Słowa
cz. I (BK)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
jeden
Autobus pokonując długie wzniesienie sapnął, zadrżał cały i ryknął wściekle mocą starego silnika. Szymon spoglądał sennym wzrokiem na przesuwający się widok za-okienny. Las ciągnął się monotonną smugą zieleni po obu stronach wąskiej drogi. A droga ta powykręcana była na wszystkie strony, poskręcana, powyginana... Kątem oka dostrzegł jakiś ruch przed sobą. Dziewczyna siedząca obok grubej kobiety, spoglądała na niego przez szczelinę miedzy siedzeniami. Była młoda. Fragment twarzy widoczny w szczelinie nie pozwalał na jednoznaczne określenie jej urody. Nie wiedząc czemu poczuł się nieswojo pod jej spojrzeniem. Zezłościło go to... Nim zdążył pozbierać się, ona odwróciła się. W szczelinie między siedzeniami zamiast fragmentu młodej buzi, ukazała się błyszcząca od potu powierzchnia masywnego ramienia grubej kobiety. - Daleko jeszcze? - Nie... – odpowiedział niezbyt pewnym tonem Sergiusz. Autobus dotarł do szczytu wzniesienia i z ulgą potoczył się łagodnym spadem w dół. Szymon po raz kolejny od chwili gdy znalazł się we wnętrzu dusznego, zatłoczonego autobusu zastanowił się, jak to się stało, że zgodził się na ten wyjazd. Dwa tygodnie, Sergiusz, jego stryjostwo, miasteczko (czy może raczej wieś?) o intrygującej nazwie Ciapy... Zupełnie w ich stylu. Nic to... To i tak lepsze niż smażenie się w mieście przez ten czas. Chyba lepsze. Nie myśleć. Być, przemijać, przeczekać, przespać. Zakręt i nagle fala słońca wlała się do wnętrza autobusu od strony Szymona. Wyjechali z lasu. Prawie się zdziwił faktem, że w tej okolicy może być coś innego niż las. A były pola pokryte dojrzewającym zbożem, zielenią łąk, brudem upraw ziemniaczanych, chaosem rzepakowych poletek. Potem pojawiły się domy. Solidne, zbudowane z czerwonej cegły i pokryte czerwoną dachówką, rozrzucone po obu stronach drogi... - To tu – oznajmił Sergiusz. - Żartujesz? Kolejny zakręt i wjechali do centrum Ciap. Brukowany plac, otoczony szeregiem jednolitych, dwupiętrowych kamieniczek, blaszany przystanek autobusowy, sklep i dwóch popijających tanie wino jegomościów przy nim, a poza tym... Nic. - Wysiadamy! – wykrzyknął Sergiusz. Obijając plecakami wystające poza ramy siedzeń fragmenty ciał innych pasażerów dotarli do wyjścia. Na zewnątrz przywitało ich suche, gorące powietrze, od którego Szymonowi zakręciło się w głowie. Trzask. Drzwi autobusu zamknęły się. Spoza przezroczystej powierzchni okna autobusowego dotarło do niego znane już spojrzenie młodej dziewczyny. Tak. Była brzydka. Znów poczuł się nieswojo. Autobus ruszył. - Co robisz? – zapytał Sergiusz na widok Szymona z wyciągniętym językiem w stronę odjeżdżającego autobusu. - Eee, nic. Po prostu pić mi się chce. Szymon rozejrzał się wokół siebie i raz jeszcze powtórzył w myśli regułkę: Nie myśleć. Być, przemijać... - Gdzie teraz? – zapytał. - Eeee... - Jak to? - Dawno tu nie byłem. W zasadzie to jestem tu po raz drugi w życiu. Po raz pierwszy byłem mając trzy lata – wyjaśnił Sergiusz. - Aha, wiec... - Więc trzeba się kogoś zapytać. Wzrok Szymona przyciągnął kolorowy, choć trochę już wyblakły napis nad wejściem do jednego z budynków po przeciwległej stronie placu: „Bar Jednookiego”. - Ooooo! – stwierdził Sergiusz patrząc w tą samą stronę. - Właśnie – zgodził się Szymon. - Najpierw... - Dokładnie tak. Przecięli jednym, długim susem brukowaną powierzchnię placu i dotarli do skraju kamiennych, zużytych niebezpiecznie schodów. Ostrożnie wspięli się nimi i dotarli do mrocznego, chłodnego wnętrza budynku. Po prawej stronie korytarza, na skraju którego stanęli, znajdowały się wysokie, lecz dziwnie wąskie drzwi, na których biała powierzchnia farby, łuszczyła się i odpadała niewielkimi kawałkami. Dobiegło ich rytmiczne, stłumione dudnienie muzyki. - Nieźle – skomentował to Sergiusz. - Chyba tak... Otworzyli drzwi. W środku panował mrok nie mniejszy od tego na