Wróć do katalogu

Warto spróbować

W pierwszą rocznicę ...

Lew, opublikowano , 50 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Warto spróbować

Pochmurne czoła są jakieś takie pochmurne, takie pochmurne, a stare drzewa są jakieś takie stare. Gołębie zatrzymały się na skwerku przed katedrą. Możliwość cofnięcia się w czasie, bądź popełnienia dobrego uczynku, gdy je nakarmisz. Po namyśle, jednak nie karmię.

Ślub w katedrze. Pannie młodej z podwiązki białej jak lilia wystaje lufa małego, damskiego pistoleciku. Kobieta wie, jak się zabezpieczyć. Taki pas cnoty, tylko współczesny, bierzesz mnie teraz albo cię puknę – czy rozumiesz? Panna młoda pewnie się uśmiecha i z jej dużych okrągłych, błyszczących oczu promienieją blaski. A pan młody jeszcze młody, niewiele wie i niewiele potrafi; skomlał, gdy wydawało mu się, że krzyczy, łasił się jak kotek, gdy udawał, że jest górą, uśmiechał się, i albo jest głupi albo przerażony, w każdym razie umiera.

Ktoś z nas miał wziąć ślub, sypnęły się nawet kwiatki, goździe i ró-żesz kurwa! Ale jeśli głębiej miałbym wejść w całą historię, przedstawiając jej meandry i ciemne zaułki, to nie zostaną czułe słówka, ale powolne odzieranie ze skóry, to nie zostaną ani rytm, ani pulsujące tętno, nieubłagane przy tego typu gatunku, ale samo rzucanie mięsem, obrzucanie się błotem. a zatem cofam się w czasie ale pięknie

Nigdy się nie kochałem. Owszem, platonicznie, to i owszem, było…

- - -

Karina chciała być dzielna. Ciągle tylko nie i nie. Dopiero gdy porządnie znieczuliliśmy się wódą i dłużej nie można było grać, ani udawać, a nasze wady jak leniwe, stare pająki zaczęły wylewać się poza nasze ciała, wtedy coś dostrzegła, wykrzykując: - Ale ty masz fantastyczne oczy!

Do diabła z tym, w ten paskudny dzień, w którym Moja Miłość poszła w inną stronę, a ja zmuszony byłem pójść w inną, a teraz w obliczu Kariny, tylko balkon wydawał się dobrym azylem, ucieczką w inny, lepszy świat; świat osiedlowej blokerii, wychylałem się i wychylałem, kiwałem i kiwałem, aż w końcu wiem, że nie wytrzymałbym bez tego skoku. - chlap, chlap -

Ciało uderzające z drugiego piętra o trawnik wydaje właśnie takie żałosne – chlap, chlap – to chyba były plecy i – jeb. Nie pamiętam. Po odzyskaniu świadomości czułem, jakby wszystkie kości, którymi w danej chwili dysponowałem pękły, kość moralna trzymająca mnie w pionie, również. Metaliczny posmak w ustach informował, że buzia napełnia się krwią i za chwilę wystąpi z jej brzegów. Splunąłem. Poszła farba. Wstałem i pozbierałem swoje resztki, w jednej garści ściskając organizm, drugą poprawiłem kołnierzyk i trzymając się za prawe biodro, mocno kulejąc, wyruszyłem w długą drogę przed siebie. Oto jak zaczął się pierwszy dzień bez miłości.

Ale Karina okazała się dzielna i wywalczyła postęp, który zbliżał mnie do prawdy, a jaka by ona nie była, chciałem spojrzeć jej w oczy. Na razie spojrzałem przed siebie, zostawiam Karinę i obolały maszeruję w kierunku własnego mieszkania. Betonowe getta, tfu! Niektórzy tylko mają to szczęście, bieżącą wodę, sen, oraz nie muszą unikać sąsiadów.

Ostatkiem sił, jak po wyczerpującym karnawale doszedłem do swojego łóżka. Walnąłem się na środek i śniła mi się Ona, Moja jedyna Miłość; prawdziwa, szczera i tak odległa, że nie sposób jej było od razu dopaść. Albowiem wyjechała, goszcząc teraz na jednej z plaż, rozłożonej jak płachta przed Bałtykiem. Ale jej powrót i tak nie zmieniłby niczego. Tak naprawdę rozliczyliśmy się już, i z sumy wspólnie spędzonych dni wyszło nam, że nie możemy wspólnie chodzić na zakupy, ani jadać w restauracji, ani ze sobą po prostu być.

- - -

Jakże dziwne rzeczy dzieją się nieraz na naszych cmentarzach, a zwłaszcza w nieoczekiwanym czerwcu. Niespodziewany atak serca podpływa cicho, jak szpieg z zaciśniętym w buzi nożem. Wchodząc w taki upał coraz głębiej i głębiej podziemnego świata, bez pomocy sterników, kompasów, ani żadnych wachlarzy, ani też żadnych gwiazd, to z drżenia cząstek powietrza można wyczytać przyszłość. A zatem można też się zgubić.

Świeżo-usypany grób trochę na uboczu, tuż przy ogrodzeniu, przypominał wyspę z krzyżem, wystającym jak maszt wbity w nabrzeże. Wcale go nie szukałem, po prostu wyrósł tam zanim wyszedłem z głównej alejki, przy której niejeden pomnik stoi tak okazale i wzniośle, jak pomnik bohatera. Pochyliłem się i jak maleńka łódź uderzająca dziobem o malachitowy brzeg oceanu, zacząłem dziobać literka po literce z przybitej do krzyża tabliczki, deszyfrując napis. Kiedy szukam pogubionych skrawków pamięci, robię wycieczki na cmentarz. Teraz przeczytałem, iż stoję przy nazwisku Koniec-polski. Wtem, nagle coś drgnęło (po tamtym upadku z drugiego piętra pozostał ślad), ramiona drewnianego krzyża opadły i skrzywiły się, było duszno, bo zmienił się wiatr, zwiał i odniosłem wrażenie, że duszy ubywa ciała. Nogi miałem miękkie, a piach z ubitego grobu zaczął wysypywać się ze środka na brzeg. Stałem tam przez chwilę, myśląc, że trup gramoli się aby mnie przywitać, nie wiem, dopóki do głowy nie zapukał pikający obraz - o Boże, to był kret!

Zwierze nie wyjrzawszy na zewnątrz i nie przywitawszy się, anulowało dalszą akcję, a ja zacząłem kręcić się w kółko w poszukiwaniu jakichkolwiek jawnych świadków, ale w obliczu ich braku, padłem na glebę, gryząc ten sam piach. Kret w grobie; no, no, no…

To dzieje się szybciej. Skołowany wychodzę, nie trafiając w odpowiedni autobus. Przejeżdżam przystanek, żar z nieba się leje, sauna, więc wysiadam przy następnym i idę dalej o własnych, znowu nadwątlonych siłach. Przynajmniej próbuję i tyle. Ciągle mam w głowie obraz tego kreta, który jednak z sekundy na sekundę zmienia się na obraz i podobieństwo Magdy, a dalej pamiętam jak przez mgłę, że rzeczywiście gdzieś naprawdę ją dostrzegłem. Sygnały losu pojawiają się więc nieoczekiwanie i z góry, a szanse na to, żeby im się przeciwstawić są chyba zerowe. Biorę to zdanie, ponieważ od tej pory powinienem być czujny, czujny jak kot. - Ale, ale, nie daje mi spokoju jedna rzecz, przecież Moja Miłość wcale nie ma na imię Mag-da, myślę, Mag-da – jest – prze - cież - za - nis-ka.

Urzeczywistnienie skojarzeń sprawdza się, a słowo staje się ciałem i kolejny dzień w pracy przynosi zmartwychwstanie obietnic. Oto Magda objawia się wraz ze swoim uśmiechem i jak gdyby nigdy nic, jej oczy komunikują: -Od teraz będziemy razem. I zaraz wręcza mi prezenty; kaszmirową koszulę, srebrny sygnet na serdeczny palec i kilka płyt. O jednym z utworów Pakto… mówi, że to o mnie, poprawia włosy i się śmieje. Jestem w stanie legalnego osłupienia i nie mogę tego zrozumieć, że ktoś znowu próbuje poderwać mnie z tej cholernej ziemi, na której leżę na wznak, od momentu rozejścia się z Moją Miłością. - Madzia, myślę zostaw to i odejdź, nie oszukujmy przeznaczenia, nie będziemy się przecież bawić w przyszłych tatę i mamę, bo nasze dziecko nigdy nie ujrzy dziennego światła. Nie ma go na żadnym z planów Demiurga. Magda jednak jeszcze o tym nie wie, a ja nie mówię jej o tym głośno. Magda więc bez skrupułów proponuje, że po pracy zabierze mnie na obiad. No cóż, nie mam nic przeciwko. Stać mnie na to, żeby nie kłamać, że tej kwestii nie mam nic do powiedzenia. Niech zabiera.

- - -

Chcecie opowieści o totalnym odlocie? Nie mogę zmrużyć oka. I trwa to już dobrych kilka tygodni, bezsenność wymęcza mnie i ściąga do parteru, a ból serca zwłaszcza w godzinach trzeciej po południu, szóstej, dwudziestej, drugiej trzydzieści i o czwartej nad ranem jest nie do zniesienia. W innych porach - jest - do znie- sie- nia. Nocna lampka czuwa, lejąc pomarańczową wiązkę światła. Kontempluje jedno zdanie. Jest to podpis pod kolorowym zdjęciem z gazety i za grosz nie mogę zrozumieć o co w nim chodzi, wciąż zaczynam to zdanie od nowa i kuśtykam do połowy. W końcu zdaję sobie sprawę, że nie potrafię czytać. Cudownie. Cofnięcie się do praprzyczyny, tak aby zrozumieć nasze rozstanie, wiedzie mnie o wiele dalej niż się spodziewałem. Widocznie jak stara budowla ma runąć i zanim powstanie na jej miejscu coś nowego, to musi rozsypać się wraz z fundamentem, a jakaś niepohamowana siła powinna zdmuchnąć ją z powierzchni ziemi, a ziemię, na której stała, powinien trafić szlak! Potem naprawdę długie lata będą wyrzucały ją definitywnie z naszej pamięci, a morskie fale przykryją. Wtedy w pokorze, w pokutnym worze, i z pewnym przeznaczeniem można cząsteczka po cząsteczce, za pomocą pipety przenieść się za stare morze i posiąść nową ziemię. Ziemię, na której stanie nasz Taj Mahal . Na razie jednak gładko idzie mi zapominanie wyuczonych w szkołach liter, a słowa są jak nic nieznaczące znaki, to i dobrze. W tym wypadku nie ujmuję przy tym sobie, ani żadnym nauczycielom tego fachu.

A teraz chwila odpoczynku, więc wciąż o Niej myślę, ale każdego dnia budząc do życia także siedmiogłowego potwora, zwanego zazdrość.

Magda jest wyrozumiała i ciągle wychodzimy razem na obiady, bądź przynosi do pracy jakiś taki fajny gyros, lub kebab. Z takim wdziękiem, że nie miałbym sił odmówić. Sos zawsze tak śmiesznie ląduje mi na twarzy, że ciągle się z tego, prawie podskakując śmiejemy: - ha ha ha ha, …ha ha…ha... I jest prawie jak Tom Cruise w filmie Rainman, lepiej zorganizowana, bierze mnie za rękę, uczy odpowiadać „tak proszę” i w ogóle podtrzymuje moje koślawe ciało na swoim duchu, no naprawdę wspaniała dziewica!

Nie gniewajcie się, chcę wyjechać. Na chwilę zaczerpnąć innego powietrza, złapać za ogon odrobinę nadziei, chociaż tyle. Bo ile czasu można nie spać? Magda, moja na wpół formalna, na wpół zalegalizowana dziewczyna, dobrze zakotwiczona w temacie moich nie - snów, też się nie sprzeciwia. Ta, której nie porwałem na księżyc i z powrotem, nie wyjąłem z ram i nigdy czule nie objąłem ramieniem, ani nawet nie zbliżyłem się do przejścia na drugą stronę z napisem: kochanie, chyba dzięki temu zyskuje moją wielką przyjaźń. Powtarzam, chcę wyjechać, a głowa mojego starego miasta też kiwa z aprobatą i wcale się nie dziwi.

- - -

W drodze do Pragi korzystam z pociągów pospiesznych i zielonych wagonów klasy drugiej. W porządnie zszytej torbie przelewa się kilka par skarpet, toną koszule, a kosmetyczka, jak tratwa dryfuje po wierzchu. Fotograficznego aparatu nie zabieram, nie obchodzą mnie zdjęcia, ani jakiekolwiek pamiątki. Biorę natomiast dyktafon, stawiam go w pustym przedziale na stoliku przy oknie, słońce zachodzi, właśnie ruszamy i słucham kasety z kompilacją najlepszych nagrań, ułożonych onegdaj przez Nią, moją wielką Miłość. Hmm, hmm, Don’t say you are crazy, you’ re no good – zaczyna swój numer Tracy Chapman, a tu, aż miło patrzeć jak świat za oknem się kołysze, zielona trawa na łąkach podskakuje wraz z kołysaniem pociągu ku zanikającym promieniom słońca, a wszystkie pola chowają swoje wyciągnięte ciała, gruda po grudzie kurcząc je i zanurzając w dolinie snu.

A mi wciąż doskwiera ten sam problem. Nie mogę zasnąć. Stoję sobie spokojnie na korytarzu i nagle zza krzaków jak nie wystrzeli w górę stolica! Miasto w sobotni wieczór opanował clubbing, połączenie dobrej muzyki i orzeźwiającej bryzy świateł. Światła wibrują niby nowe planety i stare gwiazdy, lądowanie wszystkich samolotów naraz. Ach, jakie piękne ewolucje. Samoloty ekwilibrystycznym ruchem dostarczają nowych pasażerów oraz idee, wszystko co w świecie - trendy. Wybaczcie dygresyjny ton, ale potem stolica sprawdza owe trendy, przeżuwa, i wpycha w kiszkę przepuszczając przez maszynkę do mielenia mięsa, liczy wpływy i wypuszcza towar dalej, poza swoje granice – niestety już jako nieświeżą kiełbasę, zwyczajną, potocznie zwaną passe. Ach, jaka piękna. Ten kto z niezrozumiałych dla mnie przyczyn jeszcze nie mieszka w stolicy, a wierzy w modę, może mieć duży problem. Problem z nadążeniem, aby uszczknąć naprawdę łakomy kąsek z pańskiego stołu. I moim skromnym zdaniem, to się może skończyć zwykłym rozwolnieniem, biegunką. A cały swój cenny czas, taki ufający modzie przesiedzi w kiblu postękując i pojękując, z przyczyn obiektywnych nigdy nie otwierając drzwi i nie wchodząc na jasno-oświetlone salony. Kochani, miejsca są już tam dawno zajęte, nie ściągajcie nawet płaszczy, pomieszczenia owszem, są przestronne, ale hermetycznie zamknięte. Tu stewardessa lotu 783, proszę zapiąć pasy, lecimy dalej. Gdzieś się przecież jeszcze liczą polot, rozmach i poszerzanie własnych granic.

Wchodzę z powrotem do przedziału, przedział już zajęty, a jakże, ale stawiam dyktafon na starym miejscu, włączam – cichutko, po czym bezczelnie otwieram puszkę i poddaje się bez - sennym kontemplacjom nadlatujących mar oraz widziadeł. - - - Jeszcze tej nocy wypada przesiadka we Wrocławiu. Ileż kurew rządzi się o tej porze na Wrocławskim Dworcu Głównym! - - -

Ciemność odmaszerowała. O świecie jestem już w górach. Stąd muszę się przesiąść do kolejnego pociągu, wagon jak zwykle drugiej klasy. Sam w maleńkim miasteczku wpijającym się między dwa przerażająco ogromne pasma. Rozglądam się za sklepem i bez problemu kupuję baterie do dyktafonu, ha oto prawdziwy postęp.

A o górach zdaję sobie jasno z tego sprawę, wiem, że nic nie wiem. Spowite mgłą przytłaczają mnie swoją posępną i niedostępną miną. Gdybym w takim miejscu przyszło mi ginąć, sięgać chwały lub wypełniać przeznaczenie, to tylko z Nią, pomyślałem, tylko wtedy to mogłoby się udać i mieć jakiś sens. I właśnie wtedy usłyszałem przeraźliwe pierdzenie wielkich gór.

- - -

Magazyn moich słów. Leży na peryferiach, gdzieś na kolejowej bocznicy z zapuszczoną trawą, mchem i z drobnymi, żółtymi kropkami cieni. Uchylone, stalowe drzwi wpuszczają cię w mrok i w wilgoć, gdzieś kapie denerwująca kropla, która uderza o podłogę i drąży czas. Jestem bardzo daleko, widoczny tylko kropką światła. Magazyn jest posępny, nieprzyjazny, jest na wydechu, w stałej agonii, jak umierająca ci bliska osoba. I tylko od czasu do czasu sapie, próbując wydyszeć swoją kiepsko napisaną historię, dopomina się o miejsce w niej, ale bez podstaw jakiegokolwiek trwania; w sercach lub umysłach. - - - I w końcu Praga! Jest jak wielkie, świeże serce, do którego wjeżdżają i wyjeżdżają coraz to inne samochody, wagony ciągną za wagonem, a pas startowy międzynarodowych linii lotniczych przyjmuje prowiant złożony z ludzkiej energii z całego świata. Wielokulturowość i wielobarwność tego miejsca podczas wakacji jest ponadczasowa i oszałamiająca… I nie jest, ale zawsze wzgórza i pałace Pragi będą nad tobą górować. Hiszpanka w purpurze ma ładny głos a jej figura skupia na sobie uwagę wszystkich słońc. Właśnie za nią idę. Wydaje mi się, że doprowadzi mnie do miejsca, w którym spotkam kogoś, lub coś, ale swoje przeznaczenie. Ech, nagle, co nagle to po diable, jakby więc wbrew sobie, obracam się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i cofam o parę kroków. Przystaję naprzeciw wielkich, brązowych drzwi. Popycham, a one uchylają się z lekkim drżeniem i poskrzypywaniem. Z przyjemnego dla ciała chłodu i mroku dochodzą miłe dla ucha dźwięki. Najpierw pojedynczo, a za chwilę bombardują futurystycznym, erotycznym wibrowaniem. Automaty do gry, Jaskinia hazardu, Coś dla mnie! Zostawiam torbę, zostawiam całą przeszłość za drzwiami, wchodzę do środka wiedziony instynktem, niby ja, ale zupełnie inny ja. Oto pierwsza godzina pobytu na nowym, oto pierwszy podróżny, który zawojuje to miasto bez pstryknięcia nawet palcem, oto człowiek, któremu nie oprze się choćby aura! Jestem tak pewny siebie, że czuję straszliwy przypływ mocy, jakby nowy duch wpełzł do środka i drażniąc cały układ ruchowy, zmuszał do tego kroku. Trybik po trybiku. Bez wahania staję przed automatem, wrzucam pierwszą monetę i pociągam za rączkę. - Teraz albo nigdy, wszystko, albo nic, kochaj albo rzuć! Oczy i usta składają się w pełen pogardy, arogancki grymas, jak u źle widzianych nosicieli wirusów pasków adidasa …

Więc na dzień dobry, w nowym mieście, w ekstra szybkim tempie przegrywam całą swoją gotówkę (zostaje tylko tyle aby opłacić obelżywie podłe i tanie noclegi)– i brakuje mi na to słów wytłumaczenia. To mnie pogrąża, miałem nabierać sił, a tu wlokąc się po chodniku, zanurzam się w totalnej depresji. Zabrałem bagaż i przeszłość zostawione za drzwiami, ważą kilka razy więcej niż przedtem, a myśli o tym, że z Nią byłoby wszystko inaczej, byłoby jak należy, są już nie do zniesienia. Po raz kolejny klęska, ajajaj, co robić, znów przegrałem.

No cóż, zostały mi te cudowne i święte miejsca Pragi, a jest ich w mieście nie mało, gdzie wszelkie prośby mogą być wysłuchane, i z wielkim prawdopodobieństwem spełnione, oczywiście po wcześniejszym wkładzie własnej wiary i uiszczeniu drobnej opłaty. Od tej pory moimi ulubionymi miejscami stają się więc: kościoły, Katedra św. Wita, otwarte paszcze różnych historycznych stworów, fontanny i rzeka – słowem wszystko, gdzie można wrzucić monetę i pomyśleć najgłębsze życzenie. Reszty pieniędzy nie chomikuję. Tak ją załatwię. Moja hojność jest w tym wypadku pełna podziwu… i szybko przekracza finansowe możliwości.

Budząc się pewnego dnia - ha, a więc jednak – budząc! -wpadam na pomysł; choć raczej jest to desperacki i ostateczny krok, niż błyskotliwe rozwiązanie beznadziejnej sytuacji, chodzi oto, że będę wykradał ze stolików niedokończone, ba nawet nie zaczęte talerze z posiłkami. Jest ich tyle, że pewnie nikt się nie zorientuje. Trudno też przewidzieć, że w razie wpadki trafiłbym na krajana, który zaczął by krzyczeć: - oddawaj talerz, przynieś go z powrotem złodzieju! I tak będę twierdzić, jak pewien plakat z wiersza, że to pomyłka, zaszło pewne nieporozumienie, to pomyłka. Zatem ryzyko niewielkie. Ach te świeże, pachnące, praskie, nie mylić z paryskimi bułeczki. Nie ukrywam, że smakują mi najbardziej, ale od tej pory codziennie można mnie zobaczyć z fragmentem Pragi w kącikach ust, z fragmentem Kafki w kącikach ust, z Narodową Galerią i ulgowym biletem wstępu w kącikach ust i Złotą Uliczką, także w kącikach ust.

Codziennie wieczorem, a wieczory są tu lekko mówiąc piękne, najedzony, kuśtykam na Most Karola. Miejsce spotkań wielu; mandoliniarzy, jazzmanów, skrzypków na moście, kochanków, hochsztaplerów, miłośników podróży i zwiedzania, miłośników wydawania pieniędzy, miłośników pędzenie życia w samotności oraz mnie. Handel wokół nie panoszy się i nie wygląda sztucznie. Przystaje obok starego kobziarza, ubranego w białą lnianą koszulę i czerwony kapelusz z czarnym rondem, nie nachalnego, bez euforii handlującego swoją muzyką. Kobza to nieco melancholijny instrument, ale silny, mocny. Od początku przykuwa moje ucho, powiedziałbym, że rozsmakowuje się w jej muzyce, chociaż teraz, wokół tysiąca turystów, wokół morza turystów sprowadzonych z całego wszechświata, jest masowa jak piosenki The Beatles. Znajduję z nią pewną niewidzialną nić porozumienia. Śpiewnik tego muzyka sięga głębiej niż wszystkich pozostałych ma tym moście, sztucznie brzmiących, a to dlatego, ze jego głos błagał o lepszy świat i to błagał przecież z perspektywy osoby w podeszłym wieku, która ciągle nie traciła ducha. (mam parę jego nagrań, albowiem wszędzie ze sobą zabierałem dyktafon, jak będziecie przejeżdżać kiedyś obok nieba, to wpadnijcie, posłuchacie, sami ocenicie). Od tej pory swój codzienny marsz przez Pragę będę kończył na tym niewielkim, muzycznym skrawku nieba. O proszę i tak się rozmarzyłem, iż znów nie opacznie wrzucam drobne monety, to do rzeki tu, to gdzieś tam, do futerału.

- - -

Pokonanie każdego szczebla wyżej wiąże się z pewnym ryzykiem. Zanim jednak zgrabnie wyłuszczę to zdanie jak pestkę , pozwólcie, że oddam się kontemplacji, w tym czasie wypiję może trzysta, może więcej kaw, może morze wina , poddam się wschodniej bryzie, za jakiś czas, nie spiesząc się, może tu wrócę, jestem cierpliwy.

…ulewne deszcze na południu dotarły w końcu do nas, do centrum, do istoty rzeczy, do serca Pragi. Nie padło ani jedno słowo ostrzeżenia, wezbrane wody Wełtawy podtapiają zabytkowe kamienice, hotele, i kawiarniane, powoli cała starówka odpływa na północ. Powódź stulecia – ha – tymże jest ryzyko! Praga znika nam z oczu. Zbliżająca się fala, podmywa jej podwaliny, wymazuje z pamięci i każe zawrócić w głowach mapom, które już zaczęły z niedowierzaniem drapać się po swoich czuprynach. Potężna fala z południa zdaje się przenieść nie tylko stolicę, ale całe Czechy na północ. Poderwać je i wbić jak kopniak zadany w tyłek Polsce. Jednak zanim to nastąpi, jeszcze pszczoły i bąki spokojnie i miarowo wylatują do swoich zajęć, na jasnoróżowe kwiatostany, do przywłaszczonych pergoli. Wiedziałem, że zbliża się kres tej podróży, nie odetchnąłem, może i nie nabrałem więcej wiary w to, że wszystko lepiej się ułoży, ani też nie poczułem noszenia skrzydeł, żadnej otuchy, czy nadziei, ale przynajmniej uzmysłowiłem sobie, że tylko ja mogę sprawić, aby Moja Miłość kiedyś przeszła na moją stronę. I wszystko w tym temacie, i wszystko w tej wycieczce.

Oto kolejna przepowiednia. Pewnego dnia po prostu wiesz, że to jest właśnie ten dzień, w którym nie masz nic do ukrycia, że nagi i szczery jak w słońcu stal, uda ci się w końcu zdobyć pieniądze. Skąd? A zni-kąd. Przepowiednia sprawdza się w ostatni dzień siódmego miesiąca, roku nie pamiętam. Oto w nienagannym stroju, w siódmym dniu mojego pobytu w mieście Golema (mamy już więc dwie siódemki), w koszuli czystej i ze sztywno stojącym kołnierzykiem, jasnych płóciennych spodniach i sandałach (brakowało tylko słomianego kapelusza) stoję oko w oko z sarże dafer polskiej ambasady w Czechach, obwieszczając mu : -Prosiem pan, jeś- tem tu-turys-tą i chcieć poznawać kulturę i zabytki mia-śta, ale wczoraj wie- ciorem zostać brutalnie napadnięty i okradziony…w związku z tym wykładajcie mi tu migiem gotowiznę na powrót! …w związku z tym, ja prosić pan o poży-ćkę dla mnie na powrót do-do kraj …– wypowiadam najsłużebniej jak mogę. Myślałem, że wystrzelę. Zdanie to kompletnie nieprzygotowane, padło jak bezpłciowy, przeterminowany slogan ze słupa reklamowego. W dodatku było wierutnym kłamstwem, ale pracownik ambasady w beżowej koszuli, kazał mi spocząć. Miał spory brzuch i solidny, wojskowy pas zabezpieczający spodnie. Spoglądał niewątpliwie z dużym doświadczeniem wychodzenia zwycięsko z podobnych wypadków, ale stał nade mną i udawało mu się nie patrzeć z góry. Dalsza rozmowa- dialog przebiegała sprawnie i zgodnie z kodeksem postępowania dyplomatycznego, chociaż oczywiście żadnym dyplomatą nie byłem i nie jestem. -Dobrze, proszę więc to wszystko opisać, zabrzmiał głos pewny siebie i silny jak dzwon. Pohukujący między rozległymi, chłodnymi ścianami. O rzesz ty. Przełknąłem ślinę i spojrzałem mu w oczy jak bezpański pies. Poczułem się okrutnie samotny i nieporadny. Rozumiecie – Opisać, opisać coś, co nigdy nie miało miejsca, nigdzie się nie wydarzyło, nie zabrało bezpowrotnie czasu Proustowi, nie przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell, opisać matematyczne zero, wyznaczyć punkt nowej historii, to przecież jest dla mnie o wiele za wiele! Ja nie piszę historii wyssanych z palca.

Było piękne, lipcowe przedpołudnie, a okalający budynek ambasady ogród, pohukiwał przyjemnie rozlanymi barwami i przycięty równo żywopłot nie wpuszczał do środka byle kogo. Ot, choćby nie zaproszonych promieni słońca, więc do połowy ogrodu panował cień. A do połowy ścian budynku ambasady wiciokrzew. W ogrodzie, na drzewach, jakby specjalnie zaaranżowanych, przysiadały gromady szczupłych ptaków z podniesionymi wysoko głowami, obwieszczające radosnym trelem wieści z okolic. Ale ja czułem, że nie mówią o kwiatkach, ani innych pierdołach, ale głośno wrzeszczą o nadciągającej powodzi.

Czułem, że muszę się stąd jak najszybciej wydostać, choć nie popełniłem jeszcze ani jednego zdania na dostarczonej mi przed nos kartce, a przez to nie zbliżyłem się ani na krok do uzyskania pożyczki. Patrzyłem w kipiel kartki biel, znów rozmyślałem o swojej Prawdziwej Miłości. Marzyłem, że tęskni za mną, tak jak ja za nią, marzyłem, że wrócę i swoje pierwsze kroki skierują właśnie ku niej, ba marzyłem nawet, że wychodzi po mnie na dworzec! łapie za rękę i mówi, - wiem co przeszedłeś – już wystarczy, marzyłem że pokornie doczekam, aż zrobiło się jeszcze cieplej, a lekkie podmuchy wiatru z uchylonego okna dopisywały cudowną, wspaniałą resztę. - Proszę pana, eto hazard zniewolił wszystkie moje pieniądze, całą gotówkę, proszę tylko o tyle, żeby wystarczyło na powrót, nic więcej. Oczywiście zwrócę je zaraz po przyjeździe. Przyrzekam. Odłożyłem czystą kartkę, długopis, założyłem nogę na nogę, ręce za kolana i podniosłem ku górze wygląd najszczerszej jakiej mogłem twarzy. - - - Niektóre filmy mają tak zaskakująco dobre zwroty akcji, że przestajemy się zastanawiać w możliwość ich weryfikacji w kontakcie z rzeczywistością. Po prostu wierzymy, że tak może się zdarzyć, nie zadając pytań. Każde pytanie oczywiście rozwaliłoby cały fundament naszej wiary, ale są takie chwile, które doprowadzają nas niemal do łez. Ale do tego potrzebne jest porządnie zbudowane napięcie, bardzo klarownie przedstawiona beznadziejna sytuacja przed nieoczekiwanym zdarzeniem, trud włożony w obnażanie prawdy, stanięcia w prawdzie, jak

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych