Wróć do katalogu

SZCZĘKOTRZEP PRZYBYWA DO MIASTA

opowiadanie dektewistyczno-fantastyczne

oski, opublikowano , 1 godz. 7 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie sądziłem, że to się może wydarzyć, wszystko, ale nie to. I to nie w dzień, kiedy już na serio myślałem o przejściu na emeryturę. Nie to, że wiek skłaniał ku temu, raczej brak satysfakcji z wykonywanej roboty. Za dużo w młodości czytałem neoanarchistycznej broszury, by tak spokojnie przez życie iść. Dobrze mówili rodzice, że to nieodpowiednia lektura dla młodzieńca. Teraz stwierdzam, ze mieli racje. Jak we wszystkim. Dlatego myślałem o emeryturze, wszak po ostatnich zleceniach odłożyło się sporo gotówki, by w miarę spokojnie dociągnąć do pięćdziesiątki, w międzyczasie wypichciłbym dwa tomy wspomnień, powinny się sprzedać, a i też o giełdzie myślałem. Lecz teraz to wszystko musi odejść w sferę marzeń, bo oto podczas picia porannej kawy zagryzanej nikotynową bułką, aby ograniczyć niemodny nałóg, co zresztą niewiele dawało, ale cóż… Więc siedzę w biurze na czwartym piętrze przy ulicy Niewiadomej. Za oknem mżawka, szare oblicza smutnych bloków i posępne kamienice. Zamglone postacie i znudzeni blokersi ćmiący pet przed bramie. Dzień nie zapowiada się sympatycznie. Siorbię kawę i myślę, że to już koniec, ostatni dzień, gdy odzywa się telefon. -To do ciebie-mówi tym zniewieściałym głosikiem. -Andrzej Wąchacz, detektyw specjalista i miłośnik kiepskich kryminałów. -Kiepskie są najlepsze-facet miał przyjemny urzędowy głos.- W ogóle kiepska literatura, to tak naprawdę literatura najwartościowsza. Jak powiedział kiedyś jeden taki tam, nie pamiętam jak miał na imię… w każdym razie nie ważne. Cywilizację poznasz po jej śmieciach. I to prawda. To samo tyczy się człowieka. Podobno służby specjalne zawsze rozpoznanie podejrzanego zaczynają od sprawdzenia zawartości kubła na śmieci. Zresztą co ja mówię! Pan jako detektyw chyba się na tym zna. -Oczywiście-odparłem, chociaż nigdy przez głowę mi nie przeszło, żeby grzebać w śmieciach. Sięgnąłem po papierosa. -Ja właściwie to służbowo… -Tak-mruknąłem zachęcająco. Tak z przyzwyczajenia. -Miał pan u nas konto. Otóż z okazji bankructwa banku pozwoliliśmy je sobie uszczuplić o parę zer. Nie za bardzo zrozumiałem. -Zero to i tak jakby nie patrzeć nic. Zero samo w sobie, kto by tam sobie nim głowę zawracał. Już prędzej jedynką. O tak, to popularna liczba. A zera to się proszę pana, ludzie nawet wstydzą, więc w tak uroczysty dzień jak ten, postanowiliśmy wyświadczyć naszym klientom przysługę… -Zaraz-przerwałem. W głowie miałem mętlik. – Jak to ludzie wstydzą się zera? Jedynki też czasem się wstydzą. -No tak, ma pan pewnie na myśli uczniów. Trzeba przyznać, że z jedynką to już nie taka pewna sprawa. Ale z zerem, to problemów nie ma. Tu jest sytuacja klarowna. Zero też kojarzy się z nic, a nic to nic fajnego. -No chyba-jakoś nie byłem przekonany. Wszak zero było bardzo bliskie okręgu, a on z kolei kuli. Kula rzecz idealna. -Nie, nie. Toż to chamska elipsa-zaoponował rozmówca, gdy podzieliłem się wątpliwościami.-Zero to zero. Sprawa jest jasna. To nawet słowo obraźliwe. Proszę pomyśleć jakby się pan poczuł, gdybym powiedział, żeś pan zero. W przypadku innych liczb odczucia są co najmniej neutralne, jeśli nie dodatnie. Albo w ogóle komunikat jest niezrozumiały. Zamyśliłem się. Zaciągnąłem się mocno, jakbym miał z wraz z dymem wchłonąć jakiś ekstra argument. Niestety nic, zero. Właśnie. -No tak-mruknąłem. -Miło, że pan nas rozumie. Od dziś nie ma pan się niczym przejmować. Żaden cień hańby nie padnie na pana, nawet się nie otrze. Wszelkie zera zostały usunięte z konta. Przy okazji, z powodu zamknięcia siedziby kontaktować się będzie można z nami jedynie pisemnie i to też tylko przez najbliższy miesiąc. Do widzenia i życzymy bez zerowego życia. No i stało się. Siorbnąłem kawy. Została mi cała piątka. To chyba ładna liczba, ale mało wydajna. Oprócz tego miałem trzy stówy. Trzy stówy i żadnego zlecenia. I koniec marzeń o wolnym od alienującej pracy egzystencji. Chociaż między nami, to wolny czas wcale od tego nie ratuje. Ale mniejsza z tym. Trzeba było coś zaradzić.

W knajpie Małego Jo panował zaduch. Mdłe światło jedynie rozmazywało mrok, tworząc intymną atmosferę wilgotnych przyjemności i zwierzeń przez sex telefon. Stali bywalcy moczyli pyski w rozwodnionym piwie. Ćmili tanie papierosy. Gadali pewnie o polityce, albo dupach – w każdym razie o tym co by chcieli, ale czego nigdy nie zrobią. Nigdy nie przelecą panienki, w którą wlepiają codziennie gały. Co najwyżej dostaną zeza lub wytrzeszczu oczu. Podobnie sprawa miała się z polityką. -Co cię sprowadza, brachu?- Mały Jo wykrzywił nalaną twarz w uśmiechu. Był kawałkiem potężnego faceta. Stał za wysokim barem ciągnącym się na całą długość ściany. Kieliszki i przeróżnego koloru butelki szkliły się w blasku halogenów umieszczonych u spodu każdej półki. Potężną dłonią klepną mnie w ramie. -Nalej mi jednego mocnego na rozgrzanie. – Usadowiłem się na jednym ze stołków przy barze. Nie zamierzałem wchodzić w lepką strefę cienia. Z tamtą mógłbym nie wyjść o własnych siłach. Pokiwał ze zrozumieniem głową. -Jakieś zlecenia? -Żadnych. I nic nie zapowiada zmiany – mruknąłem skręcając papierosa. -Po twoich ostatnich wyczynach, chyba wszystkie mendy się wyniosły. Policjanci do dziś nie doszli do siebie, po tym jak ich wyciągnąłeś z kieszeni Zbycha Cygoro. – zaśmiał się tym śmiechem, co sugerował, że masz do czynienia z osobą potężniejszą do Kultury. Zapaliłem. Od niechcenia rozejrzałem się po knajpie. Dostrzegłem wypraną twarz zawieszoną od kilku dni nad stolikiem. Wychyliłem kielonka. -Polej jeszcze. Dwa razy. -Kobitka? -Nie. Zero. Powiedz, zdenerwowałbyś się, gdybym skreślił ci zero? -To zależy z której strony-zaśmiał się krótko. Szybko wlałem kolejne porcje alkoholu. Ciepło rozlało się po ciele. -Właśnie-mruknąłem. -To za zera. Przeciwko dyskryminacji i klasycznemu seksowi.

Ulicami spływały strugi brudnej wody niosącej przeróżne śmieci. Jeśli to prawda, że w ten sposób poznajemy społeczeństwo, to jesteśmy bardzo infantylni. Zresztą kogo to obchodzi. Postawiłem kołnierz szarego płaszcza i wyszedłem w deszcz. Peryferia kryły się w ciszy i mroku, tylko z dalekiego centrum dochodziły przytłumione okrzyki wymieszane z badziewną muzyką i śmiechem. Jakoś nie miałem ochoty na tłum i światło. Miałem już tylko ochotę dotelepać się do domu i zasnąć. Odwrócić się dupą od wszystkich i wszystkiego i najnormalniej odpłynąć w krainę koszmarów. Te przynajmniej długo nie trwają. Nie jak ta popieprzona rzeczywistość, gdzie każda chwila rozciąga się w nieskończoność póki coś jej nie przerwie. By zaraz nie został przerwana przez coś innego. Chwile te, moje drogie ludki, żądzą całym naszym zawszonym, parchatym życiem. One i popieprzona logika dziejów prywatnych. Splunąłem. Wtedy właśnie odezwał się uliczny telefon przydeptując z nogi na nogę. -To ty jesteś Andrzej, detektyw? -spytał. -No. -To w takim razie do ciebie. Chwyciłem niepewnie słuchawkę. -No -Miałem zadzwonić jak co – głos nie wywoływał żadnych sensownych skojarzeń. – To i dzwonię. -No i – mruknąłem kuląc się przed deszczem. -Stary znajomy przyjechał do miasta. -Znam go? – spytałem po chwili przerwy sugerującej, że ten po przeciwnej stronie, kimkolwiek by nie był, nie zamierza już nic więcej dodać. -Wszyscy go znają… w jakimś sensie. Wkrótce przypomną sobie. Całe miasto sobie przypomni. -Słuchaj koleś, jeśli… Sygnał świadczący o przerwaniu połączenia nie pozwolił na wyartykułowanie w pełni myśli, która zresztą zaraz się rozwiała. Od niechcenia spytałem jeszcze telefon, czy rozmówca się przedstawił. Okazało się, że nie. Zbyt długo siedzę w branży by przejmować się tego typu telefonami, jak też by je ignorować. Postanowiłem czekać. To mogło zwiastować jakąś sprawę, a ta, nie przymierzając, przydała by się. Zwłaszcza, że przepiłem dziś całą stówę. Najpierw jednak postanowiłem się przespać.

Siedziałem za biurkiem zastanawiając się, nad kondycją ludzkości. Nikt chyba nie zna tak ciemnej strony egzystencji jak ja. Byłem czymś w rodzaju przestępcy, i to tego wyrachowanego, tego gdzie mamy do czynienia ze zwyrodnieniem ducha w taki sposób, że pomimo iż przyjmuje wartości panującego systemu odrzuca reguły gry, a może je upraszcza, albo stosuje niezależnie od paragrafów regulujących. W sumie to przestępcy mają ten problem, że w przeciwieństwie do szanowanych osobistości, nie posiadają legitymizacji dla zbrodni. Są też w pewnym sensie konkurencją. Taka mafia, to nic innego jak państwo w państwie, a wiadomo, że dwie mafie w jednym mieście to o jedną za dużo. Tak sobie rozmyślałem ile w miłości jest zasad rynku, jak zasady te przekładają się na współżycie. Na przykład taka zdrada, co w niej jest takiego straszliwego? Gdyby nie wzrok innych, gdyby nie to, że ktoś korzysta z naszego przedmiotu… Tak sobie rozmyślałem, gdy do mojego gabinetu weszła ona. Blondynka o krzywych nogach. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo myślałem, że takie rzeczy wydarzają się tylko w książkach i nawet zastanawiałem się nad zmianą pracy, na przykład na malarza artystę. Problem jedynie był z tym, że mam drewniane ręce jeśli chodzi o pędzel. Używała trochę zbyt mocnych perfum, ale jej oczy rekompensowały wszystko. Głęboki błękit pełen natchnionego smutku. Ręką wskazałem by usiadła. Wyglądała na zdenerwowaną. Niepewnie rozglądała się po pomieszczeniu. -Też zastanawiam się nad remontem-mruknąłem. -Co panią sprowadza? -Nazywam się Alicja. Alicja Pniewska. Mój mąż, Bogdan Pniewski, jest policjantem i od dwóch dni nie ma go w domu. -Pewnie pije gdzieś z kolegami. -Nie mój mąż. On zarywa jedynie jedną noc, nigdy więcej. Poza tym to poważny policjant. Trochę się boje, że wmieszał się w coś. Wie pan jak to dziś bywa. -Bywa różnie. Dzwoniła pani na policje, tam chyba szybciej pani pomogą. -Nikt nie odbiera. Poza tym, gdyby się okazał, że rzeczywiście poszedł w cug, w co nie wierze, lepiej by się o tym przełożeni nie dowiedzieli. Niech pan mi pomoże. Tak się martwię, że normalnie funkcjonować nie mogę. -Ma pani jakieś zdjęcie? Gdzie bywał? Co lubił? O co jeszcze mogę zapytać? -Był typowym policjantem. W jednej ręce hamburger, w drugiej cola – wyciągnęła z różowej torebki małe zdjęcie.- Boje się, że jeśli przez przypadek natchnął się na przestępców, to mogło mu się coś złego stać. Wie pan, te barbarzyńcy nie lubią mundurowych. Przyjrzałem się zdjęciu. Rzeczywiście typowy glina. Duży bebzol, nalana, czerwona twarz. Przypominał pobożnego katolika namiętnie oglądającego prnole. Po dwóch piwach opowiadał sprośne dowcipy, śmiejąc się z nich najgłośniej. -Od kiedy są państwo małżeństwem? -Od siedmiu lat. Poznaliśmy się kiedy przeszłam na czerwonym świetle. Spieszyłam się na egzamin. To była miłość od pierwszego wejrzenia. -Tak –zapaliłem papierosa.-Mandaty są takie drogie. Spojrzała niepewnie. Zacisnęła dłonie na torebce niczym słuchaczka pobożnego radia. Przez chwile przestraszyłem się, że mi tu padnie i będę musiał dzwonić po karetkę. -Szczęśliwi zapewne państwo są w tym małżeństwie, każdy dzień jest wielkim wyzwaniem. Każda chwila odkryciem i przygodą. -Żeby pan wiedział! –poczerwieniała, a w oczach przemknęło coś, co od biedy nazwać by można iskierkami. – Jesteśmy z mężem bardzo szczęśliwą rodziną. -Jak wy to ludzie robicie. Mniejsza… Miał może mąż jakieś miejsca w których lubił przesiadywać, znajomych u których lubił bywać? -Lubił przesiadywać „U Sarmaty”. Poza kolegami z policji nie miał wielu znajomych. -Widzę, że go pani usadziła. Może wyruszył na odkrywanie nowych terenów, nowych miejsc i nowych doznań? -Nie każdy jest paranoikiem, goniącym za coraz to nowszym towarem. Za dużo ogląda pan chyba telewizji.

Przyjąłem zlecenie. W końcu nie miałem nic lepszego do roboty, a parę złotych się zawsze przyda. Po nieudanej próbie kontaktu telefonicznego z komisariatem postanowiłem sprawdzić co się tam dzieje. Okazało się, że nie dzieje się nic. W miejscu gdzie zwykle stał komisariat teraz walały się resztki gruzu i strzępki magazynów pornograficznych. Zbychu Cygaro od dawna gryzł ziemie więc raczej nie mógł powtórzyć swojego numeru. Podszedłem do kiosku, gdzie zakupiłem gazetę. Pobieżna lektura przekonał mnie, że dalej nie piszą tam nic istotnego. Telefon do znajomego pismaka zaowocował spotkaniem u Małego Jo. Miałem jeszcze dwie godziny. Postanowiłem spędzić je „U Sarmaty”. Zniknięcie komisariatu mogła nadwątlić dochody przytulnej knajpki dla konserwatystów i zacietrzewionych idiotów.

Lokal należał do typu tych, gdzie ktoś kto trafił tam przez przypadek, szybko orientuje się, że trafił tam przez przypadek. Co wrażliwsi mogli by nawet pobić rekord w piciu piwa. Ono to stanowiło rodowy napój tubylców. Na ścianach wisiały kicze pokazujące chlubne szarże husarii, fragmenty zbroi, tępe miecze i pistolety bez kul. Kiedyś mogło być tu sympatycznie. Wiele jest takich miejsc. Przy jednym z dębowych stołów siedziała banda pijanych młodzieńców o inteligentnych twarzach śpiewała antyżydowskie piosnki. I jak tu być patriotą – by nie być idiotą. Barman o sumiastych wąsach również nie wyróżniał się z otoczenia. Wolny czas spędzał w siłowni. Kiedyś, gdy nadejdzie czas, wyciśnie wrzód. Teraz postawił przede mną piwo o mało nie roztrzaskując kufla. Pokazałem zdjęcie Bogdana. -To porządny lokal-mruknął. -A ja jestem porządnym człowiekiem. Żona się martwi. Poza tym nie chce zbytniego rozgłosu, gdyby to było po prostu męska wpadka. -Bywał tu od czasu do czasu. Raz, dwa w tygodniu. Ostatni raz w sobotę. -Zawsze w tym samym towarzystwie. -Tak. W tym samym-widać było, że nie pasuje mu ta rozmowa. -Ostatni raz też. Przytaknął. Podałem wizytówkę prosząc, że gdyby sobie coś przypomniał to niech się skontaktuje, i jeszcze raz poprosiłem o zachowanie dyskrecji. To bardzo ważne, gdy w grę wchodzą sprawy rodzinne. -Jasne-mruknął. W ogóle był ponurym typkiem. Dopiłem spokojnie piwo. Nie było złe. -Coś ostatnio mały ruch – zauważyłem płacąc rachunek. -Nienajgorszy. Da rade wyżyć. -Myślę, że to przez tych chłopców. Strasznie fałszują. Warto byłoby postarać się o lepszy zespół. -To wolny kraj. -Tak mówią. Mówią też, że klient rządzi. Wie pan jak teraz ciężko o stałych bywalców. Tyle knajp powstaje, że życia nie starczy by je zwiedzić. Zostawiłem kilka drobnych i wyszedłem. Barman wbijał mi spojrzenie w plecy.

Lucjan miał twarz miłośnika kawy i papierosów. Podkrążone oczy sugerowały trudną egzystencje. Na chudym ciele wytarta, brązowa marynarka, kiepskiej jakości, oraz niebieskie dżinsy. Bez wątpienia nie należał do arystokracji. -Wciąż piszecie same gówna w tych waszych szmatławcach. -Zostałeś recenzentem? -A ty dziwką? -Materiały dostajemy od polityków albo biznesmenów. Romantyzm zawodu się skończył. Kto szuka na ulicy tematu, ma duże prawdopodobieństwo, że materiał nie zainteresuje redakcji. A żyć trzeba. –zapalił papierosa.- Zresztą twoje wyczyny pozbawiły mnie grona informatorów. -Zapewniły też niezłą pozycje. -Ale nie zapewniły niezależności-zaciągnął się głęboko.- Człowiek idzie do pracy i ma jakieś o niej wyobrażenie, a tu okazuje się, że jedynie śnił. Nie ma tropienia afer, robienia zdjęć znienacka i zbierania niewygodnych informacji. Za wykrycie jakiegoś faktu można napytać sobie tylko biedy. Masz szczęście jeśli redaktor też kiedyś miał podobne sny, to da ci odprawę kilkumiesięczną. Pozycja? Tak, od razu mnie nie wyrzucą. Najpierw dostanę po łbie. Ale i tak muszę redagować fakty podane na tacy i to w odpowiedni sposób. Napisałem może z kilka tekstów. One stały się już historią. Poszły na przemiał. Nawet o tej twojej akcji niewielu już pamięta szczegóły. Jestem wyrobnikiem tyle wartym co maszyna. Pociągnął porządnego łyka. Poszedłem w jego ślady. -Nie wydaje się jednak by zapomnieli na tyle, aby powtarzać te same triki. Nie wiem czy zauważyłeś, że policjanci znowu pojechali na wakacje. -Tęsknić nie będę. -Zbychu Cygaro odszedł od nas. Ktoś jednak powtarza jego ruchy i robi to prowokująco. -Może ktoś ma za złe, że go zabiłeś. Zostawił syna. -Nie ja, a jego żona. Nie mogłem przecież wiedzieć, że nie orientuje się, że mąż lubi prostytutki. Syn z kolei to ogrodnik. Patrzy w Anglii jak trawa rośnie. Nie posunął by się do tego typu rozgrywki. Nie był z tej gliny, ani z tego klimatu. Z kolei wszyscy mózgowcy Zbycha trafili do piachu. Zostali tylko żołnierze, a ci nadają się jedynie do łamania gnatów. Zbyt to subtelne jak dla nich. -Zrobiłeś wtedy niezłą jadke. Sam prezydent musiał ci podziękować. Przypomniałem sobie o redukcji zer. Zapaliłem. -Ta sprawa śmierdzi-stwierdził dopijając drinka.-Na twoim miejscu bym uważał. -Ja tylko szukam policjanta, co to się zawieruszył. Nie mogę patrzeć jak cierpią kobiety. -Tak tylko mówiłem. Wstał. -To materiał na ciekawy tekst. -Możliwe. Znasz przypowieść o przerzuczaczach gnoju. -Ja nic nie mówiłem. I tak nie czytam waszych gazet.

Zbychu Cygaro był miejscowym bonzem, taki, którego nikt nie rusza, a każdy wie, jakim procederem się zajmuje. Jadał śniadania z szefem policji, obiady z biznesmenami a kolacje z prokuratorem. Od czasu do czasu wypił drinka z jakimś politykiem. Oficjalnie szanowany obywatel. Przykład polskiego przedsiębiorcy. Do tego maniery i obycie w literaturze, rzeczy raczej niespotykane wśród elity. Jedyne co zrobił źle, to się ożenił. Taki facet powinien wziąć sobie jakąś tępą dziunie, a nie dumną kobietę. Rozmowy filozoficzne są dobre z kochanką. Powie ci to każdy lepszy kogut, ale Zbychu wolał Haiddegera i skończył z tasakiem w głowie. Potem była lawina. Każda informacja pociągała za sobą trupa. Nie oddałem żadnego strzału. Stałem, patrzyłem, dzieliłem. Potem były gratulacje. Potem nie ja rozdawałem karty. Włączyłem radio. Z lodówki wyciągnąłem flaszkę wódki i sok grejpfrutowy. Miałem przyjemne mieszkanko w starej kamienicy. Tu sufity były wysoko. Sączyłem alkohol słuchając. Leciały jakieś drętwe utwory, w większości zagraniczne, przeplatane informacyjną papką dla bezmózgów. Nie wybierałem specjalnie stacji. Nie miało to sensu. Jeśli pokręcisz trochę na skali, to masz duże szansę, że załapiesz się na ten sam utwór ze trzy razy. Tyle w kwestii pluralizmu. O wartościach artystycznych lepiej nic nie mówić. Muzyka powoli stawał się tłem. Otoczenie zaczęło się rozmywać. Delektowałem się papierosem pozwalając myślą snuć się wraz z dymem. Już miałem coś zrozumieć, coś tak istotnego, czego nie da się ani zapamiętać, ani według tego żyć, gdy w pokoju pojawiły się dwie postacie. Podobnego wzrostu i budowy ciała. Metr osiemdziesiąt kilka i sala gimnastyczna. Czarne garnitury, czarne buty. Twarze też skrojone według wzorca. Przeciwsłoneczne okulary. Pachnęli urzędowo. Gadali podobnie. -No, no, to pan sobie tu mieszka-stwierdzili bezbarwnym głosem. -Nie płaciłem podatków? -Więc to pan pogrzebał mafie Zbycha Cygaro? -Zajmuje się jedynie sprawami rodzinnymi. -Rozumiemy, pieluchowy detektyw. Przez przypadek zamieszał się w sprawę i nawet nie wiedział co robi. -Interesantów przyjmuje w biurze. Jak będziecie się teleportować to może przy okazji przyniesiecie fajki. Powoli się kończą. -Nie ma pan deja vu? -Czasami. To jest coś związanego z mózgiem. -Gdyby z czasem pański mózg zaczął działać nie tak zostawiam wizytówkę z prywatnym numerem telefonu. Wie pan jak to jest z tymi sprawami rodzinnymi. Wszyscy jesteśmy jedną szczęśliwą rodziną. -Kochacie się równie beznamiętnie? Nawet nie wiem kiedy oberwałem. Zwróciłem trochę alkoholu na wytarty dywan. -To jak to będzie z tymi fajkami-wyksztusiłem. W pokoju nie było nikogo. Przez chwile pomyślałem, że może powinienem ograniczyć picie.

Ranek. Ranek był mdły i zamglony. Z trudem zwlokłem się z łóżka. W lodówce, poza tajemniczymi resztkami, pamiętającymi dobre czasy młodości świata, było pusto. Jak zwykle zresztą. Uporałem się jako tako z kacem. Na tyle, by móc w miarę myśleć. Nogi jeszcze miałem miękkie, a pejzaż za oknem budził mdłości. Zadzwoniłem do Alicji. -Chciałem sprawdzić czy aby pani mąż nie wrócił. -Niestety-miała zachrypnięty, lekko drżący głos. W ogóle nie kojarzył się z osóbką co to odwiedziła mnie w biurze- Wie pan już coś? -Nie wiem nawet czy mam ochotę się dowiedzieć. Widziała się pani ze znajomymi męża? -Proszę pana, jestem porządną kobietą. Nie wychodzę nigdzie bez męża. -To może zrobię pani zakupy? -Lepiej jak zajął by się pan szukaniem mojego męża. Musiało stać się coś złego. -Zapewne. Ale nie wiem czy chcę zostać bohaterem. Lepiej niech pani poszuka kogoś innego. Za dużo wspomnień. Do widzenia. Teraz to dopiero postąpiłem jak bohater. Niemal bez grosza przy duszy, a ja tak lekką ręką odpuszczam możliwy zarobek. To się nazywa heroizm.

Po kolejnym kieliszku i mocnej herbacie wybrałem się do biura. Przedzierałem się przez anonimowy tłum, przez regionalne rzeczywistości bram i podwórek. Wszędzie obcy i przejazdem. Wpatrzony przed siebie, w buty – z braku celu. Garb jest chorobą społeczną. W mdłym świetle, na wytartej sofie siedział odziany w domowej roboty, niebieskawy sweter mężczyzna. Kiedyś mógł być nawet przystojny. Rozbiegane oczy nie mogły znaleźć przedmiotu, który by nie prowadzał w zakłopotanie. Miętolił zawzięcie kapelusz. Bardzo podobni byli – bezsilni wobec nieznanych sił, sił na które wpływu nie mieli. -Pan do mnie? Poderwał się. Cała jego postać mówiła, że bardzo nie chciał tu przyjść, ale nie miał wyboru. Bliski był, by zacząć przepraszać i uciec. -Ee… Cieszę się… pan przyszedł. Mam, że tak powiem, problem… taki mały, to znaczy, wielkie, ale dziwny… problem… Wprowadziłem go do środka. Nic nie mówiłem, że też się cieszę, bo wybawił mnie od wielkiego, ekonomicznego problemu. Nalałem dwie szklanki wody. Głowa jeszcze nie pracowała zbyt dobrze. -To o co chodzi?- spytałem po przełknięciu pastylki przeciwbólowej. Pod tym względem byłem tradycjonalistom. Nie tykałem super szybkich kaców zabijaczy. Nie miałem do nich zaufania. Jak i do innych chemicznych cudeniek tworzących z człowieka megasprawnąmaszynę. Trzeba umieć wytyczyć granice – o czym przeczytacie w każdym poradniku odnośnie szczęśliwego życia. Szczęśliwe życie w obozie koncentracyjnym. Nie przypisuj strażnikom złych intencji, oni wykonują tylko swój zawód i starają się jak najbardziej mogą. Postaraj się docenić ich trud. Pomoże to w ustalenie lepszych relacji. I pamiętaj o uśmiechu. -Przepraszam. Może pan powtórzyć? -Wiem, że to może, jak już wspominałem, wydać się dziwne, niemal niedorzeczne, ale tak właśnie jest. Sam się temu dziwuje. Niestety. Jest pewne i dłużej nie mogę już… Zgubiłem siebie. Że tak to określę. To chyba najlepsze określenie. -Całkiem dobre. Rozumiem. Kiedy dokładnie to się stało? W jakich mniej więcej okolicznościach. -Hm. Dokładnie nie wiem. Pojąłem to nie tak dawno. Wie pan, to takie poczucie pustki, bezgranicznej jałowości. Po prostu wie się, że się nie jest sobą, że się zostało wydrążonym. Czas i zdarzenia w nim zawarte stają się czymś zewnętrznym. Mało istotnym. Jednym co motywuje to instynkt przetrwania. Przetrwania co jest jak bezsenność. Jesteś ty i tło. Ale właściwie samo tło oglądane przez Się. -Hym-mruknąłem.- Nie jest to typowy problem. Z reguły podglądam niewiernych mężów, albo puszczalskie żony. Poza tym, nie wiąże się ona z całością. Taki brak związku, niemal inna sprawa, mogła by okazać się powiązana organicznie z problemem, którym chcąc nie chcąc się teraz zajmuje. W tym przypadku tak jednak nie jest. Mimo to mogę panu pomóc. Za siedem dyszek udzielę panu porady. Tyle zwykle biorą psychiatrzy. -Czemu od razu psychiatra. Nie może być psycholog? -Jak pan chce.-zapaliłem papierosa.-Psycholog jest jakby mniej naukowy, jest takim humanistycznym gadułą. Przychodzisz, pogadasz i już ci lepiej. Psychiatra to jakby fizyk w porównaniu z filozofem. Możliwe jednak, że psychiatra oprócz gadania stosuje jeszcze chemie i poza nazwami leku nie wie nic więcej. Wiec jak? -Jestem przybity. Jestem totalnie przybity i nie wiem co mam robić. Byłem bardzo przywiązany do siebie. Może to pomoże, gdy się wygadam. Nikt nie traktuje mnie poważnie. - Miało się wrażenie, że się kurczy, że staje się coraz mniejszy. Oby nie znikł nim zapłaci. Oparłem się wygodnie w fotelu. Takie rozmowy wymagają odprężenia ciała. -Niech pan powoli i spokojnie przedstawi na czym dokładnie polega pański problem. -Właśnie się nad tym głowie. W końcu różnie się od pana, od innych ludzi. Działanie pozornie jest moje. Jestem też wyodrębniony czasowo i przestrzenie jak krzesło czy stół. Jestem indywiduum, jestem ja, ale nie oznacza to, że jestem sobą. Jak już wspomniałem moje działania nie realizują mnie, a jedynie coś co napędza i służy samemu sobie, taka heteronomia. Marksiści mistrzowsko pokazali, że indywiduum tak czczone przez burżuazje jest wytworem warunków życia, że to ja jest jedynie uwewnętrznioną zewnętrznością. Ja chcę jest chceniem systemu. Spowodowało to, że przestano wierzyć w coś takiego jak rzeczywista, autonomiczna jednostka. Nawet religijni myśliciele, musieli pod wpływem tejże krytyki powiedzieć, że osoba jest niczym innym jak istnieniem. Jej cechy są drugorzędne. Tylko, że istnienie jest takim nic nie tłumaczącym pojęciem. Nie potrafię powiedzieć co znaczy być sobą, i czy w ogóle jest to teoretycznie wyrażalne. Jednak nie wydaje się, że bycie sobą jest pustym pojęciem. Pomijam wszelkie spekulacje mające na celu manipulować, wszelkie ideologie mówiąca co znaczy być sobą, wszelkich McFilozofów. Moje doświadczenie stawia mnie przed problemem poczucia nieadekwatności. Ciągle coś mi mówi, to nie to, a do tego mam poczucie, że życie jakie wiodę jest nieautentyczne, jest jedynie realizacją kapitalistycznych celów. Było by dobrze, gdybym potrafił wyznaczyć cele, własne cele, które nie znajduję się w katalogu światowych korporacji. Niestety, tutaj jest cisza, cisza grobowa. -No tak. Każdy detektyw musi być dobrym psychologiem. Psychologia jest jednak nauką systemową, wspierającą statut quo. Pan zaś jest rewolucjonista – zamilkłem przez chwilę dla lepszego efektu.-Może odnajdzie pan siebie poprzez niszczenie nie-siebie, w akcie powstańczym. Teraz jest pan więźniem, by być wolnym musi pan się z niego wydobyć. Stwierdzenie, że wszelkie problemy nasze są jedynie naszymi problemami, które muszą zostać rozwiązane w ściśle prywatny sposób, jest tuszowaniem rzeczywistych przyczyn i maskowaniem realnych dróg rozwiązania ich. Należy się siedemdziesiąt złoty. -Nie wszystkie problemy teoretyczne da się rozwiązać na płaszczyźnie teoretycznej. -Powiedziałbym więcej. Problem jedynie da się rozwiązać na płaszczyźnie praktycznej. Wszak teoria jest nadbudową nad rzeczywistymi, praktycznymi problemami. Czyż nie. Przytaknął. -Dziękuje panu. Nawet mi pan pomógł. Żona przerywała mi po dwóch zdaniach z płaczem że już jej nie kocham. Nie powinno się żenić z miłości. Przez resztę dnia paliłem papierosy i gapiłem się na drzwi. Nikt nimi nie wszedł. Pod wieczór wypiłem dwa kielonki. Rutyna. Powszechna rutyna. Siedzenie i gapienie się. Czasem wstanie się, by coś zrobić, co raczej jest niemiłe, zje się by nie być głodnym – i tyle. Samorealizacja, autokreacja… Pomyślałem jeszcze o kobiecie. O żadnej konkretnej, tak tylko, ogólnie. Nalałem podwójną porcję.

Ranek należał do tych z rodzaju paskudnych. Za oknem szaro. Jak nic będzie siąpić deszcz. Kazałem telefonowi by zadzwonił do mojego biura. Skomentował to niewybrednie. Trzepnąłem w słuchawkę przywołując go do porządku. Po drugiej stronie usłyszałem męski głos. -Może poczyta pan mój pamiętnik? -Nie zarobi pan na chleb siedząc w domu. Już miałem posłać zgrabną ripostę, gdy włączyła się reklama. Dowiedziałem się, że jeśli chcę być prawdziwym mężczyzną i by laski moczyły się na mój widok, musze koniecznie pożerać produkty danej marki. Kobiety dawno się nie moczą, gdy mnie widzą. A te które to robią są chronione prawem. I też nie interesują mnie seksualnie. -Sknera, kutwa z pana, drogi panie – stwierdził rozmówca. -Oszczędności. Nie jest jeszcze najgorzej, włącza się co piętnaście minut. Da rade wytrzymać. Ponoć mają wprowadzić to do publicznych telefonów. Rozmowy będą za darmo. -Tak słyszałem o tym. Niektórzy protestują. Powinni zarobić na własny telefon a nie chodniki wycierać, prawda proszę pana. -To zależy. Długo tam pan jeszcze będzie. -Właściwie to powiedziałem, co chciałem, więc zbierać się mogę. Niech pan spisze lepiej wspomnienia. Trzeba coś zostawić, a pan, prawda, ma być z czego dumny. Dumny pan jest. -Jestem śpiący. To przez tą pogodę. -Parszywa. Jesień się zbliża. Ale proszę się nie martwić. Niedługo będziemy mieli tylko jedną porę roku. Gorące jak skurwysyn lato, a wszystko dzięki amerykanom, a raczej ich wspaniałomyślnemu rządowi. -Nie wydaje się panu czasem, że ktoś robi sobie niezłe jaja? -Dziwi mnie bardzie to, że sam też będzie jadł to sadzone. Może to przez wołowinę. Oni tam jadają takie świństwa, a to potrafi mózg nieźle uszkodzić. No i ćpają sporo w tych swoich koledżach dla zblazowanych dzieci bogatych rodziców. Zostawmy już tą wielką politykę. Na nią się wpływu nie ma, chyba że się zacznie bomby podkładać. To się nazywa demokracja z wielkim hukiem. Niech mnie pan złociutki lepiej posłucha i zajmie się robótką na swoją miarę. Może zacznie pan szydełkować. -A może poczekasz i mnie nauczysz? Rozłączył się. Nie pozostało nic innego jak ruszyć do biura. Wiedziałem, że już go tam nie znajdę. Nie sądziłem jednak, że zostawił taką niespodziankę. Wybuchową niespodziankę.

Przestrzeń zapadła się w gorącą, ryczącą czernią w wszechogarniającą cisze. Wbiłem się w coś… Płomienie ogarnęły pozostałości budynku. Zakrwawiona, drobna postać zwijała się na ulicy niczym potrącone zwierze. Zaczęły gromadzić się cienie. Robiło się coraz gęściej. Cienie wpatrywały się w ogień szepcząc. Kilku pochyliło się nade mną. Poruszali bladymi wargami. Z trudem uniosłem się odpychając ich. Podłoże było miękkie. Coś chwyciło mnie za ramie. Wyszarpnąłem się sięgając po broń. Cienie jęknęły. A ja puściłem solidnego pawia. -O witamy. Przyjemna twarz młodej kobiety przecisnęła się przez mgłę. Twarz ciepła i zmęczona. Łeb mnie bolał. I chyba nie tylko łeb. Byłem bólem wszechświata i jak on w przestrzeni zagubiony. -Co…-wychrypiałem bezsensu. Myśli nie chciały się skleić w żadne zdanie. O ile były jakiekolwiek myśli. -Spokojnie-głos miała ciepły. Koił niczym wieczorny wiatr po upalnym dniu. –Za chwile dojdzie pan do siebie. Teraz jest pan w karetce, ale nic nie zagraża pańskiemu życiu. Przez kilka dni może pan odczuwać mdłości, możliwe są też zawroty głowy. Nie wspominając o obtłuczeniach. Otrzyma pan tabletki przeciw bólowe, one pomogą. Szczęściarz z pana. -Ta… Wpatrywałem się w biały sufit. Nic mi nie przychodziło do głowy, nic mnie nie dotyczyło. Była biel i tylko ona. Biała pustka operacyjnej sali. Zapach środków dezynfekujących. Chyba straciłem miejsce pracy. Szczęściarz ze mnie. -Niech żyją telefony. -Spokojnie. Zostanie pan u nas na noc. Rozumie pan rutyna. -Rozumiem. Rutyna.

Ktoś wierzący określiłby to jako cud. Ja byłem bliski nazwania tego szczęśliwym zbiegiem wypadków. Gdyby nie zawołał mnie stojący po drugiej stronie telefon, to zaryłbym nie o asfalt, a o drzwi raju. Osmoliło trochę płaszcz. Z biurem mogłem się pożegnać. Odebrałem swoje rzeczy i pomachałem na pożegnanie obskurnemu budynkowi. Jednemu z okien, z którego nikt nie patrzył. Kolejka już się ustawiała. Cały tłum kaszlu, smarków, niewydolności serc i nerek, cała chmara trzymających się ostatkami sił życia ludzi. Była to ich prywatna wojna, ta kolejka i to, że jeszcze przychodzili w niej stać. Zadzwoniłem z budki do Lucjana. Lubiłem swoje biuro. Klienci nie narzekali, a przynajmniej wiedzieli gdzie mnie szukać. -Właśnie wysadzono mnie w powietrze. -To była nieszczelna instalacja. Okazało się, że nikt nie sprawdzał rur od kilkudziesięciu lat. Dostaliśmy właśnie oficjalną wersje. -Co ty pierdolisz!- Byłem trochę zdenerwowany.- Wysadzili moje biuro. -Zrobił to gaz. Możesz do niego mieć pretensje. Słuchaj Andrzej, jesteś kiepskim detektywem od spraw łóżkowych. Przez przypadek zaplątałeś się w aferę. Rozwiązałeś ja również przez przypadek. Miałeś więcej fart niż rozumu. Taka jest prawda. Nie fiśuj więc tutaj Szerloka, bo tylko śmiesznie wyglądasz. Jedź lepiej na urlop. Weź sprzęt i pojedź na ryby, albo lepiej popoluj na ptaszki. Znając ciebie to nie ustrzelisz wielu, ale samo to że poprze bywasz na świeżym powietrzu, że posłuchasz ich śpiewu, sprawi, że inaczej zaczniesz patrzeć na świat. A co do wybuchu, to zapomnij, nieszczelna instalacja. Nie ma sprawy. Rozłączył się. Ruszyłem wolno ulicą. Skręciłem w stronę Placu Grunwaldzkiego. Jak zwykle pikietowali tam anarchiści, skrajni lewacy i ekolodzy. Przechodnie wkładali ulotki do kieszeni. Obok reklamy pizzy, lodówki czy oferty telefonii komórkowej. Informacje bombardowały ze wszelkich stron. Jedna wielka dezinformacja i rozkojarzenie. To po ile macie tą wolność? Zaczęło siąpić. Doszedłem do ronda. Czarny samochód zatrzymał się tarasując mi przejście. Goguś za kierownicą wyszczerzył pożółkłe zęby unosząc różowe okulary. -Co jest ziomek? Spieszysz się gdzieś? Nim zdążyłem odpowiedzieć, tylnie drzwi otworzyły się i dwóch rosłych osobników wyszło na powitanie. Musieli całe życie spędzać w siłowni. Niemal przysłaniali słońce. Na sobie mieli seledynowe dresy. -Zapraszamy na przejażdżkę. Pozwiedzamy sobie miasto. Żołnierze stanęli po bokach jako zachęta. -Ładne dresy. Nie boicie się, że wam szwy pójdą? –spytałem. -Już cię pozszywali-rzucił jeden, ten po prawej. Muszę przyznać, że się tego nie spodziewałem. -Broń i prosimy do środka. Ciężko było oprzeć się takiemu zaproszeniu.

Pojechaliśmy na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych