W poszukiwaniu Złotego Feniksa cz.VII
Odkrywając tajemnice pochodzenia Daniela, Sara zaczyna zauważać, że lączy ją z nim coś więcej niż tylko wspolna misja...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział VII „Anioł w Krakowie”
Krople deszczu spływały po jej twarzy. Choć nie miała siły się ruszyć wiedziała, że gdyby otworzyła oczy, nad sobą ujrzałaby zachmurzone niebo. Myślała bardzo powoli, stopniowo odtwarzając w pamięci to co ją spotkało. Niewiele pamiętała. Jakieś strzępki wspomnień plątały się po jej głowie, ale nie przywoływały one żadnych konkretnych ciągów wydarzeń. Wiedziała tylko, że stało się coś złego. To przeczucie męczyło ją od kiedy tylko odzyskała jakąkolwiek świadomość. Wszystko ją bolało, nawet te części ciała, o których nie miała pojęcia, że mogą boleć. Czuła się całkowicie wycieńczona. Chyba siedziała oparta o drzewo. Ziemia była przesiąknięta deszczem. Gdzie była? Kim była? Nie wiedziała... Po chwili znów pochłonął ją sen. Nieważne było, że śpi na gołej ziemi, przemoczona do suchej nitki. Tak bardzo chciało się jej spać...Nic się jej nie śniło. Kiedy obudziła się kilka godzin później miała już na tyle sił, żeby otworzyć oczy. Jej powieki były ciężkie jak ogromne głazy. Podniosła je powoli i ospale i przyzwyczaiwszy oczy do ciemności rozejrzała się wokoło. Widziała bardzo niewyraźnie. Obraz rozmywał się jej przed oczami. Udało się jej dojść jedynie do tego, że jest w lesie, gdyż otaczały ją zielone plamy, będące prawdopodobnie drzewami. Rozbudzała się coraz bardziej. Kaszlnęła, a na ciele poczuła w końcu uciążliwą wilgoć. Jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Było jej zimno i mokro. Siedziała na ziemi bez ruchu, chcąc nabrać siły na wstanie. Ubranie miała brudne i poszarpane. Czuła piekący ból na plecach. Wiedziała, że na pewno ma gorączkę. Jednak mimo, swojego tragicznego stanu nadal myślała racjonalnie i była pewna, że jeśli dalej będzie leżała tak bez ruchu, to na pewno jeszcze bardziej się jej pogorszy. Zebrała w sobie ostatki sił i dźwignęła się na nogi. Natychmiast też zakręciło się jej w głowie, a przed oczami stanęła jej czarna kurtyna. Chwyciła się kurczowo drzewa i westchnęła głęboko. Wirowanie ustało. Chciała zrobić krok do przodu, jednak kiedy jej stopa oderwała się od ziemi usłyszała w swojej głowie głos: -Ani kroku dalej! Brzmiał on znajomo, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd go zna. -Nie waż się ruszać z miejsca śmiertelniczko!!!- powtórzył głos. Było w nim coś magicznego i przerażającego zarazem. -Kim jesteś?- zapytała w myślach, nie będąc pewna, czy tamten ją usłyszy. – Czemu siedzisz w mojej głowie? -Głupia, nie zadawaj pytań. Muszę odpocząć. Taszczenie twojego wielkiego cielska mnie zmęczyło. Teraz pójdę spać. Nie oddalaj się z tego miejsca. Nawet kiedy się już obudzę, a ty odejdziesz i tak będę ciągle razem z tobą. Mogę cię zabić jeśli mi się sprzeciwisz. Nie podobały się jej te słowa. Głos wyraźnie jej groził. Ale nie miała tyle sił żeby mu się przeciwstawić. -Dobrze.- powiedział głos miękko. – Jestem zmęczony... Nagle ucichł, pozostawiając w jej umyśle pustkę. Zamarła na chwilkę aby przyswoić sobie jego słowa dokładnie. Poczuła, że znów opuszczają ją siły. -Hej!- usłyszała nagle słaby okrzyk. Głos tym razem był nieco inny, ale równie miękki i przytłumiony. -Miałeś iść spać.- pomyślała ospale. -Ty tam!- krzyknął znów głos, tym razem wyraźniej. Otworzyła oczy i zdała sobie sprawę, że ten głos nie dochodzi z jej głowy, ale z bardzo niedaleka. Ostrożnie podniosła wzrok i ujrzała niewyraźną sylwetkę poruszającą się wśród drzew. Ktoś szybko przemieszczał się w jej stronę. Nie zdążyła się mu przyjrzeć, gdyż jej umysł spowiła lekka biała mgiełka. Ostatnią rzeczą, którą pamiętała był dotyk ciepłych dłoni i niebiańska błogość.
Sara leciała głową w dół, na spotkanie z krakowskim rynkiem. W ciągu ostatnich kilku tygodni już któryś raz zaglądała w oczy śmierci. I szczerze mówiąc, nie było to przyjemne uczucie. W ciągu tych paru sekund jej serce zdążyło zabić chyba z tysiąc razy. Wszystkie jej wnętrzności pozamieniały się miejscami. Poczuła, że jej żołądek znajduje się aktualnie w okolicach pięt. W uszach jej szumiało, a jedynym dźwiękiem dochodzącym do niej z zewnątrz był jej własny przerażony okrzyk. Choć to wszystko trwało tylko krótką chwilę, Sara zdążyła zapamiętać wiele rzeczy. Oczy miała otwarte i chociaż były załzawione od pędu powietrza, wyraźnie widziała zbliżające się płytki chodnika. To uczucie spadania było tak okropne, że chciała aby jak najszybciej się skończyło. To nie był ból, ale jednak nie potrafiła go znieść. Chciała już roztrzaskać się o ziemię. Tylko niech będzie po wszystkim. I znów całe życie przebiegło jej przed oczami. Ujrzała swoich rodziców, Piotrusia i przyjaciółki z gimnazjum. Zabawy na śniegu i letnie wędrówki po górach. A także wspomnienia z ostatnich kilku tygodni. Przed oczami stanął jej Feniks, Krystian, Inez... A na końcu Daniel. Wyraźnie zobaczyła jego twarz. Nie tą zimną i okrutną, która patrzyła na wszystkich obojętnym stalowym wzrokiem, ale ciepłą i zarumienioną, z błyszczącymi oczami urzekającymi swoim tajemniczym, ciemnym jak węgiel, blaskiem. Był to ostatni obraz jaki widziała zanim jej wzrok zasnuła pulsująca biała mgiełka. Przerażenie, które ją ogarniało było tak wielkie, że zaczęła mdleć, jeszcze zanim dosięgła ziemi. Czekała na brutalne uderzenie. Była pewna, że umarła. Jednak nagle ocuciło ją mocne szarpnięcie. Odzyskując powoli świadomość poczuła się jakby ktoś złamał ją w pół. Czyżby konała właśnie na ziemi ze skręconym karkiem i otwartym złamaniem kręgosłupa? Ale osoba martwa nie byłaby w stanie słyszeć tych okrzyków dochodzących ze wszystkich stron: -Niech ktoś wezwie pogotowie! -Ona nie żyje! -Doby Boże! Ludzkie głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Jej przerażenie minęło. Po kilku sekundach wróciły jej siły, więc otworzyła ospale oczy i ujrzała niewyraźną sylwetkę, która nachylała się nad nią mówiąc: -Nic ci nie jest?...jasna cholera...odezwij się do mnie! Od razu poznała ten glos. -Daniel?- jęknęła cicho. Teraz widziała go już wyraźnie. Jego twarz była tylko kilka centymetrów nad nią. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a oczy miał wielkie i przerażone. Nie miała pojęcia gdzie podziała się jego koszula, której brak odsłaniał jego nagą klatkę piersiową. -Nic ci nie jest?- powtórzył, a w jego głosie zabrzmiała ta czuła nuta, która chwyciła Sarę za serce. -Nic. Nic mi nie jest.- odparła, już całkowicie przytomna. –Skąd ty tu...? Przecież jeszcze chwilę temu... Lecz nagle jej żołądek zwinął się w bolesnych konwulsjach. Odruchowo uniosła tułów do góry i wśród zniesmaczonych jęków gapiów zwymiotowała na biały śnieg. -Jezu!- zawołał Daniel, chwytając ją za ramiona. Dziewczyna kaszlnęła parę razy i wytarła usta rękawem. Ciężko odwróciła się w jego stronę i wyjęczała: -Nic mi nie jest...to tylko...to tyl...O MÓJ BOŻE!!! Odskoczyła od niego tak gwałtownie, że przez przypadek wsadziła dłoń we własne wymiociny. A powodem jej reakcji był sam Daniel. A raczej to, co pojawiło się na jego plecach. To były skrzydła. -Matko boska, co to jest?!- wyjąkała Sara, wskazując palcem na parę pierzastych, anielskich skrzydeł, które nie wiadomo kiedy wyrosły na łopatkach Daniela. -Nie teraz! Nie ma czasu!- zawołał chłopak. -Anioł jest ranny!- zawołał ktoś z tłumu. Dopiero wtedy Sara dojrzała czerwone plamy na śniegu. Biegnąc wzrokiem w górę zobaczyła strugi krwi ściekające po plecach Daniela. -Boże...- westchnęła słabo widząc, że skrzydła rozcięły boleśnie skórę na jego łopatkach. Krwawiła także rana na piersi, którą zadął mu Krystian. –Daniel, ty... -Nie mamy teraz czasu!- przerwał jej chłopak. –Musimy stąd uciec zanim... Nagle usłyszeli głośne krzyki dochodzące od strony kościoła. Po chwili doszedł do tego tupot kilkudziesięciu stóp. -Tam są!- dało się słyszeć męski glos. -Szybciej do cholery!!! Daniel podniósł się z klęczek i bez uprzedzenia porwał Sarę na ręce. -Daniel, co ty...?!- zawołała przerażona, ale zanim zdążyła dokończyć, chłopak ruszył sprintem w tłum gapiów, który rozstąpił się widząc anioła nacierającego w ich stronę. -Cicho!- krzyknął on, nie zatrzymując się. -Puść mnie! Dobrze się czuję, potrafię sama biec! Słyszysz? Już się dobrze czuj....aaaaach!!!- nagle poczuła jak odrywają się od ziemi. W kilka sekund wszyscy ludzie zmniejszyli się do rozmiarów mrówek, a rynek wyglądał jak biała kartka pochlapana czarnym atramentem. Sara ze ściśniętym żołądkiem patrzyła, jak unoszą się coraz wyżej, a budynki robią się coraz mniejsze, stając się w końcu jedną, kanciastą mozaiką daleko pod nimi. Mokry śnieg chlastał ją po twarzy, a skrzydła Daniela co chwilę raczyły ją zimnymi powiewami powietrza. Wnętrzności skurczyły się jej boleśnie ze strachu. Mimo, że chłopak trzymał ją mocno, nie czuła się bezpiecznie nie mając pewnego gruntu pod stopami. -Co się tak trzęsiesz?- zawołał głośno, starając się przekrzyczeć wiatr. -Słyszałeś o czymś takim jak lęk wysokości?!- krzyknęła mu prosto w twarz. Ramionami objęła go za szyję i zamknęła oczy, aby nie zakręciło się jej w głowie. Daniel prychnął. -Co to w ogóle ma być? Najpierw Feniks, potem smok wawelski, a teraz jeszcze skrzydła!? -To jest jeden z wielu małych szczegółów, o których jeszcze nie masz pojęcia... -No dobra...ale SKRZYDŁA? -Możesz skończyć przeżywać te skrzydła?! -Ale...- Sara chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zakrztusiła się śniegiem, który naleciał jej do ust i zamilkła. Taki sposób lokomocji nie należał do zbyt przyjemnych. Nie dość, że było zimno i padał śnieg, to jeszcze całe ciało Daniela co chwile unosiło się i opadało przyprawiając Sarę o niemiłe sensacje żołądkowe. -Gdzie lecimy?- zapytała wprost do jego zaczerwienionego od mrozu ucha. Serce zabiło jej szybciej gdy przez przypadek zahaczyła nosem o jego policzek. -Do mojego znajomego.- odparł Daniel. –Opatrzy moje rany i twoją rękę. Mieszka na obrzeżach miasta. To już niedaleko. -A co się stało z twoją koszulą? -Rozerwała się. -Musi ci być zimno... Nagle Daniel podskoczył w powietrzu, a Sara razem z nim. -Uah!!!- wrzasnęła obejmując jego szyję jeszcze mocniej i zaciskając powieki ze strachu –Idioto! Co ty robisz?! -Wybacz. Turbulencje. Wiedziała, że zrobił to celowo. Mogłaby się założyć, że gdyby otworzyła wtedy na oczy, na jego twarzy zobaczyłaby szyderczy uśmieszek. Nawet nie zauważyła kiedy śnieg przestał padać. W tym czasie nie rozmawiali. Sara przytulała się ze wszystkich sił do jego szyi i miała dziwne wrażenie, że z minuty na minutę on też trzymał ją mocniej i pewniej. A może tylko się jej wydawało... Ukołysana lotem zaczęła zapadać w płytki sen. Nie odczuwała już mokrego śniegu na twarzy, ani nie zwracała uwagi na nagłe szarpnięcia wywołane podmuchami wiatru. Zmęczona położyła głowę na swoim ramieniu i przysnęła. Nie wiedziała przez ile lecieli. Ocknęła się dopiero, gdy Daniel potrząsnął nią i zawołał: -Zobacz! Uniosła głowę i powoli otworzyła oczy. A widok zaparł jej dech w piersiach. Niebo, nie pokryte żadną chmurką, świeciło milionami gwiazd. Były one tak jasne i tak ogromne, że Sara miała wrażenie, iż może ich dotknąć. A między nimi, wysoko na środku niebieskiego sklepienia, jaśniała srebrna tarcza ziemskiego satelity. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała czegoś tak pięknego. Wiele razy patrzyła na niebo nocą. Ale ani razu nie była tak blisko księżyca. Był on po prostu ogromny. Wyraźnie widać było kratery na jego powierzchni, które swoim położeniem przypominały jej twarz, której otwarte usta wykrzykiwały niezrozumiale słowa. Czuła się, jakby była jedną z tych miliardów gwiazd, które, świecąc jasnym światłem, uwieńczały nocny firmament. Ta chwila wydawała się jej tak piękna, że nawet nie zauważyłaby gdyby Daniel wypuścił ją z objęć. Słowa nie oddadzą w pełni uroku tego co widziała. Nagle, zaraz nad horyzontem, na niebie pojawiła się świetlista smuga. -Spadająca gwiazda!- zawołała Sara z przejęciem. I ku jej ogólnemu zdumieniu, w ciągu paru sekund całe niebo zaroiło się od dziesiątek takich samych świetlistych smug. Ukazywały się jedne po drugich, a każda nowa wywoływały u Sary radosny okrzyk. -Och, zobacz! Jeszcze jedna! I tam! I tam też! Następna! Wydawało się jej, że serce wyleciało jej z piersi i na skrzydłach wzbiło się w powietrze. W tej krótkiej chwili, kiedy nie musiała przed nikim uciekać, ani walczyć z żadnym wrogiem, poczuła się bezgranicznie i całkowicie szczęśliwa. Nagle jej jedynym pragnieniem stało się to, aby ten magiczny moment już trwał wiecznie. Żeby aż do końca świata mogła tak szybować po niebieskich bezkresach, w ramionach jej własnego anioła, podziwiając ogony spadających gwiazd. -To jest...to jest...- zaczęła, ale nie mogła znaleźć odpowiednich słów żeby opisać swój zachwyt.. Spojrzała na Daniela i zachłysnęła się powietrzem. Dotychczas Daniel patrzył na nią różnie. Ale pierwszy raz widziała w jego oczach tak wielkie ciepło, pod wpływem którego czuła, że rozpływa się w jego ramionach. Nie mogła oderwać wzroku od tych ciemnych źrenic. Jego twarz była tak blisko... Co takiego w nim było, że od kiedy go spotkala, nie mogła przestać o nim myśleć? Dlaczego taki zimny i bezbarwny czlowiek wzbudził w niej tyle różnych uczuć? Przecież nie był wcale wspaniały. W ciągu tych kilku dni zdążyła się przekonać, że byl okrutnym i nieczułym egoistą, którego obchodził tylko świat materialny i władza. Ale mimo tych wszystkich jego wad, nie potrafiła myśleć o nim jak o kimś zlym. Dla niej był dobry. W głębi serca od samego początku wiedziala, że nie jest kimś na kogo wygląda. Zdała sobie z tego sprawę już przy ich pierwszym spotkaniu, chociaż sama przed soba nie chciała się do tego przyznać. A teraz, kiedy odkryła, że ma on w sobie też dobre cechy dotarło do niej jak bardzo myliła się myśląc o nim jak o kimś bez uczuć. Bo Daniel miał uczucia. Był nimi przepełniony. Tylko czekał na odpowiedni moment żeby to pokazać. Tak jak ten teraz. To, że był teraz tak blisko, było dla Sary prawdziwym szczęściem. Cieszyła się, że tą piękną chwilę może przeżywać właśnie z nim. Kiedy patrzyła w jego oczy serce zaczęło bić jej jak oszalałe. Wydawało się jej, że zaraz rozerwie jej piersi i spadnie na ziemię. Raz po raz uderzały ją fale gorąca, mimo, że musiało być z minus pięć stopni. Chciała coś zrobić, ale nie wiedziała co. Co to było za błogie uczucie, które ją ogarniało, gdy czuła na sobie to anielskie spojrzenie? Dlaczego nie potrafiła wykrztusić słowa? A dlaczego on milczał? Czemu tak na nią patrzył? Zadawala sobie te wszystkie pytania, ale sama nie chciała przerwać tej chwili. Mogłaby trwać tak wiecznie. Aż do końca świata. Unosili się w ciszy, targani podmuchami wiatru. Daniel machał rytmicznie skrzydłami utrzymując ich w powietrzu. Oboje przez kilka minut nie wypowiedzieli ani słowa. Przez cały ten czas świat się dla nich zatrzymał, a liczyło się tylko to, że mogli przez tą krótką chwilę być sami. Jednak nagle Daniel otrząsnął się, jakby wyrwany z głębokiego transu. Odwrócił wzrok od jej twarzy i spojrzał w dół. -Już jesteśmy.- powiedział takim tonem, jakby chciał się wymigać od jakiegoś strasznego przewinienia. Zanim Sara zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ten zaczął pikować w dół. Z krzykiem przylgnęła do jego karku, kurczowo obejmując go za szyję. W kilka sekund szare puzzle na ziemi zamieniły się w szachownicę budynków. Znów ogarnęło ją to niemile uczucie, jak wtedy gdy spadała z wieży. Zanim się obejrzała, wylądowali miękko na tarasie jakiegoś domu. Jeszcze przez chwilę Daniel trzymał ją w ramionach, a potem delikatnie spuścił na ziemię. Kiedy w końcu poczuła stały grunt pod stopami spłynęło na nią lekkie uczucie ulgi. Parę razy zakręciło się jej w głowie, ale kiedy wzięła parę głębokich oddechów wszystko wróciło do normy. Szklane drzwi na taras były zamknięte, ale przez firankę mogła zobaczyć migoczący obraz telewizora. W środku ktoś oglądał wiadomości. -Zaczekaj.- rozkazał Daniel. Zbliżył się do drzwi i stanowczo zapukał w szybę. Sara zobaczyła zakrzepnięte plamy krwi na jego plecach. Tam gdzie skrzydła przecięły skórę widać było strzępy czegoś, co można było określić niesmacznym terminem „mięso”. Wyobraziła sobie jak bardzo to musiało boleć. Właściwie dopiero teraz zaczęła się zastanawiać nad tym co się wydarzyło. Czyżby Daniel skoczył za nią, kiedy Krystian zrzucił ją z wieży? Jeśli tak, musiał zareagować bardzo szybko. Przed oczami stanęła jej wizja dwóch skrzydeł rozrywających boleśnie plecy Daniela. Skrzywiła się. Usłyszała, jak wewnątrz domu odzywają się jakiego głosy. Po chwili doszły do tego kroki i ktoś odsunął firankę. Nie widziała dokładnie twarzy, ale wiedziała, że był to mężczyzna niewiele wyższy od Daniela. Mężczyzna otworzył drzwi i zawołał: -Daniel! Co to ty tu robisz?! Miał około trzydziestu lat, czarne krótkie włosy i modną bródkę, która nadawała mu sympatyczny wygląd. Było w nim coś znajomego. Sarze wydawało się, że już go kiedyś widziała. -Co ty tu robisz?- powtórzył mężczyzna, świdrując Daniela czujnym spojrzeniem. Zasłaniał sobą wejście, jakby nie chciał ich wpuścić do środka. -Musisz nam pomóc...- powiedział Daniel, rozkładając ręce. Mężczyzna spojrzał na ranę na jego piersi, a potem na Sarę. Przez kilka sekund nic nie mówił a potem zapytał: -Kto to jest?- przy tym obdarzył ją takim spojrzeniem, jakby miała być potencjalną morderczynią. -Ona jest ze mną. Jest niegroźna. -Powiedziałeś przecież, że już nigdy tu nie przyjdziesz...-rzucił z wyrzutem mężczyzna, odwracając wzrok od Sary. -A gdzie mam iść z takimi ranami?! Do szpitala?!- warknął Daniel. –I co im powiem? Że mi skrzydła rozszarpały łopatki?! Sara podeszła parę kroków bliżej. Kątem oka zobaczyła jakiś ruch przy oknie. -Mariusz musisz mnie opatrzyć...tylko ty się na tym znasz...- powiedział chłopak błagalnym głosem. –Przecież nie pojadę do Bielska do tej starej wariatki... Mariusz zmarszczył brwi i już miał ich wpuścić do środka, kiedy nagle z wewnątrz doleciał ich kobiecy głos: -Kochanie, co się stało? W jednej sekundzie Mariusz zbladł i cofnął się do środka, mówiąc: -Nic, to tylko koty. Już je przegoniłem, zaraz... Ale nie zdążył dokończyć, bo Daniel odepchnął go i wparował do środka, przykucnąwszy przed progiem aby nie zahaczyć skrzydłami o futrynę drzwi. Kiedy tylko znalazł się wewnątrz, Sara usłyszała przerażony kobiecy okrzyk i jęk Mariusza: -Idioto! Coś ty najlepszego zrobił! Dziewczyna nieśmiało wkroczyła do środka, zaraz za Danielem. Znalazła się w przytulnym saloniku. Pod ścianą stała czerwona kanapa, na której siedziała teraz młoda kobieta, trzymająca się za serce i wlepiająca w Daniela przerażone spojrzenie. Mariusz stal obok niej, trzymając rękę na jej ramieniu. -Daniel!- warknął wściekle. Chłopak stal na środku salonu ze zmieszaniem na twarzy. Jednak po chwili zacisnął pięści ze złości i wycedził przez zaciśnięte zęby: -Czy ciebie totalnie pojebało? -Nic nie rozumiesz...- odparł Mariusz, siadając obok kobiety i obejmując ją ramieniem. Wlepił w Daniela mordercze spojrzenie. –Nic nie rozumiesz! -Ja nic nie rozumiem! Nie wiesz co mówisz! Nie wiesz co robisz! Czy chcesz żeby... -Mariusz o co tu chodzi?- krzyknęła przerażona kobieta. –Kim są ci ludzie?! -Uspokój się Jolu, nic nam nie zrobią...- uspokoił ją Mariusz, dotykając delikatnie jej policzka. -Uspokój się? Jak mam się uspokoić?! DO CHOLERY TEN CHŁOPAK MA SKRZYDŁA NA PLECACH! I JA MAM BYĆ SPOKOJNA?! Sara przyglądała się ten scenie spod drzwi. Niewiele z tego rozumiała. Mariusz uspokajał Jolę, ale Daniel krzyczał coś o odpowiedzialności, dorzucając od czasu do czasu jakieś soczyste przekleństwo. A po chwili do tych wszystkich wrzasków doszedł jeszcze jeden – w pokoju obok rozległo się kwilenie niemowlęcia. Jola gwałtownie zerwała się z kanapy i pobiegła do dziecka. Daniel na chwilę się uciszył, a potem zapytał ze zdumieniem: -Dziecko? -Ty nic nie rozumiesz...- powtórzył Mariusz ze zrezygnowaniem. -To ty nic nie rozumiesz! Wiesz co wam teraz grozi?! Jeśli was odkryją... -Wiem!- krzyknął Mariusz. –Proszę cię, nie tutaj...- rzucił znaczące spojrzenie w kierunku pokoju dziecka, z którego dochodził teraz uspokajający głos Joli. -Ona nic nie wie?- zapytał Daniel, powoli łagodniejąc. Mężczyzna pokręcił smutno głową. Daniel załamał nad nim ręce i westchnął ciężko. -Nie chcę, żeby spotkało cię to co mnie...- powiedział, przeczesując palcami włosy. Sara, która dotychczas stała nie ruchomo, zacisnęła palce na firance. Przypomniała się jej Agnieszka. I wtedy zdała sobie sprawę z tego kogo przypomina jej Mariusz. Jacka. Po chwili zauważyła na jego ręce taką samą czarną rękawiczkę jaką miał Daniel. On był jednym z nich! Jola weszła do salonu, trzymając na rękach zapłakane niemowlę. -Proszę stąd wyjść.- powiedziała twardo do Daniela, przyciskając dziecko do piersi. -Nie Jolu, oni tu zostaną...- wtrącił Mariusz. Wstał z kanapy i podszedł do kobiety. -Ja kto...- jęknęła ona, ze strachem w oczach. –Kochanie, ja nic z tego nie rozumiem...kim są ci ludzie? Czego oni od ciebie chcą? -To jest mój kuzyn.- uciął mężczyzna patrząc na Daniela tak, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z ich pokrewieństwa. -Zgadza się.- dodał chłopak hardo. -Ale...ale... -Proszę cię, idź z Bartkiem do sypialni. Wezmę ich na chwilę do gabinetu. Później wszystko ci wytłumaczę. Jola przygryzła wargę i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na Daniela, obróciła się i poszła do sypialni. Sara usłyszała jak zamyka za sobą drzwi na klucz. Mariusz westchnął smutno i powiedział do nich: -Chodźcie Daniel i Sara ruszyli za nim. Zeszli po schodach na parter, gdzie mężczyzna wpuścił ich do sterylnie czystego gabinetu lekarskiego. -Trochę się tu zmieniło, odkąd byłem tu ostatnio...- rzucił rozluźniająco chłopak, rozglądając się na około. Jednak jego słowa nie załagodziły nieprzyjemnej atmosfery. -Siadaj.- powiedział mężczyzna, zasuwając żaluzje. Wskazał przy tym na kozetkę okrytą seledynową ceratką. Daniel posłusznie usiadł tam gdzie mu kazano. Sara stanęła przy biurku. Starała się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, gdyż widziała, że każde niepotrzebne słowo może teraz wywołać awanturę. -Musisz je schować.- Mariusz zaczął zakładać na ręce gumowe rękawiczki. -Wiem...- odparł Daniel ze skrzywieniem. Sara zobaczyła jak zaciska palce na krawędziach kozetki. Zamknął oczy, a na jego twarzy odbiło się niezwykle skupienie. Nagle jego skrzydła drgnęły, a po chwili zaczęły się chować z powrotem do jego pleców. Był to okropny widok. Białe pióra, niczym węże wpełzały w jego łopatki, wywołując przy okazji całą serię krwotoków. Czerwona maź spływała po kręgosłupie Daniela, plamiąc jego spodnie i tworząc na kozetce wielką plamę. Po chwili zaczęła skapywać na podłogę. Dziewczyna złapała się kurczowo za biurko. Na widok tak wielkiej ilości krwi zrobiło się jej słabo. Czuła się tym gorzej, że widziała jak bardzo Daniel cierpi. Całe jego ciało drżało w konwulsjach. Ledwie mógł wysiedzieć na miejscu. -Cholera...- syczał, zgrzytając zębami. Mariusz przypatrywał się temu bez mrugnięcia okiem. W międzyczasie owinął się w seledynowy fartuch i założył na twarz białą maseczkę. W jego dłoni, spowitej w gumową rękawiczkę, pojawiły się żelazne przyrządy, o których przeznaczeniu Sara wolała nawet nie myśleć. Zachowywał się tak jakby co dzień widział osoby, którym skrzydła wsuwają się do pleców. Kiedy ostatnie białe piórko znikło pod skórą Daniela, ten zachwiał się i prawie wpadłby w kałużę własnej krwi, gdyby Mariusz nie złapał go wolną ręką za bark. Po skrzydłach zostały tylko dwie głębokie bruzdy na jego łopatkach, odsłaniające nagie mięśnie. Z ran wciąż sączyła się krew. Sara krzyknęła cicho, przycisnąwszy dłonie do ust. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Daniela, który wodził teraz błędnym wzrokiem po całym gabinecie, wspierając się wciąż na ramieniu Mariusza. -Już dobrze?- zapytał mężczyzna ze spokojem. -Tak...nienawidzę tego robić...- powiedział słabo Daniel, łapiąc się za głowę. -Wiem coś o tym...Możesz mi pomóc?- Mariusz po raz pierwszy odezwał się do Sary. – W łazience (to te drzwi po prawej) jest mop...posprzątaj, dobrze? -Dobrze...- szepnęła ona, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. Powoli powlokła się do łazienki. A kiedy znalazła się w środku, pierwszą rzeczą jaką zrobiła, było zwymiotowanie do ubikacji. Czuła się przy tym tak okropnie, że łzy zaczęły jej płynąć po policzkach. Przed oczami wciąż miała Daniela zwijającego się z bólu. Kiedy już skończyła umyła twarz w umywalce i spojrzała w lustro wiszące nad nią. Wyglądała jak śmierć. Blada, z podkrążonymi oczami. Widząc swoje odbicie załkała cicho i ukryła twarz w dłoniach. Była przerażona tym o zobaczyła. Nie chciała żeby Daniel musiał tak cierpieć. A to wszystko przez nią. Gdyby nie przyszło jej do głowy to idiotyczne zwiedzanie...gdyby nie poszli do tego kościoła...nic by się nie stało. Krystian nie zrzuciłby jej z wieży, a Daniel nie musiałby za nią skakać. Nie potrafiła pogodzić się z tym wszystkim co ją spotykało. Dlaczego właśnie ona? Czy ktoś inny nie mógłby ją zastąpić? Na świecie jest prawie sześć miliardów ludzi. A padło właśnie na nią!!! Oparła ręce na krawędziach umywalki i wpatrywała się w jej dno, mrużąc do chwilę oczy i pozwalając aby jej łzy rozbijały się o ceramiczną powierzchnię. Stała tak jeszcze przez chwilę, a kiedy usłyszała okrzyk Daniela, szybko otarła oczy i chwyciwszy mopa wraz z wiaderkiem, pobiegła do gabinetu. Kiedy stanęła w drzwiach Mariusz siedział na krześle obok kozetki, a Daniel, odwrócony do niego tyłem, rzucał wiązankę bardzo nieparlamentarnych słów w stronę plakatu z kalendarzem szczepień niemowląt. Jego twarz powoli odzyskiwała zdrowy kolor, ale w oczach wciąż było widać widmo niedawnego bólu. -Sara!- jęknął, patrząc na jej twarz. –Co ci się stało? Jesteś blada jak trup... -Nie lubię krwi...- odparła, chwytając mopa i wbrew temu co powiedziała, wzięła się do ścierania czerwonej posoki. Pozwoliła aby włosy opadły jej na twarz. Nie chciała, żeby Daniel widział jej zapuchnięte oczy. -Nie ruszaj się.- rozkazał Mariusz. W powietrzu mignęło coś przypominającego strzykawkę. -O rzesz kur....uaaa!- wrzasnął chłopak łapiąc się za głowę. –To boli! -To znieczulenie. Nie zachowuj się jak dzieciak! Mop zrobił się cały czerwony od krwi. Sara wykręciła go do wiadra i wróciła do sprzątania. Kiedy poczuła, że łzy jej już obeschły, podniosła głowę i spojrzała na Daniela. Wlepiał wzrok w ścianę. Cały był naburmuszony. Kiedy poczuł, że na niego patrzy odwrócił się w jej stronę. Uśmiechnął się lekko i zrobił taką minę jakby chciał powiedzieć: ”Zobacz jaki jestem wytrzymały. Strąciłem jakiś litr krwi, ale nadal dobrze się trzymam. Co mi tam ból...”. Jednak kiedy zobaczył jej wyraz twarzy w jego oczach odbiła się taka troska, że Sara była pewna, że gdyby nie Mariusz, bez skrępowania przygarnąłby ją do poranionej piersi. Za to sam Mariusz, jakby specjalnie chcąc im przerwać tą chwilę intymności, wykonał gwałtowny ruch ręką w okolicach prawej łopatki Daniela, na co ten wydał z siebie kolejny, mrożący krew w żyłach, okrzyk. -AUA! Trochę delikatniej! -Sprawdzam tylko czy znieczulenie zaczęło działać... -To chyba oczywiste, że jeszcze nie zaczęło! Wstrzyknąłeś mi je zaledwie sekundę temu! -Drzesz się jak baba. Bądź mężczyzną... -Zaraz się odwinę... -Muszę je zaszyć. Bądź tak dobry i się nie ruszaj... -Po co zaszywać, pewnie za niedługo będę musiał znowu się opierzyć... -Chcesz chodzić z dwoma dziurami na plecach? Sara przysłuchiwała się ich rozmowie z cieniem uśmiechu na twarzy. Czuła ulgę kiedy słyszała, że Daniel ma jeszcze siły aby żartować. Gdy uporała się z podłogą odniosła mopa do łazienki, a kiedy wróciła, usiadła na krześle przy biurku. W międzyczasie Mariusz zaszył rany na plecach Daniela. Potem zajął się rozcięciem na jego piersi. Kiedy i z tym skończył, z szafy wyjął bandaż i kilkoma sprawnymi ruchami obwiązał tors chłopaka. Na końcu nałożył mu warstwę zielonej mazi na zadrapanie na policzku, które otrzymał przy ostatniej potyczce z Feniksem. Sarze dopiero wtedy przypomniało się, że sama też jest ranna. Spojrzała na swoją prawą dłoń, którą przecięła na szkle, gdy Krystian rozbił okno na wieży. Na jej wewnętrznej części tkwiło płytkie, ale za to długie rozcięcie. Dopiero gdy je zobaczyła poczuła piekący ból. Wokół rany widniała zaschnięta krwista plama. Przypomniała sobie też, że miała posmarować oparzenia na plecach tym co dala jej Waleria. Wieszczka ostrzegała ją przed wyjazdem, że jeśli nie będzie ich smarować co najmniej dwa razy dziennie, nie zneutralizuje działania trucizny, co w rezultacie doprowadzi do nieciekawych powikłań. Dziwne, pomyślała. Dopiero gdy się jej to przypomniało, plecy znów zaczęły ją boleć. Ile to już czasu minęło od kiedy jest z Danielem? Ach tak. Dwa dni. Ile przez te dwa dni się zmieniło... Podparła ramię o stół i zaczęła zastanawiać się gdzie teraz może być Marta. To było okropnie egoistyczne, ale nie pomyślała o niej ani razu od wczoraj. Za bardzo była zajęta Danielem. Gdzie teraz mogła być jej kuzynka? I czy w ogóle żyła? Sara bala się, że Feniks wywlókł ją gdzieś daleko gdzie jej nigdy nie znajdzie. Co ona wtedy powie rodzicom? Przecież nie uwierzą w jej historię o dwóch skłóconych rodach i ognistym ptaku...po za tym okłamała ich. Jeszcze nigdy nie okłamała ich w tak poważnej sprawie. Powiedziała, że jedzie na szkolną wycieczkę. Tymczasem wyruszyła do wielkiego, obcego miasta z zupełnie nieznanym jej chłopakiem. Na tą myśl poczuła się jeszcze gorzej. Jej nastrój pogorszył się jeszcze bardziej gdy jakiś ohydny, cieniutki głosik w jej głowie szepnął, że przecież Daniel już nie jest dla niej taki strasznie obcy. Ale był. Był jej obcy. Och. Czyżby umyśl płatał jej figle? Bo dokładnie wtedy kiedy ta myśl pojawiła się w jej głowie, przed oczami ktoś przewinął jej jakby skrót dzisiejszego dnia. To były krótkie, bardzo powolne, urywki w pastelowych kolorach. Na początku zobaczyła Daniela leżącego w łóżku, kiedy jeszcze spal. Wydawał się jej wtedy taki mały, bezbronny i niewinny jak dziecko. Tak się wtedy na niego zapatrzyła, że spadla z lóżka i wyrwała go ze snu, co spowodowało poranną awanturę. Potem ujrzała ten figlarny uśmieszek w kąciku jego ust, gdy na śniadaniu starała się mu wmówić, że zjada ameby. Czy jej się tylko zdawało, czy to był pierwszy raz kiedy się do niej uśmiechnął? Później uśmiechał się jeszcze częściej. Zwłaszcza gdy pokazywał jej Wawel. Taka była wtedy zadowolona. Cieszyła się, że może go w końcu poznać od nieco innej strony. Okazało się, że pod maską obojętności i chłodu skrywa się prawdziwie artystyczna dusza, która tylko czeka aż ktoś ją spod tej maski wydobędzie na światło dzienne. Tyle, że zaraz potem Daniel wywewnętrznił przed nią swoje okrutne ambicje i żądzę władzy, co doprowadziło ją do szału. Wtedy też z jej ust padły brutalne słowa, których tak bardzo potem żałowała. A potem...a potem... Zamknęła oczy i znów poczuła ciepło jego ramion na swoim ciele gdy ją pocieszał. Wciąż pamiętała ten wyraźny zapach jego perfum (co nie było trudne, zważając, że siedział tuż obok). Chciała jeszcze raz znaleźć się tak blisko niego. Móc objąć go w pasie i wtulić nos w jego obojczyk. Poczuć czubek jego brody na swojej głowie. Na samo wspomnienie tego momentu ogarniało ją wspaniale uczucie. Po jej skonanym sercu rozlewało się mile ciepło, a na usta mimowolnie wpływał lekki uśmiech... Czyżby była zakochana? Nie. Na pewno nie. Znała go zaledwie kilka dni. Był okropnym, egoistycznym gburem. Podobał się jej tylko. Tylko się jej podobał... -Sara? -C...co?- podskoczyła na krześle, jakby została przyłapana na gorącym uczynku. -Pytałem o twoją rękę. Daniel wciąż siedział na kozetce, wlepiając w nią zaskoczone spojrzenie. Mariusz kończył obwiązywać go bandażem w pasie. Wyglądał teraz jak mumia. -A tak. Moja ręka...- oprzytomniała Sara. Spojrzała na swoją dłoń, która nagle zapiekła ją boleśnie. –Auć. No fakt, trochę boli...ale to przejdzie... -Weź wodę utlenioną z szafki.- wtrącił się Mariusz. –I idź umyć to do łazienki. Opatrzę ci ją jak wrócisz. -Och...no...no dobrze...- odparła nieco zbita z tropu. Wyszukała w szafce potrzebne medykamenty i ruszyła do drzwi. Wchodząc, rzuciła szybkie spojrzenie na Daniela. Nie. Bez wątpienia nie była w nim zakochana. Jednak kiedy weszła do łazienki i pierwsza kropla wody spłynęła na jej ranę przed oczami znów stanął jej on. Jego uśmiechnięta twarz, usta wypowiadające miękko jej imię... Nie, ona nie jest w nim zakochana. „Już dobrze...wszystko będzie dobrze...nie płacz...” Jego silne dłonie. Ciemne włosy, rozrzucone na wszystkie strony. Świeży zapach. Hebanowe oczy... Dosyć. ONA NIE JEST W NIM ZAKOCHANA. Ten wzrok, gdy patrzył na nią w powietrzu...był tak blisko...tak strasznie blisko... Jasna cholera. Buteleczka wody utlenionej wypadła jej z rąk i potoczyła się po białych kafelkach, zalewając je przezroczystym płynem. Sara natychmiast schyliła się po nią i uniosła głowę tak gwałtownie, że uderzyła się o umywalkę. Zaklęła brzydko. Nie jest w nim zakochana. I kropka. Po cichu wróciła do gabinetu. Jednak kiedy znalazła się przed drzwiami usłyszała podniesione glosy. Zatrzymała się. Przez chwilę nasłuchiwała, a kiedy znów rozległa się rozmowa przylgnęła do ściany zaraz obok framugi. Wyraźnie usłyszała glos Daniela: -A więc...Jola... -To moja żona.- odparł Mariusz. Rozległ się metalowy zgrzyt. Najwidoczniej odkładał nożyczki na stół. Daniel westchnął ciężko. –Zmieniłem nazwisko zaraz po tym jak stąd wyjechałeś. Jolę poznałem kilka miesięcy później...pobraliśmy się...urodził się Bartek... -Przecież dobrze wiesz o tym, że ci nie wolno...nam nie wolno... -Daniel!- jęknął mężczyzna z rozpaczą. Sara była pewna, że gdyby był gorzej wychowany, użyłby jakiegoś mniej kulturalnego słowa. –Myślisz, że nie wiem w jakim jestem niebezpieczeństwie? -No właśnie! Nie dość, że mogą zabić cię Ziemscy, to jeszcze zostałeś skazany na śmierć na ucieczkę! A cała twoja rodzina zostanie stracona razem z tobą! -Wiem, wiem,WIEM!!!- wrzasnął Mariusz, uderzając pięścią w stół. –Ale ty nic nie rozumiesz! Ja nie mogę już bez nich żyć. Kocham moją żonę, mojego syna i wolę zginąć niż żyć bez nich! -Mogłeś nie uciekać. Trzeba było zostać...a wtedy... -Kiedyś w końcu dotrze do twojego zakłutego łba, że ta cala nasza ideologia jest jednym wielkim gównem. Daniel mamy dwudziesty pierwszy wiek! Czasy szlachty i wielkich klanów dawno minęły! Teraz nikt nie podporządkowywuje się protoplascie rodu! Nikt nie robi wszystkiego co on karze! Nikt nie prowadzi bezsensownych wojen! A ta nasza jest bezsensowna! Nie możemy zabijać się nawzajem za grzechy naszych dziadków! -Czy ty masz jakikolwiek szacunek dla tej rodziny!? Powinieneś być jej chociaż trochę wierny! -Nienawidzę mojej rodziny! Nienawidzę jej za to, że się w niej urodziłem! Chcę żyć jak normalny człowiek! Bez miecza w ręce, bez tych durnych praw, pieprzonego wuja, którego trzeba tytułować Szefem i... -Nie waż się obrażać naszego dziadka!- wybuchnął Daniel. Sara przywarła mocniej do ściany, gdy usłyszała jak przewrócił krzesło. –Słyszysz?! Nie waż się!!! -Przez te prawa i zakazy nie znamy swoich matek!!! A nasi ojcowie traktują nas jak podwładnych! Nie jesteśmy rodziną! Jesteśmy wojskiem formowanym po to żeby zniszczyć drugi ród! I ty uważasz, że to jest dobre?! -Za nic masz nauki, które wpajali nam od dzieciństwa? A wierność klanowi, którą ślubowaliśmy? -Nauki?! Jakie nauki!? To było pranie mózgów! „Klan na pierwszy miejscu, Protoplastę kochać wielką miłością” przecież to brzmi jak neonazizm! Daniel zrozum wreszcie!!! -W ogóle nie rozumiesz naszych idei. W ogóle... -Te idee są chore. -Zabiją twoją rodzinę! -Niech tylko spróbują! Niech tu przyjdą! Może przyjść Jacek razem z całą grupą! Jeśli ktokolwiek z nich tknie moją żonę, albo moje dziecko...ZABIJĘ JAK PSA. Nawet jeśli to będzie mój kuzyn. Jeśli to będzie mój brat też. -Skazujesz ich na pewną śmierć! -A więc chcesz żebym ich zostawił? Mam od nich odejść? Chociaż ty powinieneś mnie zrozumieć! Przecież miałeś dziewczynę! -Proszę nie mieszaj do tego Agnieszki... -A sam mówisz, że nam nie wolno...hipokryto. -Bo zrozumiałem swój błąd! Niech inni się wiążą z kobietami! Naszą misją jest co innego! -A może ja chcę się wiązać z kobietą? -Mariusz.- jęknął Daniel z rezygnacją. Na chwilę w gabinecie zapanowała cisza. Słychać było tylko przyspieszone oddechy obu mężczyzn. Gdy oni się kłócili, Sara powoli zjechała po ścianie na podłogę. Usiadła i wpatrując się tępo we własne kolana zastanawiała się o czym oni mówią. O Szefie już coś słyszała, ale...nie wiedziała, że jest on dziadkiem Daniela. A to o ich matkach? Pamiętała, że gdy wczoraj o niej wspomniała Daniel drgnął na swoim łóżku. Naprawdę nie zna swojej matki? A ci ojcowie traktujący ich jak podwładnych...? A to, że nie wolno im się wiązać? O co tu chodzi? -Nie chcę żebyś musiał cierpieć tak jak ja.- powiedział w końcu Daniel. Wyraźnie było słychać nostalgię w jego glosie. –Nie wiesz co to znaczy stracić ukochaną osobę...ja wiem... Sara zamarła. Mówił o Agnieszce. Przypomniała sobie swoje słowa sprzed kilku godzin: „Czyżby w głębi serca nasz pan „Siła i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Imperfspirit
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…