Wróć do katalogu

Słońce

Powrót do pisania po długim detoksie. Kolejna randka z tworzeniem.

333opublikowano 23 września 201656 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W niektórych religiach słońce nazywano bogiem. Z powodu jego wielkości, mocy, nieosiągalności przeciętnemu człowiekowi. Oddawano mu cześć nawet nocą, kiedy płonęły ogniska i pochodnie. Bóg ten nie był miłosierny w pustynnym państwie Tanil. Palił bezlitośnie, a jednak noce bez niego były chłodne. Wieczny gość pustyni dawał się we znaki każdemu, toteż trójka jeźdźców ujeżdżających kuhailany ubrana była w jasne i zwiewne szaty i kefije, z czego dwójka konnych łączyła to z lekkimi pancerzami. Ten bez pancerza ubrany był dodatkowo w ozdobną kremową abaję, a palce jego zdobiły pierścienie, co świadczyło o majętności. Nie było wiatru, słychać było jedynie stukot kopyt oraz poruszające się w pochwach jatagany. Celem podróży było więzienie na strzelistym wzgórzu. Więzienie nie było duże, było w nim tylko kilka celi. Za to strażników było stosunkowo całkiem sporo. Kryli się oni w cieniu, trzymając berdysze, na dziedzińcu, na który wjechali jeźdźcy, wkrótce po załomotaniu w bramę więzienia. Jeden strażnik, bez lewej dłoni oparł broń o mur i chwycił lejce konia prowadzonego przez mężczyznę bez pancerza. Ten zsiadł z wierzchowca, poklepał jednorękiego po ramieniu i udał się zachodnimi drzwiami do izby na piętrze. Jednoręki zaprowadził konia do poidła, a dwójka jeźdźców również odstąpiła ze swych wierzchowców i usiedli na ławie po wschodniej stronie, uprzednio witając się ze znajomymi strażnikami. Mężczyzna w abai po pokonaniu krętych schodów zapukał do jedynych tutaj drzwi. - Wejść! - usłyszał donośny, dźwięczny głos. Wszedł do pokoju o pomarańczowych ścianach i prostej drewnianej podłodze. Wyposażenie pomieszczenia prezentowało się następująco: Duży stół o kwadratowym blacie, dwa krzesła, szachownica z krzesłami i pionkami na planszy, słomiana mata mająca swoje lata używalności za sobą, średniej wielkości szafka mająca już swoje lata, oświetlenie, zajęty stojak na broń, posiadający tępy topór i zardzewiały buzdygan. Wojskowy, lecz niezwyczajny pokój, gdyż nie w każdym takim miejscu znajdzie się skromny wazon z białymi tulipanami oraz obraz przedstawiający mężczyznę triumfującego nad zabitym lwem. Znajdowali się tu dwaj mężczyźni. Jeden półleżał na słomianej macie, grał na lutni. Czarne, przydługie włosy były w nieładzie, przypominały pióra martwego kruka. Jego niebieskie oczy przesuwały swoim mętnym wzrokiem po szyjce instrumentu, na którym grał. Trójkątna twarz przedstawiała obojętny grymas. Jego ubiór był bardzo ograniczony, przepaska na biodrach i luźna metalowa obręcz u podstawy szyi oraz ciaśniejsze na przegubach. Niewolnik. Drugi mężczyzna pochylał się nad szachownicą opierając o nią dłonie w ciężkich rękawicach. Cały ubrany był w ciężki pancerz, skrzydlaty hełm był na stole, niedbale położony, na boku. Głowa ubrana była jedynie w chustę skręconą na kształt agalu. Na stole leżał również koncerz, prawdopodobnie własność drugiego. Jasne oczy nieogolonej, pociągłej twarzy bystro wpatrywały się w plansze. - Co jest, Markvar? - odwrócił się do gościa. - A, to nie Markvar. - Pokój z wami, Yousufie - powiedział z uśmiechem gość. - I z wami, Fahdzie - brodaty silnie uścisnął dłoń gościa i odsunął krzesło. - Spocznij, proszę. Fahd usiadł, Yousuf podszedł do okna. - Nimmu, przynieś nam coś do picia - powiedział do niewolnika. Ten oparł lutnię o ścianę i wstał. - Tak jest, efendi - odrzekł niewolnik swoim brzmiącym trochę jak bzyczenie pszczół głosem i ukłonił się, po czym wyszedł. - Tylko dwóch dzisiaj z tobą przyjechało? Jest aż tak źle? - zapytał Yousuf wyglądając za okno. Fahd kiwnął ręką, drugą jednocześnie drapiąc się po karku. - Nie, nie. Generał Rashid ciągle potrzebuje nowych ludzi. Już dawno wysłałem mu pod Mudfae co mogłem i obstałem przy minimalnej obstawie. Bashir i Nasreddin to moi najbardziej zaufani ludzie - spojrzał na miecz na stole. - A Ty nadal wymachujesz tym swoim rupieciem? - Nie, już obstalowałem nowy u kowala, dzień lub dwa i będzie - Yousuf zasiadł prostopadle do gościa. - Wojna ciężka, oręż porządny potrzebny. - Słusznie. Potrzebne też pancerze, jedzenie, konie. A do kogo sułtan wysyła ludzi? Czyją kieszeń doi? Zgadnij. Ech. I tak część idzie do Mudfae, reszta do stolicy i innych miast, "na wszelki wypadek". Drzwi otworzyły się. Nimmu wszedł trzymając ostrożnie tacę z nieozdobnym dzbanem i dwoma równie nieozdobnymi kubkami. Bardzo uważał by nie stało się coś, co później musiałby posprzątać, uprzednio dostając batem, jednak poruszał się wcale sprawnie, zręcznie kładąc tacę na stole. - Dziękuję - odrzekł naczelnik. Niewolnik ukłonił się i opuścił pomieszczenie, cicho zamykając za sobą drzwi. - Skąd go wziąłeś? - Nimmu? Z targu. Nie był drogi, a po poprzedniego przysłał Felah mówiąc, że nada się na żołnierza. To teraz mam to chuchro. Ale to dobry chłopak, nie robi problemów, niewiele mówi i umie grać. Jednakże tuszę, że nie przybyłeś tutaj aby pytać o niewolników. - Nie. Przywiozłem ci coś. Proszę, trzymaj - List, pamflet czy donos? - List. Od generała, nie Rashida, Murrena. - No proszę, syna sułtana? Każe szanowanej osobie z dobrego domu być kurierem? - Nie w tym rzecz. Po prostu bardzo mi ufa, a list od niego to nie bzdet. Ufa mi odkąd razem walczyliśmy pod Anthu. Yousuf niedbale otworzył kopertę, spodziewając się wysłania kolejnych ze swoich ubogich już oddziałów do stolicy, wysłania "na wszelki wypadek". Po chwili popatrzył zszokowany na Fahda, a ten pokiwał głową. Naczelnik więzienia pobladł jakby był po dłuższym detoksie od słońca. - Nie może być. - A tu proszę. - Ale on? Naprawdę? - Zgadza się. Nie żeby mi się to jakoś podobało. - A więc jednak? - Owszem. To konieczne. - Ale... - To rozkaz. Przykro mi, przyjacielu. Prowadź do niego. -Teraz? A wino? Fahd odpowiedział mu poprzez wstanie i poważne, gorzkie spojrzenie. Yousuf westchnął i kazał machnięciem dłoni iść gościowi za nim. Dotarli niewymyślnymi korytarzami do jednej z cel. Najniższej, w piwnicy. Dwóch strażników siedziało na tobołkach i pijąc coś o podejrzanym zapachu z podejrzanego źródła. Ubrani w proste mundury, które nie były zbyt dobrą ochroną, ale sprawdzały się w tej temperaturze, ich glewie stały w kącie. Grali w kości, na widok naczelnika oraz gościa wstali i zasalutowali. Dwójka przybyłych skinęła głowami. - Otwierać. - rzekł naczelnik. Jeden ze strażników, z paskudną blizną idącą prosto od czoła aż we włosy pokiwał głową, wyciągnął zza pasa kółko z kluczem i otworzył jedyną na tym poziomie celę. Wnętrze jej było obskurne i bardzo zaniedbane, pajęczyny i brud sprawowały dyktatorskie rządy. Jej użytkownik mający na sobie jedynie łańcuchy i poszarpane hajdawery, także nie był przykładem porządku. - Poruczniku Mura! - głośno i wyraźnie rzekł Fahd, nieudolnie udając radość. - Mam przyjemność oznajmić, iż jest pan wolny! Moje gratulacje! Yousuf opierał się o ścianę, dalej będąc zaskoczonym tą wieścią. Strażnicy mieli podobną reakcję. Drugi, bez blizny, zbierał właśnie kości i kubek, przed chwilą je upuścił. - Możesz wyjść! Więzień, który półleżał przy ścianie podniósł głowę i spojrzał na nich swoimi zielonymi oczami. Na jego usta wpełzł uśmiech, jednakże to nie była radość z wolności. Nieautentyczność bawiła go do takiego stopnia, że w moment wybuchnął głośnym, opętańczym śmiechem, czym przestraszył całą czwórkę. Naczelnik uderzył się otwartą dłonią w czoło, którą zsunął na usta i tak stał przez dłuższą chwilę wpatrując się z przerażeniem w posadzkę. W międzyczasie Mura wstał i szturchając Fahda ramieniem, wyszedł na oświetlony korytarz. Na szturchnięcie strażnicy zareagowali sięgając po broń, jednakże brodacz tylko kiwnął ręką. - Słońce - Mura podszedł do okna i zamknął oczy. - Ilu głodujących już to się spaliło? Ha! Ile rzek wysuszyło? Symbolu życia dla roślin, symbolu śmierci dla ludzi. Ba ba banga. Otworzył oczy. Szmaragd olśniewał. Yousuf spojrzał na strażnika z blizną i skinął głową na kajdany, zostały rozkute. Były więzień zaczął teatralnie masować swoje nadgarstki. - E tam. To i tak nic nie pomoże. Gdzie moje rzeczy? - W magazynie, od początku. Ja zaprowadzę. - rzekł naczelnik i ciężko westchnął nadal wyrażając dezaprobatę dla tego pomysłu. - Ludzi też tak zamykacie w kufrach i skrzyniach? Ech. Bezduszni. Kiedy wyszli, strażnicy zrezygnowani wrócili do siedzenia na swoich tobołkach. - Kto takie coś rozporządził? - Sułtan? Generał? Rada? - Może wszyscy? - Nieee. Tylu wariatów nie ma. Rzucaj, Twoja kolej. - Chuj. Słabo. Pamiętasz w ogóle Bitwę o Leino? - Daj te kości, psiakrew. Jasne, że pamiętam. Ha! Wygrywam. Szedłem w pierwszym natarciu. Wszystko można powiedzieć o Murze, ale to zdolna bestia, kawał skurwysyńskiego talentu. Straty niewielkie, miasto zdobyte w niecały dzień, a gadali że jeszcze przed murami nas zniszczą. Widziałeś schody do wieży astronomów? Stosy ciał, większość i tak pospadała na dół. A wieża czerwona od środka. - Widziałem. Umie chłop się napierdalać. Niech to. Nie idzie mi dzisiaj. Kantujesz. - Sam kantujesz, kurwa twoja mać. - No jak? Taki wynik? I nie dłub nożem w zębach, to obrzydliwe. - Zaraz wbiję ci ten nóż w żebra. Umiem grać i tyle. - Idźże, idźże. Zaraz się pokaleczysz. Rzucasz czy nie? - Ha! Wygrałem. - Kurwa.

Mocne drzwi do magazynu otworzyły się z łoskotem. Kiedyś zamiast magazynu była tu zbrojownia, świadczyła o tym obecność stojaków na zbroję i broń oraz kilka zardzewiałych sztuk oręża niechcianych w cekhauzach. Teraz były tutaj głównie skrzynie, kufry i lampy. Yousuf podszedł do kąta i wygrzebał sporej wielkości kufer z dębowego drewna. Wyciągnął go na obręb światła, kaszląc od kurzu i pyłu. Zniszczył kopnięciem wątpliwej jakości zamek i wskazał otwartą dłonią Murze, że to jego własność. Ten, pocierając ręce z podniecenia, podszedł i otworzył wieko. - Co my tu mamy... Szamszir! Masz swoje lata, ale ile oddechów przekonałeś do zaprzestania, tak dużo, tak dużo. Pfu. Kurz. Kurwa. Ażin! Mój przepiękny sejmitar! Tatuś tęsknił! Poczekaj tu, na podłodze, jestem blisko. Kordzik! A ty to zawsze badziewie byłeś, idź w pizdu, w kąt. Buty! Panie naczelnik, pan zobaczy! Dobre, wojskowe buty! Ze skóry! A jakie mocne! Teraz już takich nie robią. Ach, jak ja kocham ten tekst powtarzany przez każde pokolenie. Spodnie! A to to zawsze do dupy była rzecz. Ale też konieczna. Nigdy nie zrozumiem tych z bigwantami. Ciężkie to, wolno się chodzi, tyle wad. Pas! Dobry! Zawsze to dodatkowa ochrona. No ale żeby mój bezrękawnik ze skóry lamii i chityny skorpiona akarabskiego tak traktować?! Wypad mi karwasze. Buturliki, sio! Taki dobry pancerz na dnie. Ech. Nie mają u was szacunku do lepszych. Skurwysyny. Dobra. Mam tu wszystkie moje dzieci. Co dalej? - W pomieszczeniu obok jest woda, umyj się i ubierz. Będziemy czekać przed drzwiami - rzekł stanowczo i poważnie Fahd. Wyszli na korytarz, Mura wstąpił w drzwi po lewo i trochę tam został. Słychać było klekot, uderzanie, przekleństwa, cichy chichot, głośny chichot i drzwi otworzyły się pod nakłanianiem silnego kopnięcia. - Tadaa! Były więzień wyskoczył na korytarz i rozpostarł ramiona. Nogi w spodniach, golenie w buturlikach, stopy w butach, pas na biodrach, tors w bezrękawniku, przedramiona w karwaszach, szamszir za pasem, sejmitar na plecach. - Teraz chodź z nami. Jesteś nam potrzebny. - Oho. Przyszła koza do woza. Wrócili do pokoju naczelnika. Niewolnik powrócił. Leżał na macie, był w stanie półsnu. Mura i Fahd usiedli przy stole, Yousuf poszedł w stronę szafy, z której wyciągnął zwój, a następnie rozwinął go na stole. - Mapa naszej części kontynentu. - powiedział naczelnik w trakcie rozkładania. - Nasze tereny są od rzeki Juthth do Gór Czerwonych na północy i Morza Bursztynowego na wschodzie i południu. Z tego co wiem wojska Bajasovców przekroczyły już Juthth, przejęli kilka posterunków i zrabowali kilka wsi. Mają pięć razy więcej wojska od nas. Ich najwyższy generał we własnej osobie ich poprowadzi. Morale naszych spadają. Mura wytrzeszczył oczy. Potem na jego twarzy pojawił się bardzo szeroki uśmiech i zapytał Yousufa: - No to co? I chuj? - To, że niedługo zetrą nas w proch. I będziesz niewolnikiem jak ten, tam - wycedził Fahd. Mura wygiął usta w podkowę i ze strachu zasłonił twarz swoimi włosami. - Bu - odkrył twarz - Rozumiem, że skoro przekroczyli rzekę, to są w okolicach Mudfae? Przy górach? - Masz rację. Pewnie będą chcieli je przejąć. - Jeśli wyruszymy teraz, to zdążymy dotrzeć. Kilka dni przed nimi. Poprowadzę obronę? - ton byłego więźnia nabrał wielkiej powagi i doświadczenia. - Po to cię uwalniamy, Mura. Poprowadzisz. Ale już, teraz? - Tak! - zaklaskał Mura. - Dzięki, brodaczu za gościnę. Dalej, dziadku. Jedziemy! I wybiegł z pomieszczenia schodami na dziedziniec. Oburzony nazwaniem go dziadkiem Fahd pośpieszył za nim. - Konia! Konia! Jeden ze strażników zobaczył kiwającego w jego stronę głową naczelnika i podał mu lejce konia ze stajni. Wyruszyli.

Mudfae, jedno z bogatszych miast Tanilu. 2768 mieszkańców, w tym około 330 cudzoziemców lub przedstawicieli innych ras, w tym głównie krasnoludów. Dodatkowymi lokatorami okolicznych terenów byli żołnierze, mameluccy jeźdźcy oraz ci lekkozbrojni, ciężkozbrojni, a także łucznicy, ich wszystkich razem było siedmiuset. W czasie pokoju była tutaj jedynie straż miejska, która nie liczyła więcej niż stu członków, jednakże z przyczyn wojny tych kilkaset wojowników i łuczników zostało przeniesionych do Mudfae. Stacjonowali oni w większości w obozie za miastem, z wyjątkami mającymi rodzinę i przyjaciół w obrębie miasta. Jazda, ciężkozbrojni, lekkozbrojni, łucznicy, pachołkowie. Wszyscy gotowi byli na śmierć. Na śmierć wroga. Otyły mężczyzna stanął przed siedzibą władz miasta, tyłem do budynku. Miał nalaną twarz o zaroście dojrzewającego chłopaka, pomimo dawno osiągniętej pełnoletniości, żółto-brązowe szaty oraz turban w kolorze dojrzałej śliwki. Obserwował działania na dużym placu wyłożonym płytami przed koszarami. Szkolono tam chłopów, niewolników oraz innych. Innymi byli cywile warstwy mieszczańskiej oraz rzemieślnicy, między innymi cieśle i budowniczy. Było to w dużej mierze machanie bez składu kijami, ku wściekłości dowódcy milicji, potężnemu, umięśnionemu mężczyźnie z siwiejącą brodą i skrońmi, w ciężkim pancerzu. Ludzi było tam wcale niemało. Oprócz walki bronią uczono ich także równego marszu czy układania się w formacje. Wszystkiego potrzebnego do wojska. Cieszyło go szkolenie, a znacznie bardziej to, że ci ludzie nie byli trzonem armii mającej obronić to miasto. - Panie - powiedział niepewny, męski głos zza mężczyzny. Ten odwrócił się i zobaczył Mahastara, jednego ze swoich niewolników. Ręce, które kiedyś pomagały kuć miecze i miały od tego wyraźne ślady, składał w pozie nieśmiałości i strachu. - Tak, Mahastarze? - Bo... Przybyli oni... - Kto taki? - Pan Fahd z obstawą... I ten cały porucznik, Mura... Otyły mężczyzna poczerwieniał i wytrzeszczył oczy niczym kameleon. - Gdzie są?! - Właśnie przy pana domu, panie... Minął niewolnika i z trudem pobiegł do swojego domu. Przed wejściem były cztery konie przywiązane do drewna. Dom był duży i bogaty. Podłogi pokryte różnorodną mozaiką, witraże w wysokich oknach, obrazy, wazy oraz przeróżne precjoza. W piwnicy trzymane były beczki i antałki z winem oraz rzadko w tych stronach spotykanym miodem pitnym. Znajdowały się tam także worki ze złotem, a także kilka sztuk broni. Posesja wyposażona była w fontannę, jedną wewnętrzną połączoną z basenem, w pomieszczeniu przed sypialnią, druga była w ogrodzie. Ogród także nie należał do małych i ubogich, różnorodne kwiaty codziennie pielęgnowane przez niewolników. Kwiaty trudne do wyhodowania w tutejszym klimacie. Tulipany były oczkiem w głowie właściciela. Białe niczym śnieg, tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy na północ. Delikatne niczym jedwab. Piękne same w sobie. Niczym zachód słońca czy śpiew ptaka. Dzięki magicznej pomocy znajomego maga, brzuchacz nie miał w ogrodzie ani jednego owada ni niechcianego gościa. Nawet zapylanie kwiatów było magicznie uskuteczniane, niewolnicy odczyniali pozostałe pielęgnacje. Goście znajdowali się w pokoju z basenem. Eskorta siedziała na posłaniach dla niewolnic, które nie przebywały w ogrodzie, Fahd przyglądał się rzeźbie przedstawiającej kobietę walczącą gołymi rękami z kobrą, Mura trzymał głowę pod wodą i co chwilę bulgotał. - Tfu - wyciągnął głowę - Mokra woda. Trzydzieści uderzeń serca! Otyły mężczyzna wbiegł do pomieszczenia, zdyszany i czerwony na twarzy, poprawiając turban. Mura odwrócił ku niemu głowę, uniósł brwi i otworzył usta w szerokim uśmiechu , prezentując garnitur zębów niekompletny o dolną siódemkę. - Ismael! Morduchno! Grubas, który okazał się mieć na imię Ismael tylko zmarszczył brwi i ściągnął złotą bałtę ze ściany. - Co ty tutaj robisz?! Fahd! Czy on nie powinien gnić w pierdlu?! - Ty będziesz gnił u Bajasóvców jeśli zdobędą Mudfae. Bajasovia wysłała armię, są niedaleko - Fahd nawet nie spojrzał na Ismaela, stał tak jak stał, oglądając rzeźbę. - I ten cudak ma pokierować obroną? Nie! Wykluczone! Nie ma mowy! - Nie przyszliśmy cię pytać o zgodę. Masz udać się z nami na naradę wojskową. Taki rozkaz rządcy miasta, Caleba. Będziesz sprawiał problemy? Hm? Fahd pokazał Ismaelowi nieznaną mu dotąd twarz. Zawsze odnosił się do niego jak do kogoś o sporej estymie, teraz brzuchacz poczuł się jak pospolity oprych złapany przez strażnika miejskiego na kradzieży jabłka. Strażnicy Fahda zrozumieli w lot i wstali z posłania, odłożyli puchary z winem. Nietanie, aczkolwiek podróbki takich można było znaleźć na każdym mniejszym lub większym bazarze. - Mam nadzieję, że tym razem nie poskąpisz, Ismael - dodał Fahd. - Ze mnie i tak już zdzierają, niedługo będę siedział w szmacie na ulicy, grając na mandolinie. Pokazał dłonią na drzwi wyjściowe na znak, że pora ruszać na naradę. Wyszli w następującej kolejności: Gruby, zdenerwowany Ismael, opanowany Fahd, dwóch golemopodobnych strażników oraz Mura z uśmiechem na twarzy, powtarzał w głowie piosenkę śpiewaną w Noc Rozkoszy. Myślał nawet o zatańczeniu, jednakże tego dnia ulice były bardzo tłoczne, więc od tego gwaru nie mógł przypomnieć sobie czy zaczynało się od skoku na lewą czy na prawą nogę. Sala narad zawierała okrągły stół. Sama była ośmiokątna, na każdej ścianie wisiały bławaty z herbem. Niektórzy już siedzieli na swoich miejscach, na obitych czerwoną tkaniną krzesłach. Przy każdym miejscu stał kielich z winem. Rzadkim w tych stronach, sprowadzonym z dalekiego zachodu. Tuż przed Murą i resztą chciał wejść krasnolud, jednakże sprawiał kłopoty, bowiem nie chciał zostawić broni przed salą. - Odłóż ten wór, Trazinga. Nie będę kolejny raz powtarzał. - przekonywał chudy strażnik. - Niech Cię szlag! - krzyknął Trazinga i cisnął workiem w kąt. Głośno zabrzęczało kilkoma broniami w worku, niejednym mieczem i toporem. Właściciel tej niewielkiej zbrojowni nosił ciężki metalowy pancerz, po którym było widać ślady używania. Widać było, że m. in. prawy naramiennik został wymieniony. Buty także były nowe, płytowe, ale lekkie, solidna krasnoludzka robota nie bardzo krępująca ruchy. Hełm krasnolud trzymał pod pachą, hełm z metalowymi paskami i kolczugą ochraniającą szyję. Charakterystyczne dla krasnoludów opancerzenie. - Trazinga! Trazinga Taran! - Mura! Ty zbóju! Dobrze widzieć druha! - krasnolud uścisnął Murę. Mura poczuł jakby ścisnęły go dwa metalowe tarany. Trazinga niejednokrotnie walczył pod dowództwem Mury. Nieraz jego topór niszczył bramy i miażdżył czerepy. Nieraz jego miecz łamał kości. Żołnierz z trzynastego pokolenia. - Nie mów, że ty prowadzisz obronę. Nakopiemy tym skośnookim psom! Po czym wszedł do sali właściwej i spoczął na swoim miejscu, a następnie pociągnął sporego łyka z kielicha z winem. Obecny był już wcześniej szkolący niedoświadczonych ochotników siwiejący dowódca milicji, Felah, a także przedstawiciel chłopstwa - Bundukwia. Ten pierwszy siedział znużony, czasami tylko łypiąc złowrogo na Bundukwię, stare czasy z kradzieżą zasobów miejskich. Bundukwia w bordowym chaperonie wydawał się mniej pamiętliwy, ponieważ siedząc praktycznie naprzeciwko Felaha nie rzucał mu wielu spojrzeń, a jeżeli się zdarzyło, to podnosił oczy ku sufitowi albo odwracał wzrok z niesmakiem. Czasami nawet parskał cicho, jak najciszej, był rozbawiony pamięcią dowódcy. Jatagany, szamszir i sejmitar wylądowały obok worka krasnoluda i nowoprzybyli wstąpili do sali. Fahd, Mura i Ismael usiedli, zaś strażnicy Fahda stanęli za nim i oparli się o ścianę. Trazinga spoczął obok Mury i poklepał go z uśmiechem po ramieniu, garnitur zębów krasnoluda był mniej higieniczny. Rządca wszedł do sali wraz z dowódcą wojsk. Niski staruszek o zaawansowanej łysinie wyglądał słabo przy wielkim, umięśnionym, przypominającym północnego barbarzyńcę wojowniku, mimo bogatego, bo uszytego ze skór dzikich kotów ubioru. Idąc na miejsca władca miasta kiwał głową na powitania, dowódca wojsk, który był generałem, milczał, zdjął misiurkę, spod której wyślizgnęła się burza włosów koloru kasztanowego. Teraz jeszcze bardziej przypominał barbarzyńcę. Rządca stanął na swoim miejscu i wypowiedział patetycznie. - Moje stare, niedołężne ciało wypełnia radość na widok was wszystkich, a zniedołężniałoby bardziej z powodu braku chociażby jednego z was. Dobrałem was tak starannie, ażeby obrona udała się z najmniejszymi możliwymi stratami. Z Fahdem i Ismaelem jako wsparciem pieniężnym, oraz z wami, jako wsparciem bitewnym. Usiadł, wytarł czoło chusteczką w kolorze śliwy, głęboko westchnął zamykając oczy i zapytał: - Dobrze. Zatem przechodzimy do tematu właściwego. Jak siły? Słucham panów. Felah zdjął wzrok z chłopa, wstał i rzekł: - Dziewięćdziesięciu strażników, w tym trzydziestu łuczników, ulepszyliśmy im ostatnio pancerze, dobre chłopaki, doświadczeni. Gotowi do spuszczania łomotu, miła odmiana po ściganiu złodziei wody. Mężczyzna o wyglądzie i prawdopodobnie też pochodzeniu barbarzyńcy wybuczał: - Chorągiew konnicy pancernej, stu chłopa. Łuczników sto pięćdziesiąt, mają kompozytowe. Ciężkozbrojnych dwieście, lżejszych dwieście pięćdziesiąt. - A chłopi? Bundukwia wstał i wypalił: - Będzie z czterystu, rozumiem, że włączyć również niewolników i innych? Tak? To czterystu. Ciągle się uczą. Taran nie pytany wstał i niemalże wykrzyczał: - Krasnoludy już ostrzą topory. Krasnoludzkie Mudfae liczy niezmiennie dwie i pół setki. Każdy w chałupie pancerz ma, wyszkolony jest, parę lat temu była wielka bitka w górach, to mamy w czym i czym walczyć. Na pohybel! - A co z muktami? Naszą patriotyczną inaczej arystokracją? - Jak zwykle, panie - odezwał się Felah - oddali większość niewolników bym ich wyszkolił i uznali, że odbębnili swoją służbę wojskową. Bo jak oni by poumierali, to miasto straciłoby na wartości i takie tam banialuki. Pochowali głowy w piasek. - Ech. Brak słów. Ale cóż, ich wybór. Nie nas po przegranej obrzucaliby pamfletami. Wszyscy usiedli. Oprócz rządcy Caleba. - Poruczniku Mura. Po wielu spekulacjach i naradach. Po wielu za i przeciw. Po wielu kontrowersjach. Ja wraz z wielką radą, a także po kontakcie listownym z sułtanem, uznaliśmy, że jesteś nam potrzebny. Jednakże dokonałeś wielu zbrodni. Było niemało procesów, więc nie będę przytaczać tutaj wielu Twych niecnych występków, zaznaczając że mord niewinnych było najlżejszą z nich. Plus jesteś jedynie porucznikiem, a nie każdy porucznik ma taką szansę by zostać obdarzonym zaufaniem do takiego zadania. Otóż jeżeli obronimy miasto, a wojnę wygramy, zostaniesz objęty amnestią. Nie jesteś naszą jedyną nadzieją, ale jeżeli mamy ponieść porażkę, to lepiej żeby było na ciebie. Jestem całkowicie szczery. - Naprawdę?! Ha! Dajcie mi moje brzytwy, pora nakopać tym ryżojadom! - Spokojnie. Rozumiem, że się zgadzasz. Twarz Mury z uśmiechu przeszła na sztuczną powagę i z jej ust wydobyło się krótkie "tak". Krasnolud zaśmiał się z radością. - Wracając do tematu - rzekł mięśniak - Mamy w sumie 1440 ludzi i krasnoludów. Od nich jest pięć tysięcy. Wychodzi czterech, pięciu na jednego. - Ich więcej - powiedział Mura, niespodziewanie poważnie - Ale łuki mamy dobre, mury wysokie i grube, bramę ciężką, ludzi przystosowanych do pogody. - Ha! Pora zagotować olej i smołę, tak na wszelki wypadek. Chociaż... Nie sądzę by te kmioty pod mury podeszły. Wszyscy wstali. Rządca podniósł kielich, reszta za nim. - Za Mudfae! - Za Mudfae! - Niech giną.

- Dobra zupa. - O, tak! Rybna. A co to? - To udziec, dzieci. - Możemy? Wujku, prosimy! - A gdzie tata? Przy długim stole siedziało na długich ławach kilkanaścioro dzieci. Gospoda na tyłach miasta, wciśnięta między mur a rzeźnię, jednakże bardzo przyzwoita. Gdzie indziej miały się podziać, kiedy ojciec albo jest żołnierzem, albo ochotnikiem. Matki spały na piętrze w pokojach, a dzieci zanurzały drewniane łyżki w misach i siorbały ze smakiem, pod koniec stukając łyżkami o dno. Odizolowane od świata wojny, nie miały dokąd wyjechać w głąb kraju, rody zamknięte w Mudfae. Od rana nieustannie było słychać kroki za oknem. Kroki, stukot młotków, przesuwanie drewna. Dzieci bały się, bały się ogromnie. Ojciec przecież może zginąć w bitwie. Ale im samym nic nie groziło, tutaj były bezpieczne. Ukrytym przybytkiem zarządzał Namurr, średniego wzrostu jednonogi karczmarz, którego dzieci nazywały "wujkiem". Odziedziczył karczmę po ojcu, teraz chuchał na nią i dmuchał. Każdy kubek i kufel starannie wyczyszczony, ogień zawsze płonął w kominku, jedzenie zawsze było, i to dobre jedzenie. Namurr krzątał się od szynkwasu do stołu, zbierając puste naczynia i podając pełne. Żal mu było bladych dzieci z podkrążonymi oczami. Zawsze mogły coś tutaj dostać. Nie była to wprawdzie królewska uczta, ale głód milknął na jakiś czas. - Jasne, dzieci. To wszystko dla was. - Hura! Namurr odłożył puste talerze po zupie do beczki z wodą i przysiadł na chwilę by odsapnąć za ladą. - Gdyby tylko moja noga nie była odcięta - pomyślał - Wtedy kto zajmowałby się dzieciakami? Może Asfar słusznie tak pokierował losem? Może. Ojcowie dzieci, którzy nie byli żołnierzami nie mieli nic do stracenia i dlatego zaciągnęli się do obrońców. Albo śmierć czyli uratowanie od biedy, albo chwała i bycie zwycięzcą. Tylko dwie opcje. Lewo lub prawo. Miasto było dobre dla zwycięzców, zwłaszcza jeśli zostaliby kalekami. Niedługo kopie miały się kruszyć. Niedługo strzały miały przekonywać oddechy do przestania. Bitwa to paskudny potwór.

Do przybycia wojsk nie było więcej niż trzy dni. Polerowano i klepano pancerze, ostrzono miecze, robiono strzały, czyszczono broń miotającą, a także szykowano pułapki. Teren był w znacznej mierze równy, jednakże na wschodzie znajdowało się niewielkie wzgórze, z wieloma skałami, idealna zdaniem Mury kryjówka dla krasnoludzkich wojów. Sam Mura stał na placu handlowym (teraz z wiadomych względów pustym) i instruował dowodzących oddziałami: - Taran, ty zajmiesz wschodnie wzgórze, kiedy się do nas zbliżą, czy konnicą czy piechotą, wjedziecie w nich od tyłu, chociaż podejrzewam, że popędzą konnicą. Zostaną zmiażdżeni przez krasnoludzkie młoty, topory i espadony. Bundukwia, weź ty tych swoich chłopów i niewolników i na prawe skrzydło ich. Zajmiecie ich na tym obszarze, a po chwili Trazinga z resztą pomogą wam ich zmieść. Oby tam wysłali najcięższych, cudowna pułapka. Tylko na litość załóż coś innego niż tę paradną bajdanę. Już turniejowa lepsza. Amira, chmurek na niebie nie ma, ale spowodujesz deszcz strzał, będziesz wydawać komendy. Dobra, ty zrobisz tak. Tych ze straży ustaw na przedzie. Za nimi tych z armii. Nieważne ile rzędów, może być nawet pięcioszereg. Przywieźli podwójne łuki od elfów, rozdaj najlepszym, reszta niech ma kompozytowe. A, i którzy tam potrafią dać czadu arkbalistą czy kuszą wałową, przydziel ich właśnie tam. To broń dobra do oblężeń, ale i tak spróbujemy. Dostanie taki koń i jak padnie, to ten za nim też, i ten za nim też, i ten za nim też, albo nie, na konie nic nie strzelać, dopiero na piechotę, końmi zajmą się pułapki i piechota. Ha ha ha!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych