Wróć do katalogu

Studnia

Opowiadanie zasłyszane kiedyś, gdzieś w dzieciństwie. Ciągle siedziało mi w głowie i w końcu spróbowałem w jakiś sposób je zredagować.

bobo73, opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

STUDNIA

W niedzielne popołudnie, jak to na wsi, ruchu nieomal żadnego nie było. Całe sioło wydawało się jakby uśpione, pogrążone w jakimś niebywałym letargu. Na drodze, która była niejako centralnym punktem tej miejscowości, żywego ducha. A przecież to tędy, co dnia przejeżdżały wozy wyładowane zbożem, które w polu wyschnąwszy, do stodół zbierane było, aby w bardziej dogodnym czasie móc je omłócić cepami. To tędy z mozołem i przy wtórze skrzypiących kół i trzaskania z bata, co dnia konie ciągnęły potężne fury siana. To tu sąsiadka spotkawszy sąsiadkę na skraju tego ruchliwego traktu ucinały sobie długą i wrzaskliwą rozmowę opowiadając najnowsze zasłyszane plotki, lub uwiesiwszy się na sztachetach płotu rozglądały się ciekawie, by złowić ofiarę, która by mogła wdać się w dłuższą dysputę. Po tejże drodze, co dnia gromadami całymi biegały roześmiane i rozkrzyczane, bose dzieciska a za nimi z głośnym ujadaniem podwórzowe psy. Dziś jednak była niedziela, więc i ruchu żadnego nie było. Jak to w niedzielę; rano do kościoła, potem obiad a popołudniu odpoczynek, bo jutro znowu ciężka praca. A że to skwar dziś był niespotykany to ani dzieciom ani zwierzakom dokazywać nie było ochoty. Każdy chował się w cieniu drzewa lub w chłodzie domostwa. Nie inaczej też było z Agatą. Siedziała samotna w cieniu olbrzymiej lipy i rozglądała się leniwie na wszystkie strony. Nic jednak nie działo się ciekawego, więc po pewnym czasie raz i drugi głowa jej opadła na piersi i drzemać poczęła. Wtem zbudził ją zgrzyt otwieranej furtki. Podniosła głowę i dostrzegła siwego człowieka, który podpierając się laską szedł w jej stronę. - Ano witajcie, Agato...- zawołał do niej wesoło. - A witaj, witaj Macieju - odezwała się Agata rozpoznając już w staruszku sąsiada zza płota i całkowicie się już rozbudzając - a cóże Was do mnie sprowadza? - A ot pogadać chciałem, wszyscy w chałupie siedzą, dzień pański to i roboty nijakiej nie ma, ruchu żadnego to i ckni się staremu. Widzę, że sama siedzisz, to myślę zajdę może pogadamy a i stare kości w słońcu wygrzeję. - to mówiąc usiadł obok niej na ławie, ale tak, żeby słońce go ogrzewało - Ano dobrze prawisz, wżdy u Ciebie cała chałupa ludzi, przecie syn ze synową a i trójka wnuków, to i nudno chyba nie jest? - Może i nie jest, ale kto by tam sobie głowę starym zawracał i na niego zważał. Zresztą jak ruch duży jest to też nie najlepiej, bo mnie bardziej cisza i spokój odpowiada. Starość z młodością nijak pogodzić się nie dają, ani ja ich nie rozumiem ani oni mnie... - Ale przecie ich kochacie... - No jakże nie? Przecie to rodzina, nad życie ich wszystkich miłuję, ale czasem trzeba od rodziny odpocząć. Zerknął staruszek z ukosa na Agatę. Ta głowę na chwilę spuściła, lecz zaraz ją podniosła do góry i nie patrząc na Macieja rzekła: - Szczęśliwyście Macieju, bo rodzinę macie...a ja cóż... - Przepraszam, Agato...-zmieszał się stary - Nic nie szkodzi, mnie nawet nie jest źle wszystko co mi trza to mam a i świat taki ład- ny, wszystko rozkwita, rośnie, pięknieje, że cieszyć się trza a nie smucić! Spojrzał Maciej na kobietę ze zdziwieniem, a nie mogąc nic z jej twarzy wyczytać zapytał: - Jakże to, nie smucicie się po tym co was spotkało? Wżdy straszne nieszczęście... - Ano straszne, bo nie ma nic gorszego co może matkę spotkać jak śmierć własnego dziecka, ale smucić się nie zamierzam. - Jakże to? - zapytał starzec spoglądając na Agatę jakby jej zmysły pomieszało. - Wiem, wiem Wy myślicie, żem ja szalona albom zmysły z tego nieszczęścia postradała, ale to nie prawda, ot wy wszyscy nic nie rozumiecie. Gdybyście wiedzieć mogli to co ja wiem, to inaczej na świat byście patrzali. - Nijako pojąć nie umiem co do mnie mówicie - rzekł ze zdumieniem stary - Ano bo tego pojąć niepodobna, ino w Boga trza wierzyć to i wszystko zdaje się prostsze, łatwiejsze i rozumniejsze. - To Wy o Bogu mówicie Agato - rzekł Maciej przypatrując się ze zdziwieniem kobiecie - kiedy na pogrzebie własnego syna takeście okropnie bluźnili? - Ano bluźniłam, ale wiele teraz rzeczy pojęłam, ot choćby to, że mój syn już szczęśliwy w niebie bo Bóg tak chciał. - Przecie samażeś wołała: "dlaczego mój syn, dlaczego? Nie ma Boga, nie ma", a dziś powiadasz, że Bóg tak chciał? - nie mógł stary wyjść z podziwienia. Zamyśliła się na moment Agata jakby wahała się czy w ogóle odpowiedzieć sąsiadowi, ale widać przemogła się , zerknęła na starego i zapytała: - Jeśli mi obiecacie Macieju, że nikomu o naszej rozmowie rozpowiadać nie będziecie to coś Wam powiem. Mogęż na Was rachować, że dla siebie to zachowacie? - Jak mi Bóg na niebie, nie rzeknę nic nikomu...- odpowiedział stary Agata rozsiadła się wygodniej, zapatrzyła gdzieś hen w dal, gdzie resztki nie zebranego przed niedzielą zboża stało w kopach postawione i tak po chwili mówić poczęła:

