Szelest cz.2
Druga część mojego opowiadania...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział drugi: Rekrut
Wyrt nie wiedział co zrobić. Popatrzył chwilę na kolejkę chętnych do wojska i poszedł za jednym z już odprawionych. Szybko go dogonił i zapytał: -Przepraszam, niezbyt wiem, gdzie mam iść. Mam podobno jakiś przydział dostać, czy coś. Możesz mi pomóc? Zagadnięta postać odwróciła się. Wyrt był pewien, że to mężczyzna, ale postać nie przypominała zbytnio człowieka, bowiem z jego czoła wyrastał mu fioletowy róg, jego skóra była błękitna, poprzecinana pomarańczowymi pręgami. Ubrany był w brązową tunikę do kolan. -Ja też tutaj jestem pierwszy raz. -odpowiedział basem. -Jeśli chcesz, chodź ze mną, razem będzie raźniej. To powiedziawszy odwrócił się i poszedł dalej. Wyrt postanowił pójść z nim. Szli razem dosyć długim, słabo oświetlonym korytarzem. Gdzieniegdzie w jakąś szparę wetknięta była pochodnia, lub na podłodze stał mały kaganek. Nie sprawiało to wrażenie przytulności. -Jak masz na imię? Jak Cię zwą? -zapytał Wyrt chcąc nawiązać kontakt z nowo poznaną postacią. -Aigba. Jestem z północnego zachodu. Tam, gdzie są największe bagna, dosyć dużo skał... niezbyt przyjemne miejsce dla ludzi, a mnie taka okolica nie przeszkadza. Wyrt miał wątpliwości, czy wyznać Aigbie swoje własne, czy nowe, przybrane przed chwilą imię. -Wyrt, miło mi poznać. Ja z przeciwnej strony, z południowego wschodu... wolę łąki i lasy niż bagna. -powiedział Wyrt, zdecydowawszy się na drobne kłamstwo. -Każdy jest inny, wolna wola. -uśmiechnął się Aigba. Wyszli z korytarza na wielki dziedziniec jedną z czterech obszernych bram. Od czasu, kiedy Saena zmieniła mu wygląd zdążyła nadejść noc. Dziedziniec oświetlony był wieloma pochodniami i kilkunastoma ogniskami rozpalonymi na planie koła na środku placu. W blasku ognia Wyrt i Aigba zauważyli dziesiątki, jeśli nie setki rekrutów czekających na przydzielenie do jakichś dowódców. -Ech, zapomniałem... miałem iść do kogoś, żeby dostać miejsce w baraku, mundur i broń. -jęknął Wyrt. -Nie przejmuj się, ten wełniany... to coś mi powiedziało, że mam iść prosto na ten plac, dopiero jutro będą znowu wydawać ekwipunek. -Uch, to dobrze. -odetchnął z ulgą Wyrt. Jakiś oficer pogonił ich i kazał wejść w tłum rekrutów. Stanęli więc obok siebie w jednym z tylnych rzędów. Wokół nich stali ludzie, orki, saurowie i inne istoty. Wyrt zaczął się zastanawiać, ile mogą już stać, kiedy nie wiadomo skąd rozbrzmiał dźwięk trąb, a jakiś generał lub najwyższy stopniem wojskowy w koszarach zaczął przemówienie. -Witajcie. Będę się streszczać. Nie ważne kim jesteście. Nie ważne skąd pochodzicie. Ważne, że postanowiliście zwerbować się do naszej armii cesarskiej. Pobyt tutaj może być największą przygodą waszego życia. Tutaj macie szansę poznać wyjątkowe osoby, z którymi obronicie nasze cesarstwo. Ojczyznę nas, tutaj zebranych. Jutro dostaniecie przydziały do baraków, oraz podstawowy ekwipunek. A teraz, niechaj zacznie się uczta! -to powiedziawszy, klasnął w dłonie i z ziemi zaczęły wyrastać kamienne stoły, niczym zmutowane groszki i marchewki w bajkach. W tym momencie ze wszystkich bram i drzwi zaczęli wychodzić słudzy, niosący misy pełne dymiących bulw, mięsa, warzyw, oraz mniejsze, wypełnione owocami i "przekąskami", często bardzo egzotycznymi, np. jak żywe karaluchy w galarecie. Wyrt pomyślał, że właśnie nadarza się okazja o zadanie kilku pytań przemawiającemu przed chwilą oficerowi. Podbiegł więc do niego i zasalutował. -Nie wiem jak się do pana zwrócić, nie wiem, jaki ma pan stopień... - zaczął szybko, nieco sepleniąc. -Generał Armii Południowego Wschodu, wystarczy panie generale. -odpowiedział spokojnie oficer. -Dobrze. A więc mam takie pytanie. Podczas mojej podróży do stolicy napotkałem oddział wojska w jakiejś zapadniętej wiosce. Prosili mnie, bym doniósł, że czuwają na posterunku, ale tam nie ma żadnych zagrożeń i woleliby iść na front. Obiecałem, że przekażę tą wiadomość. -Hmm... -generał zamyślił się na moment. -Pamiętasz nazwę tej wioski? -Niestety nie. Ale wiem, że była położona nad Nargalą, a dowódcą oddziału był niejaki Flik. Było to jakieś dwa-trzy tygodnie temu. -Dobrze. Cieszę się, że to powiedziałeś. Jeśli dobrze myślę, oni tam siedzą niemal dwadzieścia lat. Mam rację? -Tak, panie generale. -Wspaniale. Więc idź do innych, bo ci zwiną jedzenie spod nosa. -to powiedziawszy, generał przyjaźnie poklepał Wyrta po ramieniu. Kiedy doszedł do stołu, zauważył, że Aigba zniknął. -Widział ktoś tego... Aigbę? -zapytał półgłosem jednego z rekrutów - biesiadników, siedzącego pośród śmiechów, toastów, mlaskania i siorbania. -Ta. Ja widziałem. Beeeeek. -to powiedziawszy beknął straszliwie, Wyrtowi aż zakręciło się w głowie. -Aha.. a gdzie poszedł? -Nie wiem. Tym wyjściem, którym przyszliście, obserwowałem was, kiedy wchodziliście. Byliście chyba ostatni. -Tak... dzięki za pomoc. Wyrt pobiegł do bramy wskazanej przez zapytanego rekruta. Nagle zauważył zakrwawionego Aigbę leżącego pod pochodnią, a nad nim postać odzianą w czerwony kostium. Kiedy zauważyła go - uciekła. Wyrt od razu skierował się ku Aigbie. Był mocno zraniony w brzuch, sterczała mu z niego rękojeść noża. Wyrt wyciągnął go na tyle delikatnie, na ile umiał, jednak nie ustrzegł się przed krwią wypływającą z rany. Zauważył go idący tymże korytarzem strażnik i zauważył nóż w dłoni Wyrta. -Rzuć ten nóż! Wyrt odrzucił go pod ścianę i podszedł spiesznie do strażnika. -To nie mój nóż. Przed chwilą ktoś kłuł go tym nożem, chciałem tylko go wyjąć, żeby nie weszło głębiej. -Tak, akurat. Pod ścianę! -warknął strażnik, dobywając miecza. -Przestań! Gdzie jest lazaret albo chociaż jakiś lekarz? -Najpierw cie zakuję, później ktoś po niego przyjdzie. -Nie! On może umrzeć! -to powiedziawszy Wyrt odepchnął zbliżającego się strażnika i wrócił biegiem na dziedziniec, do generała. -Panie generale, tam, w korytarzu zraniono nowego... -wydyszał. -A przechodzący strażnik chciał mnie zakuć, bo myślał, że ja to zrobiłem, a ja tylko wyjmowałem nóż z brzucha... -Co? Spokojnie... kto tam leży? -Aigba, nowy rekrut. Szedłem razem z nim na ten dziedziniec. Później rozmawiałem z panem, a on poszedł z powrotem. Pobiegłem za nim, żeby go znaleźć, ktoś go dźgnął nożem i uciekł, wyciągnąłem nóż, żeby nie wszedł głębiej, a ten strażnik się napatoczył i chce mnie aresztować. -Wyrt położył się na ziemi, bowiem zbladł z nerwów. Wtem na dziedziniec wbiegł ów strażnik. -Panie generale! To on! Ranił kogoś w korytarzu! Przed kilkoma chwilami!- krzyknął z daleka. -Wtedy rozmawiał ze mną. Jeśli chcesz, możesz go pilnować, ale ani mi się waż go zamykać w kazamacie. Nie masz wystarczających dowodów, a jego wersja jest prawdopodobna. -Bo prawdziwa! -obruszył się Wyrt. -Spokojnie, powiedziałem. Rekrucie. -rzekł generał spokojnie, acz stanowczo, silnie akcentując każdy wyraz. Wyrt spuścił głowę na znak skruchy. -Nosze! W korytarzu jest ranny! Biegiem! - generał krzyknął do dwóch żołnierzy w białych mundurach pełniących rolę sanitariuszy. Po chwili Aigba został wniesiony przez wrota do budynku lazaretu. Jednak sanitariuszom musiała pomóc dwójka żołnierzy, ponieważ był zbyt ciężki. -Synu... -rzekł generał do Wyrta, kładąc mu dłoń na ramieniu. -Postaram się dociec, kto naprawdę ranił Twojego przyjaciela. Od aresztu uratował cię fakt, że rozmawiałeś ze mną chwilę wcześniej, zresztą nie wyglądasz mi na takiego, który najpierw przyjacielsko z kimś rozmawia, a później go próbuje zabić. Gdybyś zniknął razem z nim, już siedziałbyś zapobiegawczo w celi. A teraz możesz wrócić do stołu. Wyrt powłóczywszy nogami podszedł do jedzących, ciężko usiadł na ławie i sięgnął po spory kawałek pieczeni. Gdy owa uczta się skończyła, każdy nowy rekrut dostał przydział do baraku i dowódcy, w trybie ekspresowym, żeby uniknąć późniejszych niedomówień. Wyrtowi przypadł barak 12, a w nim ciasna cela z widokiem na miasto. Wszedłszy od razu rzucił się na pryczę i zasnął. Nazajutrz, podczas zbiórki, dostał mundur oraz broń, a po skromnym śniadaniu rekruci zostali oprowadzeni przez jednego z oficerów po całym kompleksie koszar*. Płaskowyż był w miarę płaski, dość żyzny, aby wojsko miało na nim ogrody, pola i sady dla zaspokojenia podstawowych potrzeb żywnościowych. Toteż rekruci oprócz różnorodnych ćwiczeń wykonywali "brudną robotę" - pracowali w tych miejscach, jednocześnie ucząc się rzeczy, które mogłyby im się przydać po zakończeniu przygody z wojskiem. Wyrt mimo to został przydzielony do pilnowania dość długiego kawałka murów przy spichlerzu. Mógł chodzić z miejsc nasłonecznionych od zacienionych, mógł usiąść na grubej gałęzi drzewa przystającego do murów. Ale nie skorzystał z tej okazji, bowiem chciał swoim zachowaniem oczyścić się z zarzutów, jakoby miał być nieobliczalnym bandytą. Generał widział go z okna swojej komnaty w najwyższej wieży należącej do oficerów. Na czas snu lub posiłków Wyrta zastępował zawodowy żołnierz, który jednak nie przykładał się do swoich obowiązków. Był przekonany, że nikt nie będzie chciał przechodzić przez mur mający 7 metrów, zbudowany na skraju płaskowyżu. A jednak się pomylił. Po kilku dniach, zaraz po wieczerzy, Wyrt wrócił na swoje stanowisko. Zastał śpiącego żołnierza. Nie chciał go budzić, więc poszedł na drugi koniec murów. Kiedy wracał, zauważył, że jakaś postać dźga ostrzem śpiącego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Universal
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…