Śmierć, śmierć, śmierć i życie...
"Kopcie szybko! Trzymaj się, Jeremiaszu, zaraz cię wyciągniemy, mój chłopcze – głos starego człowieka docierał do niego już jakby z innego świata..."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Niebo tego dnia zaciągnięte było ciężkimi chmurami. Lada chwila mógł spaść rzęsisty deszcz, Jeremiasz musiał więc spieszyć się, by wykonać swoją pracę, zanim się to stanie. Od częstego schylania bolały go już plecy, ale nie miał wyboru. Gdyby odłożył to do jutrzejszego poranka, cały jego wysiłek mógłby pójść na marne. Drewniany szalunek leżał tuż obok, należało jedynie dokończyć kopanie dołu, zabezpieczyć go szalunkiem przed obsuwaniem się ziemi i nakryć grubą folią, by na dnie nie powstało małe bajorko, w którym trumna natychmiast nabrałaby wody. Takie zjawisko nie robi dobrego wrażenia na już i tak pogrążonych w smutku żałobnikach. Cieszył się, że drugi dół zdążył wykopać przed południem. Następny dzień dla wielu ludzi, którzy odwiedzą to miejsce, będzie takim dniem, o którym chcieliby zapomnieć, ale długo nie będą mogli. Pożegnają swych najbliższych: mężów, ojców, synów, braci, dziadków, kolegów czy tylko znajomych, ale nie tylko staną nad dołem z trumną, by na pożegnanie wsypać garść ziemi. Oni staną nad „swoim własnym grobem”. Odprowadzą w ostatnim marszu „ siebie samych”. Każdemu z nich stanie przed oczami ich własny koniec, ich śmierć, która wcześniej, czy później przyjdzie właśnie po nich. Jeremiasz był przekonany, że nikt przed takimi myślami nie ucieknie. Kiedy zaczął tu pracować, pomimo swych trzydziestu kilku lat i perspektywy niekrótkiego jeszcze życia, nie był w stanie o tym nie myśleć. Widok jego własnego ciała leżącego w trumnie prześladował go nocami przez kilka tygodni. Wystarczyło zamknąć oczy. Podczas codziennego krzątania się po cmentarzu starał się omijać kaplicę, gdzie na katafalku wystawione stały w otwartej trumnie czyjeś zwłoki. Całe szczęście nie trwało to za długo. Zanim przyszły myśli o porzuceniu tego zajęcia, zdążył się przyzwyczaić. Nie oznaczało to znieczulicy. Co to, to nie. Nie topił też złych myśli i wrażeń w alkoholu. Po prostu nauczył się patrzeć na to z właściwej perspektywy. Umiał się zdystansować, oddzielić od przygnębiającego wpływu tego miejsca, widoku płaczących kobiet i dzieci. Jeśli chciał utrzymać żonę i syna, musiał się tego nauczyć. Kij, którym mierzył głębokość dołu, potrzebował jeszcze zaledwie kilku centymetrów, by całkowicie schować się pod powierzchnią ziemi. By sprawdzić stan zachmurzonego nieba, podniósł głowę i niemal zamarło mu serce. Odruchowo, gwałtownie odskoczył. Na samym skraju wykopu stał człowiek. Sam w sobie nie był straszny, wręcz można by powiedzieć sympatycznie wyglądający, starszy mężczyzna, ale Jeremiasz nie słyszał żadnych kroków i jego nagłe pojawienie się w tym miejscu po prostu go przeraziło. — Och, przepraszam! Nie chciałem przestraszyć – szybko powiedział nieznajomy. — Nie słyszałem pana – powiedział na usprawiedliwienie swej bojaźliwości. Nastała chwila krótkiej ciszy, tak jakby konsternacja zaistniałą chwilą pozbawiła obu słów. Jeremiasz wbił łopatę w twardą ziemię i rzucił okiem na przybysza. Przypomniało mu się, że widział go w ciągu ostatnich kilkunastu dni na różnych pogrzebach. Wydało mu się wówczas dziwne, że zna on wszystkich tych grzebanych ludzi i poczuwa się do obowiązku uczestniczenia w ich pochówkach tym bardziej, że nie spotkał go jeszcze ani razu w mieście, które nie należało przecież do metropolii. Mężczyzna miał dość charakterystyczny wygląd. Był niewysokiego wzrostu, miał białe, gładko zaczesane do tyłu włosy, krótko przyciętą brodę i bardzo poczciwą, pokrytą zmarszczkami twarz. Mógł mieć z siedemdziesiąt, nawet osiemdziesiąt lat, ale trzymał się prosto. Ubrany był w długi, czarny prochowiec i wspierał się na zakończonym metalowym szpicem, dużym parasolu. — To ciężka praca, prawda? – bardziej stwierdził, niż spytał nieznajomy. — Trochę trzeba się namęczyć, zanim uda się dokopać do dna każdej dziury – przyznał Jeremiasz. — Ziemia ziemi nierówna, zupełnie jak życie życiu i śmierć śmierci – pociągnął obcy. – W jednym miejscu miękkie i podatne, a zaraz obok twarde niczym skała i oporne na wszelkie działania jest to ludzkie życie, a śmierć... — Śmierć jest śmiercią – Jeremiasz przerwał mu, ale tonem, który nie przejawiał najmniejszej dozy niegrzeczności. W jego głosie trąciło czymś z własnego przeżycia, z doświadczenia, które nie było łatwe do przejścia. Nie bardzo lubił ten temat. Może i dlatego, że niektórzy ludzie dziwnie na niego patrzyli, gdy dowiadywali się, że jest grabarzem. Staruszek łagodnie się uśmiechnął. — Wiem, przejąłeś się niejedną i musiałeś nabrać zdrowego dystansu by nie oszaleć. Wybacz, proszę, moją bezpośredniość, ale w ciągu swego życia miałem sporo czasu i możliwości, aby bliżej zgłębić pierwsze, drugie i trzecie. Dobrze znam ziemię, twardość skały i zapach tej, która potrafi wydać obfity plon. Doświadczyłem wielu przeciwności codziennej egzystencji i dano mi wejrzeć w sedno śmierci. To coś więcej, niż zobaczyć jej fizyczne przejawy, dużo więcej... Do jutra Jeremiaszu. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i niespodziewanie jak na swój wiek szybko odszedł, znikając za kopcem usypanej obok dołu ziemi. Pomimo że wypowiedź nieznajomego miała stanowczy charakter, pomimo że mógł poczuć się potraktowany jak młokos, który niewiele wie o życiu, nie żywił najmniejszej urazy. Wręcz przeciwnie. Ten stary człowiek zaintrygował go jeszcze bardziej. Chciał się dowiedzieć kim jest i skąd się wziął.
***
Poranek następnego dnia na szczęcie oddalił groźbę ulewy. W nocy co prawda pokropiło, ale oba groby były niezagrożone. Jeremiasz zaraz po przyjściu na cmentarz usunął folie oraz szalunki, dla pewności uklepał nieco ściany dołów łopatą i w oczekiwaniu na uroczystości zajął się grabieniem opadłych z drzew liści, które z lubością pokrywały jesienią grubym kobiercem alejki, przejścia i same nagrobki. Co chwila zerkał w kierunku bramy i bocznego wejścia, czy aby może pokaże się tam staruszek w prochowcu. Do najbliższego pogrzebu pozostało jakieś pół godziny. Człowiek, który znajdzie swe miejsce spoczynku w pobliskim dole, nie umarł śmiercią naturalną. Kilka dni temu głośno było o tragicznym wypadku, który wydarzył się na drodze dojazdowej do miasta. Niespodziewanie z chodnika na jezdnię wtargnęło dwoje dzieci. Jadący z obu kierunków kierowcy, widząc, co się dzieje i nie chcąc najechać na dzieci, gwałtownymi manewrami zmienili kierunki jazdy. Jeden z nich wjechał w pole, ale tor jazdy drugiego zakończył się na drzewie. Kierowca zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Miał niecałe pięćdziesiąt lat i był dobrze znanym, ogólnie szanowanym lekarzem pediatrą. W drugim grobie Jeremiasz miał zasypać dwudziestoletniego młodzieńca, który umarł po jakiejś ciężkiej chorobie. Nie bardzo wiedział, czego spodziewać się po tym pogrzebie, gdyż miał się odbyć bez księdza. Rodzice chłopca byli wyznawcami jakiejś innej religii, nie byli katolikami, ale kim, tego nie zdołał się dowiedzieć. Po prostu jakaś sekta. Nie miał szczególnego upodobania w takich wydarzeniach, wręcz znajdował sobie na czas ich trwania zajęcie w jak najdalszym zakątku cmentarza, ale dziś powziął zamiar przysłuchaniu się obu uroczystościom. Gdzieś z oddali doleciały dźwięki orkiestry. Kondukt zbliżał się do cmentarza. Jeremiasz uformował z liści niewielki kopczyk i przeniósł się kilka metrów dalej. Zanim dojdą na miejsce, akurat zdąży uporządkować jeszcze jedną alejkę i będzie mógł zająć odpowiednie miejsce, tak by nie rzucać się w oczy, ale i wszystko słyszeć. Kiedy zobaczył ministrantów z krzyżem, stanął za grubym pniem rozłożystego dębu. Ministranci i idący za nimi ksiądz stanęli, aby pracownicy zakładu pogrzebowego, którzy noszą trumnę, mogli wyciągnąć ją z karawanu. Potem weszli na cmentarz i skierowali się wprost przed siebie, by po kilkudziesięciu metrach skręcić i ustawić trumnę tuż przy wykopanej przez Jeremiasza dziurze. Obok trumny stanął ksiądz, obok dwie kobiety w czerni, u których pomimo sporej różnicy wieku widać było podobieństwo, przy młodszej zaś stał młody, wysoki mężczyzna z małym dzieckiem na ręku. Jeremiasz domyślił się, że to żona zmarłego lekarza z córką, zięciem i wnukiem. Wokół zaroiło się wręcz od całego mnóstwa ludzi. Jeremiasz rozpoznał przedstawicieli władz miasta, wielu urzędników, lekarzy, delegacje szkół, dziesiątki dzieci z rodzicami, młodzieży. Widać było, że zginął człowiek cieszący się niemałym poważaniem w mieście. Żona łkała, chwilami słychać było, że powstrzymywała się od głośnego płaczu. Córka wsunęła swą dłoń pod jej ramię, by mogła się na niej wesprzeć. Zięć głaskał dziecko i szeptał mu coś do ucha. Jeremiasz w poszukiwaniu staruszka zaczął się rozglądać po zebranych ludziach, gdy cichy głos tuż za jego plecami zabrzmiał w jego uszach niczym wystrzał z karabinu. Niemal odskoczył. — Przyszedłem, Jeremiaszu. — A!... – odwrócił się gwałtownie i zobaczył znajomą twarz. Kilka osób zwróciło na nich uwagę. Uśmiechnął się przepraszająco. — Już myślałem, że się pan rozmyślił. — Nie, dlaczego miałbym się rozmyślić, przecież umówiliśmy się – powiedział cicho. Zaraz też proszącym tonem dodał: — Mam na imię Jan. Nie nazywaj mnie panem. Znam tylko jednego. – Znacząco spojrzał w niebo. – Możesz do mnie mówić po imieniu. Naprawdę. Widzę, że szanujesz ludzi, więc, pomimo dużej różnicy wieku, w niczym mi to nie ubliży. Jeremiaszowi nie było łatwo przeskoczyć tej wiekowej bariery, ale stanąwszy obok staruszka zadał pytanie: — Nigdy cię nie widziałem w mieście, skąd więc mnie znasz i dlaczego przychodzisz w takie miejsce dokładnie wtedy, gdy kogoś mają zamiar pogrzebać? Ci ludzie to twoi znajomi? Staruszek uśmiechnął się ciepło i marszcząc czoło odpowiedział, jakby bez nadziei, że zostanie zrozumiany: — Pochodzę z bardzo daleka i przyjechałem tu, by spotkać się z pewnym człowiekiem i przekazać mu kilka, niezwykle istotnych informacji. Ciebie i innych w tym mieście znam, gdyż mamy wspólnego znajomego. Ów znajomy jest jednak bardziej mój niż twój, dlatego miałbyś trudności ze skojarzeniem go. Jeśli nadarzy się ku temu odpowiednia sposobność, myślę, że spotkamy się razem i wszystko będzie jaśniejsze. Jeremiasz chciał jeszcze coś o niego spytać, ale zrezygnował. Ksiądz zaczął krótką modlitwą, po czym rozwinął niewielką karteczkę by odczytać z niej mowę pożegnalną. — Posłuchaj dobrze wszystkiego – powiedział Jan i zamilkł. — Z wielkim smutkiem i żalem żegnamy dziś naszego, umiłowanego brata w Chrystusie. Jego głęboka miłość do dzieci była tak wielka, że zaprowadziła go w to oto miejsce. Od tak wielu lat poświęcał się pracy z dziećmi i dla dzieci. Jego poświęcenie jest dla nas wielkim przykładem, gdyż niczym sam Chrystus bardziej umiłował śmierć niż życie. Będziemy o tym pamiętać do końca naszych dni. Będą o tym pamiętać dzieci, które zawdzięczają mu swe życie. Piotr Raden był niezwykłym człowiekiem. Jego ciepło przyciągało do niego wielu z nas. Przyjacielski, potrafiący wysłuchać każdego, kto przyszedł z jakimkolwiek problemem. Nie szczędził swego czasu i sił, by pomagać swym małym pacjentom w powrocie do zdrowia. Wielkie uznanie przyniosła mu również praca społeczna na rzecz naszego miasta. Dzięki jego inicjatywom powstały dwie przychodnie, dzięki którym poprawiły się warunki pracy służby zdrowia. Ponadto wszystko jednak jest nam także dobrze znane jego przywiązanie do Boga. Piotr pomagał w organizacji wielu parafialnych imprez, opiekował się pielgrzymami podczas wielu pielgrzymek do Częstochowy. Był z nami przy każdym ważnym wydarzeniu, wspomagał Kościół swym czasem, wysiłkiem i pieniędzmi. Oprócz tego był miłującym mężem i wzorowym ojcem. Łączymy się w głębokim żalu z żoną, córką, zięciem i wnukiem Piotra. Bądźmy dla nich wsparciem w tych trudnych chwilach. Niech miłosierny Bóg łaskawie przyjmie naszego brata Piotra na swe łono. Niech bogactwo jego dobrych czynów znajdzie uznanie w Jego oczach i przykryje niedopatrzenia, błędy i potknięcia grzesznej natury. Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie... — A światłość wiekuista niechaj mu świeci – odpowiedział zgodnym chórem cały zebrany tłum. — Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie... — A światłość wiekuista niechaj mu świeci – powtórzono. — Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie... – powiedział ksiądz po raz trzeci. — A światłość wiekuista niechaj mu świeci. Ksiądz wykonując symbol krzyża, pokropił kropidłem trumnę, po czym używając lin opuszczono trumnę do dołu. Zgromadzeni ludzie odmawiając „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” znosili w pobliże grobu wieńce i wiązanki kwiatów. Było ich tak dużo, że po krótkiej chwili pracownicy zakładu pogrzebowego mieli kłopot z ich układaniem. Jeremiasz spojrzał w kierunku najbliższej rodziny. Teraz żona lekarza nie powstrzymywała łez. Jej głos przebijał się spomiędzy głośno skandowanej modlitwy. Córka mocno obejmowała matkę. Płacz rozniósł się dalej. Płakała najbliższa rodzina, krewni, bliscy znajomi, rodzice dzieci, którym bohaterski czyn doktora uratował życie. Był to niezwykle przejmujący widok. Poczucie żalu, smutku dławiło w gardle i wyciskało z oczu łzy wielu mniej związanych uczuciowo z nieżyjącym człowiekiem ludzi. Jeremiasz nieco ukradkiem spojrzał na Jana. Jego twarz była spokojna, jakby nieco kamienna, nie wyrażająca żadnych uczuć a usta zamknięte. Nie przyłączył się do ogólnej modlitwy za zmarłego. Nie było widać żadnego