Wróć do katalogu

Wojna o "Elmo"

Piąty i ostatni rozdział.

tomekzhp, opublikowano , 43 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W hangarze wszyscy poprawiali wyposażenie i szykowali się do rozpoczęcia akcji. Każdy z trzech oddziałów stanął w rzędzie i pospinał się linami. Ostatni w rzędach przyczepiali się do ściany hangaru, aby prąd wytworzony przez płynący okręt nie porwał ludzi na zewnątrz. Po kilku minutach w hangarze dał się słyszeć głos kapitana okrętu: - Tu kapitan. Rozpoczynamy zalewanie hangaru. Życzę powodzenia! Przez właz zajrzał do nich marynarz i pokazał uniesiony kciuk. Gregs potwierdził tym samym gestem, że wszystko w porządku i mogą zaczynać. Klapa włazu zamknęła się i została zaryglowana. Teraz byli zdani tylko na siebie. Gregs gestem nakazał ciszę. Od tej pory porozumiewają się tylko gestami. Potem polecił założyć maski i uruchomić aparaty tlenowe. W hangarze zaczynało przybywać wody. Gdy sięgała im do piersi w hangarze zgasło światło, by ewentualne warty na statku wroga nie dojrzały niczego podejrzanego pod wodą. Zniekształcony przez wodę dźwięk syreny oznaczał, że za chwilę zostaną otwarte drzwi na zewnątrz. Kolejny sygnał poinformował ich, że mogą zaczynać. Gregs zapalił latarkę, poświecił w kierunku oddziałów po jego bokach i klepnął żołnierza przed sobą, aby zaczynał. Kolumna rozciągnęła się, a liny pomiędzy żołnierzami zostały napięte. W wyniku tego komandos na samym przedzie wysunął się o metr poza obręb hangaru i walcząc z prądem wyjął duży magnes przyczepiony do liny i kabla. Mający dodatnią pływalność elektromagnes zaczął się wynurzać w stronę statku nad nimi, którego nie widzieli, ale mogli go doskonale słyszeć. Gdy rozwinęli ok. trzynastu metrów liny, Gregs polecił włączyć zasilanie elektromagnesów, które wyrwały jeszcze po kilkanaście centymetrów liny z rąk żołnierzy i złapały na dobre. Byli połączeni ze statkiem na powierzchni. Na rozkaz Gregsa trzy kolumny komandosów odpięły się od okrętu podwodnego i rozpoczęły powolny wjazd do góry przy użyciu elektrycznych wyciągarek. Była to szaleńcza jazda. Nic nie chroniło ich przed prądem wytwarzanym przez płynący z prędkością kilkunastu węzłów statek. Musieli ustawić się względem prądu tak, aby chronić maski przed zerwaniem z twarzy, bo groziło to uszkodzeniem oczu przez słoną wodę i ciśnienie panujące na głębokości. Jechali w górę z prędkością około pięciu metrów na minutę, a ostatni żołnierze w kolumnach zwijali za sobą linę, by nie wkręciła się w śrubę atakowanego statku i nie zdemaskowała ich. Jedyne połączenie z okrętem podwodnym stanowiły cienkie, zaizolowane, kable dostarczające prąd do magnesów. Gdy zbliżyli się do kadłuba na tyle, by zobaczyć gdzie się zaczepili, okazało się, że magnesy złapały pośrodku statku. Po trzech, długich jak nigdy dotąd, minutach mogli już dotknąć jego burty. Kolejni członkowie oddziałów podciągali się o własnych siłach i przy użyciu mniejszych, elektromagnesów chwytali się kadłuba. Gdy wszyscy byli już przymocowani do statku, a nie do swoich kolegów, Gregs polecił wyjść ponad powierzchnię wody.

Była noc. Na statku sennie krążyły warty i nawet przez myśl im nie przeszło, aby wyjrzeć za burtę. Nikt przecież nie mógł się tam dostać. Wokół pływały mniejsze łodzie patrolowe, ale ze względu na bliskość innych statków nie zapalały reflektorów, aby nie zdradzić swej pozycji. Ludzie Gregsa, trzy pełne grupy szturmowe, w sumie ponad trzydziestu ludzi, dotarli niezauważeni na rufę i po sforsowaniu barierek dostali się na pokład. Przez chwilę stali w bezruchu nasłuchując jakichkolwiek podejrzanych odgłosów, nic jednak nie usłyszeli. Odpakowanie broni z wodoszczelnych worków zajęło im kilka chwil. Był to najniebezpieczniejszy moment akcji, ponieważ byli łatwym i bezbronnym celem. Mogli, co prawda użyć długich nurkowych noży, ale nie dawały one takiej pewności siebie i bezpieczeństwa, szczególnie przy rzucie. Po około minucie byli gotowi do działania. Gregs dał sygnał do wymarszu i trzy kolumny ruszyły wzdłuż burt, jedna po lewej, dwie po prawej.

Gdy doszli do drzwi prowadzących do nadbudówki, w której znajdował się mostek i kabiny załogi, Gregs polecił drugiemu oddziałowi wejść do niej. Przez radio poinformował trzecią ekipę, że rusza na dziób. Mniej więcej w połowie statku zauważyli strażników, którzy wracali z dziobu na rufę, by tam znowu zawrócić. Prowadzący kolumnę przyklęknął za stojącą opodal skrzynią. Gestem polecił Gregsowi i żołnierzowi za nim cicho unieszkodliwić wartowników, którzy ich właśnie mijali. Gregs wyszedł im za plecy niczym kot. Jego towarzysz szedł równo z nim tak, aby mogli równocześnie zaatakować. Przez chwilę skradali się za strażnikami, w końcu jednak Gregs nie wytrzymał i zaatakował. Jedną ręką założył przeciwnikowi dźwignię, drugą zakrył usta, podciął go i upadł na ziemię całym ciałem dociskając go do pokładu. Przez kilka sekund szarpał się z wrogiem starając się złapać i wykręcić jego drugą rękę, w końcu jednak przeciwnik się poddał i Gregs mógł skuć go plastikowymi kajdankami. - Rozumiesz po angielsku? – spytał. - Niewiele. - To posłuchaj! Jesteśmy z amerykańskiej marynarki, a ty jesteś aresztowany. Piśniesz choć słówko, a zarobisz kulę w łeb! – Gregs pokazał mu swój oddział, ośmiu ludzi z bronią wymierzoną w obalonego wartownika. - Ok. – wyszeptał. Gregs wstał i zasygnalizował, że mogą iść dalej. Prowadzący kolumnę polecił jednemu z komandosów pilnować aresztowanych i ruszył dalej w kierunku dziobu. Zanim podążała reszta. W drodze na przód statku nie spotkali już żadnych wart. Na dziobie znajdowała się nieduża, wystająca ponad pokład platforemka. Na niej Gregs rozmieścił dwóch snajperów i strzelców z karabinami maszynowymi. Dodatkowo zostawił dwóch ludzi do pilnowania aresztowanych. Jeden z nich usiłował stawiać opór i wezwać pomocy, ale został szybko zakneblowany. Dwa oddziały szturmowe ruszyły z powrotem na rufę, aby wspomóc ekipę przeszukującą pomieszczenia w nadbudówce statku. Nagle w słuchawce Gregsa zabrzmiał głos jednego ze snajperów: - Tu snajper jeden! Na pokład na dachu nadbudówki wyszedł jeden... Nie. Dwóch ludzi z kałaszami. Mają chyba noktowizory... Jakby potwierdzając te słowa z góry ktoś krzyknął coś w niezrozumiałym języku. Z tonu wypowiedzi Gregs wywnioskował, że ci na górze wołają wartowników na dole. Krzyk powtórzył się, teraz już natarczywiej. Po chwili po całym pokładzie przetoczył się ostry alarmujący wrzask. - Tu snajper jeden! Gość się wychylił i zobaczył was. Zdaje się, że