Sed fugit interea, fugit irreparabile tempus
czas ucieka, życie mija...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przeraźliwy dźwięk narastał… Dudnił w każdym zakamarku umysłu, odbijał się od ścian i wracał uderzając o Jego głowę zwielokrotnioną przez echo siłą... Biały tynk na gładkim dotychczas suficie zaczął pękać i płatami, przypominającymi porośnięte pleśnią talerze, spadać na podłogę, zaścielając ją dokładnie, jak bożonarodzeniowy śnieg w Wigilię ścieli drogę spieszących na Pasterkę ludzi. Biała mgła kurzu wdzierała Mu się do gardła, gryzła, wściekle język i utrudniała oddychanie. Ta sama mgła paliła łzawiące oczy, których tylko resztką silnej woli starał się zgodnie z szepczącym Mu gdzieś na skraju świadomości głosem matki nie pocierać. Zrobił rozpaczliwy krok do przodu, ale podłoga chwiała się już niebezpiecznie, grożąc zarwaniem i pociągnięciem Go ze sobą kilkadziesiąt pięter w dół, na parter, gdzie stałby się tylko kolejnym zajęciem w pracy koronera... Uciekać, uciekać! Instynkt, czułem to, kazał Mu rzucić się biegiem w stronę ledwie dla mnie widocznych konturów drzwi na przeciwległej ścianie pokoju, ale zdrowy rozsądek nie pozwolił ruszyć się z miejsca, a wyobraźnia wyświetliła natychmiast pojedynczy slajd filmu Jego nędznego życia, który prawdopodobnie właśnie się kończył, przedstawiając mu Jego własne zmasakrowane ciało, które niczym wór suchych gałęzi spada na betonową posadzkę parteru wieżowca, ginąc natychmiast pod stertą gruzu. Jego wahanie trwało zaledwie ułamek sekundy, maleńką cząstkę wieczności, choć przecież zdawało się nią być, niedostrzegalnym dla mnie drżeniem motylich skrzydeł, kiedy wskazówka nieruchomieje drżąco na chwilę, by zebrać siły do kolejnego skoku... Dla mnie to niedostrzegalne, Jego najwidoczniej czas dotyczył. Sufit stęknął żałośnie po raz ostatni, gdy piętro wyżej poddała się kolejna ściana nośna i runął na Niego... Całą mocą narratora, z niezrozumiałym dla siebie sentymentem do Jego eterycznej osoby, skierowałem trzydzieści ton gruzu nie na Jego głowę, ale tuż za Jego plecy. Jęknęło zbrojenie, a ja poczułem jak grawitacja przejęła kontrolę nad tym Jego ciałem, pozwalając Mu dokończyć przerażoną myśl w locie jednostajnie przyspieszonym... Parter zbliżał się jakby w zwolnionym tempie, a wokoło, wśród wciąż nieustającego, wysokiego, wibrującego dźwięku, czterdziestopiętrowy wieżowiec składał się jak domek z kart poruszony zasadą domina, kiedy fala dźwiękowa zburzyła pierwszą ścianę... Dziesięć metrów... Pięć... Trzy...
Grzmotnął o podłogę otwierając oczy. Stary, powojenny budzik hałasował niemiłosiernie starając się chyba wszystkim przypomnieć swoją młodość. Klnąc pod nosem podniósł się, rzucił na łóżko koc i wciąż zataczając się marynarsko po całonocnej imprezie, dotarł do biurka. Budzik uciszył jednym, silnym uderzeniem. Zdradzony, skrzywdzony, cicho jęczący, sędziwy kawałek metalu potoczył się po podłodze i znieruchomiał przy drzwiach starej, dwudrzwiowej szafy, wypatroszony ze swoich trybików, ze szramą przez środek pękniętej, szklanej twarzy. A On? Widziałem, że nogi wciąż się pod Nim uginają. Był słaby jak dziecko wycieńczone wielodniową chorobą. Scena z walącym się budynkiem wciąż pozostawała zapewne przed Jego oczami – przecież niewiele się zmieniło: podłoga trzęsła się tak samo, tyle, że akurat tutaj była to wina Jego błędnika, a nie pomyłki inżynieryjnej, czy krytycznej sytuacji. Oczy bolały, domagając się jeszcze co najmniej pięciu godzin snu. Gardło i język, twardy jak drewniany kołek, żądały wody. Tylko że tym razem śmierć Mu raczej nie groziła... Była 7:15, czas, by prysznicem rozpocząć kolejny nudny dzień, podobny do setek poprzednich, w którym musiał się pogodzić ze swoim statusem społecznym, zapomnianego przez życie marginesu społecznego, kloszarda świata dwudziestego pierwszego wieku. Ja przyzwyczaiłem się już do Jego pokoju, obserwowałem dość długo zachodzące w nim przemiany architektoniczne, zresztą jestem narratorem, mnie nic nie dziwi, dla was może to być zaskoczeniem. Skorzystajmy z chwili, kiedy wyszedł i nie może usłyszeć, o czym mówię. Jego pokój, to pomieszczenie o powierzchni niecałych pięciu metrów kwadratowych. Zdecydowanie największą grupę lokatorów stanowiły tu roztocza. Biegały stadami po dywanie i meblach, a ponieważ On nigdy im nie przeszkadzał, ich rozwój cywilizacyjny osiągnął już naprawdę imponujący poziom, choć i tak były epoki ewolucyjne za bakteriami, które dawno już wynalazły koło, a teraz planowały pierwsze loty kosmiczne. Sam dywan przypominał mi z mojej perspektywy obraz pijanego impresjonisty, który miał wyraźny problem z dostosowywaniem się do jakichkolwiek kanonów rządzących barwami. Inaczej mówiąc, dywan pokrywały plamy różnej wielkości, gatunku, koloru i pochodzenia, jakby ktoś systematycznie, bez skrupułów oprawiał tu łosie. Mala herba cito crescit... Większą część wolnej przestrzeni pomieszczenia zajmowało coś, co kiedyś cywilizowany człowiek nazwałby łóżkiem, dziś ja nie potrafiłem znaleźć na to coś innego określenia, jak barłóg. Koc, podziurawiony żarem z papierosów i przeżarty przez mole, które ucztowały sobie tu swobodnie, nie zwracając uwagi na zmniejszające się im coraz bardziej żerowisko, a tym samym na zbliżającą się konieczność powzięcia decyzji o awaryjnej eksmisji, zwinięty był w kłąb i rzucony na skraj legowiska, odsłaniając tym samym szmatę służącą niegdyś za prześcieradło koloru białego, dziś, zbliżającego się ledwie do jasnożółtego, potarganą na rogach i krawędziach, przykrywającą wygnieciony materac. Umeblowanie stanowiło stare, odarte z brązowej okleiny biurko, sypiące się sklejką na podłogę nie pokrytą pleśniejącym dywanem, duża, stara szafa, oraz stary regał na książki, teraz zapełniony pustymi puszkami po najtańszych piwach i wódce standardów Czerwonej Kartki, w całości dając obraz preferencji kubków smakowych właściciela, albo jego kieszeni. Biurko zobowiązało się dla odmiany udźwignąć ciężar brudnych szklanek, talerzy i kubków, na których Ernest Duchesne mógłby przeprowadzić cały szereg badań, zawierających fusy po kawie, pokryte morskim nalotem, zdradzającym, że stosunkowo długi czas upłynął od chwili ostatniego użycia tego naczynia, resztki różnokolorowych napojów, z których z całą pewnością żaden nie był wódką, bo ta z kolei z całą pewnością by się nie ostała w tym mieszkaniu, oraz resztki jedzenia, można by powiedzieć, z dachowca, który nieopatrznie dał się zwabić do tej nory zapachem mleka i skończył swój nędzny, miauczący, bezdomny żywot na patelni w kuchni, za jednym zamachem tracąc swoje dziewięć żyć. W świetle nagiej żarówki, dającej chwiejne, żółte światło, zapalonej przez cały czas, bo pomieszczenie nie miało okna, dostrzegałem z bólem serca zawieszone plakaty, które On znalazł podczas jednej z ekspedycji na śmietnik w poszukiwaniu makulatury, dającej Mu jedne z głównych możliwości dochodowych. Była tu naprawdę interesująca kolekcja zdjęć. Na każdym z nich piękna, naga kobieta eksponowała te lub inne walory swojego ciała, a podpisy oznajmiały wszem i wobec, że owe plakaty pochodzą z tak religijnych pism jak Cats, Extasy, czy Wamp... Neandertalska jaskinia Wszetecznicy Babilońskiej, lex aeternae, wszystko pachnące tanią erotyką i seksem jakiego nigdy tu nie było, bo kobiety szanują się na tyle, by nie odwiedzać takich nor. Bijąca ze ścian pneuma na zawsze pozostała tylko grzeszną fantazją samogwałtu właściciela. Oto jedyne pomieszczenie tego nędznego, odrapanego mieszkania, jakie dane mi było oglądać z mojego miejsca. Drzwi pokoju otwarły się, by przepuścić rozpędzoną, chwiejną masę złożoną z zasuszonych fragmentów ciała, pokrytych niezdrowymi, żółtymi plamami, zarośniętą jak małpa, choć na pewno dużo brudniejszą niż one, śmierdzącą kwaśno potem, który zabijał skutecznie jakikolwiek ewentualny zapach szarego mydła. Wygląda na to, że dziś prysznica nie było. Tylko krople wody, uciekające Mu z twarzy ze strachu przed wchłonięciem przez zatkane i zatłuszczone pory skóry, z przerażeniem spadające na podłogę, stanowiły poszlakę, że miał dziś jakikolwiek kontakt z łazienką i higieną. Zatoczył się i opadł na swój barłóg, wpatrzony z lubieżnym uśmiechem w najbliższy plakat. Próbowałem odwrócić wzrok, by nie widzieć aktu samogwałtu za sprawą wykolejonej myśli, jedynej, jaka kołatała Mu się w zakonserwowanym przez spirytus umyśle. Ludzkie zepsucie osiągnęło swój punkt kulminacyjny i nie dało się już nic więcej zniszczyć w pierwowzorze Boskiego planu. Życie seksualne papieży, gorszące raczej ludzi, niż mnie, bo czystość nie oznacza celibatu, który został wprowadzony dopiero w 1139 roku, lub alimenty płacone przez księży, prostytucja z miłości do zawodu, głód, wojny, gdzie kapelani dwóch przeciwnych sobie armii modlą się do tego samego Boga o zwycięstwo, prosząc o śmierć dla wroga, nie rozumiejąc zasady wolnej woli, ludzie kroczący tanecznym hufcem za swoją dance macabre, w przekonaniu, że przyjdzie czas na zmianę, lub zwyczajnie nie dostrzegając, że płomienie piekielne to nic innego, jak grzyby nuklearne, że zapach siarki to feromony, a czarci to inni ludzie. Pogoń za ciągłym zyskiem jest wrzącą smołą, w której ta głupia rasa pływa, coraz szybciej machając rękami i nogami, gdy dno kotła zaczyna się robić coraz gorętsze, gdy podatki straszą komornikiem, a najemca eksmisją. Kasa, kasa, kasa... Człowieku, ty puchu marny... Ty, który stworzyłeś sobie sam piekło tam, gdzie Deus Artifex dał ci Eden i wybudowałeś stupięćdziesięciopiętrowe Wieże Babel, z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, bo jesteś tylko marną cząstką wieczności, której nie możesz pojąć swoim maluczkim umysłem. „Naucz się wstydzić samego siebie”, jak mówił Demokryt, wciąż masz czas, bo przecież „ta sama droga prowadzi w górę, co i w dół”, mówiąc słowami Heraklita. Podniósł się z legowiska, otrząsnął jak zwierzę i zniknął na chwilę za drzwiami, by po chwili wrócić z dwiema oszronionymi puszkami taniego piwa. Przynajmniej lodówka działała tu jak należy. Postawił jedną puszkę obok barłogu, a drugą otworzył jednym szarpnięciem za kluczyk i od razu wlał sobie do gardła kilka lodowatych łyków spienionego napoju. Z błogim uśmiechem na twarzy odchylił się do tyłu i oparł plecami o ścianę, a wzrok zawiesił na kobiecych ciałach z plakatów. Czułem, że jego libido zaczęło znów śpiewać swoją zwierzęcą pieśń godową. Tym razem jednak nikłe Freudowskie ego okazało się w tym wraku człowieka silniejsze. Porzucił bowiem zamiar ponownego ulżenia instynktom i jakby budząc się z letargu potrząsnął nieznacznie głową, uśmiechnął się głupkowato do swoich myśli, zapewne wspominając pierwsze wojaże i ponownie pociągnął z puszki sporą ilość złocistego płynu. Jego mina zdawała się mówić „Ambrozja właśnie tak musiała smakować”. Co On tam wie o napojach bogów... Nagle poderwał się na równe nogi i chwiejnie wytoczył z pokoju, zapewne ktoś zapukał do drzwi, czego nie usłyszałem. Jego goście zakwalifikowani byli w zasadzie do dwóch kategorii. Byli to albo przedstawiciele jakiś urzędów, od policji, z upomnieniem za hałas podczas nocnych libacji, przez administrację, wściekłą o przeciekające rury w łazience, do ciecia, który z kolei pieklił się zwykle o sterty śmieci przed klatką schodową, albo koledzy po fachu, śmietnikowi poszukiwacze przygód, zbieracze, macherzy i szmaciarze. Wszyscy należeli do grupy, która znajdując na śmietniku zwłoki, zapakowane w dywan, foliowy worek, czy poćwiartowane, upchnięte do plastikowych pudełek, najpierw pomyślałaby o tym, czy nie można tego jakoś zjeść i tym samym zaoszczędzić kilka złotych monet na alkohol. Oto mentalność ludzi śmietnika. Nigdy nie odważyłbym się mieć pewności, czy naprawdę nie jedli już kiedyś ludzkich zwłok. Wszystko, co znaleźli, mogło im się przydać. On należał i tak do zamożniejszej grupy, bo wciąż stać go było na utrzymanie tej nory, którą nazywał mieszkaniem, choć wiem, że Jego koledzy-zbieracze pomagali mu co miesiąc uzbierać na czynsz, tylko po to, by mieli gdzie w cieple wypatroszyć kolejną butelkę taniej wódki. Drzwi otworzyły się i stanął w nich facet, któremu bliżej z całą pewnością było do Neandertalczyka niż Homo Sapiens. Przez moment zastanawiałem się, gdzie kończą się włosy, a zaczyna broda, ale szybko doszedłem do wniosku, że to tylko jeden zmierzwiony kołtun, którego kontakty z wodą zdarzały się tylko podczas deszczu. Facet był naprawdę wielki. Brakowało mu zdecydowanie tylko maczugi, a kwestia wkomponowania go w plemiona germańskie z czasów Juliusza Cezara byłaby załatwiona. Miał na sobie potargane dżinsy i podkoszulek, którego koloru jednak nie mogłem się domyśleć, gdyż zawierał chyba wszystkie możliwe barwy – od czerwieni starego pomidora, przez tłuste plamy niewiadomego pochodzenia, po zaschniętą, brązową skorupę błota. Barbarzyńca stał tak wpatrując się we mnie niewidzącymi oczami, które miały tyle życia i blasku co puste oczodoły. - Frajer. – wskazał na mnie palcem i potoczył się na barłóg, na którym znieruchomiał w pozycji pół-siedzącej. Mój gospodarz zarechotał pod nosem, podał gościowi drugie piwo i usiadł obok Barbarzyńcy, który zaczął już wyciągać zawartość swoich kieszeni. Były to niedopałki papierosów, cała garść, które teraz rozsypali obok siebie na łóżku. Obrzydzenie ogarnęłoby każdego człowieka, gdyby wyobraził sobie, ile ust i ile języków dotykało ten łup. Wirusy, choroby, grzybica... Wszystko to przynieśli właśnie na posłanie i pozwalali się rozprzestrzeniać drobnoustrojom, a sami przebierali palcami pomiędzy nimi, wyciągając co większe niedopałki. Wzdrygałem się zawsze, gdy dochodziło do tego procederu. Kiedy mieli już wybranych kilkanaście większych niedopałków, patroszyli je z tytoniu, rozrywając bibułkę i wysypując jego resztki na skrawek kartki papieru. Urosła z tego niewielkich rozmiarów kupka, na którą patrzyli dumnie, jakby mieli przed sobą kubańskie cygara, wietnamskie smolone pędy bambusa, lub indiański kalumet z konopiami. Wtedy Barbarzyńca wyciągnął z kieszeni papier toaletowy, poskładany dokładnie w kostkę wzdłuż zagięć, uśmiechnął się mówiąc „Z Mc Donald`s” i oderwał dwa kwadraciki, a resztę schował ponownie do kieszeni. Następnie nasypał po połowie odzyskanego tytoniu na każdy z kwadratów papieru toaletowego i obaj zaczęli skręcać sobie naprędce po papierosie, którego odpalili jedną zapałką wyciągniętą z kieszeni gospodarza i rozsiedli się wygodnie, delektując w ciszy dymem, jak para kochanków, w ciemności, bo odbytym stosunku, kiedy nie wypada nic mówić, przerywać magicznej chwili, tylko celebrować ją w ciszy i adorować żarem papierosa. Tak wyglądało ich życie z odzysku i recykling na własny użytek. Ci ludzie mieli jeszcze wciąż szansę, mocą narratora zostawiałem im furtkę powrotu. Szkoda, że żaden z nich nie znał innych haseł poza horacjańskim „carpe diem”, w tym wypadku odbitym w krzywym zwierciadle rzeczywistości salonu luster, czy też „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” Heraklita. Być może dlatego, że dawno zapomnieli już, że przekraczali w bród jakąkolwiek rzekę, a może dlatego, że ich rzeki zdawały się za głębokie, niosąc swoim nurtem przeszłość, z którą nikt nie chciał się zderzać... Alea iacta est, bo Rubikony zostały daleko, romansując teraz z historią... Czas w tym pokoju odmierzały kikuty popiołu, powiększające się z każdym głębszym wdechem, jak toczone gangreną kończyny, gnijące w zastraszającym tempie, nadające się tylko do amputacji, podkreślające beznadziejną, sytuację bez wyjścia, labirynt Minotaura Czasu, w którym tkwili uwięzieni, bo Dedal zapomniał pokazać im wyjścia, a może dlatego, że nawet nie chcieli go szukać. Jeden papieros to cztery minuty. Barbarzyńca podniósł się i zdusił resztki osmalonego papieru toaletowego z nadzieniem nikotynowym w olbrzymim, starym rondlu, który służył za popielnicę. Palenie zabija, zapytajcie o to czarownice, one wam potwierdzą. Co z tego, jeśli tych dwóch dawno już umarło, dokładnie wtedy, kiedy umarły ich nadzieje lepszego jutra i człowieczeństwo ambicji. Przyjaźń? Tak, znali ją, jako symbiozę śmieciarzy, ja znajdę coś dla ciebie, ty znajdziesz coś dla mnie. Mogli na siebie wzajemnie liczyć tak długo, jak długo jeden drugiemu nie wydrapał oczu o kieliszek wódki. Zawierali swoje stosunki gdzieś między dyplomacją, a włazidupstwem, wazelinowanym argumentem i jaskiniową wymianą zdań. Nie takich stworzył ich Bóg, takich stworzyły ich realia. Bo to realia są religią, a nie Pierwszy Poruszyciel. Świat tchnie na ludzi istotą deizmu, którego w swojej naiwności nie dostrzegają, lub boją się dostrzegać, rozumiejąc, że gdyby ta myśl zakorzeniła im się na stałe w podświadomości, zostaliby sami, bez wszechobecnej mocy, która może zmieniać koleje rzeczy. Boga wymyślili…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MagMagneto
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…