<<Pamiętacie mego syna Jaśka, samiście go przecie do chrztu trzymali...osiemnaście roków miał, już się panny za nim oglądać poczynały a i on nie był od tego żeby się tam do której nie uśmiechnął figlarnie i nie zagadnął. Ot młodość, ale już i kumy jak do mnie zachodziły to i z podziwienia wyjść nie mogły jaki on piękny, mądry a jak by to pasował do ich córek. Bo to powiedzieć nie można było robotny był, przecie na nim całe gospodarstwo spoczywało od śmierci mego świętej pamięci męża Stacha, ale dawał sobie radę choć przecie kilka ładnych morgów mamy. Wszyscy to widzieli, bo i dostrzec nie trudno było; młody, wesoły, robotny, ot całe życie przed nim było. Wszyscy go tu we wsi lubili. A i ja sobie myślałam ożeni się dobrze, żonę przyprowadzi, razem gospodarzyć będą ja im pomogę i jakoś to będzie. Potem wnuki, niańczyć będę i tak do starości przy nich. Ale... Bóg chciał inaczej. Owego dnia gdy na odwilż się zbierało Jasiek poszedł do studni po wodę. Zabrał dwa wiadra i zakrzyknął ino do mnie, bom ledwie spod pierzyny właśnie wylazła, że zaraz wraca. Tyle com się ubrać zdołała a tu krzyk na podwórzu. Narzuciłam lada jaką kapotę i poleciałam bo złe jakieś przeczucia mną targały. Patrzę, a tu przy studni dwa porzucone wiadra leżały, zaś Zbyszko wraz z Jędrzejem spuszczali żurawiem do studni starego Ambrożego. Wtedym już wiedziała co zaszło. Potem jeszcze opowiedział mi Ambroży jak to jechał ze zbożem do młyna i jak widział ciągnącego wodę Jaśka, jako się poślizgnął na lodzie co to wokół studni był i jak wraz z wiadrem od żurawia do studni wpadł. Zeskoczył z wozu i zawoławszy Zbyszka i Jędrzeja co to drogą do lasu szli razem wyciągać poczęli mego Jasieńka. Nie było jednak nadziei. Synaczek mój spadając głowę rozbił i poszedł na dno jak kamień. Nie zdołali go wyratować, za późno. Jak go wyciągnęli już nie dychał. Com ja czuła nie będę wam opowiadać bo tego nie sposób w słowa ująć. To tylko zrozumieć może matka, co jak ja jedyne dziecko straciła. Ilem łez wypłakała...trudno zliczyć. Przecie na pogrzebie nijakiej siły nawet lamentować nie miałam, jeno te okropne bluźnierstwa com wykrzyczeć zdołała, aże ksiądz zgorszonym był wielce. Aliści szatan mnie opętał, bom w rozpaczy będąc, jako każdy na moim miejscu utulić się w smutku nie mogła. On zaś "Zły" podszeptywał mi te słowa com w żałości krzyczała. Przecie tak żem wtedy czuła i myślała, a bluźnierstwa owe miały mi niejaką ulgę przynieść, lecz wcale lżej mi na duszy nie było i nigdzie ukojenia znaleźdź nie mogłam. Najgorsze jednak przyszło dopiero po pogrzebie. Gdym do dom wróciła, taka pustka, samotność. Każda rzecz przypominała mi o Jaśku. Z każdego kąta spoglądały jego czarne oczy i tak tęskno na mnie patrzały. I taka mnie tęsknota brała i taki żal a smutek przejmował, żem po całych dniach nic nie robiąc, nie śpiąc, nawet nic nie jedząc, jenom oczy wypłakiwała. Miałam żal ogromny, nieprzebrany do...Boga. Bo jakże to, jedynego synaczka mi zabrał, który był taki dobry, młody, całe życie przed nim było. A teraz co? Cóż ja biedna mam sama począć, dla kogo żyć? Co z dobytkiem, gospodarką? Potem znowu w głos…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych