Wróć do katalogu

Światełko cz2

Sami sobie zobaczcie

Karla, opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wróciłem z Williamem do mojego mieszkania. Nie miałem u siebie nic, co mogłoby być mi potrzebna przy niemowlęciu. Wszystkie te rzeczy były w Jej mieszkaniu. Wiedziałem, że powinienem tam pojechać, musiałem tam pojechać, ale nie byłem na to gotowy. Nie byłem gotowy żeby znaleźć się w miejscu, w którym wszystkie rzeczy przypominałyby mi o Niej. Gdzie w każdym przedmiocie mógłbym widzieć Ją. Byłem przekonany, ze od razu po wejściu do Jej mieszkania rozkleiłbym się i nie byłbym w stanie się pozbierać, a musiałem być silny musiałem być silny dla mojego syna, dla jedynej pamiątki, jaka mi po Niej została. Stałem na środku mojego salony, z dzieckiem w ramionach i nie miałem pojęcia, co mam robić. Musiałem jakoś zdobyć te wszystkie rzeczy, były mi potrzebne. Spojrzałem na mojego syna, spał słodko jak na razie, ale bałem się, co będzie, kiedy się obudzi, bałem się ze nie będę w stanie sam sobie poradzić. Uznałem, że najlepiej będzie, jeśli go położę. Skierowałem kroki do mojej sypialni, ale kiedy stanąłem w drzwiach kolejna fala wspomnień uderzyła mój umysł. Kiedy spojrzałem na łóżko przypomniał mi się każdy poszczególny raz kiedy się tutaj kochaliśmy. Przypomniałem sobie jak wtedy wyglądała. Jej oczy błyszczące pożądaniem, szczęściem i fascynacją. W mojej pamięci na zawsze utkwi dzień, w którym powiedziała mi, że jest w ciąży… Był tak szczęśliwa, była z siebie dumna, wtedy spełnił się Jej marzenia. Oboje się cieszyliśmy, cieszył nas każdy dzień, każda chwila spędzona razem. Wiedziałem, że więcej ich już nie będzie, że nie będę potrafił się cieszyć tak jak kiedyś… Podszedłem do łóżka i położyłem na nim Williego. Pomimo że leżał na środku bałem się, że może się jakimś cudem zsunąć, dlatego obłożyłem go z każdej strony poduszkami. Wróciłem do salonu, usiadłem na kanapie i ukryłem twarz w dłoniach. Dlaczego to wszystko musiało być takie trudna, dlaczego Ona musiała zginąć??? Nie mogłem tego wszystkiego pojąć, nie mogłem tego znieść, nie mogłem znieść myśli, że nigdy więcej nie będę mógł spojrzeć w Jej cudowne oczy, że nigdy więcej nie będzie mi dane pocałować Jej słodkich ust… O ile byłoby mi łatwiej gdyby Ona żyła, gdybym mógł na nią liczyć, gdybym wiedział ze ktoś mi z tym wszystkim pomoże. On była jedyną osobą, która pokładała we mnie swoją wiarę, nadzieję, miłość, zaufanie, a ja to wszystko zawiodłem, bo nie przyjechałem na czas żeby Ją uratować… Usłyszałem pukanie do drzwi. Zastanawiałem się, kto to może być, w dodatku dzisiaj. Podszedłem do drzwi najszybciej jak potrafiłem, jakże wtedy pragnąłem, żeby za nimi stała Ona, z szerokim uśmiechem na twarzy, żeby wyglądała tak jakby dopiero, co wróciła z zakupów, albo przyjechała od swojej matki… Nacisnąłem klamkę i otworzyłem je. Za nimi stał Doggett. Po jego minie poznałem, że dowiedział się już o Jej śmierci… - Co tu robisz? – spytałem i uchyliłem drzwi trochę szerzej tak, żeby mógł wejść do środka, jednak on nie zrobił ani kroku… - Nie chciałem ci przeszkadzać, ale pomyślałem, ze będziesz potrzebował paru rzeczy… - powiedział i zaczął wnosić do mojego mieszkania części dziecięcego łóżeczka. – Byłem u niej w mieszkaniu i zabrałem to, co na pewno ci się przyda, resztę sam będziesz musiał zrobić, kiedy będziesz gotowy… - Byłem wdzięczny temu facetowi, który wniósł do mojego mieszkania wszystkie potrzebne mi rzeczy. Zabrał to wszystko z Jej mieszkania, miał odwagę żeby tam wejść, kiedy mnie jej zabrakło. Byłem mu również wdzięczny, że nie wymówił Jej imienia, bo chyba nie byłem jeszcze gotowy na to żeby je usłyszeć… Musieliśmy trochę przemeblować moją sypialnie, żeby wszystko poustawiać. Niecała godzinę po przyjściu, Johna, wszystko było gotowe, a Willi spał już spokojnie w swoim łóżeczku. - Napijesz się czegoś? – spytałem. Starałem się by c gościnny, chociaż wcale nie miałem ochoty na gości. - Nie dzięki będę już leciał. Chcę ci jeszcze powiedzieć, że bardzo ci współczuje i wiem, przez co przechodzisz. – Poklepał mnie po ramieniu i wyszedł z mojego mieszkania zostawiając mnie samego. Pomyślałem, że muszę zadzwonić do Maggie. Musiałem się przecież dowiedzieć, kiedy czeka mnie najgorszy dzień. Dzień, w którym Ją pochowamy. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer. Kiedy przyłożyłem ją do ucha i czekałem aż ktoś po drugiej stronie odbierze zaczęła mi strasznie ciążyć. Wsłuchałem się w sygnał, który jeszcze przez chwilę oddzielał mnie od usłyszenia tego najgorszego. - Maggie Scully słucham. – usłyszałem po drugiej stronie. - Dzień dobry pani Scully, może to nie jest odpowiednia pora i może ja powinienem się tym zająć, ale… - Już wszystko załatwione Fox, nie musisz się już niczym martwić, przyjedź jutro do mnie i razem pojedziemy na pogrzeb… Pamiętaj, jeśli będziesz czegoś potrzebował to dzwoń zaraz do was przyjadę, nie ważne, kiedy po prostu zadzwoń. - Dziękuję pani, ale mam nadzieje, że jakoś dam sobie radę, ale obiecuję, że jeśli cokolwiek wymknie mi się z pod kontroli to dam pani znać. Do widzenia. - Do zobaczenia Fox, ucałuj od mnie mojego wnuka. – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Mógłbym przysiąc, że słyszałem w jej głosie łzy.. Kiedy wypowiedziała ostatnie zdanie byłem tego pewny. Odłożyłem słuchawkę i rzuciłem okiem na książki, które John przywiózł mi z Jej mieszkania. Wszystkie były na temat dzieci. Uznałem, że powinienem skorzystać jeszcze z chwili, którą dawał mi William i zabrałem się za ich czytanie. Dziękowałem Bogu, że umiałem szybko czytać. Udało mi się przejrzeć większość z nich i wtedy wiedziałem już, co nieco o zajmowaniu się dziećmi, ale mimo wszystko nadal się bałem nie miałem z nimi żadnego doświadczenia. Miałem jedynie to, co przeczytałem i ćwiczenia praktyczne, jakie robiłem na lalkach, kiedy chodziłem z Nią na zajęcia do szkoły rodzenia. Przypomniałem sobie, jaka byłe piękna. W każdym jej ruchu był widać miłość, którą darzyła nasze nienarodzone jeszcze wtedy dziecko. Przypomniałem sobie jak śmiesznie kołysała się na boki przy chodzeniu to wszystko było takie słodkie, takie miłe i przyjemna. To było coś, czego nigdy nie chciałbym zapomnieć… Usłyszałem cichy płacz dziecka dochodzący z mojej sypialni. Wszedłem do mojego pokoju i spojrzałem na mojego synka. Po jego policzkach spływały łzy. Nie mogłem znieść widoku jego łez, nie chciałem żeby płakał. Podniosłem go i przytuliłem go do siebie, zacząłem z nim chodzić po pokoju i lekko go kołysać. Nie pomagało. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, jakim jestem kretynem. Powinienem najpierw sprawdzić czy nie ma mokro. Zrobiłem to, położyłem go na przewijaku, a później zmieniłem mu pieluszkę. To jednak też nie było wszystko. Wtedy przypomniała mi się kolejna książkowa mądrość, trzeba go było nakarmić. Szybkim krokiem przeszliśmy do kuchni. Wyjąłem kilka butelek i zacząłem szykować mu jedzenie. Nie miałem pojęcia, że to będzie aż takie trudna. Mogłem operować tylko jedną ręką, bo w drugiej trzymałem mojego płaczącego syna. Kiedy udało mi się zrobić to czego potrzebowałem musiałem jeszcze sprawdzić temperaturę. Jedzenie nie mogło być ani za gorące ani za zimne. Na szczęście to udało mi się jakoś nadzwyczaj łatwo. Przynajmniej w tym mi się jakoś wiedzie – pomyślałem. Zabrałem butelkę i wróciłem do salonu. Usiadłem na kanapie. Ułożyłem sobie William na ręku i podałem mu butelkę. Udało się zaczął powoli jeść i na szczęście przestał już płakać. Po skończonym posiłku udało mi się go położyć spać. Pomyślałem, że to tez odpowiednia pora na moją drzemkę tym bardziej, że nie wiadomo, kiedy będę miał na nią kolejną okazję… Momentalnie zasnąłem. Obudził mnie płacz dziecka, spojrzałem na

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych