Wojna o
Czwarta z pięciu części "Wojny o Elmo"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Okres przygotowania jednostek do ewentualnej akcji dobiegał końca. Teraz przyszła kolej na sprawdzian. Dowódcy poszczególnych oddziałów desantowych po zameldowaniu gotowości swych jednostek dowiedzieli się, że w najbliższym czasie odbędzie się próbny alarm i ćwiczenia. Od tego czasu upłynął już prawie cały dzień. Nie prowadzono żadnych ćwiczeń, a komandosom pozwolono po prostu odpocząć. Wszystkie trawniki bazy były pełne śpiących lub bawiących się komandosów. W hali sportowej trwał wielogodzinny mecz koszykówki, a z kąpieliska obok portu dochodziły odgłosy radosnego pluskania. W całym tym, skądinąd celowym, rozluźnieniu nikt nie zauważył wyjścia w morze dwóch statków i startu kilku samolotów transportowych. Po kilku godzinach, gdy sztab otrzymał informację o gotowości wszystkich jednostek mających symulować obiekty ataku, naczelny dowódca przekazał szefowi operacyjnemu jednostki rozkaz:
Dowódca jednostki SEAL Marynarki Wojennej USA komandor Reg Matino Specjalny rozkaz ćwiczebny nr.1 Przeciwnik opanował pobliską wyspę wraz z portem. W głównym mieście wyspy wziął zakładników i żąda negocjacji z naszym rządem. Prezydent USA po nieudanych próbach osiągnięcia porozumienia wydał rozkaz odbicia zakładników i wyspy z rąk wroga. Rozkazuję sztabowi jednostki SEAL opracować i wykonać plan odbicia zakładników i przejęcia wyspy. O postępach prac meldować dowódcy jednostki. W załączniku mapy i materiały wywiadu mogące przydać się w realizacji misji.
W sztabie rozpoczęła się gorączkowa praca. W ciągu kilku godzin opracowano plany operacyjne dla poszczególnych jednostek szturmowych i przekazano je ich dowódcom. Równocześnie z tym ogłoszono alarm w jednostce.
W całej jednostce zawrzało jak w ulu. Ze wszystkich stron do baraków biegli komandosi. Każdy z nich musiał się przebrać w mundur polowy i założyć pełen ekwipunek. Potem musiał udać się do zbrojowni po swą broń i amunicję, oczywiście ćwiczebną. Z tym wszystkim stawiał się na zbiórce w umówionym miejscu. W ciągu pół godziny oddział Gregsa był już w komplecie na placu przed ich barakiem. - Dobra chłopaki! Zaczynamy ćwiczenia mające sprawdzić zgranie całej jednostki. – powitał swych podwładnych – Pamiętajcie. Macie dać z siebie wszystko! Odpowiedział mu bojowy okrzyk. - A teraz do rzeczy. Przeciwnik opanował pobliską wyspę i wziął w mieście zakładników. Jednostce nakazano opanowanie sytuacji. Nasz oddział ma wraz z dziesięcioma innymi opanować port, po czym udać się do miasta. Mamy wejść do jednego z biurowców, gdzie przetrzymywani są zakładnicy, podczas gdy reszta zabezpieczy okolicę budynku. Po dobiciu przetrzymywanych mamy wycofać się z nimi do portu i ewakuować się z wyspy. Jakieś pytania? Odpowiedziało mu milczenie. Jego chłopcy wiedzieli, że ich szef zawsze wie co robi. - Dobrze. Oto lista sprzętu, jaki będzie nam potrzebny: trzy HUMMERY z karabinami maszynowymi na dachach, wyrzutnia przeciwpancerna i zapas pocisków, dwa miotacze granatów, trzy zestawy do wspinaczki miejskiej, taran i tarcza do penetracji budynków. Tyle nakazuje nam dowództwo. Resztę bierzemy według naszego uznania. Ja ze swojej strony proponuję wziąć kilka skrzynek granatów odłamkowych i dymnych. Zrozumiano? Tak? To jazda! Widzimy się za piętnaście minut! Komandosi ruszyli w stronę magazynów jednostki. Gregs nie musiał im przydzielać ekwipunku, sami dobrze wiedzieli, kto i co ma wziąć. Poszedł za nimi po ekwipunek dla siebie. Oprócz swego ulubionego M-16 z celownikiem optycznym i latarką wziął pistolet kalibru 9mm z tłumikiem i kilka granatów. W resztę kieszeni poupychał zapasowe magazynki. Tak obładowany poszedł przed barak swej jednostki. Czekali tam już na niego. - Mamy wszystko? – zapytał. Odpowiedział mu pomruk potwierdzenia. - Co wzięliście dodatkowo? - Ja i Brian mamy po skrzynce granatów, a każdy ma po pięć dymnych. Alex ma też skrzynkę amunicji do karabinu maszynowego. – odpowiedział mu jeden z jego ludzi. - Myślicie, że wystarczy? –spytał Gregs z powątpiewaniem. - Powinno. Każdy ma przecież podwójny zapas amunicji. – usłyszał w odpowiedzi. - A chyba że tak. Macie tłumiki do zabawy w mieście? - Jasne. - Dobra. To walimy do portu! Wszyscy do samochodów!
W porcie panował wzmożony ruch. Ze wszystkich części bazy docierały kolejne oddziały. Obsługa portu kierowała je do odpowiednich statków, ale i tak szybko zrobił się tłok. Oddział Gregsa po odstaniu kilku minut w kolejce wjechał wreszcie na pokład przeznaczonego dla nich transportowca. Gdy już stanęli, Gregs pozwolił swoim ludziom odpocząć, a sam poszedł szukać kapitana. Na mostku dowiedział się, że plan akcji nie zmienił się i że rozpoczynają zgodnie z planem. Po powrocie do swoich ludzi rozpoczął odprawę w jednym z wozów. - Chłopaki, chodźcie tu! Zaczynamy odprawę. Odczekał chwilę, aż wszyscy się zbiorą i kontynuował: - Zaczniemy od klasycznego wejścia do portu na pontonach i opanowania tej części nabrzeża – to mówiąc wyjął z mapnika plan i zakreślił na nim krąg palcem. - Po zabezpieczeniu portu, wejdą do niego statki i rozładujemy resztę sprzętu. Potem wraz z pozostałymi czterema ekipami wyruszamy do miasta. Podczas gdy reszta, wraz z naszymi karabinami maszynowymi, będzie pilnować nam tyłków, my opanowujemy budynek i wyprowadzamy zakładników. Wszystko robimy zgodnie z przyjętymi procedurami. Żadnego szarżowania. Zrozumiano? - Tak jest! – odpowiedział mu chór głosów. - W porządku. Według planu mamy przejść na pontony za godzinę. Za 45 minut spotykamy się przy samochodach. Dziękuję i życzę miłego rejsu. Oddział rozszedł się po całym pokładzie. Wszyscy wiedzieli, że to tylko przygrywka do ostatecznej operacji, lecz brali to naprawdę serio.
Dokładnie o wyznaczonym czasie Gregs wraz ze swym oddziałem zszedł do dwóch pontonów i po sprawnym odbiciu od burty statku powiosłował w stronę portu wroga. Wraz z nimi płynęło jeszcze dziesięć oddziałów i dwie amfibie mające udzielić ewentualnego wsparcia. W odległości około stu metrów przed falochronem amfibie wyłączyły silniki i zatrzymały się. Odgłos ich maszyn mógł zaalarmować obrońców. Pontony bezszelestnie weszły do portu i rozpłynęły się do wyznaczonych punktów. Gregs wraz ze swoimi ludźmi miał około dwustu metrów do ich nabrzeża. Dopłynęli tam dość szybko. Po zgłoszeniu przez radio gotowości czekali na rozkaz do ataku. Po kilku minutach w umieszczonych w uchu słuchawkach wszyscy dowódcy usłyszeli głos kierownika operacji: - Uwaga! Uwaga! Do wszystkich! Na mój znak rozpoczynamy atak! Trzy... Dwa... Jeden... Naprzód! Naprzód! Naprzód!!! Gregs machnął ręką zezwalając swym ludziom wejść na nabrzeże. Po chwili dwóch ludzi było na górze. - Tu zwiad jeden. Czysto! - Tu zwiad dwa. Czysto! – meldowali przez radio. Gregs po raz kolejny wskazał na brzeg i reszta komandosów jeden po drugim wyszła na górę. Pontony pozostawili przywiązane do słupków cumowniczych. Na nabrzeżu Gregs szybko ocenił sytuację. Wszystko wyglądało dość spokojnie, aż za spokojnie. Przed nimi ciągnął się pas magazynów i stały żurawie portowe. W głębi widać było główny plac portu. Po chwili zastanowienia wydał przez radio kolejne rozkazy: - Tu dowódca. Grupa alpha sprawdza magazyny na lewo, a grupa bravo na prawo od nas. Jak dojdziecie do końca, meldujcie. Karabiny maszynowe ubezpieczać w obydwie strony. Snajperzy wejść na dźwigi i pilnować nas. Wsparcie strzela tylko na mój rozkaz. Wykonać! Od oddziału oddzieliły się dwie kolumny i odeszły w kierunku zabudowań. Po chwili ruszyli snajperzy. Strzelcy rozstawili karabiny maszynowe i zamarli przy celownikach. Gregs miał ustawiony nasłuch na wszystkich częstotliwościach przeznaczonych dla jego ekipy, słyszał rozmowy grup przy magazynach i ubezpieczenia. - Tu snajper jeden. Jestem na pozycji. Widzę magazyny i około połowy placu portowego. Po placu chodzi trzyosobowy patrol wroga. - Zrozumiałem snajper jeden. Zdejmuj ich tylko na mój rozkaz. - Zrozumiałem. Drugi ze snajperów miał do przejścia większy kawałek. Lecz po chwili zameldował: - Tu snajper dwa. Dotarłem na miejsce. Widzę koniec nabrzeża i falochron. Na falochronie dwuosobowy patrol. - Rozumiem snajper jeden. Zdejmuj tylko na mój znak. - Zrozumiałem. Podbiegł kilka kroków tak, aby skryć się za podporą dźwigu portowego. Teraz miał widok na całą drogę przed magazynami. Przez chwilę widział patrol na placu, ale ten po chwili odszedł gdzieś dalej. Z drugiej strony zobaczył tylko nasadę falochronu. Nagle w jego słuchawce odezwał się nerwowy głos. - Snajper jeden. Chyba zobaczyli nasze łodzie! Tak. Jeden, nie... dwóch poszło w waszym kierunku... - Zdejmuj!!! – przerwał mu ostro Gregs. Ciszę nocy rozdarły dwa suche trzaski, które niosły się dalej echem. W porcie zapadła znów cisza. Lecz po chwili przerwały ją kolejne strzały. Gregs natychmiast przełączył radio na nadawanie do dowódców pozostałych grup szturmowych i zameldował: - Tu budynek jeden z prawego nabrzeża. Wykryto nas! Mój snajper zdjął dwóch ludzi z głównego placu. Powtarzam, wykryto nas! - Tu kierownik operacji! Przerywamy wyciszenie. Od tej pory strzelać bez rozkazu do każdego, kto ma broń. Gregs potwierdził i przekazał rozkaz swoim ludziom. Teraz w porcie wywiązała się ostra strzelanina. - Tu snajper dwa. Dwóch na falochronie przeszło do historii. – zameldował zawadiacko snajper. Nagle odezwał się jeden z karabinów maszynowych. Gregs spojrzawszy w stronę głównego placu ujrzał sporą grupkę uzbrojonych ludzi biegnących w jego kierunku. Natychmiast podniósł karabin do oka i pojedynczymi strzałami eliminował kolejnych prowadzących grupę. Co prawda strzelał ślepą amunicją, ale zamontowane na karabinach i kamizelkach, zarówno komandosów jak i symulantów, specjalne systemy laserowe obliczały czy nastąpiło trafienie. Każdy „trafiony” słyszy w swojej słuchawce ostry pisk. Po usłyszeniu takiego dźwięku należy natychmiast upaść. Takie są zasady. Po wyeliminowaniu napastników ostrzegł grupy przeszukujące magazyny, że przed nimi mogą spotkać wroga. Przez dłuższą chwilę w porcie panowała znów cisza. Po pięciu minutach cały port zadrżał od huku. To amfibie przed portem uruchomiły silniki i zaczęły wpływać do basenu portowego. Minutę później minęły główki falochronów i skierowały się na środek basenu węsząc wszędzie swymi podwójnymi karabinami maszynowymi. W ciągłe rzężenie silników wdarł się głos ze słuchawki Gregsa: - Tu port jeden. Zajęliśmy plac i zabezpieczyliśmy bramę. Lewe nabrzeże bezpieczne, można cumować. - Tu kierownik operacji. Zrozumiałem. Wysyłam statki na lewe nabrzeże. Gregs! Kiedy skończycie z prawą stroną? - Tu Gregs. Zajmie to nam jeszcze ze trzy minuty. Ale nabrzeże jest czyste i można cumować. Trwa jeszcze sprawdzanie magazynów. Na potwierdzenie swych słów usłyszał z jednego z nich kilka serii. Chwilę później dostał meldunek o przeszukaniu lewej części magazynów i falochronu. Kazał oddziałowi bravo wrócić i czekać na statek z wyposażeniem. Gdy ekipa bravo dobiegła do niego, grupa alpha zameldowała sprawdzenie swojej części magazynów i że obserwuje część placu portowego. Kazał jej ubezpieczać wejście na nabrzeże od strony placu, a sam zameldował kierownikowi, że jego część też jest już skończona. Teraz pozostawało czekać na statki.
Pierwsza część operacji dobiegała końca. Port został zabezpieczony, a statki właśnie kończyły cumować. Gdy tylko statki stanęły na dobre, na nabrzeże spuszczono rampę umożliwiającą wyładunek pojazdów. Ludzie Gregsa sprawnie wyjechali na brzeg. Oddział skończył najpóźniej oczyszczanie swojego sektora i nie musiał długo czekać na dalsze rozkazy. - Tu kierownik operacji! – zabrzmiało w słuchawkach – Do wszystkich jednostek! Rozpoczynamy drugą fazę! Powtarzam: rozpoczynamy drugą fazę! Gregs klepnął w ramię swego kierowcę i ruszyli. Za jego wozem jechały pozostałe dwa. Na placu spotkali pozostałe jednostki i po ustawieniu się w szyku, ruszyli z pełną prędkością w kierunku miasta. Grupa Gregsa jechała w środku kolumny ubezpieczana przez resztę. W dachu każdego z dwudziestu HUMMEROW był właz umożliwiający strzelcom dostęp do zamontowanych na dachach karabinów maszynowych. Najeżona ze wszystkich stron lufami dżdżownica jechała wzdłuż drogi z prędkością dochodzącą do 90 km/h. Po drodze nie napotkali prawie żadnego oporu. Zniszczyli tylko trzy punkty obserwacyjne wzdłuż trasy. Po około godzinie jazdy nawigator zespołu poinformował, że wjeżdżają w strefę miasta. Kolumna zwolniła, a komandosi otworzyli okna i wystawili broń na zewnątrz. Jadąc przez przedmieścia, co kilka skrzyżowań spotykali barykady z beczek i starych samochodów. Każda była obsadzona przez około dziesięciu ludzi. Za każdym razem, gdy napotykali taką przeszkodę musieli ją taranować, gęsto się ostrzeliwując. Pojawiły się też straty. W grupie prowadzącej kolumnę było kilku wyeliminowanych z akcji. Dojazd do ratusza zajął im jeszcze pół godziny.
Na miejscu oddział Gregsa podjechał pod główne drzwi budynku, w którym powinni być zakładnicy. Reszta utworzyła kordon wokół budynku. Do budynku prowadziły długie klasycystyczne schody, zakończone tarasem i olbrzymimi drzwiami. Po otrzymaniu komendy „z wozów” oddział utworzył zwartą kolumnę i ruszył pod drzwi. Gdy idący na czele kolumny Gregs doszedł do nich, rozkazał strzelcom karabinów maszynowych i snajperom ukryć się przy balustradach i obserwować przedpole. Potem kontynuował atak na budynek. Spojrzał w tył i znakiem „wszystko w porządku?” upewnił się, że są gotowi i zameldował przez radio: - Tu budynek jeden. Gotowi do wejścia do ratusza. Czekam na rozkaz. -Tu kierownik operacji. Budynek jeden poczekaj chwilę, mamy mały problem w waszej okolicy. Nie wchodźcie na razie do budynku. To zbyt niebezpieczne! Powtarzam: nie wchodźcie do budynku! - Tu budynek jeden. Zrozumiałem. Nie wchodzić do budynku. Czekam na dalsze rozkazy. Ta bardzo krótka rozmowa zmieniła cały plan. Teraz musiał przez niewiadomo jak długi czas utrzymać swój oddział w odsłoniętym terenie. Postanowił ukryć się za balustradami tarasu przed wejściem i wystawić czujki dookoła. Po chwili wokół budynku rozległy się strzały. Kilka większych eksplozji, zapewne pocisków moździerzowych, wstrząsnęło fasadą ratusza. Na komandosów poleciał pył i odłamki. Sekundę później żołnierze ustawieni na straży odpowiedzieli ogniem. Strzelanina wzmagała się. Atakuje nas JEEP z karabinem maszynowym i dwie drużyny piechoty! – meldował jeden ze strażników – sami nie damy rady! Zaraz po tych słowach jeden ludzi Gregsa upadł bezwładnie na ziemię. Tego mi tylko brakowało, pomyślał. Rozkazał medykowi zająć się „rannym”, a reszcie polecił włączyć się do obrony. Teraz przewagę zyskali broniący się na tarasie i wokół ratusza. Po kilku minutach strzały ucichły i przyszedł rozkaz: - Tu kierownik operacji. Budynek jeden naprzód! Naprzód! Naprzód! Gestem nakazał swym ludziom podejście pod drzwi i przygotowanie się do wejścia. Chcąc uniknąć zdemaskowania przy wchodzeniu do budynku rozkazał jednemu z nich obserwować drzwi zza osłony schodów naprzeciwko nich. To pozwoliło nie wrzucać do środka granatów, które mogłyby zaalarmować obrońców. Po odliczeniu od trzech Gregs pchnął energicznie drzwi. Gdy żołnierz na schodach potwierdził, że za nimi nikogo nie ma, kolumna runęła do środka. Budynek był dość duży, ale komandosów uczy się gdzie najczęściej kryją się terroryści z zakładnikami. Zgodnie z wytycznymi z kursów Gregs ruszył od razu na piętro i wszedł w korytarz prowadzący wgłąb budynku. Wzdłuż korytarza wszystkie drzwi były zamknięte. Zatrzymał kolumnę. Od tej pory porozumiewają się tylko gestami. Nakazał nałożyć tłumiki na broń. Potem poinformował oddział o metodzie przeszukania pomieszczeń, jaką chce zastosować. Gdy wszyscy potwierdzili, że zrozumieli, wydał rozkaz „naprzód”. Oddział podzielił się na trzyosobowe zespoły. Gdy pierwsze dwa zespoły weszły do pomieszczeń po obydwu stronach korytarza, następne właśnie otwierały drzwi do kolejnych. Tak sprawdzali kolejne pomieszczenia. Gdy ostatnia wolna grupa zajęła swe pomieszczenia, ekipa, która była w pierwszym ruszała dalej, wcześniej malując na ścianie symbol, aby nie przeszukiwać tych samych pomieszczeń dwukrotnie. Ku zdziwieniu wszystkich nie znaleźli niczego. W tej części budynku, do której weszli było pusto. Ruszyli do drugiego skrzydła. Od razu na wejściu w korytarz powitało ich dwóch terrorystów. Widok kolumny komandosów z bronią gotową do strzału zaskoczył ich kompletnie. Przez chwilę wahali się, lecz złożyli broń. Zostali natychmiast skrępowani i pozostawieni pod strażą. Oddział sprawdzał kolejne pomieszczenia i w większości z nich znaleźli wroga i unieszkodliwili go. Niestety nie znaleźli zakładników. A czas w tej chwili działał na ich niekorzyść. Pobieżne przesłuchanie jeńców wyjaśniło, że trzymają ich w sali obrad rady miasta. Teraz pozostawało znaleźć tą salę. Gregs wyprowadził swoich ludzi znów na zewnątrz i nawiązał łączność z dowództwem: - Tu budynek jeden. Przeszukałem część budynku, ale nie znalazłem zakładników. Złapałem za to kilku porywaczy i ustaliłem, że mogą ich trzymać w sali obrad rady miejskiej. Czy wiecie gdzie to jest? - Tu kierownik operacji. Poczekaj chwilę budynek jeden! Mamy plan budynku i zaraz wam powiemy jak tam dojść. Przez kilka chwil w radiu zapanowało milczenie. - Tu kierownik operacji. Budynek jeden słyszysz mnie? - Tak, słyszę cię głośno i wyraźnie! - Aby dojść do sali obrad musisz z głównego hallu skręcić w prawo i iść do końca korytarza. Tam są drzwi na salę. Po drodze uważaj na pomieszczenia po bokach, mają bardzo niekorzystny układ ścian. Możecie mieć trudności z szybkim i bezpiecznym przeszukaniem ich. - Zrozumiałem. Ruszam do akcji! Na jego sygnał komandosi znów utworzyli kolumnę i weszli do budynku. Poprowadził kolumnę zgodnie z wytycznymi z dowództwa i rzeczywiście trafił na kręty korytarz. Zatrzymał grupę i nakazał wzmożenie czujności. Od tej pory dwóch żołnierzy na końcu kolumny ciągle obserwowało tyły. Po dojściu do najbliższych drzwi Gregs polecił zastosować standardową procedurę, ale z zachowaniem zwiększonej ostrożności i ciszy. Od kolumny oddzieliło się dwóch komandosów. Jeden stanął naprzeciwko, a drugi po drugiej stronie drzwi tak, aby gdy zostaną one otwarte móc obserwować pomieszczenie przez szparę otwierających się drzwi. Po odliczeniu od trzech Gregs pchnął energicznie drzwi. Gdy tylko otwarły się na oścież, żołnierz przed nimi oddał krótką serię. Po chwili usłyszeli huk walącego się na ziemię ciała – symulant widać umiał to dobrze zagrać. Tak sprawdzali kolejne pomieszczenia, aż doszli do drzwi z tabliczką „sala obrad rady miejskiej”. Drzwi były dwuskrzydłowe i bardzo masywne. Gregs nakazał podzielić kolumnę na dwie grupy. Polecił im, aby po wejściu do środka skierowały się jedna w lewo, a druga w prawo. Miało to przyspieszyć zajęcie pomieszczenia. Jednak przed wejściem do środka postanowił wykorzystać jeszcze jedną sprawdzoną metodę. Wyjął z plecaka lekko zmodyfikowany lekarski stetoskop i przyłożył go do drzwi. W słuchawce usłyszał wyraźny głos, a po chwili odpowiedź dwóch kolejnych. Po dłuższym nasłuchiwaniu nie usłyszał nic więcej. Poinformował o tym resztę oddziału i dał sygnał do przygotowania się do wejścia. Dwóch komandosów, po jednym z każdej kolumny, chwyciło granaty ogłuszające. Gregs zasygnalizował trzy sekundy do wejścia i zaczął odliczać. Trzy... Żołnierze wyrwali zawleczki z granatów, tak aby zaraz po wrzuceniu eksplodowały. Dwa... Jeden... Energicznym kopnięciem otworzył drzwi, a nim zdążył postawić nogę znów na ziemi usłyszał dwie eksplozje. Runął na czele jednej z kolumn do środka. Natychmiast rozpoznał jednego napastnika i go zabił. Pozostałych unieszkodliwili inni członkowie oddziału. Nagle od długiego stołu konferencyjnego zaczęło odsuwać się krzesło. Jeden z komandosów to zauważył i ostrzegł pozostałych. Z podłogi pod stołem wstał mężczyzna w garniturze, a po chwili wyszły też dwie kobiety. Wyglądali na dość przestraszonych. - Jesteśmy żołnierzami Marynarki Wojennej USA, nic wam nie grozi. – uspokoił ich Gregs – Czy poza wami był tu ktoś jeszcze? - Nie. W budynku byliśmy tylko my. Mieliśmy właśnie pójść do domów, gdy zaatakowali ratusz. - Rozumiem. – to mówiąc Gregs nakazał jednej grupie komandosów by przeszukali resztę budynku – Teraz zabierzemy państwa na jeden z naszych statków. Oddziałowi, który został w sali, polecił utworzyć kordon wokół odbitych zakładników i eskortować ich do samochodów. Po drodze spotkali drugą ekipę, która sprawdziła już resztę ratusza. W samochodach czekał już na nich medyk wraz z „rannym” w początku szturmu żołnierzem. Oddział wsiadł do pojazdów i ruszył z powrotem do portu. Jechali z pełną prędkością. W każdym samochodzie, pomiędzy dwoma komandosami, siedział odbity zakładnik lub jeniec. Miało to uchronić go przed przypadkowym ostrzałem. Pomimo oczyszczenia trasy w czasie drogi do miasta, wracając znów napotkali opór. Zanim wydostali się ze strefy miasta, musieli rozbić kilka barykad. Poza miastem nie napotkali oporu. Po drodze Gergs zameldował dowództwu o odbiciu zakładników. Dostał rozkaz dotarcia z nimi do portu i przekazania ich na oczekujący tam statek. Po godzinie nudnej jazdy dotarli wreszcie na miejsce. Cywilów i jeńców przekazano na statek, który natychmiast wyszedł w morze, a oddziałowi Gregsa polecono zabezpieczyć, wraz z przybyłą grupą MARINES, port. Robota ta wydała się mu dzieciną igraszką w porównaniu z zadaniem, które właśnie zakończył. Zabrał się do niego z ochotą. Do dyspozycji miał dwie kompanie piechoty morskiej i swój oddział szturmowy. Strzelców karabinów maszynowych i snajperów wysłał na szczyty dźwigów portowych, a żołnierzy z wyrzutniami przeciwpancernymi skierował do baraków, tak by mieli możliwość ostrzału bramy. Pozostałych rozstawił w kluczowych jego zdaniem punktach portu. Po dziesięciu minutach bieganiny mógł już zameldować o zabezpieczeniu portu. W odpowiedzi otrzymał rozkaz utrzymania pozycji do powrotu i odpłynięcia wszystkich oddziałów z wyspy. Rozpoczęło się długie i nudne czekanie.
...
Po około dziesięciu godzinach od ogłoszenia alarmu ćwiczenia zakończono. Oddział Gregsa odpłynął z wyspy jako ostatni, po zabezpieczeniu bezpiecznego wyjścia wszystkich jednostek z portu. Baza Key West znów ożyła. Do baraków wracali zmęczeni długą pracą żołnierze. Dla szeregowych członków oddziałów szturmowych był to już koniec pracy, lecz ich dowódcy mieli jeszcze przed sobą długie i żmudne podsumowanie akcji. W czasie dziwnie szybkiej odprawy po ćwiczeniach Gregs dowiedział się, że jego oddział spisał się nieźle. Mógł jednak lepiej wykorzystać jego potencjał. Ten potencjał nie dawał mu spokoju do końca dnia. Faktem jest, myślał, że można wyważać drzwi przy pomocy tarana, ale po co? Przecież wybicie ich nogą jest tak samo pewne, a nie trzeba wypuszczać z rąk broni. Można chować się za tarczą idąc przez korytarz, ale zawęża to pole widzenia. Można używać granatów za każdym razem, gdy wchodzi się do pomieszczenia, lecz to demaskuje atakującego. Dopiero wieczorne spotkanie jego grupy poprawiło mu humor. Wykonali przecież swe zadanie ponosząc minimalne straty.
Wszystkie oddziały dostały jeden dzień wolnego. Po dniu słodkiego leniuchowania znów rozpoczęły się nieustające ćwiczenia. Szykowano również sprzęt. Po tygodniu od zakończenia ćwiczeń jednostka była gotowa do rozpoczęcia operacji w każdym zakątku globu w pięć godzin po ogłoszeniu alarmu.
...
Podczas gdy w Key West trwały ćwiczenia, w Waszyngtonie trwało gorączkowe śledztwo. Niestety nie udało się ukryć go przed mediami. Przed budynkiem dowództwa połączonych sztabów i innymi miejscami, w których można było uzyskać jakiekolwiek informacje koczował tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Utrzymanie wszystkiego w tajemnicy było niemożliwe, prasa ma zbyt długie ręce. Dowództwo postanowiło wydać oficjalne oświadczenie. Prawie natychmiast po świecie rozeszły się alarmujące wieści. W całym cywilizowanym świecie nie było gazety, która nie pisała o tajemniczym zniknięciu satelity i chęci rządu USA do odzyskania go. Dziennikarze dotarli również do Key West, lecz nie wpuszczano ich do bazy i nie udzielano żadnych informacji. Zaczęło się prasowe śledztwo. Nad zabudowaniami bazy zaczęły przelatywać helikoptery i awionetki, na okolicznych wzgórzach pojawiły się ekipy z silnymi lunetami. Nie podobało się to ani dowództwu ani Regowi. Za zgodą lokalnych władz zamknął przestrzeń powietrzną nad i w okolicy bazy, a lądową tak, by nie można było jej dojrzeć. W teren wyruszyły patrole, a w powietrzu cały czas dyżurowała dwójka myśliwców. Nie przestraszyło to reporterów, którzy cały czas usiłowali zdobyć jakieś informacje. Dopiero ostrzegawcze serie z karabinów i działek myśliwców wypłoszyły ich na dobre.
...
Po około dwóch miesiącach od utraty kontaktu z satelitą Rega wezwano pilnie do Pentagonu. Nie wiedział, o co chodzi, lecz nie miał wyboru. Wsiadł do służbowego F-16 i tankując kilka razy po drodze doleciał do Waszyngtonu. Następnego dnia rano zameldował się w Pentagonie. Poinformowano go, że ma się stawić na zebraniu dowództwa połączonych szefów sztabów. Nie podano mu szczegółów. Dowiedział się tylko, że konferencja odbędzie się przy zachowaniu podwyższonych środków bezpieczeństwa. Odnalezienie się w gmatwaninie korytarzy pięciokątnego budynku zajęło mu dłuższą chwilę. Dotarł w końcu do kompleksu konferencyjnego i po przejściu kilkustopniowego systemu zabezpieczeń wszedł do sali konferencyjnej. Wyglądało na to, że na niego czekano. - Witaj Reg. Siadaj i słuchaj uważnie, bo sprawa jest poważna. Usiadł zgodnie z poleceniem. Stary nigdy tak nie zaczynał, pomyślał, coś się kroi. - Wywiadowi udało się ustalić miejsce przechowywania satelity i kto go przechowuje. Prowadzący naradę generał Michel Gray zgasił światło i włączył rzutnik. Na ścianie pojawiło się zdjęcie lotnicze Kuby. - Kubańczykom udało się przejąć satelitę po tym jak sprowadzili go na ziemię. Ukryli go i rozpoczęli negocjacje z zainteresowanymi kupnem aparatu. W końcu jeden z szejków na Bliskim Wschodzie zgodził się zapłacić żądaną sumę. Kilka dni temu satelita wyruszył ukryty na Irańskim statku „Nefris”. Statek wyruszył pod eskortą kilku mniejszych jednostek i przedarł się przez nie domkniętą jeszcze blokadę wyspy. W tej chwili jest mniej więcej w połowie drogi. Za dwa tygodnie ma planowo wpłynąć do portu w Al-Mukalla. Udało się nam zdobyć zdjęcia satelitarne statku i jego eskorty. Sam statek jest średniej wielkości drobnicowcem, w którego ładowniach łatwo jest ukryć nawet duży ładunek. Eskortę stanowi pięć jednostek wyglądających jak kutry oceaniczne, lecz jest pewne, że są silnie uzbrojone. Przez cały czas na ścianie ukazywały się kolejne zdjęcia. - Mam nadzieję, że nasze kolejne posunięcie jest dla panów oczywiste? – kontynuował generał - Rozkazuję jednostce specjalnej SEAL przejąć satelitę i bezpiecznie dostarczyć go do bazy w Key West. Czy zrozumiał pan komandorze Matino? - Tak. Mam nadzieję, że otrzymam pełny dostęp do materiałów wywiadu. - Oczywiście. - Czy to już wszystko, bo muszę działać właściwie natychmiast. - Proszę zająć się swoimi obowiązkami. Kończę konferencję.
Reg wyleciał z sali jak poparzony. Dość szybko udało mu się odnaleźć centrum łączności. Poprosił i bezpieczne połączenie z bazą Key West. Po chwili i wskazano mu miejsce z telefonem i poproszono o cierpliwość, bo jest straszny ruch na łączach. Połączenie uzyskał po mniej niż pięciu minutach. - Tu baza Key West. Starszy szeregowy Travis przy telefonie. W czym mogę pomóc? - Komandor Reg Matino z tej strony. Połącz mnie natychmiast ze sztabem! - Tak jest! Przez chwilę w słuchawce słyszał melodyjkę. - Kelt przy telefonie. - Witam panno Kelt. Komandor Matino z tej strony. Daj mi szefa operacyjnego, ale gazem. - Chwileczkę. Znów zabrzmiała melodyjka. - Oficer operacyjny. Słucham panie Komandorze. - Cześć Jim. Mamy niezły pasztet. Wywiadowi udało się ustalić losy naszej zguby. - I co? - Wyobraź sobie, że płynie sobie właśnie przez Atlantyk i za dwa tygodnie ma wpłynąć do portu w Al-Mukalla. - Nic w tym dziwnego. Od początku twierdziłem, że to robota tych z Bliskiego Wschodu. - Dziwne, nie dziwne, ale mamy się tam dostać i przejąć tego satelitę! Rozumiesz? - Jasne. - Nie wiem jak zamierzasz to zorganizować, ale masz przerzucić jednostkę gdzieś w tamte okolice. Najlepiej chyba do Iraku. I masz to zrobić jak najszybciej. Przygotuj też plany operacyjne odbicia satelity. - Dobrze. Będzie dokładnie tak jak kazałeś. - Jeszcze raz ci powtarzam. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, możesz nawet stanąć na uszach, ale jednostka ma być w pełnej gotowości, już tam, w mniej niż tydzień! - Myślę, że obejdzie się bez cyrkowych akrobacji, ale na pewno będzie niezły sajgon. - Dobra. Ty rób swoje, a ja już do was lecę. Powinienem być za kilka godzin. Przywiozę ci wszystkie materiały wywiadu. - Ok. Czekamy. - To cześć. – Reg skończył i odłożył słuchawkę.
W Key West zawrzało. Sztab nie mógł zaplanować dokładnie całej akcji, ponieważ szczegółowe materiały miały dolecieć wraz z dowódcą jednostki z Waszyngtonu za kilka godzin. Ustalono tylko, że najdogodniej będzie operować z niewykorzystywanych, ale gotowych do natychmiastowego zasiedlenia, baz w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tomekzhp
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…