Tropiciel
Świat dwa lata po wojnie nuklearnej.Przerażający mróz nuklearnej zimy oraz gorący temperament głównego bohatera tworzą niesamowity zmienno cieplny klimat...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
TROPICIEL
ROZDZIAŁ 1
Spontaniusz zwolnił kroku i zatrzymał się przed wejściem do najokazalszego budynku w osadzie. Spojrzał w górę na dwa piętra ogrzewanych mieszkań. To tu przesiadywała całymi dniami rada starszych wraz z prezydentem na czele. Grzali się podczas gdy reszta mieszkańców zamarzała na śmierć albo i gorzej – dopadała ich mroźnica czyli choroba płuc powodująca zamarzanie narządów wewnętrznych co powodowało że człowiek umierał w cierpieniu. Można by łatwo temu zapobiec, ale do tego potrzeba by było gorących posiłków, napojów i dobrej woli. A tej władzy jej brakowało. Spontaniusz pomyślał że długo już nie wytrzymają, musi porozmawiać z prezydentem. Dlatego jakże ogromna była jego radość kiedy dowiedział się że on go wzywa. Zrządzenie losu albo wola Boża. Nie, raczej jednak los. Nie wiedział czego prezydent może od niego chcieć ale przypuszczał że to coś związanego z jego pracą, w końcu był jednym z tropicieli. Zajmował się tropieniem (jak sama nazwa wskazuje) zwierzyny oraz cennych przedmiotów które umożliwiłyby handel z okolicznymi wioskami. Jako że zima trwała już dwa lata, tropiciele byli bardzo pożyteczni gdyż prawie zawsze wracali z polowania z jakimś mięsem. Potrafili tropić, walczyć , zabijać. Było ich tylko kilku, ale ich wyszkolenie odpowiadało kilkunastu. Cieszyli się respektem w osadzie, a Spontaniusz był ich przywódcą. Wszedł po schodkach i stanął przed dębowymi drzwiami. Nacisnął na dzwonek. Nic. Cisza. Po kilku sekundach zadzwonił jeszcze raz, tym razem dłużej. Drzwi otworzyły się. Stanął w nich wysoki mężczyzna w kamizelce kuloodpornej i długim czarnym płaszczu, Spontaniusz wiedział że ma pod nim shotgun. Był jednym z wielu ochroniarzy rady i prezydenta, ale tak naprawdę strzegli tego budynku jak najdroższego skarbu. Gdyby nie oni, ludzie już dawno weszli by tu szturmem, mieszkańców spalili na stosie żeby się ogrzać a mieszkania podzielili. Ochroniarz zmierzył Spontaniusza wzrokiem. - Znam cię. – Bąknął. - No to przynajmniej jeden z nas jest sławny – Spontaniusz wyszczerzył zęby w uśmiechu ale i tak nie sądził żeby ochroniarz zrozumiał aluzje. - W jakiej sprawie? - Prezydent chce mnie widzieć. Ja jego też. - Dobra mądralo, zaczekaj. Dryblas zamknął na chwilę drzwi po czym wrócił. Tym razem nic nie powiedział tylko otworzył drzwi szeroko i zachęcającym gestem wpuścił Spontaniusza do środka. Ten wszedł i zaraz przed sobą napotkał wielką zamkniętą kratę a za nią naliczył co najmniej czterech kolejnych ochroniarzy. Ten który go wpuścił podszedł do niego. - Musze cię przeszukać Spontaniusz bez słowa oparł się o ścianę stojąc w rozkroku. Ochroniarz szybko przeleciał rękami po jego ciele, miał wprawę , widać było że robił tą czynność często. Jasne jest że za często, pomyślał Spontaniusz bo przez rutynę nie wyczuł małego rewolweru przyklejonego taśmą tuż pod kolanem. Bezpieczeństwo musi być. - Dobra jest czysty – Powiedział ochroniarz do kolegów i jeden z nich otworzył kratę. Spontaniusz mijając ich rzucił krótkie „Dzięki chłopaki” i już wbiegał po schodach na drugie piętro. Jednak na półpiętrze zatrzymał się przy kaloryferze i oparł się o niego plecami. Zamknął oczy. Tylko chwile, pomyślał. Jednak po chwili poczuł się nie swojo, on będzie się tu wygrzewał a jakiego przyjaciele marzną tam na zewnątrz. Ta myśl dodała mu jeszcze więcej determinacji żeby wygarnąć to prezydentowi. Pokonał pierwsze piętro i po chwili stał przed metalowymi drzwiami do mieszkania prezydenta. Ledwo zdążył unieść rękę żeby zapukać a już usłyszał stłumione „Wejść”. Spojrzał w górę i wszystko było jasne. To nie za sprawą jasnowidzenia a nowoczesnej kamery zawieszonej pod sufitem.
ROZDZIAŁ 2
Spontaniusz wszedł do pokoju dziarskim krokiem, jednak czuł się nieco zbity z tropu ponieważ nie miał okazji do przełożenia rewolweru w bardziej dostępne miejsce. No nic, jakby co będzie improwizował, zawsze sądził że potrafi szybko myśleć i jeszcze szybciej reagować. W każdym bądź razie szybciej niż inni. Znalazł się w krótkim korytarzu a na jego końcu znajdował się mocno oświetlony białym światłem pokój. Gdy szedł w tamtą stronę, zauważył że korytarz zamiast ścian ma matowe lustra. Był ciekaw ile uzbrojonych ludzi za nimi siedzi, i czy będzie sobie z nimi w razie czego poradzić. Wszedł do gabinetu. Za wielkim biurkiem siedział prezydent, uśmiechał się szeroko aczkolwiek Spontaniusz od razu pomyślał że nie szczerze. On zamiast uśmiechu zaserwował najgroźniejszą minę jaką umiał zrobić, czyli żadną – taki był jego naturalny wyraz twarzy. Prezydent wstał i wyciągnął rękę ku Spontaniuszowi. - Witam pana. Spontaniusz uścisnął dłoń, a nie powinien jak na macho przystało, wpadło mu do głowy że może powinien od razu potraktować go ciosem z głowy jako iż miał zajętą prawą rękę bez której sierpowy był niemożliwy. Rozmowa byłaby przyjemniejsza, przynajmniej dla niego. - Witam... Prezydent wskazał fotel swojemu gościowi i sam wygodnie usadowił się w swoim. - Postoje. - Jak pan sobie życzy, w końcu to pana nogi – zaczął rechotać, bo nie można było nazwać tego śmiechem ale zaraz przestał gdy spiorunował go wzrok Spontaniusza. - Do rzeczy, po co mnie tu wezwano? - Tak… słyszałem że jest pan konkretny. - W wielu miejscach. Mam ściągnąć majtki? - Czy zdaje pan sobie sprawę do kogo mówi? Spontaniusz miał pierwszy raz ochotę by wybuchnąć śmiechem ale powstrzymał ten impuls, chciał aby to co miał do powiedzenia zabrzmiało poważnie. - Do dupka który myśli że jest władcą świata a nie umie nawet prawidłowo administrować małej wioski? Nastąpiła chwila ciszy. W mózgu prezydenta wyraźnie coś się przestawiło, bo jego prawy policzek zaczął drgać – Spontaniusz podejrzewał że zamknęła się klapka z napisem „Miły huj” a otworzyła „Niemiły skurwysyn”. Miał rację. Prezydent uderzył zaciśniętą pięścią w biurko. - Co ty kurwa?! Każę cię zabić i tyle będzie z ciebie bohatera! Spontaniusz nie bał się nikogo, ale rzeczywiście – dookoła było wielu ludzi z bronią gotowych go zabić trzy razy zanim on zdążyłby wyciągnąć rewolwer, tak więc postanowił być przez chwilę miłym. Ostatecznie, kto się nie denerwuje ten piękny i gładki. Czy jakoś tak to szło, nigdy nie był dobry z przysłowiami, a po bombach jego pamięć jeszcze bardziej się pogorszyła. A to już 2 lata. - Przepraszam, nie miałem tego na myśli… Usiądę jednak. - Czy możesz być pan poważny przez minutę? – Zapytał prezydent, a jego rozmówca ugryzł się w język gdyż za jego sprawą już prawie wypowiedział : „ 30 sekund to max, co może z tego być” - Tak. A więc, dlaczego zawdzięczam to że mnie tutaj…Pan wezwał? - Mam zadanie dla Tropicieli. - Dla wszystkich ośmiu? - Tak… Chce żebyście odnaleźli Miasto. - Miasto? Jak mielibyśmy to zrobić? Nawet nie wiadomo czy ono na pewno istnieje! - Otóż mam powody twierdzić że istnieje i wiem nawet gdzie go szukać. - Mamy mape? - Szkic. - Skąd? Nie chce zapuścić się na pustkowie polegając na szkicu jakiegoś naćpanego durnia. - Nieważne skąd, ważne że jest prawdziwy. - Naukowcy to potwierdzili? - Sądzę że naukowcy są nic nie warci, mówili że zima będzie trwała dwa miesiące a mija już drugi rok. - Dlaczego mamy znaleźć miasto legendę? - Potrzebujemy surowców, bez węgla i benzyny nie przeżyjemy kolejnego roku. - My nie, ty pewnie dasz jakoś radę – Mówiąc to tropiciel rozejrzał się ostentacyjnie po pokoju. - Ludzie mnie mianowali. - Co? - Nie jestem jakimś samozwańcem, ma prawo tu być i nie robie przy tym nic złego bo to ludzie chcieli żebym był ich prezydentem. - To było jeszcze przed bombami, teraz chętnie by cię powiesili tam na zewnątrz, na tym mrozie. - Skoro ci tak na nich zależy przyjmij to zadanie, udaj się na północ w poszukiwaniu ostatniego Miasta i zdobądź surowce. - Może to zrobię – Spontaniusz zaczął się głębiej nad tym zastanawiać. Prawdą było że bez surowców czyli bez ciepła zginą. Jednak coś w tym wszystkim nie pasowało, po co wysyłać aż ośmiu traperów, jedynych ludzi w wiosce którzy są w stanie obronić mieszkańców. Wtedy go olśniło, no właśnie – on i jego traperzy byli jedynymi ludźmi mającymi wyszkolenie potrzebne do obrony, ludzie prezydenta nigdy by się tego nie podjęli. Ale z pewnością podjęli by się użycia siły w odwrotnym celu. Czyżby celem wysłania traperów w poszukiwaniu surowców miało służyć pozbycia się ich z wioski by spokojnie zrealizować swój plan? Pytanie tylko jakie to prezydent miał zamiary wobec tych ludzi. – Jeżeli się zgodzę, pójdę tylko ja i jedna osoba przeze mnie wskazana, reszta traperów zostanie tutaj. - To nie dopuszczalne, ja ci wydaje rozkaz a nie proszę o przysługę! - Niedopuszczalne to jest to że mówisz zanim pomyślisz, jakim prawem wydajesz mi rozkazy? - Zapomniałeś że jestem tu prezydentem? Jestem zwierzchnikiem wszystkich służb, także tropicieli którzy jakby nie było zostali powołani za mojej kadencji! – Prezydent był wzburzony, jak ten bezczelny wieśniak mógł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bert_Izzle
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…