korytarzu. W pomieszczeniu było duszno, zupełnie tak jak w autobusie. To najprawdopodobniej sprawiło, iż Szymon od razu poczuł się lepiej... Usiedli przy stole tuż przy wejściu, jakby obawiając się wchodzić dalej. Z tego bezpiecznego miejsca zaczęli się rozglądać. Sześć stołów takich, jak ten, przy którym siedzieli, czyli drewniany, rozległy blat wykonany z drewna, zamocowany na solidnych, metalowych nogach, przyśrubowanych do podłogi. A przy stołach tych, po dwóch jego stronach, również przyśrubowane, stały długie ławy drewniane. Dwa duże okna, grube firanki przepuszczające niewielką ilość światła, drewniana podłoga, wysoki bar, a za nim sylwetka szczupłej kobiety, wpatrującej się bezmyślnym spojrzeniem w kapiące z kranika piwo. I muzyka. Natarczywa, monotonna, atakująca swym denerwującym pulsem z ukrytych gdzieś nad barem głośników. I zapach. Mieszanka aromatu starego drewna, smrodu potu i taniego wina, i czegoś jeszcze... - Idę – oświadczył Sergiusz i odważnie ruszył w drogę, ku szczupłej kobiecie za barem. W tym czasie Szymon obserwował jedynych poza nimi ludzi w barze. Była to grupka mężczyzn w różnym wieku, ubranych w kolorowe, wymięte ubrania, krojem nawiązujące raczej do lat siedemdziesiątych. Byli już dość mocno podpici. Toczyli ożywioną dyskusję, która tylko czasem przygasała. Takie krótkie chwile, gdy mężczyźni wyciszali się, kończyły się z reguły wybuchem głośnego śmiechu... - Piwko – Sergiusz postawił na stole dwa wilgotne kufle wypełnione pieniącym się piwem. Mężczyźni przy drugim stoliku ryknęli gromkim śmiechem. - Uch... Mniami. Pili piwo małymi łykami rozglądając się po sali, w zasadzie nie odzywając się do siebie. Znowu rozległ się śmiech... Jeden z mężczyzn poderwał się ze swego miejsca i wznosząc szklankę z winem wykrzyknął - Mam cię w dupie Anno Bożucz... Bożucha... Bożucka! Koniec z nami, słyszysz?! Ty głupia lafiryndo! - Ruhe! – odezwał się tubalny, gróźnie brzmiący głos męski, dobiegający zza uchylonych drzwi na zaplecze za barem. - Bo co? – młody mężczyzna, który przed chwilą tak dobitnie wyrażał swoje zdanie o niejakiej Annie Bożuckiej, teraz lekko jakby się spłoszył. Zaraz też usiadł, w czym pomogli mu co trzeźwiejsi koledzy, którzy najwyraźniej przestraszyli się tajemniczego głosu. - Pamiętasz? – zapytał Sergiusz. - Co takiego? - Marta... Jak to było „W dupie wszystkie mam panienki, ślepy jestem na ich wdzięki. Będę siedział, w nosie dłubał, dziadka Czas brodę skubał... - A tak. „Nie ma na tym świecie rzeczy, której siła śmierci przeczy...” Łach! To była impreza! - Szkoda tylko, że daliśmy się aresztować. - No... Ale szczęśliwie obeszło się bez rozprawy. Dokończyli pić i jakby zawstydzeni tym, że podejrzeli tą dziwną scenę szybko wynieśli się na rozgrzany plac Ciap. Rozejrzeli się wokół, ale nie dostrzegli nikogo. Nawet dwaj pijaczkowie znikli spod sklepu. Tylko wychudzone psisko przemykało wąską smugą cienia w stronę jednego z domów. - I co? – Szymon rozejrzał się bezradnie. Właśnie wtedy ze sklepu wyszedł wysoki mężczyzna ubrany w granatowy, wyglądający na nowy garnitur, w białej koszuli rozpiętej pod szyją, wygolony zupełnie na łyso. Mężczyzna poruszał się ogromnymi zdawałoby się susami, niosąc w obu rękach wypchane zakupami siatki. - Za nim! – wykrzyknęli Szymon i Sergiusz jednocześnie. Po krótkim pościgu osaczyli łysego-schludnieubranego-niosącego-torby z zakupami mężczyznę. - Przepraszamy... – zaczął Sergiusz. - No ja myślę – burknął schludnieubrany. - Nie jesteśmy tutejsi – przyznał się Szymon. - Tak jest – dodał Sergiusz – Troszkę się zmęczyliśmy. - On był tutaj mając tylko trzy lata. - I to był ten jedyny raz. - Właśnie... - To bardzo ładnie – pochwalił ich schludnieubrany. - Szukamy domu Państwa Cień – oświadczył Sergiusz – Może Pan?... Przerwał w pół słowa, bo oto schludnieubrany pochylił się nad nim, uchwycił za koszulkę i zapytał chłodno: - Czego tam szukacie? - Słoneczka, świeżego powietrza, miłej atmosfery... – wyjaśniał Szymon. - Państwo Cień to moje stryjostwo – dodał Sergiusz – przyjechaliśmy tu na wakacje. - Ach tak – schludnieubrany wyprostował się, ale nadal nie wypuszczał Sergiusza – Tak, to bardzo przykre... Po tych słowach zapadła chwila ponurej, przygnębiającej ciszy. - No dobra – schludnieubrany uśmiechnął się do Sergiusza, puścił jego koszulkę, poklepał go po ramieniu, podniósł siatkę z zakupami z ziemi i poszedł sobie. - Eee? – zapytał Szymon. - Chodźcie za mną, idę w stronę ich domu – krzyknął nie odwracając się schludnieubrany – Ale nie odzywajcie się już do mnie. Nie chce mi się z wami gadać. Wyszli na piaszczystą drogę wijącą się spazmatycznie wśród pól i łąk. Słońce spoglądało na nich leniwie z bezchmurnego nieba. Powietrze było suche i gorące. Łysina schludnieubranego połyskiwała w promieniach słońca. Podążali za nią niczym za blaskiem latarni. - Daleko jeszcze? – zapytał Szymon. - Daleko?... – zamyślił się Sergiusz. - Ruhe – powiedział schludnieubrany. W milczeniu minęli kolejne łąki, pola, drzewa rosnące tu i ówdzie przy drodze, stado patrzących na nich spod byka krów... Aż wreszcie (bo jakieś „wreszcie” nastąpić musiało) minęli niski, kamienny mur i stanęli w cieniu domu państwa Cień. - No, no – stwierdził Szymon. - Prawda? – schludnieubrany pokiwał głową jakby w zadumie i zniknął. Dom państwa Cień w był w zasadzie pałacem o całkiem pokaźnych rozmiarach. Ogromna, prosta budowla przytłaczała ich swymi rozmiarami i stęchłym tchnieniem starości zionącym z wnętrza otwartych na oścież drzwi. - To co? – zapytał Sergiusz. - To jak? – odpowiedział Szymon. Powoli weszli do środka. Znaleźli się w zaskakująco niewielkim holu, z którego wychodziły trzy wyjścia. Po krótkim zastanowieniu i kilku nieśmiałych okrzykach „halo” i „jest tu kto”, postanowili skierować się w drzwi na wprost od głównego wejścia. Znaleźli się w szerokim, jasnym, ale szarym korytarzu, który łagodny łukiem poprowadził ich do owalnego pomieszczenia. W pomieszczeniu tym znajdował się jedynie stary dywan, koślawy, zupełnie nie pasujący do otoczenia stół, dwa wyglądające na wyjątkowo niewygodne krzesła i zegar... - Patrz – powiedział Szymon – Zupełnie taki jak na filmach. Był to stojący, wysoki zegar, wykonany z drewna. Za szklanymi drzwiczkami widać było nie zasłonięty mechanizm, kołyszące się miarowo wahadło... - Spóźnia się – zauważył Sergiusz – I to ponad dwadzieścia minut. - Bzdura! – wykrzyknął tubalny głos – Ten zegar nigdy się nie spóźnia. Tutaj po prostu żyjemy dwadzieścia minut krócej niż inni. Do pokoju wtoczyła się energicznie kulka w popielatym, mocno sfatygowanym garniturze i po krótkiej chwili wahania pochwyciła Szymona za szyję z okrzykiem: „Sergiusz, chłopcze drogi”. Chwilę trwała dość gwałtowna szamotanina, aż wreszcie Szymon zdołał wyswobodzić się z uścisku kulki w garniturze na tyle, by wyjaśnić zaistniałą pomyłkę. - TO NIE JA! – tak właśnie to zrobił. - Nie?... – Kulka nie chciała uwierzyć i na wszelki wypadek nie wypuszczała Szymona ze swych objęć. - To ja jestem Sergiusz – oznajmił Sergiusz niezbyt pewnym tonem. Chwila konsternacji i scena powitania powtarza się, a wiec „Sergiusz, chłopcze drogi”, itd. Szymon zmęczony starciem z Kulką przysiadł na ten czas na jednym z krzeseł i stwierdził, że wrażenie niewygody jakie sprawiały krzesła, było jak najbardziej zgodne z rzeczywistością. - No? – zapytał Kulka rozglądając się dumnym spojrzenie po pokoju – Jak wam się podoba. - Podoba nam się – odpowiedział Szymon. - Ech?... – wysapał Sergiusz. - Co nie poznajesz mnie – zdziwił się Kulka i śmiejąc się rubasznie wyjaśnił – To ja, Tobiasz. Twój stryj. No, ale nic dziwnego, że mnie nie pamiętasz. Dawno już u nas nie byłeś. Będzie jakieś trzy lata... Co? Ponad 20? No, tak. Właśnie, tak myślałem. Ale dobrze, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Antycz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…