Weekend.
Matka i córka zostają wysłane przez pozostałych członków rodziny na przymusowy urlop. Pozostające w konflikcie, pełne wzajemnych pretensji, będą musiały stawić czoła niecodziennym wydarzeniom...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Weekend.
Nie istnieje bezpieczny sposób napełnienia kubka kawą. Nie w jadącym samochodzie. Gorący płyn wymknął się spod kontroli i z utworzył kształtną kałużę u nóg kobiety. Anna zaklęła pod nosem i zakręciła termos. Odeszła jej ochota na kofeinę. Dopiero po chwili dotarło do niej, że zaklęła na głos. Przy matce. Mimo swoich dwudziestu czterech lat, nadal czuła się nieswojo w jej obecności. Zastanawiała się dwa razy przed zapaleniem papierosa, czy wypiciem puszki piwa. O przeklinaniu nie wspominając. Godzinę temu zjechały z drogi krajowej numer siedem. Cel ich podróży, malutka miejscowość Komorowo, w województwie warmińsko-mazurskim, zdawała się oddalać z każdą godziną spędzoną w trasie. Zmieniały się przy kierownicy co sto pięćdziesiąt kilometrów, starając się nie mówić zbyt dużo o czekającym ich weekendzie. Trzy dni w szesnastowiecznym dworku, malutkim pensjonacie na końcu świata. Na pomysł tak absurdalnego prezentu wpadł jej mąż i, w porozumieniu z jej ojcem, zorganizował cały wyjazd. -„Od tak dawna ze sobą nie rozmawiacie.” – Argumentował. – „Pojeździcie konno, poszukacie grzybów…”- Zamilkł pod ciężarem jej mrocznego spojrzenia. Co ciekawe, nawet ojciec wykazał się niespotykaną u niego determinacją. Tak jak Anna, jej matka została postawiona przed faktem dokonanym. Kobiety otrzymały potwierdzenie rezerwacji dla dwóch osób, mapę drogową z punktem docelowym zaznaczonym ogromną, czerwoną kropką, oraz zapas prowiantu, szykowanego najwyraźniej z myślą o batalionie wojska polskiego. -„Bawcie się dobrze, dziewczyny!” – Słowa ojca odbiły się od bariery milczenia, wzniesionej przez dwie zirytowane kobiety. Wsiadały właśnie do samochodu, chcąc mieć ten wyjazd jak najszybciej za sobą. -„Potrzebujecie chwili odpoczynku. – Kontynuował niezrażony. – Uśmiechnij się, Teresko! Od lat nie miałaś wakacji.” – Mimo całej niezręczności sytuacji, Anna omal nie wybuchła śmiechem widząc niemą furię matki. W jednej kwestii rozumiały się bez słów. Obie w równym stopniu nienawidziły zarówno niespodzianek, jak i wakacji.
Na mapie drogowej wszystko znajduje się na swoim miejscu. Cienkie nitki dróg prowadzą w jasno określonych kierunkach, kierując podróżnych do celu ich podróży. Teoretycznie. Stały na poboczu wiejskiej drogi, wpatrując się ponuro w rozłożoną na masce „Najdokładniejszą Mapę Drogową Polski”. -Tego zjazdu nie powinno tu być. – Teresa Buniecka spojrzała na córkę, szukając potwierdzenia. Anna zmarszczyła brwi i ponownie zlustrowała mapę. -Nie powinno. – Przyznała. Nie licząc cichego pomrukiwania pod nosem, była to jej najdłuższa wypowiedź podczas całej, sześciogodzinnej podróży. Teresa poczuła, jakby cofnęły się w czasie i ma oto przed sobą młodszą, czternastoletnią wersję swojej córki. -„Kiedy do tego doszło?”- Zastanawiała się. Pozwoliła Annie przejąć inicjatywę, pragnąc mieć chwilę na swobodną obserwację jej poczynań. Wciąż nie mogła oswoić się z nowym obliczem tak bliskiej jej osoby. Takim poważnym i odrobinę pretensjonalnym. -Pojedziemy tędy. – Młoda kobieta zdecydowanym ruchem złożyła mapę. Teresa nie protestowała. Potrafiła zgubić się na własnym osiedlu, nie zamierzała więc polemizować w kwestii kierunku. Dochodziła dwudziesta pierwsza, zapadał zmrok. Wsiadły do wozu i ruszyły w dalszą drogę.
Teresa pierwsza zauważyła zabudowania. Dworek wyrósł przed nimi nagle, jak spod ziemi. Nieduży, o grubych, kamiennych murach i pięknym, okrągłym podjazdem. Nie zlokalizowawszy parkingu, zaparkowały niedaleko wejścia i ruszyły na rekonesans. -Jak nazywa się nasz hotel? – Zapytała Teresa. Nie przeglądała jeszcze ulotki wręczonej jej przez miejsca. Zresztą i tak nie miałaby jej z czym porównać , ponieważ nad wejściem nie dostrzegła żadnego szyldu. Kobieta odniosła dziwne wrażenie, że zajechały na teren prywatnej posiadłości i lada moment zostaną poszczute psami. -„POD LŚNIĄCYM ORĘŻEM” - Odpowiedziała Anna, chowając do kieszeni prospekt reklamowy. Weszła na schody i zastukała ogromną, mosiężną kołatką. -Na zdjęciu wydawał się jakiś inny. – Zauważyła. – I znacznie większy. Czekały dłuższą chwilę, zanim grube drzwi drgnęły i stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna w ciemnym fraku. Powitał grzecznie obie kobiety i zaprosił do środka. Kiedy znaleźli się w przestronnym holu o kamiennej posadzce, jegomość zatrzymał się nagle w wyczekującej postawie, najwyraźniej oczekując od gości jakiś wyjaśnień. Teresa poczuła się nagle zakłopotana. -Trochę błądziłyśmy po drodze i nie jesteśmy pewne, czy dotarłyśmy tak, gdzie zamierzałyśmy. – Wyjaśniła. – Czy to hotel „POD LŚNIĄCYM ORĘŻEM?”
Widząc szeroki uśmiech na twarzy mężczyzny (z niepokojem zanotowała fakt, że nie jest w stanie ustalić jego wieku; zaklasyfikowała go do przedziału pomiędzy 35. a 95. rokiem życia), kontynuowała: -Mamy rezerwację na weekend, na nazwisko Buniecka. – Z ulgą przyjęła energiczne, choć nieme przytakiwanie. Nie miała siły na szukanie innego hotelu, przynajmniej nie o tej porze. Uśmiechnięty pracownik odwrócił się i ruszył w stronę dużego kontuaru, znajdującego się w kącie pomieszczenia. Wrócił z kanciastym, żeliwnym kluczem w dłoni. -Pokój numer dwanaście. – Oznajmił. – Pierwsze piętro. -Nie powinnyśmy się zameldować? – Teresa nie lubiła odkładać niczego na później. Mężczyzna przyjął to ze zrozumieniem. I nic poza tym. -Panie są zmęczone, jest już późno. Formalności dopełnimy jutro. – Uciął dyskusję. Nie oponowały. Ruszyły w stronę schodów.
Matka naprawdę się starała. Anna musiała to przyznać. W trakcie rozpakowywania toreb i komentowania wystroju pokoju, ani razu nie poruszyła drażliwego tematu jej pracy. Zachwycała się grubymi zasłonami i sztukaterią pod sufitem („Piękne, tylko czy one czasem nie pojawiły się u nas dopiero w XVIII wieku?”), zdobieniami na sprzętach w łazience, oraz baldachimami rozwieszonymi nad łóżkami. Córka była pod autentycznym wrażeniem. Godzinna analiza każdego skrawka pokoju najwyraźniej wciągnęła jej matkę do tego stopnia, że odstąpiła od dopytywania o szczegóły jej odejścia z pracy. Wieczorem wybrały się na zwiedzanie hotelu. Puste korytarze i chłodne przeciągi nie zachęcały do zbyt długiego spaceru. Zeszły na parter, gdzie dotarł do nich przytłumiony odgłos muzyki i rozmów. Przecięły hol i weszły do dużego pomieszczenia, rozświetlonego światłem rzucanym przez wielki, kryształowy żyrandol i dziesiątki rozstawionych wszędzie świec. Salon był pełen ludzi. Kobiety z pewnym niepokojem skonstatowały, że trafiły na oficjalne przyjęcie, na którym obowiązywały stroje wieczorowe. Po pokoju krążyło z wdziękiem około dwudziestu osób; pogrążeni w rozmowach nie zwrócili uwagi na nieproszonych gości. Pośpiesznie, z niepewnymi minami, wycofały się do holu aby zdecydować, co dalej robić. Zegar wybił dwudziestą pierwszą. - Tak na dobrą sprawę, mogłybyśmy się już położyć. – Anna rozejrzała się z rezygnacją. – Jutro spróbujemy zintegrować się z pozostałymi gośćmi. -Chłopcy powiedzieliby, że miałyśmy integrować się ze sobą. – Zauważyła Teresa. Anna ze zdumieniem dostrzegła kpiący wyraz oczu swojej rodzicielki. Nie podejrzewała matki o posiadanie poczucia humoru. Podjęła grę. -Bez promili się nie obejdzie. – Stwierdziła kategorycznie. -Spakowałam butelkę Martini. – Odpowiedź zaskoczyła ją. I ucieszyła. -Te wakacje zaczynają mi się podobać. – Zachichotała. Annę ogarnęło uczucie spokoju i zadowolenia. Kto wie, może ich mężczyźni faktycznie znaleźli dobry sposób na wymuszenie na nich rozejmu? Matka i córka w doskonałych humorach powędrowały z powrotem do pokoju.
To był dziwny wieczór. Anna podejrzewała, że to zmęczenie po długiej podróży sprawiło, że upiły się już pierwszą szklanką napoju (w pokoju nie znalazły kieliszków, a żadnej nie chciało się iść na ich poszukiwanie). Prawdopodobnie stres też miał w tym swój udział. Słodkie, białe Martini przełamało blokadę, która od ponad trzech lat uniemożliwiała kobietom szczerą rozmowę. Zanim się obejrzały, potok słów płynący z ich ust przybrał postać rwącej, oczyszczającej rzeki. I choć kilkakrotnie omal nie doszło do kłótni, butelka została opróżniona w atmosferze wzajemnego zrozumienia.
Matka położyła się spać, jednak Anna wciąż starała się pozbierać rozbiegane myśli. Nie mogła uwierzyć, że jedna rozmowa mogła przełamać impas, który pojawił się w ich wzajemnych relacjach. Ogarnęły ją wątpliwości, czy dzisiejsza szczerość nie odbije się jej czkawką jutro, kiedy do umysłu jej rodzicielki dotrze informacja, którą tak długo bała się jej przekazać. O tym, że porzuciła pracę w korporacji nie z powodu tyranii szefa (był to stan tak naturalny, że nie zmusiłby jej do odejścia), zbyt niskich zarobków (nie mogła narzekać), czy dwudziestogodzinnego dnia pracy (norma). Odeszła z powodu nudy. Skrajnej nudy, która doprowadzała ją do rozpaczy, redukując pracę jej umysłu do wykonywania narzuconych zadań i rozliczania innych z wyników. Nudy, która bolesnym marazmem sparaliżowała jej wolę, niszcząc ciekawość świata i zniechęcając do planowania przyszłości. Która ogłupiała i czyniła pójście na bezrobocie alternatywą ciekawszą od awansowania na szczeblach korporacyjnej kariery. Młoda kobieta nie mogła zasnąć. W budynku panowała absolutna cisza; dochodziła druga w nocy. Anna stwierdziła, że to zbyt niski poziom alkoholu we krwi jest przyczyną dręczących ją, czarnych myśli. Postanowiła szybko zaradzić temu przykremu zjawisku. Narzuciła szlafrok na ramiona i wymknęła się na korytarz. Noc była na tyle jasna, że trafiła do kuchni bez konieczności włączania ani jednej lampy. Jednak gdy stanęła w tym dużym, wyłożonym kamiennymi płytami pomieszczeniu zrozumiała, że księżycowa poświata nie ułatwi jej zadania. Kobieta ruszyła wzdłuż ścian, po omacku szukając włącznika światła. Raz po raz natrafiała na wieszaki i półki, jednak nigdzie nie było tego, na czym jej zależało. Przeklinając w duchu własną głupotę i brak wstrzemięźliwości, zatrzymała się zrezygnowana. Straciła ochotę na wino, którego butelkę miała nadzieję znaleźć w jakiejś szafce; zamiast tego zapragnęła natychmiast opuścić to ponure, zimne pomieszczenie. Ruszyła do wyjścia, jednak zaraz zatrzymała się zdezorientowana. Gdzie właściwie znajdowały się drzwi? Dopiero po kilku minutach gorączkowych poszukiwań (swoją drogą, nie mogła uwierzyć, że zdołała zgubić się w kuchni!) zlokalizowała prostokątny otwór w ścianie. Wkroczyła w niego zdecydowanie. I zderzyła się z kimś. Stłumiła okrzyk i odskoczyła gwałtownie. Na wysokości jej twarzy rozżarzyła się końcówka papierosa; owionął ją zapach dobrego tytoniu. Postać w ciemności roześmiała się. -Przepraszam najmocniej. Nie chciałem pani przestraszyć. – Ciepły, męski głos wzbudzał zaufanie. -To ja przepraszam, że plączę się po nocy. –Właściwie nie miała za co przepraszać, poczuła jednak nieprzepartą chęć wytłumaczenia się. – Nie mogłam znaleźć włącznika światła. – Poskarżyła się. -Nic dziwnego. - Ciemna postać nie poruszyła się. Nawet tlący się papieros nie oświetlił twarzy mężczyzny. - To stary budynek w którym nic nie znajduje się na swoim miejscu. Aby włączyć lampę w kuchni, musi pani użyć włącznika umieszczonego w holu. Znów ten cichy, miły dla ucha śmiech. I niespodziewane pytanie. - Nie napiłaby się pani ze mną kieliszka miodówki? W pierwszej chwili Anna przeraziła się, że biegając po kuchni, bezwiednie wypowiedziała na głos swoją potrzebę. Doszła jednak do wniosku, że nawet gdyby tak było, propozycja była miłym gestem ze strony nieznajomego. -Z przyjemnością. Nigdy jeszcze nie próbowałam miodówki. To rodzaj nalewki, prawda? -Raczej słodkiej wódki. – Żarzący się punkt znikł, kiedy mężczyzna stanął bokiem, przepuszczając ją przodem. –Zapraszam do salonu. Anna nie wahała się dłużej. Starając się nie myśleć o tym, że ma na sobie błękitno-różowy szlafrok, ruszyła we wskazanym kierunku. * Koń był całkiem ładny. Fakt. Teresa nie mogła zaprzeczyć, że nieduży gniadosz sprawiał sympatyczne wrażenie. Zachodziła jednak w głowę, dlaczego Annie tak bardzo zależało na tym, aby ten dzień rozpocząć od konnej przejażdżki. -Obiecałyśmy tacie. - Przypominała po raz kolejny córka. Kobieta zerknęła z powątpiewaniem na swoją latorośl. W przeszłości wielokrotnie jeździły wierzchem w szalone tereny; od tego czasu minęło jednak kilka dobrych lat. -Ale damskie siodło, to już przesada. – Teresa nie dawała za wygraną. Dziwaczna konstrukcja umieszczona na końskim grzbiecie wzbudzała w niej autentyczny strach. Nigdy nie siedziała na takim siedzisku i nie zamierzała zmieniać tego stanu rzeczy. Niestety jej sprzeciw nie zrobił na córce najmniejszego wrażenia. Tak samo, jak na recepcjoniście, który opuścił swój posterunek w holu, by osiodłać i przyprowadzić wierzchowce. -Wbrew pozorom jest bardzo wygodne. - Szczupła twarz wydłużyła się dziwacznie, gdy mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Teresa z niepokojem obserwowała stopień rozciągnięcia zmarszczek wokół jego ust. -„Ten człowiek jest z gumy.”- Przemknęło jej przez myśl. -Pojedziemy tylko na krótki spacerek. – Zachęcała Anna. Teresa nie lubiła być do niczego zmuszana. Uznała jednak, że na potrzeby tego weekendu może zdecydować się na małe ustępstwo. Choćby kosztem zrobienia z siebie pajaca w damskim siodle. -Ale będzie pan musiał mnie podsadzić. – Westchnęła z rezygnacją. Jej decyzja została przyjęta z entuzjazmem.
Naprawdę bardzo się starała, nie była jednak w stanie powstrzymać grymasu bólu. Choć sama pozycja w siodle, z nogami ułożonymi po jednej stronie konia, rzeczywiście z początku wydawała się wygodna, jednak utrzymanie się w niej podczas jazdy nie było wcale taką prostą sprawą. Zwłaszcza w szybszych chodach, kobieta marzyła o tym, aby móc usiąść po męsku i odzyskać równowagę. Zamiast tego spłynęła potem, starając się wczuć w rytm galopu i nie fiknąć kozła na drugą stronę wierzchowca. Z niekłamaną satysfakcją dostrzegła, że Anna także ma napięty wyraz twarzy. Już miała sformułować jakąś uszczypliwą uwagę, kiedy córka zatrzymała gwałtownie swojego siwka i odwróciła się do niej. -Zaszalejemy trochę? – Zanim sens tych słów dotarł do umysłu obolałej Teresy, siwek ruszył z miejsca szybkim galopem. Jej gniadosz, nie czekając na zachętę, wystartował w ślad za nim, nie odmawiając sobie radosnego bryknięcia. Wczepiona w pałąk siodła prawa noga zaprotestowała potwornym bólem, kiedy kobieta odchyliła się gwałtownie, łapiąc równowagę. Mamrocząc pod nosem niecenzuralne treści, Teresa pozwoliła powieźć się przez ogromną, ciągnącą się po horyzont łąkę. * -Skoro powrót do starej pracy nie wchodzi w rachubę, co zamierzasz robić w najbliższym czasie? – Starała się, aby ton nie wskazywał na ogromny ładunek frustracji i złości, jaka kłębiła się w niej od chwili, w której usłyszała zwolnieniu córki (nie odejściu, jak tamta próbowała przekonywać). Stępowały na długiej wodzy, jadąc obok siebie. Po szalonej gonitwie przez łąki, nadeszła kolej na spokojny spacerek leśną drogą. Idealna okazja do przeprowadzenia poważnej rozmowy: obie były zbyt zmęczone, aby móc poważnie się pokłócić. -Myślałam o powrocie na studia. – Odpowiedź zaskoczyła ją. – Konkretnie, na filozofię. Teresę niepokoił rozmarzony wyraz twarzy, jaki pojawił się na twarzy Anny. Miała szczerą nadzieję, że córka zrobiła jej okrutny żart. -Skończyłaś już studia. – Przypomniała jej. Nie mogła uwierzyć, że musi tłumaczyć takie podstawy dorosłej córce. – Teraz już pora na pracę. Masz męża, myślicie o dziecku. To niepoważne. Dostrzegła pierwsze oznaki irytacji. Nerwowy ruch głowy i ostre spojrzenie, jakim została uraczona. Nie poddawała się jednak. -Bądź rozsądna. – Przekonywała. – Choć może zmiana pracy rzeczywiście dobrze ci zrobi. Najwyraźniej właśnie tego potrzebujesz. Oznaki irytacji nasiliły się. Pojawiło się namacalne napięcie; udzieliło się zwierzętom, które zaczęły energicznie strzyc uszami. -Dość się napracowałam, w ciągu ostatnich kilku lat. – W głosie Anny słychać było pretensję. – Studia to dobry pomysł. Sposób na samorealizację. Tym razem to Teresa nie odpowiedziała. Nie mogła uwierzyć w naiwność swojego dziecka. -Artur nas utrzyma, a po filozofii też można naleźć dobrą pracę. – Córka kontynuowała. - Ciekawą pracę. – Dodała. -Ciekawą pracę! – Teresa nie mogła tego słuchać. – Praca nie musi być ciekawa! Ma być dochodowa! – Odruchowo przechyliła się w prawo, czym zaniepokoiła swojego wierzchowca. -Takie infantylne treści mogą wygłaszać nastolatki, marzące o pokoju na świecie! – Musiała to z siebie wyrzucić. – Najpierw znajdź kolejną posadę, potem baw się w swoją filozofię! Zaocznie! -Już postanowiłam. - Anna spojrzała na matkę. Jej twarz wyrażała autentyczną wrogość. – Poszłam na studia ekonomiczne, bo mnie do tego nakłoniłaś. Harowałam jak wół, bo twierdziłaś, że kariera to najlepsza rzecz pod słońcem. Choć nie podnosiła głosu, jej cicha furia podziałała na matkę jak kubeł lodowatej wody. Teresa wpatrywała się w jadącą obok młodą kobietę z niedowierzaniem. Anna miała jej jednak jeszcze kilka rzeczy do powiedzenia. -Nie proszę cię o radę, więc mi jej nie udzielaj. – Przewiercała matkę zimnym spojrzeniem. – Nie chcę też wiedzieć, co o tym myślisz. Nie interesuje mnie to. Zapytałaś o moje plany, więc ci je wyjawiłam. - Zrobisz, jak uważasz. – Tylko taka odpowiedź przyszła Teresie do głowy. Wiedziała, że w obecnej chwili córka zacięła się w swoim postanowieniu i nie przyjmie do wiadomości żadnych argumentów. Zdumiała ją jednak siła, z jaką Anna obstawała przy swoim zdaniu. Prawdopodobnie planowała to posunięcie od dłuższego czasu i nie zamierzała łatwo z niego zrezygnować. -Powiem ci tylko, że popełniasz ogromny błąd. A totem rozległ się ogłuszający trzask, kiedy wiekowe drzewo runęło tuż za ich plecami. Echo rozniosło się w trzech, ciągnących się w nieskończoność falach. Tylko ich dźwięk towarzyszył zaskoczonym kobietom, starającym się za wszelką cenę utrzymać na spłoszonych, pędzących w nieznane koniach.
* Anna musiała przyznać, że miodówka była wyśmienita. Właśnie tak, „wyśmienita”. Nie lubiła tego słowa, było zbyt pretensjonalne. A jednak pasowało do tego złotego, mocnego trunku. Tak mocnego, że po pierwszym łyku naprawdę ją zatchnęło. -Miał pan absolutną rację. – Kiwnęła głową w stronę swojego rozmówcy, siedzącego w fotelu naprzeciwko. Mężczyzna uśmiechnął się z satysfakcją. Teraz już mogła w spokoju przyjrzeć się jego twarzy. Był niezaprzeczalnie najprzystojniejszym przedstawicielem płci brzydkiej, jakiego przyszło jej spotkać od wielu lat (dorównywał mu jedynie Michał, jej pierwsza miłość z podstawówki; Anna podejrzewała jednak, że pamięć płata jej figla i to jej obecnemu towarzyszowi należy się palma pierwszeństwa). Ciemne, przenikliwe oczy patrzące na nią spod krzaczastych brwi, prosty nos i mocno zarysowana szczęka rekompensowały nijaki kolor włosów i ubiór. Właśnie. Chociaż rozmawiali już drugą godzinę, wciąż zerkała na ciemnobordowy szlafrok (tużurek?) którym był opatulony Roman Sadowski, właściciel zameczku. -To mój ulubiony trunek. – Stwierdził. –W dodatku pasuje na każdą okazję i do większości dań. -Choć najlepiej smakuje wieczorem, na zakończenie ciężkiego dnia. – Zgadła Anna, pociągnąwszy kolejny łyk. Gospodarz czym prędzej napełnił jej kieliszek. Rozmawiali o wszystkim. On opowiedział jej o nieporozumieniach z sąsiadami, o problemach ze służbą i o miłej odmianie, jaką daje mu przyjmowanie gości. -Niosą ze sobą powiew nowego świata, swoje historie, czasem troski. – W jego głosie pobrzmiewał żal, którego młoda kobieta nie mogła pojąć. -Ma pan wspaniały dworek. – Przypomniała mu. – Niewiele osób może to o sobie powiedzieć. -Dwór to tylko budynek, rzecz. Nic nie zastąpi ludzi. - Brzmiała odpowiedź. -Dzisiaj odbyło się tu przyjęcie. – Zauważyła, odruchowo rozglądając się po pogrążonym w półcieniu pomieszczeniu. Urządzone z przepychem, jakiego Anna jeszcze nie widziała, oświetlone było kilkoma świecami. Większość światła pochodziła z dużego, kamiennego kominka, przy którym obecnie siedzieli. -Przyjęcie. – Powtórzył Roman. – Rzeczywiście, czasami odwiedzają mnie znajomi z dawnych lat. – Strzepnął do popielnicy popiół z cygara, które Anna wzięła wcześniej za papierosa. -I pomysł, aby wszyscy ubrali tak piękne stroje. – Westchnęła. Po chwili przestraszyła się, że wydało się, iż wtargnęła na spotkanie nieproszona. -Zajrzałyśmy tu z mamą przez pomyłkę. – Dodała szybko. -Opowiedz mi o swojej matce. – Znów ta bezpośredniość, podobna w formie do sposobu, w jaki zaprosił ją na degustację miodówki. -To taka piękna kobieta. Nie wiedzieć kiedy, jej kieliszek napełnił się po raz kolejny. Anna nie zauważyła nawet, że przystojny gospodarz zrezygnował z oficjalnej formy zwracania się do niej. Ani tego, że w którymś momencie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil GRAF@
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…