Wróć do katalogu

Upiór

Nie pójdziesz do piekła. Piekło będzie tam gdzie ty.

arti, opublikowano , 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na świecie znowu, ale nie dla świata, Czymże ten człowiek? - Upiorem." A. Mickiewicz

- Gdzie jestem? - Na chwilę wrócił do rzeczywistości i rozejrzał się wokół. Tym razem było to duże miasto. Czy był tu przedtem? Czy inne miasta były równie ogromne? Nie pamiętał. Napisy były po angielsku. I te wysokie budynki. Jest tylko jedno takie miejsce na Ziemi - Manhattan. Więc znowu był w Ameryce. Cóż z tego? Nowy Jork był mu równie obcy jak Tokio, Moskwa, Praga, Johannesburg, Buenos Aires... Czy był w tych wszystkich miejscach? Zapewne tak, w przeciwnym razie ich nazwy nie kołatałyby się w jego pamięci. Z pewnością był też w wielu innych, których już nigdy sobie nie przypomni. Nie interesowało go, w jaki sposób się tu dostał, ani dokąd zmierzał. Cała jego pamięć to strzępy, z których nie sposób ułożyć spójną całość. Jeden tylko fragment był bardziej wyraźny niż pozostałe. To wspomnienie z czasów, gdy był jeszcze człowiekiem. - * - Upał był tak dokuczliwy, że Ben wolał usiąść w cieniu. Wprawdzie do umówionego spotkania miał jeszcze dziesięć minut, ale wolał przyjść wcześniej, niż pozwolić, by Lorraine czekała na niego. Mijał drugi miesiąc ich znajomości, choć jemu wciąż się wydawało, że poznali się zaledwie wczoraj. Czy dwa miesiące to wystarczająco długo, by się oświadczyć? Jeśli chodzi o niego, mógł to zrobić w dniu, w którym spotkali się po raz pierwszy. Jeszcze nigdy przedtem nie był tak pewny swych pragnień. Wakacje zbliżały się do końca i za kilka dni Lorraine będzie musiała wracać na studia do Europy. Dobrze wiedział, że nie zniesie rozstania, jeśli nie będzie miał choć cienia nadziei, że wkrótce spotkają się znowu i pozostaną ze sobą już na zawsze. Zupełnie niespodziewanie czyjeś dłonie zasłoniły mu oczy. Usłyszał za sobą śmiech Lorraine. Wziął ją za rękę, oprowadził wokół ławki tak, by mogła usiąść obok niego i pocałował na przywitanie. - Długo czekałeś? - spytała. Milczał, zbierając myśli i komponując w głowie to, co chciał powiedzieć. - Co ci się stało? Jesteś dziś taki poważny. - Bo myślę poważnie o czymś poważnym. Lorraine odwróciła głowę, jakby nagle oparzył ją jego wzrok. Uśmiech nadal jednak nie znikał z jej twarzy. - Lorraine, wyjdziesz za mnie? - Daj mi czas do jutra, dobrze? - powiedziała spoglądając znów na niego. - Ale... - Zaufaj mi. Jutro dam ci odpowiedź. Nie wiedział, dlaczego zwleka z odpowiedzią. Jednego był pewien, ta propozycja ucieszyła ją i nie mogła, bądź też nie chciała tego ukrywać. - * - Pisk hamulców i ryk klaksonu wdarły się w jego świadomość i wyrwały z zamyślenia. Trzymał za rękę jakiegoś małolata starającego się odzyskać równowagę. Kierowca samochodu stojącego przed nimi darł się na bladego ze strachu dzieciaka. - Ty pierdzielony gnoju, nie widzisz czerwonego światła. - Odwal się pan - odgryzł się chłopak, który nad wyraz szybko doszedł do siebie. Puścił rękę małego i oddalił się od centrum zamieszania. Szedł 5 Av w stronę Washington Square. Słońce było już nisko nad horyzontem i jego blask z trudem przeciskał się pomiędzy budynkami. Przed zmierzchem nic się nie wydarzy, miał więc jeszcze trochę czasu. Gdy nadejdzie pora, z pewnością będzie na miejscu. Zawsze tak było. Zdawać by się mogło, że to miejsce i pora szukają jego, a nie odwrotnie. - * - Ben umówił się z Lorraine w małej restauracji. Gdy przyszedł, siedziała już przy jednym ze stolików. - Tym razem nie mogłam pozwolić, byś czekał, znowu przyszłyby ci do głowy głupie myśli. Nie miał zamiaru jej przerywać, ani pospieszać. Po jej radosnej minie poznał, że wszystko jest w porządku. - Ben, zgadzam się, - powiedziała ściskając jego dłonie. - Chcę byś wiedział, że wcale się nie wahałam, nie dlatego zwlekałam z odpowiedzią. Jak dla mnie, to czekałeś bardzo długo, ale musisz zrozumieć, że dla moich rodziców będzie to zbyt nagłe. Wiesz, jacy oni są staroświeccy. Rozmawiałam z Philem, jest całkowicie po naszej stronie, ale musisz zaczekać, aż przygotujemy ich na to. - Na ciebie mógłbym czekać całe wieki, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Pełen szczęścia patrzył jej w oczy. - To tylko sen, idioto. Co zrobisz, gdy się obudzisz? Zignorował ten głos. Cieszył się chwilą tak długo, jak trwała. Lecz jak długo może trwać chwila? - * - Był w jednej z tych włoskich kawiarenek, których pełno jest w Greenwich Village - studenckiej dzielnicy Manhattanu. Siedział przy bufecie i pił piwo. To oczekiwanie było najgorsze. Nic się nie działo. Czas dłużył się, mimo to nie mógł sobie teraz pozwolić na sny na jawie. Całą uwagę musiał poświęcić światu, od którego pragnął uciec już od wielu lat. Jedyne uczucia, jakimi darzył ludzi to pogarda i litość. Jeśli są szczęśliwi to tylko przez swoją ślepotę, jeśli nieszczęśliwi to wyłącznie w wyniku swej nieudolności. Trudno mu uwierzyć, że był kiedyś taki jak oni, ślepy i nieudolny za razem. Naiwnie przekonany, że jest wybrańcem, kimś szczególnym.

W świecie, w którym słońce poezji zachodzi, Noc szara nastaje, co snu żadnego nie rodzi. Żyją tam, przemykając się z cienia do cienia, Ludzie, co nie odróżniają koszmaru od marzenia.

Wypowiadane niskim głosem słowa dochodziły z telewizora umieszczonego nad bufetem.

Tyś jest wyjątkiem, tyś snów wciąż spragniony, Przyjdź więc i zobacz ten w fabryce snów zrobiony.

- Zapowiada się jakieś romansidło. Ciekawe, kto jeszcze chodzi na takie filmy. Paul możesz przerzucić na coś innego? Barman wziął do ręki pilota, ale nim zdążył zmienić program, ktoś chwycił jego rękę. Mężczyzna wyrwał mu z dłoni zdalne sterowanie. Paul zamierzał zaprotestować, ale już po chwili miast twardego urządzenia poczuł w palcach miękki zwitek dwudziestodolarowego banknotu. Mężczyzna, wpatrzony w ekran, nie powiedział ani słowa.

"Dzięki za romans" - powiesz. "Ja komedię wolę". Lecz film nie będzie nudny, bo grasz w nim główną rolę.

Obserwował sceny, które doskonale pamiętał. Fragmenty własnego życia. Przyjęcie u Phila - kolegi ze studiów. Tam spotkał jego siostrę - Lorraine. Tam po raz pierwszy... i ostatni się zakochał. Czas, który spędzili razem, dwa miesiące życia bezlitośnie pocięte i zmontowane w półminutowy clip reklamowy. Nagle ekran pociemniał szykując się do pokazania sceny kulminacyjnej. - * - Noc była ciepła i pogodna. Właśnie wyszli z kina. Wszystkie taksówki, jakie były w zasięgu wzroku, znalazły już swoich klientów. Postanowili iść w stronę domu, aż zobaczą jakąś wolną, ale taksówki się nie pojawiały, a oni zajęci rozmową przestali się za nimi rozglądać. Zeszli z ruchliwej drogi i spacerowali jedną z bocznych alejek. Była oświetlona, ale światło ma to do siebie, że tworzy najdoskonalsze kryjówki - cienie. Ben zauważył ich pierwszy. Odruchowo przytulił Lorraine. Było ich dwóch, ubranych w czarne, skórzane kurtki wybijane ćwiekami. Ich twarze, pomimo zaciekłości, uśmiechały się, niczym twarze myśliwych po udanym polowaniu. Ben i Lorraine odwrócili się gwałtownie, ale nim zrobili pierwszy krok ucieczki, ich serca zamarły. Stali teraz na wprost trzeciego mężczyzny. Była też dziewczyna. Zauważyli ją dopiero wtedy, gdy ciszę przerwał jej histeryczny śmiech. Gdyby zadał jeden skuteczny cios z zaskoczenia mieliby jeszcze szansę uciec, ale Ben nie chciał pogarszać sytuacji. Sytuacji, która przecież gorsza być już nie mogła. Jeden z tych z tyłu szarpnął Lorraine. Dopiero teraz Ben zrozumiał, że muszą się bronić. Jednak nim zdążył zareagować, potężny cios w żołądek odebrał mu oddech. Zatoczył się i upadł na kolana. Zobaczył Lorraine starającą się wyrwać z rąk jednego z bandytów. Ten, drwiąc się z jej wysiłków, sięgał ręką pod jej spódnicę. Mimo bólu, Ben próbował ruszyć jej z pomocą, ale uderzenie pięści powaliło go znowu na ziemię. Potem nastąpiła seria kopniaków. Fala gorąca zalała mu twarz, oddech stał się ciężki. Słyszał histeryczny śmiech dziewczyny i rozpaczliwy krzyk Lorraine: - Beeen, Be... heen. Bolało go całe ciało, ale najbardziej ze wszystkiego bolała BEZSILNOŚĆ. Trudno powiedzieć, po jakim czasie odzyskał przytomność. Rozejrzał się za Lorraine. Leżała na boku dwa kroki od niego. Była to odległość, którą z trudem pokonał czołgając się po szorstkim chodniku. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby im pomóc, a on nie miał siły krzyczeć. - Lorraine - szepnął. Brak reakcji. - Oczywiście, przecież śpi. Nie może słyszeć szeptu - pomyślał, zdając sobie sprawę, że oszukuje samego siebie. Na ile mógł, zasłonił jej spódnicą odkryte nogi. Odwlekał chwilę, w której pozna prawdę, dodając sobie sił resztkami nadziei. Gdy w końcu odwrócił jej ciało nadzieja odeszła na zawsze. Oczy Lorraine były wciąż otwarte. W jej ustach zastygła niewypowiedziana skarga. Najgorsza jednak była szyja - jedna potworna rana. Dopiero teraz zauważył, że leżą w kałuży krwi. Dopiero teraz uświadomił sobie, że jej ciało jest zimne i życie dawno przestało w nim gościć. Szok, który zazwyczaj wyrywa z koszmaru i uspokaja swojską obecnością jawy, tym razem bezskutecznie szarpał jego świadomością. Rzeczywistość zawładnęła jego umysłem sprawiając, że ból, który dotąd odczuwał, ustąpił bezpowrotnie. Jego miejsce wypełnił inny, stokroć potężniejszy. Ból jaźni, Ból niepożądanego bytu. I TAK JUŻ MIAŁO BYĆ - ZAWSZE. Nawet nie zauważył, kiedy opuściło go zmęczenie. Zapomniał, że kiedykolwiek odczuwał coś podobnego. Wstał i wydał z siebie krzyk. Krzyk, który przeszedł w wycie, a potem w ryk. - Opanuj się, to tylko szok. - Usłyszał głos kogoś, kto odchodził, kim już nie był. Tak jakby Ben był tylko postacią, pod którą występował we śnie. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Żałosny pokraka, który dopuścił do jej śmierci. Zapragnął uciec jak najdalej. Ruszył najszybciej jak potrafił i biegł, biegł, biegł. - * -

Tak zaciera się różnica między snem a jawą. I kimże teraz jesteś? Czyż nie upiorną zjawą?

Słowa nie dochodził już z telewizora. Przemiły dziewczęcy głos szeptał mu je wprost do ucha. Nie odwracał się. Wiedział, że głos jest wszystkim, czego może oczekiwać.

I włóczysz się po świecie cel mając jedyny: Podążyć śladem każdej wskazanej ci dziewczyny. Choć śmierci pragniesz bardziej niż przedtem wesela, To zginąć możesz tylko z rąk swego przyjaciela.

- Przedstawić naszą historię jako reklamówkę filmu to sarkazm, na który stać tylko ciebie. - Gdybyś sam spróbował, wiedziałbyś, że sarkazm to najlepsze lekarstwo na zgryzotę. - Jak długo to jeszcze potrwa? - Kiedyś mówiłeś, że mógłbyś na mnie czekać całe wieki, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Potrzeba zaszła. I nie mów na głos, gdy jesteś w publicznym miejscu. Dopiero teraz, niczym mrowienie, poczuł na całym ciele spojrzenia ludzi z kafejki. - Patrzcie, jakiś czubek rozmawia z telewizorem. Rozejrzał się, delikatnie tylko ruszając głową. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem dziewczyny siedzącej przy stoliku, tuż obok wyjścia. Speszona przestała się uśmiechać i powróciła do picia kawy. Po jakimś czasie sprawdziła, czy wciąż na nią patrzy, a gdy przekonała się, że tak, wyraźnie się zaniepokoiła. - Nie mylisz się, mój drogi, ona będzie następna. Baw się dobrze. Położył na ladzie jakiś banknot, nie sprawdzając nawet nominału. Wyszedł z kafejki, lecz pozostał w pobliżu. Gdy tylko dziewczyna opuściła lokal, poszedł za nią. Zauważyła go dopiero w metrze. Większość pasażerów wysiadła na poprzedniej stacji. Teraz w wagonie pozostali już tylko oni. Znów poczuł jej niepokój. Nie patrzył na nią, by nie wystraszyć jej jeszcze bardziej. Tuż przed stacją, na której miała wysiąść, do ich wagonu wszedł policjant. Dziewczyna poczuła ulgę. Podeszła do umundurowanego mężczyzny i przez chwilę o czymś rozmawiali. Gdy pociąg się zatrzymał wysiadła. Poszedł za nią. Przy wyjściu z peronu zatrzymał go policjant. Był młody i niedoświadczony. Nie powinien podchodzić tak blisko. - Sir! Czy ma pan jakieś dokumenty, sir. - Nie noszę dokumentów. Mogę już iść, czy zamierzasz mnie aresztować? - Wystraszył pan tę dziewczynę, czy mógłby pan przestać ją śledzić? Dziewczyna zniknęła z pola widzenia. Próbował pójść za nią, ale policjant nie dawał za wygraną, chwycił go za ramię. Wciąż jeszcze nie sięgnął po broń. Jeśli teraz nie dostanie nauczki, to załatwi go pierwszy lepszy bandzior. - Czy ja muszę opiekować się wszystkimi niedołęgami w tym mieście? - pomyślał i jednym ciosem w podbródek powalił policjanta. Tymczasem dziewczyna zeszła już z nadziemnej platformy stacji i szybkim krokiem ruszyła wzdłuż wiaduktu. Stracił ją z oczu. Gdy znalazł się na dole, mógł tylko podążać za uczuciem jej strachu, które teraz napłynęło nagłą falą. Wiedział, że stało się to czego oczekiwał. Usłyszał wołanie o pomoc i pobiegł w tamtą stronę. Czterech mężczyzn bawiło się popychając ją między sobą jak piłkę. Ona pierwsza go dojrzała. Reszta poszła w ślad za jej wzrokiem. Wykorzystując ich chwilową konsternację, dziewczyna próbowała uciec, ale jeden z nich chwycił ją mocno w pasie i nie puszczał, mimo iż wyrywała się z całych sił. Gdy znudziło mu się szamotanie wyciągnął nóż i przyłożył jej do szyi. Szybko dokonali oceny sytuacji i uznali, że nowoprzybyły nie stanowi dla nich zagrożenia. - Spływaj, dla ciebie nie starczy. To wszystko było jak film puszczony w zwolnionym tempie. W dodatku film, którego różne wersje widział już setki razy. Jeden z bandziorów podchodzi usiłując go pchnąć, ale jego ręka grzęźnie w stalowym uścisku. Potem wykręcona pęka z trzaskiem. Drugi kończy trzymając się za krocze. Kolejny próbuje atakować z rozpędu, ale jest równie powolny jak jego poprzednicy. Miast trafić w przeciwnika z dodatkowym impetem uderza o filar wiaduktu i oszołomiony pada na ziemię. - Wynoś się, albo ją zabiję. - To ten, czwarty. Swój nóż nadal trzyma przy krtani dziewczyny. Nim jednak zdąży mrugnąć okiem jego ręka zostaje wykręcona, a on sam gwałtownym szarpnięciem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych