? Mam się stać taki sam jak ty, aby bronić czegoś, co może nie istnieje? - Ty ślepy głupcze! Spójrz na nich! – Dreptacz wskazał ręką ludzi na dole. – Są przecież tak piekielnie pięknie poubierani i jeżdżą tak cholernie wspaniałymi samochodami. Gdzie mi do nich? Tak? Patrzysz na nich, ale nie dostrzegasz nic. Spójrz w ich dusze! Jak teraz wyglądają?! Czy nadal nie mogę się z nimi równać?! - Mi się uda! Nie zapomnę kim jestem! Mogę być sobą i mogę być z nimi. - A którą to część siebie chcesz im zaoferować jako myto, aby cię do siebie dopuścili ? Która część ciebie nie jest ci potrzebna ? - Złoty środek! – wrzasnął Bosman, a w jego krzyku było coś strasznego. - Jesteś pewien, że już go znalazłeś? Jak wielu ludzi, sprzedających swe dusze diabłu, było tego pewnych, gdy przekraczali kolejne granice? - Diabeł nie istnieje w realnym świecie. - Ha, ha, ha! – Dreptacz zaśmiał się w taki sposób, że po plecach Bosmana przeszły ciarki. – Nie wierzę, abyś był aż takim głupcem. Zgodzę się z tobą, że nie spotkasz w tym świecie diabła z rogami, taszczącego wielki kocił smoły, to byłoby żałosne, ale setki cyrografów są podpisywane co dzień, przez ludzi żądnych sprzedać wszystko wszystkim, a nawet siebie samych, aby poczuć przez chwilę zapach władzy, której tak naprawdę pragną, a którą dają im pieniądze, sława czy inne rzeczy naprawdę nie mające znaczenia. - Nigdy w nie nie wierzyłem! Dla mnie zawsze były tylko środkiem do spełniania najprostszych marzeń. Sam wiesz, że tych największych nie da rady za nie zdobyć. - Myślisz, że inni ludzie tak nie sądzili? Także uważali, że są wystarczająco twardzi. A jednak kiedy przyszła chwila próby załamali się. Przestali wierzyć! Tak było prościej. Bez żadnych pytań, ale i bez żadnych odpowiedzi! - Ja nigdy nie przestanę wierzyć! Nigdy nie przestanę wierzyć w prawdę! Nigdy nie przestanę wierzyć w marzenia! Nigdy nie przestanę wierzyć w... w miłość. W ostatnim zdaniu Bosmana nie było już wściekłej furii. Było za to ukojenie. Odpowiedź. Tak, znalazł odpowiedź. Wiedział o tym. Miał odpowiedź na jedno ze swoich licznych pytań, które tyle czasu go męczyły. W tej chwili stał się jednym z najszczęśliwszych ludzi. Czuł się lekki. Czuł się jednak przede wszystkim wolny. Wolny tak, jak już dawno się nie czuł. Do oczu zaczynały mu napływać łzy, ale Bosman nie chciał ich wpuścić. Dreptacz stał naprzeciwko niego i śmiał się długo i serdecznie. Śmiał się takim śmiechem jakim śmieje się wszechświat w każdej minucie swego istnienia. Po czym położył obie ręce na barkach Bosmana i pełen dumy wesoło powiedział. - No chyba nie zaczniesz mi tutaj ryczeć. Weź się w garść chłopie. - Jaa...jaa... – Bosman nie mógł wykrztusić z siebie słowa. – Ja rozumiem. Ja rozumiem! – Po czym także zaczął się śmiać. Śmiali się tak obaj jeszcze dłuższą chwilę, a gdy w końcu przestali Dreptacz spoważniał nagle i rzekł. - To jeszcze nie koniec. Nie po to tu przyjechałeś. Teraz musisz iść dalej. - Dalej? – Bosman nie bardzo rozumiał. – Ale ja nie wiem gdzie mógłbym iść dalej. Myślałem... - Ależ oczywiście, że wiesz – przerwał mu Dreptacz i uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy. – Tak naprawdę wiedziałeś po co tu przybyłeś od samego początku. Ba, wiedziałeś o tym nawet wcześniej. Zresztą sam o tym wiesz. - To gdzie mam teraz iść? – spytał Bosman, ale w tym pytaniu więcej było z tonu żądającego potwierdzenia tego, o czym właśnie pomyślał, niż prawdziwej niewiedzy. - No gdzie? – odparł zadziornie Dreptacz. - No a gdzie ty tu jeszcze możesz pójść? - Ale ja tam byłem tylko raz. Nie trafię. – Bosman nadal nie był pewny. – Znam tylko ogólny kierunek. - On zna ogólny kierunek i się martwi – mówił Dreptacz kiwając głową z politowaniem. – Inni nie znają go w ogóle, a jakoś trafiają. No nie marudź już więcej, tylko zmiataj. Czas na ciebie. – Mówiąc to podał rękę Bosmanowi. Ten uścisnął ją serdecznie. - Dzięki - powiedział. - Nie ma za co. Tak naprawdę doszedłeś do tego sam – odparł Dreptacz, po czym Bosman udał się w kierunku windy. – Tylko pamiętaj! Nie wszystko może być tak, jak to sobie wyobrażałeś! Ale to twoja droga i twoje próby! – krzyknął jeszcze na pożegnanie. - Przeznaczenie – zdążył jeszcze rzucić Bosman wsiadając do windy. - Taaak, przeznaczenie – powiedział Dreptacz już sam do siebie. – Nawet nie wiesz, ile cię to przeznaczenie będzie jeszcze kosztować nerwów, zanim się tak naprawdę spełni. O ile w ogóle się spełni. -Ppo czym odwrócił się w stronę miejsca, gdzie dużo wcześniej Bosman ujrzał cień i pomyślał – „Ale ty go nie dostaniesz. Nie dzisiaj.”

11

Pogoda pogarszała się. Coraz ciemniejsze chmury nadchodziły nad miasto. Mimo to Bosman nie odczuwał strachu. Już nie. Szedł śmiałym krokiem prosto na przystanek. Był zdecydowany. Miał misję do spełnienia

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych