Samo życie
Nie zawsze w życiu zawodowym odnosimy sukcesy. Cz potrafimy sobie poradzic z porażkami? Co wtedy może się zdarzyć
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nowy piękny dzień. Z radosną duszą jechałem do pracy. Promienie słońca odbijały się od karoserii mojego nowego samochodu. Spojrzałem na zegarek. Miałem jeszcze dużo czasu. Co prawda, wszyscy się śmiali z mojej nadgorliwości, mówiąc że kiedy mam być gdzie o 10, to trzeba mi powiedzieć że spotkanie jest 0 10.30, bo i tak pół godziny przed czasem zawsze jestem. No cóż, taki mam charakter. Wole trzydzieści minut poczekać niż 5 się spóźnić. Z radosnym uśmiechem na ustach oglądałem migającą przed oczami drogę. Piękne, błękitne niebo dodawało tylko boskiego wręcz blasku do tego cudnego dnia.
W myślach jeszcze żegnałem się z moją uwielbianą żoną oraz genialnym synkiem. Jak te 7 latki potrafią być mądre. Czasem jak sobie przypomnę niektóre jego powiedzenia, to aż z podziwu słowa nie mogę powiedzieć. Byłem bez wątpienia szczęśliwym człowiekiem. Kochająca rodzina, praca która daje mi ogromną satysfakcję. Ostatnio nawet awansowałem na dyrektorskie stanowisko. Czego można chcieć więcej od życia? W sumie kiedy sobie pomyślę o trzech rzeczach które mężczyzna musi zrobić, aby życie jego było pełne, brakuje mi tylko posadzenia drzewa. Dom zbudowałem, syna spłodziłem… Kiedyś sobie obiecałem że drzewo jeszcze także posadzę.
Otóż i brama firmy. Podjechałem do barierki, wstawiłem kartę do czytnika. Tak jak się spodziewałem blokada się rozsunęła. Jeszcze z uśmiechem powiedziałem „dzień dobry” pilnującemu w stróżówce i wjechałem do środka. Zawsze uważałem że w życiu należy być grzecznym. Często sam mówiłem pierwszy dzień dobry, nie zważając na to, jakim statusem społecznym spotykana osoba się legitymuje. To co kto zdobył, jakie wykształcenie uzyskał, w rozmowie i kontaktach nie miało żadnego znaczenia. Liczył się człowiek. Każdy był inny i z każdym trzeba było umieć się porozumieć. Uważałem, że tą najtrudniejszą ze sztuk udało mi się opanować.
Zaparkowałem samochód na moim miejscu pod firmą i omiotłem wzrokiem prawie że gospodarza jej teren. Za bramką znajdował się dosyć duży, asfaltowy parking, który zajmował prawie 1/3 powierzchni działki. U jego zakończenia stał piętrowy budynek w którym znajdowały się biura. Pod kątem prostym do niego była ustawiona długa hala produkcyjna. Wydobywające się z niej odgłosy cięcia i krzyki ludzi wskazywały że robota trwała w najlepsze.
Kawałek dalej stał samotnie budynek z jedną brama wjazdową. To był magazyn. I to wszystko. W sumie nic szczególnie oryginalnego. Jednak pracowało tutaj ponad 400 osób. I mieli co robić. W dużej mierze także dzięki mojej ciężkiej pracy. Wszedłem do biurowca. Portier z uśmiechem mnie przywitał:
- Dzień dobry panie dyrektorze…
Z uśmiechem skinąłem mu głową, a następnie podszedłem i podałem rękę:
- Dzień dobry Andrzeju, jak tam samopoczucie?
Z uśmiechem mi odpowiedział:
- Dziękuję bardzo, wszystko dzisiaj w porządku…
Kiwnąłem tylko głową i wszedłem na schody. Kiedy doszedłem na szczyt, minąłem jedne, drugie drzwi i stanąłem przed kolejnymi. Tabliczka na nich zamieszona wskazywała że jest to miejsce pracy Michała Gruszewskiego- Dyrektora marketingu. Z dumą uśmiechnąłem się do siebie. To byłem ja. Wszedłem do środka. Siedząca pod oknem sekretarka wstała pośpieszcie, niewprawnie obciągając krotką spódniczkę:
- Dzień dobry panie dyrektorze.
Uśmiechnąłem się do niej zatrzymując wzrok na jej twarzy. Musiałem uważać by moje spojrzenie, zbyt śmiałe nie omiotło całej jakże powabnej sylwetki: - Dzień dobry pani Beato, ładny dzień dzisiaj mamy… Uśmiechnęła się jeszcze szerzej:
- Oj tak panie dyrektorze. Pan pozwoli
Mówiąc te słowa zajrzała w kalendarz:
- O tak, o godzinie 14.00 jest dzisiaj zebranie Zarządu, na którym zostaną omówione wyniki sprzedaży. Sam prezes bardzo prosił, by koniecznie pan przybył…
Mówiąc te słowa spojrzała na mnie z podziwem. Nieczęsto się zdarzało, by prezes tak grzecznie prosił o kontakt podległego pracownia. Uśmiechnąłem się w duchu. Doskonale wiedziałem skąd i dlaczego ta prośba. Bez słowa wszedłem do mojego gabinetu. Włączyłem komputer i sprawdziłem moją pocztę. W sumie, po miesiącu od awansu na to stanowisko mogłem się poszczycić szokującymi wynikami.
Kiedy je obejmowałem dział marketingowo-handlowy prawie że leżał. Nie wiele się działo, a wyniki osiągane były niewiele ponad zerowe. Poprzedni dyrektor, syn prezesa, delikatnie mówiąc zaniedbał sprawę. W dziale pracowali jego koledzy, którzy o marketingu, nie mieli zielonego pojęcia. Zrobiłem rewolucję. Zmieniłem skład ekipy, dobrałem prawdziwych fachowców. Mimo że wiązało się to z trochę wyższymi kosztami, to jednak osiągane wyniki były zdecydowanie lepsze. Produkcja prawie że nie nadążała ze zleceniami. Co prawda były dyrektora, awansowany na stanowisko zastępcy prezesa ds. rozwoju, troszkę patrzył na mnie ze złością, jednak broniły mnie osiągane rezultaty. Dzisiaj był wielki dzień.
Miałem przedstawić osiągnięcia oraz zapropoować plan na przyszły miesiąc. Byłem do tej prezentacji doskonale przygotowany. Wiedziałem że znowu wprowadzę troszkę pozytywnego fermentu. On był konieczny, by firma coraz lepiej funkcjonowała. Dzień zleciał mi błyskawicznie. Słuchawka aż była czerwona od ciągłych rozmów, a klawiatura się gotowała. Nawet nie wiedziałem kiedy nadeszła 14.00. O tej godzinie wziąłem przygotowane zawczasu dokumenty, a następnie udałem się do biura zarządu.
Kiedy wszedłem do środka sekretarka z uśmiechem zaprowadziła mnie do firmowego „owalnego gabinetu”. Na mój widok siedzący pod oknem mężczyźni podnieśli się z uśmiechem. Każdy z nich podał mi swoją rękę. Był więc prezes, jego syn a także dyrektor ds. ekonomicznych. Zawsze z pewnym onieśmieleniem wchodziłem do tego gabinetu. Był, to duży, przestronny pokój. Cała jedna ściana to było jedno, wielkie okno, przesłonięte roletą, przez której delikatne otworki dostawało się do środka lekko przytłumione światło. Na środku pokoju stał olbrzymi okrągły stół, wokół którego było równo ustawione osiem krzeseł. Pod jedną ze ścian…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hanibal
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…