zaangażowania z jego strony wobec tego, co się tu działo pomimo to, że podobno znał tego lekarza, pomimo całej dramaturgii okoliczności jego śmierci. Do wdowy ustawiła się długa kolejka pragnących złożyć kondolencje. — To jest prawdziwa śmierć – powiedział nagle Jan. Nie dodał nic więcej. Jeremiasz nie zrozumiał. Wydawało mu się to oczywiste, ale ton Jana krył w sobie coś tajemniczego. Nie było teraz możliwości żądać wyjaśnienia, ale niedługo cmentarz opustoszeje. Kiedy skończono modlitwy, ludzki rój na cmentarzu począł powoli przesuwać się ku głównej bramie. Jeremiasz poczuł, że Jan ciągnie go za łokieć. — Coś się stało? - spytał po kilku krokach. — Chcę coś ci pokazać, coś powiedzieć. Po krótkiej chwili Jeremiasz zrozumiał, że idą do kaplicy. Tam na katafalku od wczoraj spoczywała trumna ze zwłokami tego młodego człowieka, który dziś znajdzie swoje miejsce pod ziemią. Jeremiasz wzdrygnął się. Nie lubił widoku trupiej bladości, zapadniętej szczęki i splecionych na brzuchu palców dłoni. Nie miał ochoty tam iść. Trumna jest otwarta, to wiedział na pewno. — Chodź Jeremiaszu. Młody Jakub nie jest przerażający – powiedział Jan, zupełnie jakby znał jego myśli. Zaraz też spytał: — Czy wiesz kim był? — Nie. Wiem tylko, że jego rodzice nie są katolikami i pogrzeb odbędzie się bez księdza. — Tak, to prawda. Jego rodzice kiedyś byli katolikami, ale opuścili tę religię, kiedy poznali Boga Biblii. — Ale przecież katolicy także mają Biblie i czytają je – żachnął się Jeremiasz. – Ja sam mam Biblię. — Czy i ty ją czytasz? - Jan zawiesił ton tego pytania, jakby liczył się z tym, że będzie ono wyłącznie retoryczne. — No... – Jeremiasz zawahał się przez ułamek sekundy i przyznał – czasami. — W wyjątkowych sytuacjach, prawda? W czasie jakiegoś większego święta, albo kiedy brakuje rozwiązania hasła w krzyżówce, albo tak po prostu z nudów, od czasu do czasu pozwalasz jej kartkom odetchnąć świeżym powietrzem. Jeremiasz milczał. Coś z tego, co usłyszał, było prawdą. — I tak właśnie jest z Biblią i znakomitą większością katolików, Jeremiaszu – stwierdził smutno Jan. – Kiedyś papieże kazali ją palić, choć i tak jej egzemplarzy było na świecie bardzo mało. — Słyszałem o tym, ale wtedy były bardzo trudne czasy. Panoszyło się tyle herezji... — Herezji jest więcej dziś, niż wtedy – przerwał mu Jan. – Problem polegał bardziej na tym, że Biblia mówiła rzeczy, które nie zgadzały się z oficjalnymi naukami Rzymu, a ludzie ją czytający zaczęli je widzieć. Bano się więc, że doprowadzi to do upadku katolicyzmu. Tępiono „heretyków”, którym Bóg objawiał duchową rzeczywistość. Osądzano ich na śmierć jak najgorszych przestępców. — Tak, to straszne, ale kościół przyznał się do błędów i teraz nasz papież zachęca do czytania Biblii. — Być może zachęca, ale ani on sam, ani inni księża nie są chętni by ją właściwie traktować, przyjmować i praktykować. Jeremiasz zatrzymał się. Ten człowiek mówił rzeczy, które przeczyły sumienności katolickiej religii. — Nie dziw się temu, co mówię – powiedział ze smutkiem w oczach Jan. — Dobrze wiesz, że dla katolików ważniejsza jest tradycja od Bożego Słowa. Wiele rzeczy, które praktykujesz, to nauki nic nie mające wspólnego z nauką Pana Jezusa i Jego apostołów. Znów pociągnął Jeremiasza za rękę. — Chodźmy do Jakuba. Dużo by mówić, ale chcę powiedzieć ci o najważniejszym. Jeremiasz zawahał się, ale poszedł. Po chwili byli już u drzwi kaplicy. Nie była zamknięta, gdyż za godzinę miał odbyć się drugi pogrzeb. Weszli do środka. W centralnym miejscu stał nakryty czarnym aksamitem katafalk, na nim trumna z martwym ciałem przystojnego, młodego chłopca, a po obu stronach po trzy świeczniki ze świecami. Pod dwiema ścianami stały jeszcze krzesła, niezbędne tym, którym zdrowie bądź przeżycia nie pozwalały długo ustać na nogach. Jan stanął u wezgłowia i głęboko westchnął. — Mógłby jeszcze długo żyć, ale nie pozwalał swoim uszom słuchać. Jego rodzice znają Boga, lecz on nie chciał Go poznać przez długie lata. Wolał prowadzić swoje życie, zbuntowane i „wolne”. Nie znosił „gderania” rodziców o Jezusie, miał dość chodzenia na nabożeństwa. Poszedł drogą kolegów z klasy. Alkohol, papierosy, potem narkotyki. W końcu zaraził się wirusem HIV. Po roku zaczął chorować na AIDS. Po czterech latach buntu zrozumiał, że jest na granicy śmierci. Wtedy na odwrót było już zbyt późno. — Skoro sobie zasłużył – krótko skwitował to Jeremiasz. Był spięty. Nie wiedział do czego ten stary człowiek zmierza. — Tak, zapłatą za grzech jest śmierć. Jakub świadomie wybrał taką drogę. Chciał być wolny, ale jego „wolność” okazała się zabójczą niewolą. Alkohol, nikotyna i narkotyki były tylko zewnętrznymi przejawami tej niewoli. O wiele ważniejsza jest dusza, ale najważniejszy - duch. O tym nie myślał. We właściwej sobie porze przyszedł do niego ten, który zwodzi, ojciec kłamstwa, szatan i zaoferował swoje usługi, pomoc w uzyskaniu „wolności i niezależności”. On potrafi myśleć po ludzku i wie, co człowiek lubi, co kocha jego zdeprawowana natura, czego pożąda. Podaje to w błyszczącej oprawie „wielkich korzyści”, których odrzucenie równałoby się głupocie. Jednocześnie udowadnia naiwność tych, którzy idą za Bożym głosem. Jakub dał się wplątać w jego matactwa. Uległ swoim pożądliwościom i umarł. Ale to nie ta śmierć, na którą teraz patrzysz. Śmierć ciała to nie ta prawdziwa śmierć. — Nie rozumiem. Już drugi raz używasz wyrażenia „prawdziwa śmierć”- powiedział z niepewnością w głosie Jeremiasz. — My wszyscy umarliśmy przez nasze grzechy i upadki. Umarła nasza więź z Bogiem, została zerwana linia życia i zaczęliśmy chodzić według zasad tego świata, naśladując władcę, który rządzi teraz w powietrzu, ducha, który działa w opornych synach buntu. To życie w pożądliwościach ciała, uleganiu woli zepsutej natury, to bycie dzieckiem gniewu. Bóg jest Duchem i z człowiekiem łączy Go więź duchowa. Bóg też jest Święty i Sprawiedliwy. Nie chce i nie może mieć nic wspólnego z grzechem. Kiedy w świadomy sposób wybraliśmy zło, grzech, bunt przeciw Jego prawom życia, nasz duch dla Niego umarł, Jeremiaszu! To jest prawdziwa śmierć - oddzielenie od Boga. Jan zrobił pauzę w swej mowie. Chciał, aby do Jeremiasza dotarł jej sens. — Ta śmierć dotyczy ciebie, mnie, Jakuba, Piotra, wszystkich. Bo jak przez jednego Adama grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi przyszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli. Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga, wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego... — Ale przecież doktor Piotr był dobrym człowiekiem. Sam słyszałeś, ile dobra uczynił dla ludzi – Jeremiasz już wiedział, czego się uchwycić – i poświęcił swoje życie dla ratowania tych dzieci. Jak możesz mówić, że nie ma sprawiedliwych, że wszyscy są nieużyteczni i nikt nie szuka Boga. On jest dowodem na to, że nie masz racji. On bardzo dużo zrobił dla Boga! — Piotr był martwy dla Boga od bardzo wielu lat – odpowiedział z prawdziwym smutkiem Jan. – Wszystkie jego uczynki były dla Boga martwe, pozbawione udziału Ducha, pozbawione przepływu Bożego życia, pozbawione Bożej woli. Piotr działał z wielkim zaangażowaniem, to prawda. Lecz nie to decyduje o satysfakcji Boga. Zamysł ciała, to śmierć, a zamysł Ducha, to życie i pokój. Bez Bożego Ducha człowiek jest martwy, po prostu nieżywy duchowo, trup, który nie jest w stanie zrobić nic prawdziwie wartościowego. Nic, o czym Bóg mógłby powiedzieć, że to mu się podoba. Dopiero wtedy, gdy Duch Święty jest inspiracją działania, dawcą pomysłu i człowiek poddaje się Jego woli, można zrobić coś, co będzie miało wymiar wieczny, nieprzemijający. Jeśli sam Bóg jest dawcą chcenia i wykonania, wszystko ma sens. — Ale przecież my byliśmy bierzmowani przez samego biskupa właśnie po to, by Duch Święty kierował naszym życiem – ucieszył się Jeremiasz myślą, która dała mu promyk światła w ciemności, która go opadła. Jan stanął tuż za głową martwego Jakuba i uniósł dłoń, tak jakby chciał pogłaskać jego włosy. Zatrzymał się jednak nad nim. — To nie jest tak, jak cię nauczono – powiedział bardzo powoli. – Nie tak. — Dlaczego podważasz autorytet kościoła, autorytet papieży, biskupów, księży? Skąd wiesz, że to ty właśnie masz rację? — To nie ja – odpowiedział znów bardzo powoli, jakby chciał każde słowo podkreślić, w szczególny sposób wyrazić jego wagę i wartość. — To Słowo Boże, to sam Chrystus, ja nic nie znaczę. Wszystko, co ja powiem, możesz podważyć, zignorować, ale Słowo Boże jest niepodważalne, jest ku życiu wierzącym i na sąd dla niewierzących. Ono zawsze wykonuje jakąś pracę: ku życiu lub ku śmierci i nie powraca bezowocnie do Boga! Taka jest prawda, taka jest rzeczywistość i przed nią nie uciekniesz. Przed nią nikt nie ucieknie. Jeremiasz patrzył na tego starego człowieka. Mówił rzeczy straszne. Niszczył jego dotychczasowa pojęcie religijności, relacji człowieka z Bogiem. Ton jego głosu nie był jakoś szczególnie mocny, ale gdzieś pod nim, jakby w jego tle drgało coś niezwykłego, coś, co uderzało w ukryte zakamarki serca z wielką siłą przekonania. Jednak w Jeremiaszu wzrastał jakiś bunt. Przez ułamek chwili pomyślał, że to strach przed prawdą, ale zaraz potem uciekł przed tym w myśl o wiele wygodniejszą, w przekonanie, że są ludzie o wiele mądrzejsi od niego, tacy, którzy poświęcili się dla Boga, którzy skończyli odpowiednie studia i znaleźli właściwe odpowiedzi na właściwe pytania. Chciał skończyć tę rozmowę, chciał uciec. — Zajmę ci jeszcze tylko chwilę – powiedział Jan, jakby wyczuwając jego myśli. — Popatrz na Jakuba. Jego twarz jest spokojna. Kiedy umierał, nie było w nim strachu przed nieznanym. On zaufał. Uwierzył. Oddał siebie samego w ręce Jezusa. Przyjął Go jako swojego Pana i Zbawiciela. Uwierzył, że krew przelana na krzyżu, była właśnie ze względu na jego grzechy przelana. On nie tylko uznał historyczny fakt, ale zaufał w jego duchowe znaczenie. Przez swoją wiarę Jakub otworzył Bogu nowe możliwości. Bóg stał się nie tylko jego Stwórcą, ale i jego Ojcem, gdyż zrodził go przez Ducha na nowo. — My…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil remi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…