Wakacje z Duchami na Podlasiu
O skarbach, duchach, miłości,i.... Wielkiej Bogini
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ilustrowany przewodnik po Podlasiu napisany w formie powieści, której treścią są poszukiwania skarbu Mateusza zaginionego w Puszczy Białowieskiej około 1770 roku. Talizman - szczerozłoty kruk z rubinowymi oczami, będący częścią skarbu, kilkaset lat temu został opatrzony klątwą przez rzemieślnika, który zginął w lochu tuż po jego wykonaniu . Podczas poszukiwań ginie bez wieści piękna Weronika. Czyżby klątwa kruka nadal działała?
Autor: Tomasz Lippoman Rok wydania: 2002 Wydawnictwo: TD Objętość: 96 stron w tym zdjęcia i rysunki
Zapraszam na spotkanie z tajemnicą i najpiękniejszymi zakątkami wschodniej Polski. Zarówno miłośnicy historii, legend, dziewiczej przyrody jak i wartkiej akcji znajdą tu coś dla siebie
Wakacje z Duchami na Podlasiu
1. Sowy, duchy, prowincja i piękna Weronika
Z nastaniem kwietnia pogoda stała się nieco łaskawsza. Podczas gdy nad rozległymi po horyzont podlaskimi równinami wciąż hulały wschodnie wiatry, ganiając po polach i łąkach tabuny śniegu, w miejscach nieco bardziej zacisznych, pierwsze przyczółki zaczynała zdobywać wiosna. Podmokłe olsy zakwitały kobiercem białych zawilców, po rowach rozchylały się płatki kaczyńców. Słońce coraz częściej zapuszczało swe życiodajne promienie w leśne ostępy, przemieniając zwały szarawego, o tej porze roku, śniegu w miliony maleńkich strumyków formujących małe i wielkie rozlewiska. W Miasteczku od kilku dni mówiło się tylko o duchach. Wskaźniki pobożności osiągnęły poziom nie notowany od niepamiętnych czasów. Starzy ludzie opowiadali dawno zapomniane historie, a młodzi jak nigdy dotąd chętnie nastawiali uszu. Proboszcz rozpromienił się, widząc na niedzielnym nabożeństwie jednego z najbardziej zatwardziałych w miasteczku grzeszników. A wszystko zaczęło się od kobiety. Nie była to zwykła niewiasta, jedna z tych dziewcząt, które deptały koślawe chodniki prowincjonalnego R. Weronika nie chodziła, ona ukazywała się i znikała w aureoli czarnych loków spływających na alabastrowe ramiona niczym krople majowego deszczu. Śmiech dziewczyny brzmiał jak sznur pereł rozsypany na marmurowej posadzce, a w jej orzechowych oczach migotały najjaśniejsze gwiazdy sierpniowego nieboskłonu. Nigdy Weroniki nie widziałem. Marek, młody kościelny widywał ją na rynku, nad rzeką, a najczęściej w snach i marzeniach, które coraz bardziej zlewały się nieszczęsnemu chłopakowi w jedno. Życie nigdy Marka nie rozpieszczało. Urodził się w rodzinie tak zwanej patologicznej. Ojciec pijak, matka wiadomo. Szpetnym był dzieckiem i nie wyrósł z tego. Jąkała i słabeusz. W szkole nie miał lekko. Całe życie pod górkę. Miejscowy proboszcz, człowiek starej daty, jak to mówią dobra dusza, zaopiekował się nieszczęśnikiem. Wykształcił, odkarmił, ubrał i po kilku latach miał gotowego kościelnego. Chłopak z zapałem wywiązywał się ze swoich obowiązków, wdzięczny za księżowską opiekę. Noce i dnie mijały, wszystko toczyło się utartym torem aż do chwili, gdy w miasteczku R. pojawiła się Ona. Marek najpierw oniemiał, po chwili stopniał jak świeca na przypiecku, a w końcu oszalał z miłości. Nigdy nie zamienił z Weroniką jednego słowa. Nie zbliżył się nawet do dziewczyny na bliżej niż szerokość ulicy. Patrzył, marzył i chyba był szczęśliwy. Pierwszy raz, pierwszy raz w całym bezbarwnym życiu. Ludzie też patrzyli, widzieli. Czasem ktoś rzucił jakiś gruby żart, czasem coś przygadał, bardziej jednak nikogo to nie obchodziło. Ot, miejscowy niedorajda zakochał się w przyjezdnej, rzecz błaha, nie wnosząca nic istotnego do życia płynącego znaną i niezmienną koleiną. Bójka na weselu, nowa kochanka burmistrza, awaria samochodu proboszcza to tematy godne powszechnej uwagi i omówienia po niedzielnym nabożeństwie. Sprawy toczyłyby się pewnikiem swoim torem, gdyby nie zniknięcie Weroniki. Dziewczyna wyjechała, nagle i po prostu. Pewnego marcowego dnia pojawiła się na przystanku PKS-u, wsiadła do autobusu i tyle ją było widać. Marek oszalał, chodził jak błędny uliczkami R. Mówili, że szukał. Zaczął pić, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Przestał się nawet jąkać. Oczy zaczęły mu pałać jakimś szatańskim ogniem. Potem zniknął. Nikt nie widział chłopaka przez kilka dni aż do czwartku, tego pamiętnego czwartku, gdy gospodyni księdza, pełniąca doraźnie obowiązki kościelnego, znalazła Marka. Kościelny wisiał na belce w wieży kościoła. Chłopak był już niemal kompletnie siny, dawał jednak ślady życia. Gospodyni, zażywna niewiasta, wykazała się niepospolitą przytomnością umysłu. Z pomocą tego samego taboretu, który posłużył Markowi za szafot, wyplątała chłopca ze śmiertelnej pętli. Ułożywszy ciało na posadzce, pognała, by wezwać pogotowie, które pojawiło się błyskawicznie przy kościelnej bramie. Szczęśliwie dla Marka w miasteczku znajdowała się dość nowoczesna przychodnia dysponująca nawet i karetką, a tego dnia lekarze nie mieli innych wezwań. Był post. Niedoszłego samobójcę przewieziono do szpitala w mieście wojewódzkim, gdzie, jak się dowiedziałem, powracał niespiesznie do świata żywych, pozostając wciąż jednak w stanie nieprzytomności umysłu. Ludzie gadali, jak to ludzie w takich przypadkach. Proboszcz na kazaniu potępił samobójstwo, wspominając jednak o potędze miłości i kruchości ludzkiego charakteru. W pierwszą środę po wieszaniu się Marka — Wacław — mistrz piekarski, wracając nad ranem z roboty w lokalnej piekarni, usłyszał diabelski chichot z kościelnej wieży. To był ten pierwszy raz, lecz niestety nie ostatni. Następnej kwietniowej nocy Wojciech — syn kowala, pracownik magistratu, całkowicie będąc trzeźwym i w przytomności umysłu ponownie dosłyszał czarci rechot z wieży zabytkowego kościoła. Potem byli następni, w tym także ludzie poważni, powszechnie szanowani i nadużywający alkoholu tylko przy wyraźnie właściwych okazjach. Był post. W R. zasadniczo przestrzegano wstrzemięźliwości, a diabeł na wieży dokazywał… Dotarłem do R. cztery dni po odcięciu Marka z wisielczego sznura. Pojawiłem się przejazdem i w zasadzie całkiem przypadkowo. Czyż jednak przypadek rządzi naszymi krokami? Wstąpiłem do miejscowego baru wiedziony pragnieniem. Przy pierwszym kuflu piwa bez żadnej inicjatywy własnej uraczono mnie miejscową sensacją. Słuchałem, słuchałem i coraz bardziej dojrzewało we mnie przekonanie, że diabeł nie taki straszny jak go malują. Z drugiej jednak strony zaczęły same nasuwać się przedziwne skojarzenia. Zaledwie kilkanaście dni temu rozmawiałem o Weronice z Jackiem. Tamta historia wciąż spędzała sen z powiek i rozpalała wyobraźnię. Nie bez pewnej dozy przyjemności dotrwałem w barze do zmierzchu. Nadeszła pora konfrontacji. Wędrowałem wąskimi uliczkami kresowego miasteczka w złocistej poświacie księżyca, światem przepojonym magicznym spokojem zmierzchu. Ani pies, ani ptak, ani żadne inne zwierzę nie odważyło się zmącić swym głosem tej jedynej, niepowtarzalnej chwili z pogranicza sił jasności i mroku. Rynek, na co dzień koślawy i marny, w miękkiej poświacie ulicznych latarń przedstawiał się nader powabnie. Ławki na skwerku porośniętym klonami i lipami zachęcały do odpoczynku. Wybrałem tę najbliższą wieży kościelnej. Skręciłem papierosa. Zapaliłem. Mijały minuty wczesnowiosennego, ciepłego wieczoru. Rogalik księżyca zawisł nad ciemną bryłą ruin dawnego klasztoru. Z wieży kościoła dobiegł mnie wisielczy chichot. Cisza. Chrapanie dziecka i znów cisza. Nie miałem już żadnych wątpliwości. Na kościelnej wierzy osiedliły się sowy płomykówki. Jeszcze chwila oczekiwania i w bladym świetle ulicznych latarń ujrzałem piękną sylwetkę sowy o wyraźnie zaokrąglonych skrzydłach. Zanim nacieszyłem się ulotną chwilą, ptak zniknął w ciemnościach, oddalając się miarowym bezgłośnym lotem. W upierzeniu płomykówki, która dorównuje wielkością wronie, przeważają kolory żółty, brązowy i szary ożywione pomarańczowymi i niebieskimi płomykami. Czarne oczy sowy otacza szlara z piór w kształcie serca, nadająca jej dość niesamowity wygląd. Anglosasi wymyślili dla płomykówki wiele imion: sowa z małpią twarzą, sowa duch, kościelna sowa i… sowa śmierć. W Polsce to po prostu płomykówka. Mimo że sowy dość często gnieżdżą się w pobliżu ludzkich zabudowań, nawet bezpośrednio w ciemnych poddaszach, czy też na wieżach kościelnych, zawsze były dla ludu zwierzętami o tajemniczej naturze i niezwykłych — w stosunku do innych ptaków — zwyczajach. Nocny bezgłośny lot, życie w pojedynkę, niezwykłe, niekiedy przerażające dla ludzi głosy od zawsze wiązały sowę z czymś mrocznym, groźnym, a nawet demonicznym. Największe wrażenie przy spotkaniu z sową robią jej oczy. Duże, błyszczące w nocnym oświetleniu, patrzące na wprost, nadają jej niemal ludzki wygląd. Pohukiwania sów słyszane w ciemności kojarzono zazwyczaj ze zwiastowaniem śmierci lub głosem diabła poszukującego ludzkich dusz. W dawnej Polsce uważano nawet sowę za półdiabła, półptaka. Częstokroć wierzono także, że w postać sowy wciela się czarownica. Sowa przysiadająca na czyimś domu uważana była często za zwiastuna niechybnej śmierci któregoś z domowników. Noc była wyjątkowo ciepła jak na połowę kwietnia. Zanim słońce oświetliło najniższe konary lip i klonów, sowa kilkakrotnie powracała do kościelnej wieży, niosąc w szponach żer dla potomstwa. Obserwując kolejne wycieczki rodziców na okoliczne pola i łąki, rozmyślałem o Weronice. Czy cokolwiek łączy te dwie dziewczyny? Weronika, studentka, która zaginęła bez wieści w trakcie odkopywania Skarbu Mateusza, miałaby wszak dziś prawie 40 lat. Z opisu mieszkańców wynikało jednak, że dziewczyna była młoda, mogła liczyć sobie nie więcej niż dwadzieścia kilka wiosen. Zdrowy rozsądek buntował się przed łączeniem ze sobą tych dwóch odległych w czasie spraw. Z drugiej jednak strony jakiś szósty zmysł podpowiadał, że pierwszy raz w życiu zetknąłem się z czymś naprawdę niesamowitym, z czymś co trwale odmieni moje życie. Przez lekko zaznaczone zielenią pąków korony lip i klonów porastających skwer, spływał do miasteczka nowy wiosenny dzień. Wróble, szpaki i gawrony wypełniły rynek koncertem bez partytury pełnym ćwierknięć, krakania i szpaczych syków przeplatanych łobuzerskimi pogwizdywaniami. Dzień mocował się z nocą. Gdy nad wschodnią pierzeję rynku nadciągnęła różowa łuna poranka, w zakamarkach lilipuciego parku, w głębokich cieniach, wciąż ukry- wały się wspomnienia gwiazd, atramentowego nieba i księżycowego rogala. Płomykówka odpoczywała w wieży kościoła po nocnych łowach. 2. Warszawa – Jacek
Kilka dni później nadarzyła się okazja wyjazdu do Warszawy. W strugach deszczu dotarłem na ulicę Koszykową. Zanim przebrzmiało pukanie do drzwi oznaczonych numerem 44 w progu stanął Jacek. — Wróciłeś, wiedziałem, że wrócisz. — Chcę odszukać Weronikę, pomożesz mi? — Nie uda ci się. — Dlaczego? Nic nie odpowiedział. Powlókł się w głąb korytarza i ponownie stanęliśmy pośrodku jego celi. Pod ścianą stało kilka butelek po wódce. Na drewnianym stoliku walały się resztki chleba i zjełczałego sera. Jacek zniknął w kuchni, by powrócić po chwili ze staromodnym albumem fotograficznym. Wyciągnął jedno ze zdjęć i podał mi bez słowa. Czarno-biała fotografia przedstawiała młodą dziewczynę stojącą nad brzegiem zarośniętego trzciną i tatarakiem lilipuciego stawu. Kobieta wyglądała na dwadzieścia parę lat. Przyglądając się jej wizerunkowi, zrozumiałem o czym mówili ludzie, którzy mieli szczęście zetknąć się z Weroniką. Jest wiele rodzajów piękna. Weronika odznaczała się jednak urodą nie dającą się zakwalifikować do żadnej kategorii, jakimi posługujemy się, by opisać kobiecą urodę. Piękno dziewczyny wykraczało poza jej cielesność, otaczało ją na kształt aureoli, było rodzajem przedziwnej energii, która niosła w sobie pierwiastek przekraczający granice czasu, cielesności i wszystkiego co znałem. Stałem zauroczony, nie mogąc oderwać wzroku od małego kawałka papieru, który zdawał się promieniować energią przywodzącą skojarzenia z czymś najpierwszym, ze stworzeniem wszechświata. Kątem oka dojrzałem spojrzenie Jacka. Uśmiechał się. Pierwszy raz odkąd się poznaliśmy. Obaj zrozumieliśmy, iż dołączyłem do Klubu. Chyba mnie polubił. Porwałem zdjęcie i bez słowa wyszedłem z mieszkania. Następnego dnia rano stanąłem przed masywnymi drzwiami szpitala klinicznego w Białymstoku. Od przełożonej pielęgniarek na oddziale ortopedii dowiedziałem się, że Marka przeniesiono wczoraj, po odzyskaniu przytomności, do sali 241. W pokoju było trzech mężczyzn. Marek, najmłodszy, siedział na skraju łóżka w kołnierzu ortopedycznym, spoglądając martwym wzrokiem w stronę okna. Bez słowa podsunąłem mu przed oczy zdjęcie. Oczy chłopca zapłonęły. Wyciągnął kościstą dłoń w stronę fotografii. Wąskie usta chłopca wyszeptały niemal bezgłośnie — Weronika. Najbliższym PKS-em udałem się do R. Droga od przystanku do kościelnej plebanii, liczy nie więcej niż 200 metrów. Mnie jednak pokonanie tego dystansu zajęło całą wieczność. Wtedy bowiem odkryłem, że ścieżka, którą los mi wyznaczył, zburzy bezpowrotnie cały mój racjonalny i jakoś poukładany świat. W drzwiach budynku ukazała się chuda kobieta z haczykowatym nosem, lat około 45. Pierwsze skojarzenie — góralka. Powitała mnie cichym, nieco zachrypniętym, lecz śpiewnym głosem i poinformowała, że księdza nie ma w domu, gdyż wyjechał udzielić jakiemuś nieszczęśnikowi „ostatniego” namaszczenia. Udałem się wprost do baru, by przy kufelku jeszcze raz przemyśleć cała sprawę. Piwo było przyjemnie chłodne i całkiem świeże, co zwykle sprzyja rozważaniu spraw ważnych i wymagających głębszego namysłu. Siedziałem przy koślawym stoliku, sącząc złocisty płyn. Im dłużej przebywałem w barze, tym bardziej czułem się jak przed wizytą u dentysty. Minęły dwie, a może i trzy godziny, zanim udałem się w drogę powrotną ku plebanii. Tym razem drzwi otworzył sam proboszcz. Mężczyzna mógł liczyć sobie nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Życzliwy uśmiech i jasne, śmiejące się oczy plebana pozwoliły szybko zapomnieć o wcześniejszych obawach i niemal od progu rozpocząć wyłuszczanie sprawy. Opowiedziałem pokrótce o swoich dotychczasowych ustaleniach i podzieliłem się wątpliwościami natury, rzekłbym, mistycznej. Ku mojemu zdziwieniu ksiądz nie wydawał się tym wszystkim zaskoczony. — Próbowałem rozmawiać z Weroniką. Tylko się uśmiechnęła. Nie udało mi się zamienić z dziewczyną ani jednego słowa. Pomyślałem nawet, że może jest ona niemową. O ile wiem, nikt z miasteczka z nią nie rozmawiał. Najdziwniejsze jednak jest to, że nie wiadomo, gdzie Weronika mieszkała, pomimo że spędziła tu około dwóch tygodni. 3. Puszcza Białowieska – Tajemnica Mateusza
Babia Góra rozłożyła się przed wiekami na żyznym puszczańskim pagórku. Każdej zimy ubywało dębów, lip, jesionów… Wioska rozrastała się powoli, acz systematycznie. Przybywało domów, łąk kośnych i pól oranych w skibę i ubywało puszczy. Mijały lata. Cywilizacja drążyła okoliczne wsie niczym kropla kamień. Zmieniała się i Babia Góra, zmieniała się jednak ciut wolniej i trochę inaczej niż okoliczne wioski i miasteczka. Miejscowi mieli tu bowiem nieco więcej respektu dla tradycji. Kiedy po największej rzezi XX wieku ciągnięto druty, którymi miała popłynąć energia, zmywająca w mgnieniu oka wszystko to co trwało przez stulecia, Babia znów pozostała przy starym. Gdy w Mikłaszewie, Lewkowie, Białowieży zimowymi wieczorami huczały młockarnie, w Babiej Górze po staremu słychać było miarową pracę cepów na klepiskach drewnianych stodół. Los rzucił mnie do tej wioski pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Las spał jeszcze głębokim zimowym snem. Na pola i łąki zawitał pierwszy skowronek. Był początek marca, ni to zima, ni to wiosna, czas nadziei i oczekiwania na prawdziwą wiosnę, na kwiaty kaczyńców, jaskrów, powroty ptaków z ciepłych krain, na bociany. Poprzedniej nocy, z kolegą ornitologiem prowadziłem nasłuchy sów w rezerwacie „Głuszec”. Dzień wstał piękny, zimowy, pogodny. W blasku słońca odnalazłem nieoczekiwanie świeży trop wilka. Ciekawość zwyciężyła zmęczenie. Resztę dnia spędziłem na wędrówce po tropie wilczej watahy, która od kilku dni trzymała się w północnej części Puszczy Białowieskiej. Gdy zapadł wieczór i ujrzałem migoczące w oddali światła ludzkich domostw, marzyłem tylko o kawałku ciepłego miejsca pod przyjaznym dachem. Przyjęto mnie w Babiej ze staropolską gościnnością. Po ruskich pierogach ze śmietaną, zapitych uczciwą nalewką na wiśniach, niemalże zasnąłem siedząc. Nie był mi jednak pisany sen tej pogodnej, mroźnej nocy. Wnętrze chaty wypełniały dźwięki brzozowych brewion pękających w płomieniach suto zaopatrzonego pieca. Po ścianach schludnej kuchni pełgało leniwie żółte światło naftówki, pomieszane z pomarańczowymi odblaskami żywego ognia przeciskającego się pomiędzy fajerkami kuchennej płyty. Gospodarz, człowiek stateczny, zapaliwszy skręta z miejscowej machorki, rozpoczął opowieść znaną w Babiej od kilku stuleci. Wszystkim wioskowym wiadomo, że w puszczańskim uroczysku, zwanym przez miejscowych Czarnym Smugiem, zakopany jest Skarb Mateusza. Na skraju bagienka, w pobliżu kępy trzystuletnich jesionów, tuż koło źródła spoczywa skrzynia pełna złotych i srebrnych monet i drogocennej biżuterii wysadzanej rubinami, diamentami i szafirami. Jest tam także i druga skrzynia, ukryta nieco później, zawierająca w swym wnętrzu szczerozłotą figurkę kruka z rubinowymi oczami. Od wielu pokoleń mieszkańcy Babiej i kilku okolicznych wsi lubią w długie zimowe wieczory bajać o bogactwie spoczywającym w ziemi. Najwięcej emocji wzbudza figurka kruka naturalnej wielkości, ponoć niezwykle pięknej roboty. Jak powszechnie w okolicy wiadomo skarb ten jest jednak przeklęty, a nad bezpieczeństwem bogactwa spoczywającego w puszczy czuwa demon. Legenda głosi, iż każdy, kto wejdzie w posiadanie złotego kruka umrze wkrótce w tragicznych okolicznościach, nie dożywając następnych urodzin, zaś najbliższa jego sercu osoba postrada duszę i zostanie zawieszona pomiędzy przyszłością a przeszłością. Człowiek pozostanie żywy, lecz utraci wolność, skazany na nie kończącą się ponurą egzystencję bez celu, kierunku i nadziei na wybawienie. Jedyną szansą dla nieszczęśnika i najdroższej jego sercu osoby miałoby być dobrowolne zrzeczenie się fatalnej figurki oraz całego doczesnego majątku, połączone z jakimś bliżej nieokreślonym pradawnym rytuałem. Słyszałem kilka historii o zakopanych w ziemi skarbach, wędrując po odległych od uczęszczanych duktów zakątkach Podlasia. I tę kolejną między ludu bajanie bym włożył, gdyby nie kilka dziwnych faktów, z którymi musiałem się wkrótce zmierzyć… Gdy tylko pierwsze smugi słonecznego światła oświetliły korony świerków, zapiał kogut. Była to pieśń zwyczajna, kogucia, a zarazem jakaś niezwykła, jakby pierwszy raz słyszana. Obudziłem się mocno nieprzytomny, odsuwając w niebyt niemalże dwie nieprzespane noce. Obca chata, do domu daleko. Chłód wygasłego pieca. Pozbierałem się jednak prędko i bez szczerze proponowanego śniadania ruszyłem w dalszą drogę. Poranne słońce oślepiało, wnikając przez oczy prosto w mózgowe zwoje, nabite wrażeniami z liczeń sów, tropień wilków i opowieściami o ukrytych w ziemi bogactwach. Dotarłszy do przystanku PKS, odjechałem wiekowym tworem polskiej myśli motoryzacyjnej wprost w objęcia wojewódzkiego miasta. Z dworca, z braku lepszego zajęcia, ruszyłem wprost do biblioteki. Pani w szarym sweterku była miłą kobietą i zrobiła wszystko co tylko leżało w jej mocy, by zaspokoić moją ciekawość. Nie minęło czasu wiele i zasiadłem przed niezłym stosem książek. Z lektury wyłonił się całkiem ciekawy obraz. Dzieło kilku autorów z przedmową Henryka Mościckiego, wydane w roku 1905, zawierało kilka informacji o człowieku, który od pokoleń rozpala wyobraźnię mieszkańców północnych rubieży Puszczy Białowieskiej. Był rok 1768. Ukraina Zaporoska wrzała. W Ukrainie polskiej w owych czasach częste bywały napady hajdamaków, czyli band grabicieli pod ich przywódcami, nazywanymi watażkami. Na czele rebelii stanęli niejacy Żeleźniak i Gonta, którzy po rzezi wielu wsi i mniejszych miasteczek przystąpili wraz ze zbrojnymi bandami do oblężenia Humania. Mieszkańcy miasta omamieni obietnicami Gonty i Żeleźniaka otworzyli bramy grodu, nie wiedząc, że niechybną śmierć na swe głowy sprowadzają. Zaczynają się więc srogie mordy. Ksiądz Wadowski, przy ołtarzu spisą został zakłuty, jednych obnażano, drugich siekierami rozcinano, trzecich rozstrzelano, innym nożami, dzidami, drągami śmierć zadawano, rozdzierano niemowlęta. Rzeź była straszna i trwała przez wiele dni i nocy. Dość rzec, że w przeciągu zaledwie kilkunastu dni ponad dwadzieścia tysięcy ludzi wyzionęło ducha w krwawej jatce, opętanego rządzą krwi ukraińskiego żywiołu. Z czasem sytuację opanowano. Większość zbrodniarzy została schwytana i przykładnie ukarana zgodnie z obowiązującym wówczas prawem. Nadmienić można, że nie były to kary dziś określane jako humanitarne. Niektórym jednak udało się zbiec w stepy. Inni ruszyli na zachód, do Rzeczpospolitej. Był między niemi Mateusz, ani Ukrainiec, ani Polak choć nosił chrześcijańskie imię. Mówiono, iż ród jego wywodził się gdzieś z Dalekiego Wschodu, z terenów leżących nad Amurem, oddzielającym obecnie Rosję od Chin. Po długiej i forsownej ucieczce z Ukrainy Zaporoskiej Mateusz wraz ze swymi kamratami dotarł do wschodnich rubieży Puszczy Białowieskiej, która choć królewszczyzną wówczas była, nie posiadała należytej ochrony wobec ogólnego zamieszania w Rzeczpospolitej. Tu, jak się okazało, znaleźli swój azyl. Początkowo łotrzy zapadli w najciemniejsze białowieskie mateczniki, by wylizać się z ran i zebrać nadwątlone długą ucieczką siły. Z czasem odżywili się leśnym miodem i zwierzyną, która obficie zamieszkiwała tę odludną krainę. W owym czasie biegł nieopodal ważny szlak handlowy z Grodna do Brześcia nad Bugiem. Kupcy ruscy, polscy, weneccy wędrowali gościńcem przez Krynki, Białowieżę, Kamieniec, wioząc różne towary, w tym złoto i drogocenne precjoza. Łotrzy zaprawieni w wojennym rzemiośle, i nic innego poza grabieżą w gruncie rzeczy nie potrafiący robić, wkrótce zaczęli urządzać zasadzki w puszczańskich fragmentach szlaku. Łupili kupców, nierzadko ich mordując, a z opornych pasy żywcem darli. Nie oszczędzali nawet niewiast i dzieci, którym przyszło w tym niespokojnym czasie w podróż wyruszyć. Po kilku latach zbrodniczej działalności Mateusz wraz z kamratami zgromadził wielkie bogactwo. Złoto, biżuteria, drogocenna broń, wszystko to padało łupem bezlitosnych rzezimieszków. Praktyka ta jednak nie trwała wiecznie. Mateusz i jego banda trafili ostatecznie pod topór kata. Przed egzekucją badano ich długo i dokładnie. Zbrodniarze nie zdradzili jednak miejsca ukrycia skarbu. Dwa dni po wyjeździe z Babiej Góry nadarzyła się sposobność wyjazdu do stolicy. Korzystając z okazji, zaszyłem się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego na Krakowskim Przedmieściu. Lektura kolejnych źródeł uzmysłowiła mi dobitnie, że Skarb Mateusza to bynajmniej nie ludu bajanie, lecz nieźle udokumentowana i całkiem prawdopodobna historia. Z biblioteki udałem się wprost do pana Henryka, zaprzyjaźnionego antykwariusza i poszukiwacza starożytności. Człowiek ten to najprawdziwsza chodząca encyklopedia. Gdy tylko wspomniałem o Skarbie Mateusza i fatum kruka, staruszek wielce się ożywił. Przy szklance mocnej herbaty wyłuszczył mi całą historię tego przedziwnego przedmiotu. Geneza figurki kruka sięga głęboko w zamierzchłe czasy starożytnej Persji. Gdzieś w początkach XIV wieku szczerozłotego kruka zamówił jeden z możnowładców z szyickiej dynastii Safawidów. Cenny i ponoć niezwykłej urody kruk miał być darem dla Timura, który w owym czasie zbrojnie najechał Persję, czyniąc w kraju wielkie spustoszenia. Próba obłaskawienia najeźdźcy, którego mauzoleum do dziś można podziwiać w Samarkandzie, nie powiodła się. Wkrótce jednak feralna figurka rozpoczęła niejako własny żywot. Cenny dar, który miał obłaskawić najeźdźcę i być formą lenna podbitego plemienia, wędrował od tej pory przez dzieje i kontynenty szlakiem pełnym łez, rozpaczy i gwałtownych śmierci. Rzemieślnik, znakomity złotnik, wykonał zamówienie możnowładcy w terminie i bardzo rzetelnie. Rzeźba, której stworzenie zajęło artyście kilka miesięcy i pochłonęło wiele cennego kruszcu oraz drogocennych kamieni, udała się doskonale. Nadszedł dzień wypłaty za wykonaną pracę. I w tym momencie zaczęły się kłopoty. Władca popadł w międzyczasie w finansowe tarapaty, a może nigdy nie zamierzał wynagrodzić rzemieślnika. Dość rzec, że dla twórcy kruka dzień wypłaty stał się początkiem koszmaru. Niewypłacalny kalif odpłacił artyście za jego trud powolną śmiercią w lochu. Pretekstem do wymierzenia straszliwej kary miały być rzekome kontakty rzeźbiarza z siłami nieczystymi. Rzemieślnik konał długo, wzywając na pomoc wszelkie duchy, które mogły przynieść szybką śmierć. Wtedy najpewniej szczerozłota figura została przeklęta. Długi jest łańcuch posiadaczy tego kunsztownego przedmiotu. Różne było ich pochodzenie, marzenia i pozycja społeczna. Jedno jest jednak pewne. Wszystkich znanych posiadaczy figurki połączyło to samo fatum. Wędrówka feralnego przedmiotu przez dzieje i krainy była pasmem dramatów, strasznych śmierci i ogromnego cierpienia. Ostatnim udokumentowanym posiadaczem klejnotu był kupiec wenecki Marcello Bikarani, wiozący skarb z Genui do Polski około roku 1770. Tu jednak ślad się urywa. Gdzieś pomiędzy Krynkami a Białowieżą wszelki ślad po Włochu zaginął. Wielce jest możliwe, iż na swym szlaku napotkał nieszczęśnik bandę Mateusza. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że zaledwie kilka miesięcy później Mateusz wraz z kamratami położył głowę pod topór kata. Jak wiadomo z wcześniejszych ustaleń legenda głosi, że każdy z posiadaczy feralnego kruka zginie, nie dożywając swoich następnych urodzin, a najdroższa mu osoba będzie po kres dziejów błąkała się zawieszona pomiędzy przeszłością a przyszłością. Pan Henryk potwierdził to, co wyczytałem już wcześniej, że i Mateusz dołączył do grona nieszczęsnych „beneficjentów” skarbu kilka miesięcy po zaginięciu weneckiego kupca. Dziennikarska ciekawość nie pozwalała zostawić na pastwę zapomnienia tak ciekawie rozwijającej się historii. Przy najbliższej okazji, a był, jak dziś pamiętam, 24 marca — wkrótce po przesileniu wiosennym, powróciłem do Babiej, aby zgromadzić kilka dodatkowych szczegółów potrzebnych do rzetelnego zbadania i opisania całej sprawy. Był to dzień jak na tę porę roku zwyczajny w podlaskich stronach, a jednak mający w sobie coś niesamowitego. Zima z wiosną toczyły ciężki bój. Nad świeżą zielenią ozimin brzmiała pieśń skowronka. Na podmokłych łąkach słychać było żałosne zawodzenie czajek, które w dzikich tabunach śniegu, targane huraganowym wiatrem, chroniły przed śmiercią z wyziębienia swe jeszcze nieopierzone pisklęta. Górą ciągnęły klucze gęsi powracających z wybrzeży Morza Śródziemnego do północnej Rosji. Dziki, jelenie, a nawet żubry podchodziły na chłopskie pola w poszukiwaniu żeru, podobnie jak zwykły to czynić zimową porą. 4. Skarby Babiej Góry
Bez trudu trafiłem do chaty, pod dachem której, w trakcie poprzedniego pobytu w Babiej odnalazłem gościnę. Powitanie było serdeczne, gwarzyliśmy o tym i owym jak starzy przyjaciele dopóki nie spytałem, czy ktoś próbował ostatnio szukać Skarbu Mateusza. Wyczuwszy, iż temat jest drażliwy zaproponowałem małą wyprawę do kiosku spożywczego dla wzmocnienia się produktami miejscowego przemysłu chmielowego. Po niejakim czasie rozmowa zaczęła się nieco żywiej toczyć. Kilkanaście lat temu, jak się dowiedziałem, zawitała do Babiej grupa studentów. Trzech chłopaków i dziewczyna spędzili we wsi, a tak naprawdę w Puszczy, niemalże całe wakacje. Nie byli to jednak przyrodnicy, którzy regularnie odwiedzają białowieskie knieje, wędrując po ścieżkach zwierza lub obserwując unikalne gatunki ptaków. Nie mieli oni lornetek, wag hiropterologicznych, nie interesowali się ani roślinami, ani zwierzętami. Byli skryci, zachowywali się niemalże jak spiskowcy. Dziewczynę najbardziej zapamiętano, odznaczała się bowiem niepoślednią urodą. Można by rzec, iż była piękna. Nie oddaje to chyba jednak istoty sprawy. Ona była zjawiskowa, jakby nie z tej ziemi. Twarz dziewczyny, otoczona kruczoczarnymi lokami, jaśniała jak majowy poranek. Gdy szła, trawy jej się kłaniały, idąc jakby nie odciskała ciężaru ludzkiej stopy na puszczańskich łąkach. Śmiech jej brzmiał jak pieśń skowronka nad ledwie dotkniętą wiosennym podmuchem ziemią. Nie wiem jaka była naprawdę, rzecz jednak pewna, iż wrażenie jej niezwykłej urody długo tu nie przeminie. Chłopcy jakby do niej nie pasowali. Zwyczajni studenci w wyciągniętych swetrach, dżinsowych spodniach i kurtkach z demobilu. W podobnym wieku, a jednak z całkiem innej bajki. Do lasu wędrowali jednak solidarnie każdego ranka, nawet w niedzielę, dźwigając długie i wąskie torby. Nigdy nie zżyli się szczerze z miejscowymi, chociaż chłopcom zdarzało się przesiadywać na ławeczce pod sklepem. Z tubylcami nie rozmawiali o swoich sprawach, zbywając ciekawskich zdawkowymi odpowiedziami. Mówili, że zajmują się pomiarami Puszczy, nikt jednak w to nie wierzył. Pewnego dnia studenci spakowali się w wielkim pośpiechu i odjechali. Dziewczyny między nimi nie było. Wyszli z Babiej we trzech. Wsiedli do autobusu i tyle ich było widać. Od czasu wyjazdu, a może ucieczki studentów, nikt więcej dziewczyny w okolicy nie widział. Powoli rzecz zaczynała układać się w pewną całość. Pytań wciąż jednak było dużo więcej niż odpowiedzi. Bez trudu dowiedziałem się, gdzie kwaterowali studenci. Chata była jak wiele innych w okolicy, lecz przestronniejsza i jakby bardziej zadbana. Nie będę zatrzymywał się nad opisywaniem kolejnych perypetii związanych z odtworzeniem dawnej historii. Dość rzec, że ostatecznie udało się odzyskać notes jednego z chłopców pozostawiony na kwaterze w ferworze gwałtownej wyprowadzki. Służbowe obowiązki zmusiły mnie do odłożenia sprawy Babiej Góry ad acta na kilka dni. W początkach kwietnia nadarzyła się jednak sposobność wyjazdu do Warszawy, gdzie jak dowiedziałem się z notesu, zamieszkiwał jeden ze studentów. Ulica Koszykowa to samo serce stolicy. Próżno tam jednak szukać wielkomiejskiego blichtru. Stare, odrapane kamienice, pozostające od dawna w ogromnym zaniedbaniu, zdają się tu tłoczyć i włazić na siebie niczym tłum ludzi zdążający w pośpiechu donikąd. Mając notes za jedynego przewodnika, dotarłem na samą górę, pokonując pięć pięter drewnianych, skrzypiących i cuchnących uryną schodów. Drzwi mieszkania o numerze 44 nie wyróżniały się niczym szczególnym poza brakiem jakiejkolwiek informacji o nazwisku gospodarza. Wybiła 21, gdy zacząłem kołatać do mieszkania Jacka, tak bowiem jak dowiedziałem się z odnalezionego notesu, nazywał się chłopak zaginionej studentki. Już wyczerpywała się moja cierpliwość i zaczynałem zbierać się do odwrotu, gdy z głębi lokalu dosłyszałem ciche kroki pomieszane z odgłosem suchego kaszlu. Drzwi otworzyła mi zjawa. To jedyne skojarzenie jakie w tym momencie miałem. Mężczyzna lat około czterdziestu był niemalże przezroczysty. Widywałem w swym życiu ludzi zagubionych, straceńców, głębokich kontestatorów egzystencji, a nawet i tych, którzy na co dzień raczą się denaturatem. Ten okaz gatunku ludzkiego nie pasował jednak do żadnej ze znanych mi kategorii. Był to po prostu człowiek – zjawa, istota niby ludzka, pozbawiona jednak tych wszystkich ziemskich cech, jakie zazwyczaj przypisujemy przedstawicielom naszego gatunku. W oczach mężczyzny ziała pustka tak przepastna, że nawet największy z poetów nie wysłowiłby jej głębi. Zjawa, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi, zniknęła w głębi skąpo oświetlonego korytarza. Pokój, do którego wszedłem wyglądał jak cela mnicha. Żelazne łóżko, a raczej barłóg, ustawione było naprzeciw okna, pod którego łuszczącym się parapetem znajdował się niewielki drewniany stół o surowym drewnianym blacie. U wezgłowia pryczy, w zasięgu ręki, odnalazłem trzeci i zarazem ostatni mebel tego wnętrza — duży regał z książkami. Zawartości regału nie można określić jako typową dla polskiego domu mieszczańskiego. Dostojewski, Platon, Sofokles, Demokryt, Szekspir, Dante, Koran, kilka wydań Biblii, pełne wydanie Talmudu, Petrarka, Homer i tak dalej, jednym słowem kwiat literatury światowej. Ton całości nadawały jednak ściany. Gdy opisujemy wnętrze zazwyczaj określamy jego koloryt lub przynajmniej dominującą barwę. W przypadku tego mieszkania byłoby to jednak niemożliwe. Ściany i sufit pomieszczenia, które zajmował Jacek nie posiadały bowiem żadnej barwy lub też posiadały je wszystkie naraz. Był to najprzedziwniejszy konglomerat liszai i plam, jakie zdarzyło mi się widzieć kiedykolwiek w niemal 38-letnim życiu. Stanęliśmy naprzeciw siebie w środku pokoju. Bez słów, bez żadnych normalnych w tego typu okolicznościach gestów. Sytuacja stawała się dla mnie coraz bardziej krępująca, nie wiedziałem jednak jak sensownie zacząć rozmowę. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę Cameli, zapraszając ruchem do poczęstowania się papierosem. Jacek blado się uśmiechnął, bez słowa wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z butelką białej wódki i dwoma kryształowymi kieliszkami, wskazując jednocześnie miejsce do siedzenia na podłodze. Nalał, wypiliśmy. Wódka była ciepła. Zza ściany dobiegały odgłosy awantury. Najpierw jakieś niezrozumiałe słowa, a po chwili seria uderzeń i stłumiony płacz. Minęło kilka następnych minut. Zaczynałem powolutku przyzwyczajać się zarówno do wnętrza, jak i całej sytuacji. Odgłosy burdy, która rozwijała się za ścianą z każdą chwilą wydawały się być coraz zwyczajniejszą częścią świata, w którym akurat zdarzyło mi się przebywać. — Ja w sprawie Weroniki — zacząłem nieśmiało. — Była moją dziewczyną — zaczął, jakby czekał na mnie od bardzo dawna. Na imię miała Weronika, ale prawie nikt jej tym imieniem nie nazywał. Na uczelni zazwyczaj mówiono o niej Kaśka, sam nie wiem czemu. Ja wolałem nazywać ją Wika. W domu, którego właściwie nie miała, przeważnie nazywano ją Wera lub Werka. Jej było to chyba jednak obojętne. Poznaliśmy się na obozie zerowym pierwszego roku filozofii. Była piękna w wielu wymiarach, a ja dość przeciętny. Łączyło nas jednak coś niezwykłego. Pasja, poszukiwania starożytności, grzebanie w ziemi, marzenia o zakopanych skarbach, najbardziej jednak zmaganie się z zagadkami, które pozostawili nam w spadku ludzie żyjący w zamierzchłych czasach. Wakacje po pierwszym roku bardzo nas zbliżyły. Wyruszyliśmy z kilkoma znajomymi na Pomorze Zachodnie. Przed wyprawą przesiadywaliśmy godzinami w bibliotekach, rozważając różne trasy, którymi konwój niemieckich ciężarówek mógł się przemieszczać. Wówczas właśnie zrozumiałem, że nie ma w niej ani cienia chciwości, próżności, ani niczego takiego. Wtedy ją pokochałem, a może tylko mi się tak wtedy zdawało. A ona. Jej jakby nie było. To znaczy była, lecz inaczej niż ty i ja teraz. Trudno to uchwycić, bo to coś takiego, jakbyś chciał opisać kształt mgły. Była niesamowita. Banał. Lecz to jest chyba najtrafniejsze określenie. Poszukiwania na Pomorzu nie dały rezultatu. Fałszywy trop. Zimą, w połowie drugiego roku studiów, natrafiłem w BUW-ie na ślad Skarbu Mateusza. Rzecz szybko mnie zaciekawiła, by wkrótce opanować wszystkie myśli i uczucia. Wika bez słowa sprzeciwu podążyła za mną w trudną drogę poszukiwań. Wiosną mieliśmy już dość jasny obraz miejsca, w którym należy szukać. Nie pamiętam dokładnie czemu przyplątali się do naszej ekspedycji Artur i Kusy. Zrozumiałem to jednak kilka miesięcy później, gdy na moich oczach mózg Artura rozprysnął się na chodniku przed akademikiem. Nie miałem pojęcia, że coś między nimi iskrzyło. Zresztą chyba było to jednostronne. Teraz nie ma to i tak żadnego znaczenia. Tak po prostu wyszło. Pojechaliśmy we czworo, wróciliśmy we trzech, by wkrótce razem z Kusym położyć na Arturze kwiatki. Z początku wszystko było do bólu zwyczajne. W drugi czwartek sierpnia zaczęły się problemy. Poprzedniego dnia grzebaliśmy na małej polance pomiędzy kilkoma wiekowymi jesionami. Wykrywacz metali tam właśnie wskazał coś dużego lub leżącego tuż pod powierzchnią ziemi. Kopaliśmy do zmierzchu, bez rezultatów. Wieczorem, nieźle zmęczeni wróciliśmy na kwaterę. Artur i Kusy wjechali na mnie zaraz po kolejnej, złożonej z rybek w tomacie i oleju, kolacji. Wypiliśmy po kilka piw. Kusy jak to on, szybko zorganizował flaszkę. Gadali, nakręcając się wzajemnie. Mówili, że coś im zawdzięczam, że ich przerobiłem i tym podobne głupoty. Jak pamiętam powiedziałem gostkom, że jak dla mnie to mogą spadać na drzewo. Wika w ogóle się nie odzywała, jak zwykle w sytuacjach, gdy ludzie zaczynali się kłócić. Nigdy zresztą nie podnosiła głosu. Nigdy nie wchodziła w normalne spory. I na tym się rozmowa skończyła. Następnego dnia, zaraz po późnym śniadaniu, wróciliśmy na polankę w to samo miejsce. Przestrzeń pomiędzy jesionami była zryta jak sto pięćdziesiąt. Pamiętam ten dzień dużo dokładniej niż to, co wydarzyło się wczoraj. Było cholernie gorąco, ani deka wiatru. Najdziwniejsze było jednak to, że skwar zaczął się od samego rana i trwał przez cały długi dzień, oraz, że wszyscy poza Wiką dostaliśmy jakiegoś amoku pracy. Ryliśmy jak szaleni, przeobrażając sielską śródleśną polankę w plac budowy. Dawniej, nawet poprzedniego dnia, żartowaliśmy często na temat niespodziewanej wizyty leśników i tego co powiedzą na taką demolkę. Dziś było inaczej. Pracowaliśmy w zupełnym milczeniu, zapominając nawet o jedzeniu. Nie wynikało to jednak z wczorajszej kłótni. Rzecz miała inne podłoże, całkiem inne. Było jeszcze całkiem jasno, około 14., gdy szpadel Artura zadzwonił o coś dużego i niewątpliwie metalowego. Zamarłem, wszyscy zresztą przeżyliśmy chyba to samo. Jacek zamilkł. Początkowo nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi, mając na względzie całokształt jego nietuzinkowej postaci. Później pomyślałem, że zamierza spotęgować we mnie napięcie lub wystawić na próbę cierpliwość małego, lecz bardzo oddanego audytorium. Odczekałem bez słowa kilka minut. Cisza jak w grobie, nawet za ścianą przestali się lać. I wtedy spojrzałem mu w twarz. W całym swoim życiu nigdy nie widziałem takiego bezmiaru rozpaczy. Jacek nie płakał, nie drgnął najmniejszy mięsień na jego twarzy. Oczy mężczyzny ziały pustką bez dna. Mijały minuty. Za niemytym chyba od lat oknem wstawał nowy dzień. Dobiegły mnie pierwsze, jeszcze ospałe ćwerkania wróbli. W głębi kamienicy ktoś puścił wodę. Magiczna chwila brzasku, ani noc, ani dzień. Siedziałem jak skamieniały, nie czekając ani na zakończenie opowieści, ani na nic. I wtedy Jacek zaczął ponownie mówić. — Skrzynia była pusta. Wyglądała na starą, XVII, może początek XVIII wieku, sądząc z kształtu i wzoru okuć. Najdziwniejsze jednak było to, że otwierając wieko nie czułem nic. Tak jakbym od początku przeczuwał, czym to się skończy. Staliśmy, gapiąc się bezmyślnie w niemalże dwumetrowej głębokości dół, na dnie którego spoczywało to, czego szukaliśmy od kilku tygodni. I nagle zrobiło się ciemno, jak po zachodzie słońca w tropikach, jakby ktoś nagle zgasił światło. Trwało to chwilę, może parę sekund. Wszyscy jednak poczuliśmy to samo. Bezgraniczne zło. Bez kształtu, bez żadnej formy. Ono tam było. Kiedy dzień wrócił, Weroniki już nie było. Za oknem zrobiło się całkiem jasno. Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas milcząc. — Jak to zniknęła, szukaliście jej? — Oczywiście. Obeszliśmy całą okolicę. Pytaliśmy we wsi. Następnego dnia zawiadomiłem milicję. Zlekceważyli to. Później szukali, wzywali nas na przesłuchania, i co z tego. Wiedziałem, że nie znajdą. Sam też szukałem i szukam do dziś. Wiem, że ona żyje i bardzo cierpi. Czuję to, czuję każdego dnia mojej zasranej wegetacji. Nie mam już jednak siły, czekam tylko na śmierć. Poczułem się bardzo zmęczony. Wyszedłem bez słowa przez wąski korytarz, oświetlony gołą żarówką, na obskurną klatkę schodową. Warszawa o brzasku. Kilka minut po czwartej. Knajpy już zamknięte. Lud roboczy jeszcze w domowych pieleszach. Piękny czas. Miasto łapie oddech przed następnym obłędnym dniem. Królują ptaki. W maju słychać ich miłosną pieśń wszędzie, nawet tu w śródmieściu. Najwięcej jednak słychać wróbli. Wędrując pustymi ulicami, zrozumiałem, że ta sprawa zaciąży na długo na moim, dość chaotycznym, lecz wciąż jednak własnym, życiu. 5. Tykocin
„Przedzierające się przez mgłę promienie słoneczne, tu i ówdzie ukazywały wyraźniej jakiś szczegół tego grodu, którego właścicielem był kiedyś Stefan Czarniecki. Później jednak, gdy już znaleźliśmy się w centrum, osada nie zrobiła na nas najlepszego wrażenia: brudne uliczki, małe senne domki, z których osypywał się tynk, dachy malowniczo układające się w perspektywie, ale od dawna niełatane, nieliczni przechodnie i wcale licznie pętające się po jezdniach bydlątka domowe…” — pisał w 1948 roku Włodzimierz Puchalski, fotografik, filmowiec i jeden z najzagorzalszych miłośników ziemi tykocińskiej. W ciągu półwiecza sporo się w Tykocinie zmieniło. Coś jednak w charakterze tego miasteczka pozostaje niezmienne. Jakaś przedziwna senność, oczekiwanie, a może nostalgia za czasami minionej świetności wydaje się wciąż wisieć w powietrzu. Pomimo wielkiego nagromadzenia zabytków, bogactwa otaczającej przyrody, pięknego usytuowania nad Narwią i kilku przyjemnych miejsc oferujących wygodny sen i radość dla podniebienia, Tykocin wciąż pozostaje nieco z dala od utartych szlaków. Do tego, skądinąd zabytkowego, grodu nie przyjechałem dla podziwiania śladów dawnej świetności, choć wędrówka szlakiem miejscowych zabytków jest zajęciem wielce pociągającym. W szpitalu Marek wyjawił mi, że autobus, którym wyjechała Weronika zmierzał właśnie do Tykocina. Próbowałem dowiedzieć się od chłopca, czemu nie pojechał w ślad za ukochaną, czemu nie wyjawił jej nigdy swych uczuć. Wszystkie pytania pozostawały jednak bez odpowiedzi. O zabytkach i historii Tykocina można by napisać niejedną pasjonującą książkę. Historia miasta sięga głęboko w XV wiek, kiedy to książę Janusz nadał Tykocinowi prawa miejskie. W przeciągu ponad pięciu wieków wiele tu się działo, zważywszy na fakt, iż była to jedna z najważniejszych nizinnych twierdz Rzeczpospolitej. W czasach Zygmunta Augusta Tykocin pełnił rolę królewskiej rezydencji, mieszcząc na zamku arsenał koronny, bibliotekę i skarbiec. Najbardziej znany epizod historii miasta został opisany na stronach „Potopu” Henryka Sienkiewicza, kiedy to wojska litewsko-polskie pod wodzą Sapiehy oblegały zamek, w którym bronił się Janusz Radziwiłł. Co było dalej wszyscy wiedzą, ale niewielu pamięta, że zamek poddano ponad rok po śmierci Radziwiłła. Dzisiejszy Tykocin to niewielkie, po części drewniane miasteczko na kresach kresów, w którym, jakimś przedziwnym zrządzeniem losu, zachowało się sporo pięknych barokowych budowli. Ludzi mieszka tu niespełna 2 tysiące, a głównym źródłem ich utrzymania wciąż pozostaje uprawa roli. Tykocin, zwany niekiedy perłą polskiego baroku, odwiedza rokrocznie ponad 100 tysięcy gości z całego świata. Głównie są to żydowskie wycieczki z Izraela, dla których Tykocin jest jednym z punktów szlaku martyrologii ich narodu. Tutaj dokonał się bowiem pierwszy holokaust Żydów we wschodniej Polsce. W pobliskim lesie, nieopodal wsi Łopuchowo, znajduje się zbiorowa mogiła ponad trzech tysięcy tykocińskich Żydów zamordowanych przez Niemców w 1941 roku. Nad Tykocinem górują dwie monumentalne barokowe budowle: XVIII-wieczny kościół i o sto lat starsza synagoga, druga co do wielkości w Polsce. Kościół zamykający wschodnią pierzeję trapezoidalnego rynku, wzniesiony z inicjatywy dziedzica tutejszych dóbr — Jana Klemensa Branickiego, jest dobitnym świadectwem dawnej świet- ności miasta. Rozległa trzynawowa świątynia niemalże przytłacza swoją wielkością i dostojeństwem. Parterowe drewniane domki otaczają brukowany rynek. Plebania otoczona wysokim kamiennym murem też wydaje się być skrojona na czasy dawniejszej świetności miasta. W Wielkiej Synagodze znajduje się obecnie muzeum judaików. Na ścianach budowli zachowały się fragmenty XVII-wiecznych fresków. Nieopodal synagogi, w dawnym domu talmudycznym, urządzone jest muzeum miejskie prezentujące między innymi malarstwo Zygmunta Bujnowskiego, który utrwalił na płótnie obrazy XIX-wiecznego Tykocina. Na rynku, oprócz monumentalnego kościoła i drewnianych domków, przykuwa uwagę odwiedzających pomnik przedstawiający bohatera potopu szwedzkiego, Stefana Czarnieckiego. XVII-wieczna figura rycerza ze złotą buławą jest jednym z pierwszych świeckich pomników, jakie stanęły na ziemiach polskich. W pobliżu Tykocina warto odwiedzić co najmniej dwa miejsca, których przyroda i krajobraz zasługują na uwagę. Pierwsze to pozostałość słynnego limanu tykocińskiego, gdzie wiosną wody Narwi formują prawdziwy rzeczny ocean. Nad ciągnącymi się po horyzont rozlewiskami można tu obserwować tysiące ptaków wodno-błotnych, dla których liman był przez setki lat ważną ostoją na szlaku wiosennej i jesiennej wędrówki. Jest co najmniej kilka sposobów zdobywania informacji o przyjezdnych w miejscach, które polityczna poprawność nakazuje nazywać metropoliami inaczej. Osobiście preferuję zasięganie języka wśród miejscowych piwoszy. Jest to jednak sztuka niełatwa, wymagająca determinacji, silnej woli i szczypty psychologii. Piwosze wszystkich krajów świata w jakiś sposób są uderzająco podobni do siebie. Łączy ich przedziwna ponadnarodowa zmowa, pewne uniwersum silne, choć najpewniej nie całkiem uświadomione. Pobieżny obserwator zakwalifikuje osoby nadużywające od rana produktów chmielowych do smakoszy tego właśnie napoju. Nic bardziej błędnego. Nie rzecz bowiem w profanum, lecz w sacrum, w podejściu do życia pewnej swoistej filozofii egzystencji, będącej zjawiskiem trudnym do zgłębienia dla człowieka na co dzień oddającego się pracy zarobkowej. W pewien przedziwny sposób piwosze są bowiem kontestatorami współczesnej egzystencji, świętym bydłem, jak rzekłby Kurt Vonnegut. Kontestacja rzeczywistości pozostawia piwoszom pewien, całkiem szeroki, margines czasu na jej obserwację, dzięki czemu ta właśnie grupa istot ludzkich bywa bezcennym, choć wielce delikatnym w swej materii, źródłem informacji o zdarzeniach niezbyt w czasie odległych i wykraczających poza codzienna rutynę. W pradawnym grodzie tykocińskim miejscowi degustatorzy złocistego trunku gromadzą się w maleńkim kwartale, stanowiącym dawniej pogranicze kultury wywodzącej się ze Starego i Nowego Testamentu. Tam właśnie, na dwóch brzegach rzeczki, rozlokowały się sklepy spożywcze, których właściciele z myślą o współczesnych spadkobiercach dziedzictwa dobrego wojaka Szwejka, wystawili plastikowe stoliki osłonięte przed kaprysami aury brezentowymi parasolami. Są ludzie, którzy sądzą, że można dowiedzieć się czegoś ciekawego od bywalców stolika pod parasolem dzięki hojnemu przemienianiu banknotów na pełne flasze, połączonemu z zadawaniem pytań przetykanych kolokwialnymi zwrotami. Nic bardziej błędnego. Piwosze to istoty wrażliwe, nieśmiałe, pełne metafizycznego smutku i ciekawe świata, choć pobieżna ocena ich powierzchowności może sugerować coś zgoła innego. Zapuściłem korzenie w maleńkim kwartale pomiędzy dwoma stolikami osłoniętymi dla wygody ludzkiej parasolami przypominającymi te plażowe, lecz tylko zewnętrznie. W istocie rzeczy przedmioty z pozoru podobne różnią się zazwyczaj ogromnie. Parasol plażowy chroni bowiem swą rozpłaszczoną postacią osoby przybyłe gdzieś tam dla chwilowego wypoczynku, który najczęściej okazuje się kontynuacją, nerwowej, wyczerpującej i zazwyczaj bezowocnej pracy. Praca–wypoczynek, choć wiąże się z całkiem innymi niż praca–praca czynnościami, nie owocuje prawdziwym wytchnieniem. Pośpieszny i intensywny wypoczynek bywa w swej przewrotności często bardziej szkodliwy dla zdrowia i wyczerpujący niż rutynowa praca. Plaże, jeziorne, czy nawet i nadmorskie bywają zazwyczaj okupowane przez ludzi z wielkich miast, pragnących w możliwie najkrótszym czasie, za ogromne pieniądze i z zegarkiem w ręku odreagować wielomiesięczny wiosenno-letnio-zimowy wysiłek. Tykocińskie parasole mają się do tych plażowych parasoli jak krzesło do krzesła elektrycznego. Te przedziwne enklawy dają wszak schronienie ludziom, których cały żywot jest jedną, wielką i nigdy nie kończącą się niedzielą. Mając na uwadze wszystkie te okoliczności, człowiek rozumny, a pragnący poszerzyć swą wiedzę w jakiejkolwiek miejscowej materii, zmuszony jest uzbroić się w kilka nieodzownych cnót. Cierpliwość, hojność i otwartość to wstęp do przemiany, która musi się w nim dokonać. Jest to tylko preludium drogi, która ostatecznie zmierza ku poszanowaniu drugiego człowieka, choćby był on odległy od naszego wyobrażenia o szlachetnym człowieczeństwie. Gdy nadludzkim wysiłkiem uda nam się przebrnąć przez ocean własnej próżności, na końcu ciernistej drogi zaczerpniemy szerokim ruchem rzeczy ważne ze skarbnicy miejscowej wiedzy. Ustaliłem w Tykocinie trzy rzeczy, które najbardziej mnie interesowały. Po pierwsze Weronika przybyła do miasta, po drugie była tam bardzo krótko, a po trzecie wyjechała do Korczewa w towarzystwie samotnie podróżującego mężczyzny, którego poznała zaledwie kilka godzin wcześniej. Odjechali na południe samochodem Alfa Romeo 145. Nie zachowywali się jak kochankowie, choć facet wyraźnie jej nadskakiwał, a właściwie wgapiał się w Weronikę cielęcym wzrokiem. Rejestracja samochodu wskazywała na stołeczne pochodzenie kierowcy, co jednak, mając na względzie okoliczności zdarzenia, najpewniej było rzeczą bez większego znaczenia dla dalszych poszukiwań. Szósty zmysł podpowiadał, że drogi Weroniki i jej przypadkowego towarzysza podróży rozeszły się właśnie w Korczewie.
6. Korczew – pałac
Początek maja nad Bugiem powitał mnie łąkami w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem, harmidrem ptasich śpiewów i świeżą zielenią młodych listków wierzb, brzóz i olch gęsto porastajacych szeroką dolinę rzeki. Ciepły wschodni wiatr i błękitne niebo, po którym leniwie wędrowały pierzaste obłoki, wypełniało serce błogością i koiło nerwy skołatane bezowocnymi poszukiwaniami tajemniczej dziewczyny. Droga do pałacu od strony Skrzeszewa jest równie malownicza, co wyboista. Mijam senne wioski, chaty kryte strzechą, stare drewniane krzyże na rozstajach. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Po lewej stronie szeroka wstęga Bugu z wyspami, starorzeczami i łąkami rozległymi jak ocean. Bajkowa kraina, brakuje tylko rycerza w zbroi zmierzającego na turniej do zamku. Wjazd do Korczewa brutalnie wciska mnie w minioną szczęśliwie epokę realnego socjalizmu. Świat podparty kołkiem to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się po wjeździe do tego wsio-miasteczka. Szukam pałacu, kierując się mapą. Droga skręca w lewo, ukazując wspomnienie po murowanym ogrodzeniu zabytkowego parku. W bramie miejscowi piwosze zmagają się z grawitacją. Jeden najwyraźniej uznał wyższość fizyki nad wolą ludzką i śpi wyczerpany pod wiekową lipą. Jest wczesne popołudnie. Kilkadziesiąt metrów dalej następna brama prowadząca na pałacowy dziedziniec. Przy wjeździe tabliczka informująca, że turyści są mile widziani. Za bramą otwiera się szeroka perspektywa na murowany pałac w stylu klasycystycznym. Budynek jest piętrowy, długości około 40 metrów, podbudowany od południa frontem. Środek pałacu wsparty jest na dwóch kolumnach i zwieńczony trójkatną fasadą z herbem Rawicz, który przedstawia młodą dziewczynę siedzącą z podniesionymi ramionami na grzbiecie niedźwiedzia. Historia herbu jest dość romantyczna. Pewien władca miał córkę, która odmówila małżeństwa z wybrańcem ojca. Król skazał ją na śmierć w pieczarze dzikich zwierząt. Kiedy jednak ją tam wrzucono, żadne zwierzę jej nie tknęło, a wielki niedźwiedź podszedł do niej i położył się u jej stóp. Gdy wsiadła na grzbiet zwierza niedźwiedź wywiózł ją całą i zdrową z pieczary. W pobliżu pałacu kręci się kilka osób, niektórzy pracują. A jest przy czym. Majątek do niedawna pozostawał w zarządzie gminy, która doprowadziła budynki do kompletnej ruiny. Ostatni właściciele Korczewa, hrabiowie Ostrowscy, odzyskali pałac kilka lat temu. Jeszcze rok, dwa i wszystko złożyłoby się jak domek z kart. Otoczenie pałacu to duży stary park w stylu angielskim. Trzydziestohektarowy starodrzew liściasty kryje jeszcze jedną budowlę. „Syberia” była dawniej pawilonem dla gości. Obecnie mieszkają tam tylko nietoperze. Szczęśliwie budynek udało się przykryć prowizorycznym dachem, więc może kiedyś będzie znów służył ludziom. Legenda głosi, że pod budowlą jest wejście do lochów, które łączą Korczew z Drohiczynem. Niektórzy utrzymują, że te właśnie podziemia kryją w sobie przynajmniej część bogactw zgromadzonych przez kilka stuleci w zrujnowanym pałacu. Wejścia do lochów strzegą chyba jakieś potężne moce, bowiem nikomu jak dotąd nie udało się dobrać do zagrzebanych w ziemi skarbów. Park robi wrażenie. Jest duży i stary. Największą jego część stanowi rezerwat „Dębniak”, wydzielony z założenia ogrodowego w 1978 roku. Tu przyroda rządzi się swoimi prawami. Konary dębów niemal splatają się ze sobą, przywołując skojarzenia „Mickiewiczowskiej Puszczy”. Bardziej to bowiem puszcza niż park, nad czym boleją obecni właściciele majątku. Ja cieszę się jednak, że tyle starych drzew udało się uratować. Większość zabytkowych parków w Polsce została bowiem w pień wycięta albo tak przerzedzona, że już tylko z nazwy pozostają parkami. Następną atrakcją turystyczną Korczewa jest spory, pionowo sterczący z ziemi kamień wysokości około dwóch metrów. Według legendy dotknięcie kamienia zapewnia szczęście i dostatek na długie lata. Kolejna korczewska legenda wiąże się z jednym z parkowych stawów. Dawno temu, gdy ludzie byli bardziej pobożni, miejscowe diabły popadły w wielką niełaskę u samego Lucypera. Władca ciemności sztorcował polskie diabły za lenistwo i zaniedbania w dostarczaniu do piekielnych czeluści słowiańskich duszyczek. Biesy zebrały się na Łysej Górze i po burzliwych obradach, za radą samego Boruty, uradziły, by zbudować fałszywy kościół. Po zachodzie słońca zebrało się na terenie ówczesnego korczewskiego parku mnóstwo biesów. Przybyły czorty z najodleglejszych zakątków Rzeczpospolitej, by wspólnym wysiłkiem postawić kościół na tyle okazały, by wieże budynku widać było z najodleglejszych zakątków powiatu. Zanim zapiał trzeci kur dzieło było skończone. Fałszywym plebanem diabelskiego kościoła został sam Rokita, odznaczający się przyjemną powierzchownością, darem wymowy oraz dobrą znajomością chrześcijańskiego obrządku. Przez pewien czas wszystko toczyło się zgodnie z diabelskim planem. Dzwony wytopione w kotłach ze smołą wydawały wielce przyjemne brzmienie, ściągając do nowej parafii wiernych z najodleglejszych zakątków korczewskich włości. Organy w trakcie nabożeństw grały tak pięknie i słodko, że ludzie niezbyt uważnie wsłuchiwali się w kazania i nie dostrzegali przeróżnych odstępstw od chrześcijańskiego obrządku. Najwięksi grzesznicy dostawali tu rozgrzeszenie, nawet bez konieczności odbycia jakiejkolwiek pokuty czy zadośćuczynienia. Diabły triumfowały, a kolejne chrześcijańskie duszyczki trafiały do kotłów bulgoczących gotującą się smołą. Rzecz trwałaby nie wiadomo jak długo, gdyby nie pojawił się w okolicy uczony w Piśmie scholastyk. Profesor teologii od razu zorientował się, że w parafii dzieje się coś niedobrego. Po kilku dniach śledztwa uczony nabrał pewności, że parafię opanowały biesy. Uzbrojony w brewiarz, święconą wodę i kropidło scholastyk zaczaił się o świcie pod kościelnym murem, by przyłapać diabły za dnia, gdy ich moc nieco słabnie. Pierwszy z furty kościelnej wytoczył się Erazm, pełniący funkcję kościelnego. Był to czort wyjątkowo szpetny, o czarnym pysku, cały porośnięty zmierzwionymi kudłami. Bies jeszcze nie wytrzeźwiał do końca po całonocnej pijatyce i zapomniał się obuć. Widok kopyt pozbawił scholastyka ostatnich wątpliwości co do dziwnej parafii. Profesor wyskoczył zza węgła, kropiąc diabła obficie święconą wodą, wypowiadawszy jednocześnie łacińskie egzorcyzmy. Czort w popłochu rzucił się do ucieczki, sadząc wielkiemi susami w kierunku najbliższego wejścia do piekieł. Scholastyk ruszył bez zwłoki na dalsza krucjatę. Pozostałe biesy zastał jeszcze w pieleszach. Zaskoczone całkowicie towarzystwo próbowało salwować się ucieczką, lecz wypowiadane wielkim głosem egzorcyzmy nie pozwalały im na skuteczny odwrót. Po chwili kościół, dzwonnica, a nawet kamienny mur zaczęły się kruszyć i zapadać pod ziemię. W miejscu dawnej budowli zawirował bełt wodny, formując niewielki staw. Po dziś dzień można usłyszeć w wietrzne jesienne noce niezrozumiałe słowa, dobywające się z toni wodnej. Uwięzione diabły wciąż próbują odprawiać swoje nabożeństwa w nadziei złowienia choć jednej naiwnej duszyczki. Korczew to całe wieki historii. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z roku 1416, kiedy to Wielki Książę Witold, władca Litwy, nadał te ziemie Pretorowi herbu Świeńcic. Sam pałac zbudowano w wieku XVIII. Zaprojektował go włoski architekt Konceni Boni, pracujący na co dzień u rodziny Radziwiłłów. Rozkład domu pozostał do dziś. Pałac ma kształt litery „U”. Po bokach pokoje mieszkalne, a w centrum wielka sala piętrowa z galeriami, służąca szlachcie w czasie zjazdów, które zwłaszcza w czasach konfederacji barskiej licznie się tu odbywały. Nie samą polityką jednak człowiek żyje. Bawiono się tu niekiedy wesoło. Zastawiano nawet sieci na przejeżdżające kolasy, by do picia ciągnąć i gdy pewien braciszek zakonny, nie wiadomo skąd w tym gronie się wziąwszy, odmówił picia — po prostu zanurzono go w beczce z miodem. Z Korczewem wiąże się także postać naszego wieszcza Cypriana Kamila Norwida. Poeta przez długie lata korespondował z Joanną Kuczyńska — dziedziczką tutejszych dóbr, dedykując jej nawet jeden ze swoich wierszy, zatytułowany „Do Pani na Korczewie”. Chociaż Norwid nigdy tu nie był, to jednak wątki korczewskie przewijają się w jego poezji za sprawą długoletniej korespondencji. Dzięki listom poeta poznał pałac i jego otoczenie lepiej niż niejeden z bywalców tego pięknego zakątka. Łatwo tu zapomnieć o całym świecie. W korczewskim powietrzu wisi coś na kształt metafizycznego hamulca, co spowalnia tryby bezlitosnego zegara dziejów. Park, starodawny pałac, zarośnięte stawy i przepiękna sceneria nadburzańskiej skarpy, układają się w tym miejscu w obraz wielce romantyczny i niezbyt sprzyjający jakimkolwiek czynom skierowanym ku osiąganiu doraźnych celów.
Stałem zauroczony całą tą bajkową krainą, rozważając, gdzie rozpocząć dalsze poszukiwania Weroniki. Miejscowi piwosze nie rokowali żadnych nadziei. Wywodzili się w prostej linii od służby folwarcznej. Kolejne dwa pokolenia przeżyte w kręgu Państwowych Gospodarstw Rolnych zabiły w nich wszelką nutę poezji, niezbędną dla dostrzegania w świecie rzeczy ważnych i ciekawych. Jak to jednak w życiu bywa w poszukiwaniach pomógł przypadek, a właściwie pies rasy foksterier. Wesołe zwierzątko pokryte sierścią w kolorze soli z pieprzem podbiegło do mnie i po krótkim obwąchiwaniu nogawek całym swym jestestwem dopraszało się zabawy. Gdy tylko rzuciłem mu patyk dostrzegłem w głębi parkowej alei dziewczynkę poruszającą się o kulach. — To twój piesek? — Tak. Ma na imię Neron. — To dość dziwne imię dla psa. — Czy ja wiem… mnie bardzo interesują czasy starożytne, a szczególnie Cesarstwo Rzymskie. — Często tu przychodzisz? — Prawie co dzień, jeśli tylko jest pogoda. Neron najbardziej lubi biegać po parku. — To może widziałaś przypadkiem tą panią. Pokazałem jej zdjecie Weroniki. — Była tu niedawno, kilka dni temu z jednym panem. Prawie cały dzień chodzili po parku. Chyba czegoś szukali. Potem był ten wypadek… — Jaki wypadek?! — Samochód wpadł na drzewo. Ten pan umarł potem w szpitalu. — A ona?! — Jej nie było w samochodzie. — Nie wiesz co się z nią stało…, gdzie się podziała? — Widziałam jak razem wyjeżdżali, ale potem jej już nie było w samochodzie. — Ciekaw jestem dokąd oni jechali. — Do Drohiczyna. — Skąd wiesz? — Rozmawiali o tym. Ten pan powiedział: „Mówię ci, oni mają to w Drohiczynie. Jedźmy tam od razu. Nie ma na co czekać”. — A ona, ta pani… co mówiła? — Nic, chyba nic, tylko się tak dziwnie uśmiechała. — Bardzo mi pomogłaś. Dziękuję. Czy mogę coś dla ciebie zrobić? — Nie, chyba nie. — A co z twoimi nogami? — To minie, już jest dużo lepiej. — Trzymaj się. Dzięki. 7. Drohiczyn
Tego samego dnia wyruszyłem do Drohiczyna. Wydarzenia ostatnich tygodni dawały znać o sobie. Czułem się rozstrojony wewnętrznie. Cały mój dotychczasowy racjonalny świat walił się w gruzy. Z coraz większą ostrością dostrzegałem absurdalność swych poczynań. Uganiam się za kobietą, a może jakimś duchem, którego droga usłana jest pasmem dramatów. Zaniedbałem normalną pracę i wszystkie inne ważne sprawy. Od dwóch miesięcy pojawiam się w domu sporadycznie, a i wtedy jestem tam właściwie nieobecny. Wszystkie myśli krążą wokół tej przedziwnej zagadki, która jak wciąż wierzę musi mieć jekieś racjonalne wytłumaczenie. Co jednak zrobię jeśli wreszcie ją spotkam? Znając już skłonność Weroniki do miejsc tajemniczych i starożytnych, ruszyłem szlakiem miejscowych zabytków, w które zresztą Drohiczyn obfituje, jak mało który gród na Podlasiu. Mamy w Polsce cztery miasta o tradycjach grodów koronacyjnych — pisze Paweł Jasienica — Pierwszym jest oczywiście Gniezno, a Kraków dopiero trzecim… Drugie miejsce zajmuje Drohiczyn nad Bugiem… Tu w 1253 roku, z rąk wysłannika papieskiego, otrzymał koronę Rusi książę Daniel Romanowicz, prawnuk Bolesława Krzywoustego. Chociaż czasy dawnej potęgi miasto ma już za sobą, to jednak ślady wielkiej historii spotyka się tu na każdym kroku. Wędrując uliczkami 2,5-tysiącznego Drohiczyna, cofamy się w czasie, obcując co chwila z zabytkowymi budowlami. Nad miastem dominuje Góra Zamkowa — dawne grodzisko, dziś najlepszy w okolicy punkt widokowy. Przy dobrej pogodzie, spoglądając na południe, dostrzeżemy pałac w Korczewie. Jak głosi legenda, pod Górą, w złotym grobie pochowany jest ostatni z wodzów jaćwieskich Kumata. W XIII wieku, gdy o ziemię drohiczyńską rywalizowały Ruś, Mazowsze i Litwa, Jaćwingowie zapuszczali się tu na tyle często, że zrodziło się przekonanie, iż Drohiczyn jest stolicą Jaćwieży. Ziemie te przeżywały także najazdy tatarskie i krzyżackie. Z biegiem dziejów Drohiczyn przechodził kolejno pod panowanie Litwy, Rusi, Austrii i wreszcie Polski. Złote czasy Podlasia Nadbużańskiego to wiek XV i XVI, przebiegał tędy wówczas „szlak królewski”, łączący Wilno i Kraków oraz szlak wodny z Lwowa do Gdańska. Ze szczytu Góry Zamkowej widzimy zakole Bugu z piaszczystymi wyspami i białe mury katedry — siedziby biskupiej oraz seminarium duchownego z XVII wieku. Katedra pod wezwaniem Świetej Trójcy jest jedną z czterech drohiczyńskich świątyń. Wszystkie mają charakter barokowy, a najciekawszą jest obecnie odbudowywany kościół i klasztor Sióstr Benedyktynek z XVIII wieku. Jest to zabytek klasy „0”, o unikalnej elewacji, uważanej przez wielu historyków sztuki za jedną z najpiękniejszych w Europie. Kolejną ciekawą budowlą w Drohiczynie jest zespół klasztorny Franciszkanów z okazałą wieżą i dzwonnicą. Późnobarokowa świątynia wyróżnia się bogato zdobionym wnętrzem. W zachodniej części miasta, przy ulicy Benedyktyńskiej stoi cerkiew prawosławna pod wezwaniem Świętego Mikołaja. W pochodzącej z 1826 roku świątyni zwraca uwagę bogaty ikonostas, a w szczególności ikona przedstawiającą Zesłanie Du- cha Świętego. Wędrowałem uliczkami Drohiczyna, próbując ułożyć sobie w głowie wszystko, co do tej pory udało się ustalić. Weronika zniknęła w połowie lat osiemdziesiątych podczas odkopywania Skarbu Mateusza. Miała wtedy 21 lat. Kilka miesięcy poźniej wypadł z okna akademika Artur, który najprawdopodobniej skrycie się w niej kochał. Czyżby Artur wszedł w posiadanie feralnego kruka z rubinowymi oczami? Jacek twierdzi, że nic w Puszczy nie znaleźli. Wieloletnie poszukiwania Jacka nie dały rezultatów. Milicja, w latach osiemdziesiątych, nic na temat Weroniki nie ustaliła. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w okresie niszczenia akt osobowych, prowadzonego zapewne w wielkim pośpiechu, papiery dotyczące sprawy zniknięcia dziewczyny wyparowały. Weronika, jak twierdzi Jacek, nie kontaktowała się z nikim z rodziny czy znajomych. Jacek zupełnie się rozsypał, a poszukiwanie ukochanej stało się jego obsesją, która z czasem odsunęła od niego przyjaciół i skazała na całkowitą samotność. I nagle dziewczyna, a może jej sobowtór, pojawia się w R. Niemal 14 lat po swym tajemniczym zniknięciu. Kościelny traci dla niej głowę i próbuje popełnić samobójstwo. W Tykocinie Weronika pojawia się na krótko, nie wiadomo gdzie mieszka i odjeżdża z najprawdopodobniej przygodnie poznanym warszawiakiem do Korczewa. Czegoś szukają w pałacowym parku. Wyjeżdżają razem. Dla kierowcy Alfy ta podróż okazuje się być ostatnią w życiu. Weronika ponownie rozpływa się w powietrzu. Jak udało mi się ustalić, w samochodzie nie znaleziono żadnych śladów pasażerki. Podobno jechali do Drohiczyna, lecz czy Ona tu dotarła? Spędziłem w miasteczku niemal tydzień, rozpytując kogo się tylko dało. Kilka osób twierdziło, że widzieli kogoś podobnego do osoby ze zdjęcia, z którym od kilku tygodni się nie rozstawałem. Ludzie ci nie byli jednak zbyt przekonywający, a co najistotniejsze podawali zupełnie różne daty, w których rzekomo widzieli Weronikę. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań byłem wyczerpany i mocno zniechęcony. Postanowiłem odłożyć sprawę na jakiś czas i spróbować wrócić do normalnego życia. 8. Wenecja, Białowieża
Wytrwałem w postanowieniu prawie trzy dni. Trzeciego bowiem dnia od powrotu z Drohiczyna siedziałem w pociągu relacji Białystok– Warszawa w drodze do Jacka. Była połowa maja. Festiwal życia. Przed wizytą na ulicy Koszykowej wstąpiłem do Parku Łazienkowskiego, by, po wędrówce przez wypełnione hukiem i spalinami miasto, nieco podładować akumulatory i przemyśleć strategię rozmowy z Jackiem. Połowa maja to czas, gdy Łazienki prezentują się wyjątkowo pięknie. Graby, wierzby, klony, głogi i cała reszta drzew i krzewów stoją świeżą zielenią wiosennych liści. Ponad pięćdziesiąt gatunków ptaków wyśpiewuje od świtu do świtu miłosne trele. Miasta prawie nie słychać, a w dzień powszedni spacerowiczów jak na lekarstwo, co bardzo sprzyja spokojnym rozważaniom nad sprawami ważnymi, które dzieją się niejako obok normalnej koleiny czasu. Pałac Na Wodzie, Stara Pomarańczarnia, satyry i piękne nimfy przenoszą człowieka w czasy gdy słowa: pośpiech, biznes i inflacja nie spędzały ludziom snu z powiek. Późnym popołudniem stanąłem przed drzwiami mieszkania Jacka. Im bardziej pukałem, tym bardziej nikt ich jednak nie otwierał. Gdy już zbierałem się do odwrotu, z mieszkania naprzeciwko wysunęła się głowa niewiasty w balzakowskim wieku, spowita w niezliczoną ilość papilotów. — Pan do Jacka? — Dzień dobry. Właśnie go szukam. — A, to go pan nie zastanie. Kilka dni temu wyjechał. Zostawił nawet u mnie klucze. — A kiedy wróci? — No właśnie nie mówił. Ale chyba nieprędko. — Może wie pani, gdzie go znajdę? — A pan kto właściwie? — Kolega. — On nie ma kolegów. Nikt go nie odwiedza. — Wiem. Ale ja go właśnie próbuję odwiedzić. — Nie mówił, kiedy wróci i gdzie jedzie. On w ogóle nie gaduła jakiś. — Mogę u pani zostawić list do Jacka? — A co by pan nie mógł. W liście streściłem Jackowi pokrótce wszystko, co udało mi się ostatnio ustalić i prosiłem o kontakt, gdy tylko pojawi się w mieście. Na odpowiedź przyszło mi poczekać ponad pięć miesięcy. W ciągu lata wracałem kilkakrotnie do sprawy Weroniki, a właściwie Skarbu Mateusza. Lektura mocno rozproszonych źródeł pozwoliła ustalić kilka nowych faktów. Wenecki kupiec Marcello Bikarani, którego podróż zakończyła się tragicznie gdzieś pomiędzy Białowieżą i Krynkami, około 1770 roku zmierzał z feralnym krukiem do Węgrowa. Nie byłoby w tym nic szczególnie frapującego, gdyby nie fakt, iż z tym właśnie miastem związał swój los najsłynniejszy z polskich magów Mistrz Twardowski. Tam zresztą do dziś można podziwiać słynne zwierciadło czarnoksiężnika, którego miał on użyć między innymi do wywołania ducha Barbary Radziwiłłówny. Z kolei pewien krakowski antykwariusz, jak dowiedziałem się od pana Henryka, jest w posiadaniu perskiego manuskryptu z XV wieku, który najprawdopodobniej wiąże się z tak zwanym fatum kruka. Próby skontaktowania się z antykwariuszem jak dotąd nie powiodły się, gdyż przebywa on od kilku tygodni w Syrii, penetrując tamtejsze biblioteki. Śledząc losy figurki, udało mi się stwierdzić, że nie wszystkim jej posiadaczom przynosiła ona śmierć i zniszczenie. Wygląda na to, iż we właściwych rękach talizman mógł obdarzać jego posiadaczy czymś wręcz przeciwnym. Jednym z pierwszych posiadaczy złotego kruka był wszak Timur lub inaczej Tamerlan, który dożył, jak na owe czasy, iście matuzalemowego wieku 69 lat, okrywając się chwałą jednego z największych władców XIV stulecia. Kolejnym, jak byśmy obecnie rzekli, człowiekiem sukcesu, który niewątpliwie był w posiadaniu tajemniczej figurki, i to przez długie lata, był Aleksander I Romanow. Car ten zdobył złotego kruka około roku 1800, a zmarł w 1825. Podczas swego 48-letniego życia, zdążył on nadać Polsce dość liberalną, jak na owe czasy, konstytucję, być inicjatorem Świętego Przymierza i przyłączyć do Rosji m.in.: Gruzję, Azerbejdżan i Finlandię. Wiele wskazywało na to, że istnieje jakiś szyfr, coś w rodzaju instrukcji obsługi, który pozwala używać tajemniczego klejnotu na własny pożytek. 9. Puszcza Borecka – żubry
Ze świecą szukać człowieka, który ze wszystkich miesięcy w roku najbardziej lubi listopad. Chłodny, wilgotny, a nierzadko mroźny miesiąc zamyka jesień, otwierając wrota zimowych dni i nocy. W końcu miesiąca, pomiędzy brzaskiem a zmierzchem upływa zaledwie osiem godzin. W listopadzie pojawiają się zazwyczaj pierwsze opady śniegu z deszczem, a nierzadko samego śniegu. W ciągu ostatnich kilku lat w tym okresie roku temperatura spadała nawet poniżej minus dwudziestu stopni, a srogi mróz trzymał niejednokrotnie do początków grudnia. Nie nastraja to nazbyt optymistycznie, krótkie dni, nagie drzewa i siąpiący z granatowego nieba deszcz, niewielu zachęcają do przebywania w plenerach. Przyglądając się uważnie otaczającej nas przyrodzie, dostrzeżemy z łatwością, że listopad to nie tylko krople deszczu bębniące po parapetach czy znikające za horyzontem ostatnie stada gęsi, żurawi i szpaków. Mimo słoty krajobraz ożywiają czerwone owoce: berberysów, irg, kalin, jarzębin czy kolczastych głogów, wabiąc pierwsze stada jemiołuszek przybywające do nas z głębi Rosji, aby przetrwać ciężkie zimowe dni. Dzikie bzy i niektóre gatunki irgi wciąż stoją czarnym owocem, który często utrzymuje się na pędach do mrozów. Białe owoce śnieguliczki, strzelające przy rozgniataniu, cieszą oko nawet podczas srogiej zimy, gdy świat na długie miesiące bierze rozbrat z barwą, eksperymentując z gamą wszelakich odcieni szarości. Szczególnie efektownie o tej porze roku przedstawiają się krwiste jagody cisa, kontrastujące z głęboką zielenią igieł tego pięknego, i niemalże wymarłego w Polsce, krzewu. Rośliny kwiatowe zakończyły już wegetację. Są jednak wyjątki. Niskopienne astry o fioletowych kwiatach zdają się kpić z późnojesiennych wiatrów. Pospolite stokrotki przypominają nam o czasach letniej beztroski nawet podczas prawdziwie zimowych dni. W początkach miesiąca odlatuje od nas jeden z pierwszych wiosennych śpiewaków – skowronek. Na polach i podmokłych łąkach można jeszcze spotkać spóźnione stada dzikich gęsi i żurawi, które zamarudziły w wędrówce ku skalistym wybrzeżom Morza Śródziemnego. W początkach listopada przystąpiłem do przygotowania reportażu o żubrach zamieszkujących Puszczę Borecką. Las to szczególny i w całej rozciągłości zasługujący na swe puszczańskie imię. Krajobraz Puszczy obfituje w niewielkie jeziora, częściej penetrowane przez zwierzęta niż odwiedzane przez ludzi. Obszar ten zamieszkiwały niegdyś pruskie plemiona Galindów. W IV wieku powstały tu pierwsze warowne grody. Kolonizacja postępowała jednak powoli. Teren jest to bowiem trudny i w wielu miejscach podmokły. Puszcza Borecka rozciąga się obecnie pomiędzy jeziorem Mamry a Wzgórzami Szeskimi na Pojezierzu Ełckim. Czarne, sędziwe bory przeplatają się tu z dziedziną lasów liściastych i mieszanych, gdzie konary dębów, jesionów i grabów szczelnie oddzielają niebo od wypełnionego soczystymi owocami dna lasu. Boreckie knieje przemierzają jak przed wiekami wilki, rysie i borsuki, a także spore stado żubrów. Na brzegach rzek i jezior wciąż spotkać można silne watahy dzików buchtujące w poszukiwaniu pędraków, żołędzi i innych puszczańskich pożytków. Las tu głęboki, choć niezbyt rozległy. Można się w boreckiej dziedzinie nawet zagubić, bo i dróg niewiele i osady w sporym znajdują się od siebie oddaleniu. Żubry czują się w Puszczy niemalże jak w domu.
Dzień był jak z bajki. Sędziwe świerki gięły się pod ciężarem śnieżnej okiści. Dno lasu przykrywała puchowa kołderka niemalże niezaznaczona śladem wędrującego zwierza. Słońce wydobywało z lodowych kryształów blask po tysiąckroć większy niż światło wszystkich zgromadzonych ludzkim wysiłkiem diamentów. Radość życia zdawała się po brzegi wypełniać wszystkie zakątki tej pięknej krainy. Brnąłem w śnieżnym puchu, mozolnie, noga za nogą, po tropie jednego z kilku stad żubrów zamieszkujących ostępy Puszczy Boreckiej. Las nie skąpił uroków. Na skraju niewielkiej polanki natknąłem się na chmarę jeleni. Kilkaset metrów dalej zajrzałem w oczy sarny, by wkrótce przyglądać się grupie dzików buchtujących dno lasu w poszukiwaniu żołędzi. Mieszane stada ptasiej drobnicy wypełniały zimową puszczę koncertem na dzwonki, werble i inne instrumenty, jakich człowiek jeszcze nie skonstruował. Sielanka niemalże doskonała. W koronach świerków, gnących się pod okapem śnieżnej okiści, uwijały się maleńkie mysikróliki, wypełniając Puszczę delikatnym dzwonieniem. Wokół głęboki śnieg i cisza, drzewa jakby zamarłe we śnie, zastygłe w bezruchu. Zimową porą Puszcza Borecka jest podobna do księgi o czystych białych kartach, w które zostaną wpisane najdrobniejsze nawet zdarzenia: oto nocą przebiegł jeleń, dzik, a w ślad za nimi podążał wilk. Leśny dukt przecięły cztery żubry, najpierw krowa, młody byk i dwoje cieląt. Jastrząb porwał sójkę, na śniegu obok kilku kropli krwi pozostały pióra z charakterystycznym niebieskim lusterkiem. Oto epizody, zapisane karty zimowego pamiętnika — księgi żywota Puszczy. Na skraju Sarniego Wygonu ujrzałem pierwszego żubra, młody, może trzyletni byk, czochrał się o pień potężnego jesionu. Nieco dalej, za zasłoną kępy świerków, grupa żubrzyc z cielętami wygrzebuje żołędzie pod osłoną wiekowego dębu. Zamarłem w bezruchu, podziwiając leśne olbrzymy z odległości kilkudziesięciu metrów. Z młodnika wyskoczyło stado jeleni: popatrzyły, posłuchały i pomaszerowały gęsiego ku rzece. Powoli, krok za krokiem wycofałem się, aby nie zakłócać spokoju prawowitych władców Puszczy — żubrów. List od Jacka…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kon-tiki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…