RANO I WIECZÓR
Kilka wątków splecionych w jedną historię.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. Lśniące, czarne BMW serii 5 pędziło przez most w kierunku lewobrzeżnej części miasta. Stalowa konstrukcja rzucała szybko zmieniające się, długie cienie na wyjątkowo czystej szybie pojazdu. Mężczyzna siedzący za kierownicą wertował obity w skórę notes, przystawiając go co chwilę do oczu i kiwając z dezaprobatą głową. W końcu odłożył go chwytając pewniej kierownicę. Samochód z piskiem opon skręcił w Rose Street mijając wyczekujących na zielone światło przechodniów. Kiedy przejeżdżał obok reklamy domu towarowego Stowsa i Mellego wyjął ze schowka pistolet maszynowy UZI z zamontowanym tłumikiem i położył na pustym siedzeniu pasażera. Krótkie spojrzenie na zegarek spowodowało, że wdusił mocniej gaz i silnik zaryczał wyższym głosem pchając maszynę jeszcze szybciej do przodu. Ulica skręcała lekko w prawo wrzynając się w zieleń parku miejskiego. BMW zawyło kiedy silnik przełączył się na niższy bieg. Samochód zwolnił. Kierowca spojrzał przez szybę i wcisnął przycisk opuszczania okien. Na lewym poboczu drogi stał stary Ford Mustang, mocno nadgryziony rdzawym zębem czasu. Przed maską przestępował z nogi na nogę jakiś człowiek, ubrany w skórę ozdobioną we wszystkich możliwych miejscach ćwiekami, w butach z wysoką cholewą i na wydatnym obcasie. Cofał się powoli, aż w końcu oparł się rękami o maskę samochodu. Jakieś dziesięć metrów przed nim stało kilku czarnoskórych, ubranych w równie dziwne stroje. Jeden z nich miał na sobie długą, czarną koszulę w małe żółte ptaszki z wyhaftowanym napisem „Peace”. Zza paska spodni wystawała rękojeść Colta Cobry z 1950 roku. Drugi wyróżniał się podartymi w podłużne pasy dżinsami. Ostatni wymachiwał Berettą 92 kaliber dziewięć milimetrów. Kiedy BMW pojawiło się na parkowej drodze właściciel Beretty zdjął z głowy kaptur brudnego kangurka i odbezpieczył broń. Mężczyzna z samochodu przyglądał się scenie przez opuszczona szybę. Teraz samochód posuwał się bardzo powoli, ale żaden z uczestników zamieszania go nie zauważył. Mężczyzna chwycił rękojeść pistoletu maszynowego, przeładował i wysunął przez okno krótką lufę. Zaczął strzelać, kiedy przejeżdżał obok Mustanga. Kule odbijały się od asfaltu, cięły gałęzie drzew i rozpruwały liście okalających je krzewów. Mężczyzna w kangurku zauważył go, wymierzył i strzelił kilka razy. Jedna z kul świsnęła tuż nad lewym uchem kierowcy. Następna ze świstem odbiła się od czarnych drzwi. Dwie przeleciały nad dachem, a ostatnia trafiła w boczną szybę tworząc na niej gęstą siatkę cieniutkich pęknięć, niczym rozpiętą w oknie pajęczynę. Człowiek w koszuli „Peace” chwycił się za lewe ramię i upadł na gęstą trawę porastającą pobocze drogi. Pozostali rzucili się do ucieczki wpadając w krzewy, w których oprócz kolców napotkali parzące jak ogień, bujne pokrzywy. Stojący przed Mustangiem skorzystał z zamieszania, pochylił głowę i szybko dostał się do środka. Po chwili zapiszczały wytarte opony i samochód zostawił po sobie chmurkę duszącego, czarnego dymu. BMW ruszyło równie gwałtownie i po chwili zniknęło w głębi parku. Mężczyzna wrzucił UZI z powrotem do schowka i wypuścił z ulgą powietrze. Zatrzymał samochód dopiero, kiedy wyjechał z parku i dotarł do jasno oświetlonego parkingu McDonalda przy Down Street. Silnik ucichł. Mężczyzna przystawił do ucha telefon komórkowy. -Tu 3890. Zadanie wykonane. -Potwierdzam – usłyszał przyciszony głos w słuchawce. -Proszę podać obecny stan konta. -Dwadzieścia pięć tysięcy sześćset dwanaście. -Jak to sześćset dwanaście ? Miałem dostać za tę robotę dwieście ! -W międzyczasie wyniknął problem z Ralphem O’Harą. Mężczyzna zmarszczył czoło, najwyraźniej szukał czegoś w pamięci. -Przecież wykonałem zadanie. -Grożenie nauczycielce bronią nie należy do standardowego trybu postępowania. Chłopak był już przesłuchiwany przez policję. W domu miał piekło – o ile mogę się tak wyrazić, a nauczycielka została na obserwacji w szpitalu. To wszystko kosztuje trzysta pięćdziesiąt punktów karnych. Jeżeli chłopakowi powinie się po tym noga, to kara jeszcze się zwiększy. -Ale piątkę dostał, tak jak chciał – odpowiedział. -Proszę nie brać zleceń, których nie może pan wykonać. Czy to wszystko ? -Tak. Dziękuję – wdusił duży, owalny przycisk na obudowie i odłożył aparat. Przez otwarte okno docierała rytmiczna muzyka z restauracji. Wziął do ręki notes i powtórnie zaczął go kartkować. W tym momencie przez okno wsunęła się mocna ręka chroniona czarną, skórzaną rękawiczką. Dłoń chwyciła go za szyję i przycisnęła do fotela. Po ułamku sekundy do samochodu zajrzała twarz Jamesa Grolickiego z jego wiecznie zaropiałymi oczami. -Tylko dlatego, że masz lepszy wóz ty gnojku... – nie dokończył, bo mężczyzna otworzył drzwi uderzając nimi napastnika. -O co ci znowu chodzi Grolicki ? Czego się znowu czepiasz ? -Postrzeliłeś mojego klienta ! – Grolicki zamachał rękami. -Kiedy ? – mężczyzna wyszedł z samochodu i stanął naprzeciw Grolickiego, ubranego w welurową marynarkę, jasną, kremową koszulę i poplamiony keczupem krawat. -Przed kwadransem w parku. Doniosę na ciebie, jak mi Bóg miły, zrobię to. -Nie wzywaj na daremno James. Czy to ten fajans w czarnej koszuli ? Miłośnik pokoju ?- przez twarz przemknął lekki uśmiech. -Chcieli zarąbać mojego klienta ! – dodał. -Robertsonowie nie mają broni ! -Coś nie tak ? – stanął przed nimi strażnik centrum handlowego ubrany w jeden z tych klaunowatych uniformów stylizowanych na mundury policji lub wojska. -Nie, wszystko OK. -Tak, w porządku – potwierdził Grolicki. Strażnik popatrzał na nich długą chwilę, napawając się swoją przewagą stróża porządku, którą potwierdzał przywieszony do paska rewolwer. Poprawił go znacząco na odchodne i skierował się w stronę restauracji. -Przepraszam cię James, ale to był wypadek – mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. -Spierdalaj – rzucił Grolicki, odwrócił się na pięcie i odszedł szybko w kierunku swojego ciemno-brązowego citroena BX z 1987 roku. Kiedy był już przy nim krzyknął jeszcze w kierunku BMW: -Gdybyś miał tylko inny samochód ! Byłbym tam prędzej od ciebie, sukinsynu ! Powiedział to trochę do siebie, bo mężczyzna już tego nie usłyszał.
2. Jerry Huge urodził się w White Road w stanie Tenesse jako czwarte dziecko zdegenerowanej, pijackiej rodziny. Jego poczęcie odbyło się tyleż przypadkowo co pechowo. Tego bowiem dnia jego matka Marry Huge wypiła zwykłą dawkę taniej whisky i zasnęła na starej i rozpadającej się kanapie w przyczepie ustawionej na czterech słupkach cegieł. Ojciec zaś wziął ją pewnie za jedną z najniższych lotów profesjonalistek, które po pracowitym dniu oddawały się staremu Huge’owi w cenie, nazwijmy to – promocyjnej. Jerry pojawił się więc na tym świecie jako efekt zbiegu wypadków, ściśle jednak powiązanych ze spożywaniem różnego rodzaju alkoholi, jednak zawsze w nadmiernych ilościach. Ludzie, których start życiowy naznaczony jest tak podle, zwykle trzymają się wyznaczonego przez los drogowskazu, pakując się z jednego szamba w drugie, jeszcze gorsze, żeby po jakimś czasie znaleźć cały ocean gówna, który będzie ich ostatnim złym pomysłem. Tak też było z Jerrym Hugem. Dzieciństwo spędził na bieganiu po butelki dla mamy lub ojca - w zależności, które akurat było w domu. Wieczorami zaś włóczył się po okolicy, wynajdując takich jak on, żeby razem nie rozmawiać na temat ich rodzin i śmierdzącego życia. Jedyną w miarę normalną osobą była babcia Emma mieszkająca w najstarszej części miasteczka New Tweek w małym, zapadającym się domku z czerwonej cegły. Dach budynku był tak nierówny, że można by urządzić na nim wyścigi krosowe. Babcia nie wychodziła z domu, a jedyny kontakt ze światem zapewniał jej wnuk Jerry, który przynosił prowiant w każdy wtorek i piątek. -Przyniosłem mięcho – krzyczał od progu, a babcia kwitowała to pomrukami w stylu „no, no, dobrze, dobrze”. W ciemnym pokoju, przecinanym bladymi smużkami światła padającego przez zakurzone firany stało duże, obudowane drewnem radio, które codziennie nadawało przebieg mszy jedynego w okolicy katolickiego kościoła pod wezwaniem Ducha Świętego. Babcia słuchała mszy zawsze o dziesiątej rano, a później radio brzęczało piosenkami lokalnej rozgłośni. To dzięki niej Jerry nauczył się „Ojcze nasz” i „Aniele, stróżu mój”, jedynej odmiany od jarczmarnej mowy rodziców i wymyślnych przekleństw jego kolegów. Pierwszy kontakt z przestępstwem przyszedł dość szybko za sprawą jego kolegi z okolic Green Road - upstrzonego odrapanymi przyczepami wzniesienia, rozwijającego miasto w kierunku Bufflo. -Skąd masz Marsa ? – zapytał Jerry na widok długiego batona, roztaczającego przyjemny zapach mlecznej czekolady. Kirk Kostakov uśmiechnął się tylko tajemniczo i wyjął z kieszeni dwa następne, z żółtym napisem „25% więcej”. Rzucił je na trawę obok Jerrego. -Zapierdzieliłem w sklepie Floodsona – ugryzł potężny kęs ciągnąc za nim cienkie, karmelowe nitki. -Ten staruch tyle gada, że mógłbym wynieść ich całą szafę, a ten bełkotałby z każdym po kolei. „Za darmo”, stanowiło bardzo atrakcyjną cenę dla kogoś, kto nigdy nie widział dwudziestu dolarów dłużej niż trwała droga do monopolowego. Wynoszenie słodyczy było tylko wstępem – ponurą przygrywką i rodzajem praktyki przed kradzieżami tego, co stoi na piedestale pożądań – forsy. Na początku tylko drobnej, podbieranej ukradkiem ze sklepowych kas, małych sklepików, w których właściciel był jedynym sprzedawcą i nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. Później przyszła kolej, na wymuszenia wśród dzieciarni z młodszych klas. Miało to jednak i słabe strony, bowiem dwa razy w ciągu jednego semestru okazało się, że szczeniak, który musiał pożyczyć kilka baksów ma dużo starszego brata z dużo większymi pięściami. Kirkowi udało się uratować nos, który po wprawnym ciosie (ten bydlak chyba walczył zawodowo) napuchł jak wielki burak przybierając podobny kolor. Ciekło z niego przez prawie dwie godziny, zanim Kirk zdecydował się wrócić cichaczem do domu. Miał w swym życiowym nieszczęściu i ten fart, że rodzice pogrążeni byli w nienaturalnym śnie sprowadzonym przez trzy butelki najtańszego na świecie wina marki „wino owocowe”.
Brat Malcolma Brie’ego zaczaił się w wąskim przejściu miedzy rzędami gęstych krzaków, ciągnących się przez większą część Green Road. Jerry nie próbował nawet uciekać. Stał z pobladłą twarzą, którą strach przyozdobił w parę wielkich oczu i opuszczoną szczękę. Wtedy po raz pierwszy spróbował się modlić bez nakazu babci Emmy. Kiedy większy i zbudowany na podobieństwo bizona napastnik zbliżył się z zaciśniętymi pięściami powtórzył w myślach modlitwę i zobaczył jasny blask wirujących wokoło gwiazd. Po solidnym ciosie w głowę nigdy się nie wie jak długo trwa otępienie i ten beznamiętny, nieobecny wzrok. Jerry też nie wiedział. Ustał chwilę, która trwała dwie sekundy, a może cztery dni i obraz wrócił. Stał na ścieżce i wpatrywał się w brata tego gnojka Brie’go i czekał na kolejny cios. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że brat Malcolma jest trochę stuknięty i odpuścił Kirkowi dopiero kiedy zobaczył krew. Jeżeli będzie bił po brzuchu, to krew wypłynie dopiero razem z flakami. Następne dwa ciosy spadły na klatkę piersiową i gdzieś w okolicy splotu słonecznego. Dziwna nazwa zważywszy ciemność jaka nastaje zaraz po otrzymaniu w to miejsce uderzenia. Kiedy Jerry upadł, wielkie, wojskowe buciory zaczęły okładać jego skulone ciało trafiając w złożone ręce, nerki oraz w głowę i krocze. Czarne plamy wirujące niczym tłuste, powolne muchy zakryły ciasną dróżkę pośród ciemnozielonych zarośli, tego żłoba Brie’ego i jego cholernie szpanerskie buty. Wtedy właśnie nadszedł ten facet. Ubrany w długi i wyświechtany stary płaszcz, zamszowe buty i czarny kapelusz. Wyglądał jak kataryniarz na opuszczonym podwórzu. Podszedł do starszego z braci Brie zapytał czy ma ognia. Brie zamrugał oczami jakby analizował to zdanie i czekał na odpowiedź swojego malutkiego komputerka w głowie. Wiadomość chyba nadeszła, bo mruknął coś w stylu ”spierdalaj facet”. Przybysz nie zrażony chłodnym przyjęciem wskazał na Jerrego i zapytał: -To jeden z tych gnojków, co kradną pieniądze ? -No. -Należało mu się – powiedział z uznaniem i pochylił się nad Jerrym, z którego - ku jego nieszczęściu - nie poleciała ani jedna kropla krwi. –Zobaczę czy już mu starczy – dorzucił dość rzeczowym tonem i ujął głowę chłopca w ręce. Popatrzał chwilę i położył ją delikatnie, spuchniętą twarzą do góry. Przedtem jednak przeciął mu policzek jakimś ostrym przedmiotem trzymanym w ręce. Jakoś dziwnie zimnej ręce. -Ma dość – wskazał na pokrywającą się czerwienią twarz Jerrego – Zalał się krwią jak zarzynany prosiak – dodał, czekając na reakcję Brie’go. Ten jak to miał widać w zwyczaju zamrugał ślepkami i po przeanalizowaniu informacji zgodził się już więcej go nie lać. Dziwnym trafem chwilę po zniknięciu obu mężczyzn nadjechała karetka i uratowała poobijane ciało Jerrego od niechybnego śmiertelnego zejścia. To zdarzenie i pięści starszych braci (największego z nich szczególnie) spowodowały, że przyjaciele porzucili plany wzbogacenia się na kieszonkowym młodszych kolegów. Skończyli szkolę, z czym Kirk miał małe kłopoty, przedłużające jego z góry skazaną na niepowodzenie karierę naukową o dwa długie lata. Jako, że był właśnie o te dwa lata starszy od Jerrego, wyszli ze szkoły razem. Żaden z nich nie miał ani przykładu prostolinijnie żyjących rodziców, ani pieniędzy na inne życie. Postanowili więc rozkręcić interes z Marsami na większą skalę, celując w towary cenniejsze od batonów. Ich bandycka kariera była równie żałosna co całe życie. Udało im się okraść kilkadziesiąt samochodów sprzedając Benowi Normanowi co lepsze radia samochodowe i zawartość schowków. Okradli dwa sklepy w sąsiednich miastach zamaskowani pończochami, które Kirk zatrzymał po nocnych igraszkach z rudą Lisą. Wszystko to starczało na mętną whisky, do której niejako w linii rodzinnej tradycji czuli nieodparty afekt, a także na wizyty w brudnej izbie Lisy i jej przyjaciółki po fachu o artystycznym pseudonimie Samantha. Ale to nie były ich marzenia. Chcieli zrobić coś większego, co dałoby im ładniejsze dziewczyny i dużo mocnej wódki, z bardziej wymyślnymi naklejkami na butelkach.
3. Mężczyzna wszedł do McDonalda i usiadł przy oknie. Za jedynego towarzysza obrał bujne drzewko Beniamina, oczywiście - całkowicie sztuczne. Po chwili przypomniał sobie, że nie kupił żadnego jedzenia, więc wstał i poprosił pryszczatą kelnerkę w nieodłącznej czapeczce z daszkiem, o zestaw McChickena. Wrócił do swojego zielonego przylądka i zaczął powoli siorbać zimną Coca-Colę. Drugim wejściem weszła jakaś dzieciarnia, wyglądająca na szkolną wycieczkę. W ogólnym hałasie i ścisku okazało się, że jego stolik jest jedynym wolnym w całej restauracji. -Czy mogę się przysiąść ? – dość młoda dziewczyna z brązowo-czarnymi włosami, luźno spiętymi w koński ogon uniosła pytająco brwi. -Oczywiście. Straszny tłok przez te dzieciaki – odsunął krzesło od ich małego stolika, który w każdej restauracji na świecie wygląda podobnie. Usiadła naprzeciwko niego i zdjęła dżinsową kurtkę. Obcisły jasnobrązowy sweter opinał kształtne, małe piersi i skręcał wciętą talią na szeroką wyżynę bioder. Widząc jego wzrok, który wracał właśnie z krótkiej podróży po krainie wzniesień i łagodnie opadających krągłości uśmiechnęła się lekko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów, które błyszczały na tle brązowych oczu. Brązowych, chociaż w sztucznym świetle jarzeniówek wyglądały na całkiem czarne. Odwzajemnił uśmiech i skoncentrował się na jednostajnym wciąganiu zimnego płynu z czerwonego kubka Coca-Coli. Jadła z niesłychanym apetytem i jego wzrok odrywał się od reklamy nowej kanapki, żeby napawać się jej naturalnością i zapałem z jakim lekko przyrumienione frytki trafiały do wąskich, ciemnych ust, naznaczonych w kącikach jasnym majonezem. Było to proste i naturalne. Jadła, bo była głodna, tym rodzajem pożądania, za którym nie kryje się wyuzdanie, brud, intrygi i zło. To było czyste i piękne. Tak jak ona. -Czyżby ktoś przypalił frytki ? – wskazała wzrokiem nie ruszoną paczkę. –To się podobno tu nie zdarza – dodała. -A tak. To znaczy nie. Nie są przypalone. Właściwie nie wiem – sięgnął po frytkę i włożył ja do ust, kryjąc zmieszanie. Nie miała żadnego smaku, tak jak inne, nawet najlepsze potrawy świata. Nie były ani słone, ani kwaśne, ani gorzkie. Nie były żadne. -Bardzo dobre – powiedział. -Nie rozumiem dlaczego ktoś protestuje przed tymi knajpami. Jadłam już w życiu dużo gorsze świństwa. -Myśli pani, że to zdrowe ? -Nie, nie myślę. Ale całe życie to jedna wielka, śmiertelna trucizna. Tyle, że dawkowana w małych ilościach. -I przyzwyczajamy się to podtruwania ? -Właśnie. Na końcu ktoś jednak przegnie, i jeden z tych zwykłych codziennych arszeników odbierze nam oddech. To tak jakby karmić kota całe życie syntetyczna karmą, która pewnego dnia stanie mu w gardle. -Całe szczęście, że te trucizny są całkiem smaczne. -Tak – odpowiedziała tłumiąc bąbel powietrza oddany przez żołądek. –Rasputin jadł arszenik w ciastkach. I to przyzwyczajenie dało mu jakąś odporność. -Ale, gdyby podać to człowiekowi z jaskini padłby trupem – mężczyzna uśmiechnął się do niej, do siebie i do swoich myśli. Nastąpiła chwila milczenia, w której oboje patrzeli przez wielką szybę restauracji na otaczający ją parking, przyozdobiony rozłożystymi klonami i żywą zielenią trawników. -Przepraszam, nie przedstawiłam się – przerwała ciszę. – Nazywam się Suzanne Callan – podała rękę ponad stołem – To tak jak Susan, tylko pisze się i mówi trochę inaczej. To po francusku – wydęła policzki. -Marc Grain – uścisnął wyciągnięta dłoń i chwilę napawał się jej ciepłem i suchością. -Muszę już iść. Miło się z panem rozmawiało Marc. -Mnie również. Do widzenia. Marc siedział jeszcze chwilę patrząc na nową i jeszcze ciepłą kanapkę. Spojrzał na zegarek i wstał podnosząc brązową tackę z rozsypanymi frytkami. Wyrzucił zawartość do pojemnika i wyszedł na nagrzany słońcem asfalt parkingu. Czarny lakier BMW serii 5 odbijał padające światło tworząc latarnię wskazującą mu drogę. Ominął kilka samochodów zgłodniałych kierowców i był już całkiem blisko, kiedy coś wydało mu się dziwne. Samochód był niższy. Przyśpieszył krok, żeby rozwiać omamy i kiedy stanął przy nim wiedział już co się stało. Wszystkie opony leżały na asfalcie jak zwiotczałe mięśnie położone na felgach kół. Chwilę stał i myślał co robić. Spojrzał na zegarek i powiedział coś cicho. Tak cicho, że nie słyszał go przechodzący obok człowiek, ani James Grolicki, który odjechał stamtąd pół godziny wcześniej. Kiedy stał tak bezradnie, drogą wyjazdową z parkingu restauracji toczył się powoli żółty Volkswagen garbus. Spojrzał na siedzącą za kierownicą postać. Samochód zatrzymał się a przez opuszczoną szybę wyjrzała twarz Suzanne. -Coś się stało ? -Chyba tak – wskazał na spłaszczone opony. -Mogę w czymś pomóc ? -Ma pani przypadkiem cztery opony do BMW. I może je pani założyć w.. – spojrzał na zegarek – w pół godziny ? -Nie, ale mogę pana podwieźć. Popatrzał na BMW, na Volkswagena i powiedział: -Ale musimy się śpieszyć. I to trochę daleko. -W porządku. Niech pan wsiada. I proszę mówić mi Suzanne. Wnętrze garbusa okazało się mniejsze niż wyglądało z zewnątrz. Archaiczna tablica rozdzielcza, niewygodne, wąskie siedzenia i warkot tłumaczył różnicę ceny miedzy jego czarnym potworem i tym cudacznym urządzeniem. Suzanne wciskała mocno pedał gazu, co jednak nie zdołało rozpędzić pojazdu do prędkości większej niż siedemdziesiąt mil na godzinę. Marc spoglądał na zegarek i na jasną twarz telefonu komórkowego. -To tutaj ? – spytała kiedy zbliżali się do zjazdu z autostrady. -Zwolnij trochę, zaraz ci powiem – nie przestawał wpatrywać się w zmieniające się na ekranie napisy. -Tak, skręcaj ! Samochód zjechał z głównej drogi przypominającej rwący strumień żelaza i gumy. -Czy możesz mi powiedzieć po co tu jedziemy ? To trochę daleko od miasta i.... -Pokryję koszty – przerwał Marc. -Nie chodzi mi o koszty. Nawet nie o czas, bo tak się składa, że dzisiaj mam wolny dzień, który miałam zamiar przesiedzieć u Betty. Chcę tylko wiedzieć, czy nie jesteś zboczeńcem, który wypatroszy mnie przy następnym skręcie do lasu – uśmiechnęła się. -Jestem łagodny jak baranek, ale nie mogę ci powiedzieć co tam zastaniemy, bo jeszcze sam dobrze nie wiem. Jeśli będzie to wypruwanie flaków to obiecuję, że nie twoich, a jeżeli gwałty, to że będziesz coś z tego miała – odwzajemnił uśmiech. -Brzmi nieźle. Słońce rozgrzało wnętrze samochodu wyciskając z niego jakieś stare zapachy potu, smarów i przewożonych warzyw. Dziwnie kontrastowały ze słodką wonią perfum Suzanne, pobudzonych tym samym ciepłem słonecznego dnia i z niezauważalną mgiełką potu parującego z zaciśniętych na kierownicy dłoni. Dojechali do niewielkiej osady, która zdawała się być tylko zapleczem dla stacji benzynowej nęcącej klientów super promocyjną ceną spryskiwacza do szyb i darmowym batonem do każdego, piątego galona benzyny. Przed dystrybutorem stał młody człowiek o ostrych rysach twarzy w przybrudzonym kombinezonie z czarną od smarów szmatą wystającą z kieszeni, niczym flaga klanu brudasów. -Na pewno na imię ma John, albo Jack – pomyślał otwierając szerzej szybę samochodu. -Gdzie tu jest dom Brasentów ? Młodzieniec zmienił uśmiech zachęcający do tankowania na kwaśną minę zatytułowaną „Czego tu chcecie miejskie głupki ?”. Popatrzał na nich przeciągle tak, aby mogli zrozumieć wyraz jego twarzy i powiedział: -Musicie jechać do krzyżówki. Skręcicie w prawo w polną drogę. Jakieś pięćset metrów dalej będzie ten dom. -Dzięki – rzucił Marc. -Ale nikogo tam teraz nie ma. Brasentowie wyjechali do rodziny w Kolorado – dodał nie patrząc już na nich, tylko szukając sylwetki domu, którego z tego miejsca w żaden sposób nie było można zobaczyć. Marc nie zareagował. Podniósł wyżej szybę na znak, że zakończył konwersację. Suzanne pchnęła żółtego rumaka na przód. Kiedy wjechali na wyschnięty pas drogi prowadzącej do domu Brasentów poczuli lepki zapach hodowanych zwierząt i poczuli w ustach wszędobylski pył unoszący się teraz za ich samochodem na podobieństwo ogona komety. Dom Brasentów stał samotny na małym wzniesieniu. Wyglądał jak przykucnięty olbrzym, patrzący na przyjeżdżających parą wielkich okien. -To tutaj. Znasz Brasentów ? – zapytała Suzanne. -Nie. Zatrzymajmy wóz po tamtym drzewem – wskazał rozłożystą lipę rzucającą spory cień na jasnej tafli pola otaczającego dom. -Chyba będzie lepiej, jeżeli pójdę tam sam. Marc wysiadł z samochodu i udał się wąską ścieżką na tyły domu.
4. Pomysł był prosty i żałowali, że wcześniej nie przyszedł im do głowy. Pieniądze w większych ilościach niż w sklepowych kasach były w banku. Wystarczyło do niego wejść, wziąć tyle ile uda się unieść i to wszystko. Pończochy pozostały po skokach na sklepy. Jerry kupił rozpadającego się Forda Mustanga, a Kirk obiecał załatwić pistolet maszynowy, który w razie czego pokryje ogniem cały pieprzony świat, tak jak to widzieli w kinie w Currenbury. Film nazywał się „Gorączka”. To było coś - dwóch facetów grzało z automatów po wszystkim: samochodach, policjantach, znakach drogowych i witrynach sklepowych tak, że żaden z gliniarzy nie wychylił nawet czubka nosa zza samochodu. Kirk miał nadzieję, że chociaż kilku z nich posrało się wtedy ze strachu. Wprawdzie jeden pistolet maszynowy nie zrobi takiej rozpierduchy jak tamte armaty, ale przecież bank, który mieli obrobić nie znajdował się w Nowym Jorku, tylko w Currenbury i nie przyjedzie tu cały oddział gliniarzy tylko kilku zafajdanych podwładnych tego tłuściocha MacAllistera. Będą wyglądali jak rosołowa kwoka i biegające wokół niej, głupkowate pisklaki. Oczywiście jeżeli w ogóle zdążą tu przyjechać. Tego dnia Jerry wstał wcześnie mimo lekkiego kaca, który był w tym czasie już równie nieodłącznym towarzyszem każdego świtu, jak dla innych własne odbicie w łazienkowym lustrze. Przetarł dłonią po zarośniętej twarzy po czym uznał, że kilkudniowy zarost nie jest niczym złym, a czasem wygląda seksownie. Tak przynajmniej twierdzi Lisa. Chociaż nie wiadomo czy ta dziwka nie mówi tego każdemu facetowi na północ od Green River. Jeszcze kilka godzin i będą mieli lepsze panienki niż ta ruda zdzira i jej koleżanki. Dlatego też wstał tak wcześnie. Należało trochę się przygotować. -Po pierwsze trzeba się ubrać – pomyślał uśmiechając się pod nosem. Założył wytarte dżinsy z naszywką Blood Rangers, czarną koszulę z wyraźnymi śladami odbarwień pod pachami (przezornie jej nie wąchał) oraz ulubioną, skórzaną kurtkę z niewyobrażalną ilością ćwieków – od małych, ozdobnych, z czerwonymi główkami, przez zwykłe, krawieckie, aż do przemysłowych, kanciastych, brzydkich nitów. Na koniec wciągnął jeszcze buty, wyglądające na zdjęte z martwego kowboja. Wychodząc zapalił papierosa i zaciągnął się mocno pozwalając kłębom dymu dotrzeć do najodleglejszych zakamarków płuc. Przerdzewiałe nadkole Forda zastukało rozpaczliwie kiedy samochód ruszył, a opony piszczały jakby oparzone rozgrzanym asfaltem. Włączył radio. Zatrzeszczało i wypluło z nie obudowanego głośnika zamontowanego na desce rozdzielczej rytmiczne dźwięki „Sympathy for the devil” zmuszając Jerrego do miarowych uderzeń dłonią w kierownicę. Droga prowadziła do oddalonych od miasta zabudowań farmy starego Hudsona. Hudson nie miał ręki do rolnictwa albo po prostu był zbyt rozkojarzony, żeby posiać kiedy trzeba i zebrać, gdy wszyscy zbierają. Więc albo mu nie urosło albo zgniło na polu. Sam Hudson nie przejmował się tymi agrarnymi porażkami, a jako że świnie są bardzo wytrzymałe i niezbyt wybredne, zawsze było co do garnka włożyć. Hudson miał dwóch synów, którzy podobnie jak on, nie przejawiali ani ochoty, ani zdolności do tak wyczerpujących zajęć jak oranie, sianie i zbieranie. Prawdę powiedziawszy samo zrozumienie następstw tych działań przysparzało im pewne problemy, dlatego postanowili zająć się jakimś bardziej intratnym i mniej intelektualnym zajęciem. Założyli sklep. Nie taki zwykły oczywiście, ale specjalny. Można było w nim kupić wszystko to, czego nie było w innych miejscach. Jak mówił Ted Hudson „było to trochę nielegalne”, ale przynosiło zyski pozwalające chłopakom Hudsona nie zajmować się gospodarstwem. Ted Hudson albo się mylił, albo kłamał, ponieważ zajęcie polegające na rozprowadzaniu narkotyków i sprzedaży broni jest całkowicie nielegalne, ale bez tej drobnej różnicy mieliby wokół dużą konkurencję. Czasami pojawiała się u nich policja, ale nigdy z nakazem rewizji. Wszystko przez to że młodszy syn przesiedział niecały rok w więzieniu. Siedział tak krótko tylko dlatego, że do adwokata zgłosił się jakiś blady facet w starym płaszczu i zeznawał na korzyć młodego Hudsona. Ted usłyszał kaszlenie Mustanga kiedy połykał pierwsze kawałki gorącej, porannej jajecznicy z sześciu jaj z dużą ilością krojonej kiełbasy. Podniósł się na krześle tak aby zobaczyć samochód, po czym odłożył widelec, przetarł otłuszczone usta wierzchem dłoni i wyszedł z pokoju. -Cześć Ted – Jerry stał już obok samochodu, który w końcu udławił się którymś zbyt dużym łykiem benzyny. Ted mruknął w odpowiedzi coś, co mogłoby być zinterpretowane przez pewien północnoamerykański szczep Indian Nawaho, jako „idzie deszcz”, ale w narzeczu Hudsonów oznaczało tylko grzeczne „czego ?”. -Potrzebuję gnata. Gnata i trochę naboi. Ted pokiwał ze zrozumieniem głową i ruchem ręki kazał mu iść za sobą. Obeszli dom obrośnięty gęstymi krzewami i wybujałą trawą. Za domem rozciągał się żenujący rezultat prac rolniczych starego Hudsona: częściowo zorane pole, zarośnięte gdzieniegdzie trawą, która w dalszej części wyglądała na regularną uprawę, później fragment zboża, które przełamując wszystkie przeciwności wyrosło jednak wśród wszędobylskiego zielska. Zboże to nie zostało zebrane i pewnie już nigdy nie będzie, ale dopóki nie zbutwiało i nie stało się całkowicie brązowe, ozdabia ten poligon falującą żółcią i złotem. Za domem stała stodoła i kilka nieużywanych zabudowań. Wszystkie zwierzęta znajdowały się w długim budynku stojącym przy wjeździe na teren Hudsonów zaraz przy domu. Ted otworzył solidne drzwi stodoły i weszli do środka. Ku zdumieniu Jerrego, stodoła wypełniona była sianem. –Pewnie kupują to u sąsiadów - przemknęło mu przez głowę. Ted podszedł do ściany i odgarnął słomę przykrywającą dwie podłużne skrzynie. Włożył rękę do kieszeni i przewracał jej zawartość w poszukiwaniu klucza do masywnej kłódki, która zamykała dostęp do skrzyni. Po chwili kłódka puściła i Jerry zobaczył arsenał Hudsonów. Rzucił okiem na skrzynie obok domyślając się, że to co widzi, to tylko fragment kolekcji. -Co chcesz ? – powiedział Ted spoglądając na Jerrego. -Pistolet z dużym magazynkiem i ze dwieście nabojów. Ted pochylił się nad skrzynią przekładając broń dającą o sobie znać głuchymi stukami. Po chwili wyjął owiniętego w brudną szmatę SIG Sauera P226 i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bsol
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…