robi alarm. - Zdejmij tych dwóch! Dwaj snajperzy strzelili niemal jednocześnie. Alarm ucichł jakby cięty nożem. Niestety było już za późno. Z pływających dookoła mniejszych łodzi odpowiedziały inne, tak samo zaaferowane głosy. Po chwili pokład został oświetlony przez kilka bardzo silnych reflektorów. Wszyscy padli na ziemię i przyczołgali się jak najbliżej balustrady idącej wzdłuż całej burty. Gregs ustawił radio na nadawanie do wszystkich oddziałów na pokładzie. - Uwaga! Tu Gregs! Wykryto nas! Póki co, pomilczmy chwilę, może nas nie zauważą. Rozstawić się co kilka metrów wzdłuż burt i czekać. Strzelamy tylko na mój rozkaz! Dowódcy kolumn potwierdzali jeszcze rozkaz, gdy połączył się ze snajperami: - Tu Gregs! Snajper jeden słyszysz mnie? - Tak słyszę? - Czy widzisz jak uzbrojone są ich jednostki? - Widzę przynajmniej dwa CKM-y, jedno działko cięższego kalibru, około 20 mm. Resztę skrywa mrok. - Dobrze. W pierwszej kolejności zdejmujcie ludzi przy działkach i karabinach maszynowych. Potem walcie jak leci. - Tak jest. Jedna z łodzi podpływając z większej odległości zapaliła reflektor i jej załoga patrząc pod mniejszym kontem zobaczyła strzelców na dziobie statku. Natychmiast poszła w tamtym kierunku seria z CKM-u. Gregs natychmiast rozkazał snajperom odpowiedzieć ogniem. - Jak daleko są? – spytał ich na koniec. - Około stu metrów. Zdaje się, że zrównują z nami kurs i kierunek. Zmienił częstotliwość, by móc nadawać do dwóch grup na pokładzie. - Uwaga! Uwaga! W odległości około stu metrów mamy łodzie przeciwnika. W pierwszej kolejności eliminować CKM-y i działka! Ognia! Ognia! Ognia! Nagły atak z długości całego statku zaskoczył przeciwnika skoncentrowanego na ostrzeliwaniu jego dziobu. Po chwili strzelanina przycichła i Gregs korzystając z sytuacji polecił: - Grupy skokami do nadbudówki! Chować się za balustradą! Komandosi na przemian biegli kilka metrów w przód i osłaniali swoich kolegów, koncentrując na sobie, najczęściej niecelny ogień przeciwnika. W ten sposób grupy metr po metrze zbliżały się do zbawczych ścian nadbudówki na rufie. Gdy w końcu udało im się dotrzeć w jej pobliże, stanęli przed kolejnym problemem. Jak przekroczyć wąski, ale mimo to ostrzeliwany, pas pokładu między balustradą a drzwiami. Prowadzący kolumnę przywołał Gregsa do siebie i przekrzykując strzelaninę spytał: - Szefie! Nie dałoby się uciszyć ich na chwilę? Inaczej nie przejdziemy bez strat! - Dobra. Spróbuję coś zrobić. Dostroił radio do częstotliwości snajperów i krzyknął w mikrofon: - Tu Gregs! Snajper jeden Słyszysz mnie? - Tak słyszę. - Każ Jimmiemu złapać rakietnicę i niech przywali w jedną z tych kryp! - Jasne. Gregs pokazał prowadzącemu, żeby chwilę poczekał. Nagle z dziobu wystrzelił pióropusz dymu i w stronę jednej z łodzi pomknęła rakieta przeciwpancerna. Eksplozja wstrząsnęła statkiem. Prowadzący wskazał na drzwi i krzyknął: - Włazimy! Ale gazem! Pędem rzucili się do środka. Gdy tylko weszli do środka, kryli się za osłoną ścian. Gdy ostatni miał już wbiec w zbawcze drzwi, nagle padł i załapał się za nogę. - Oberwałem! – ryknął W jego kierunku natychmiast wyciągnęły się dwie pary silnych rąk i wciągnęły go do środka. Rana na pozór nie wyglądała groźnie, ale i tak cały oddział stracił odrobinę pewności siebie. Po założeniu opatrunku postrzelony się trochę uspokoił i całkiem rzeczowym tonem oświadczył: - Dobra! Idziemy dalej? - Ani mi się waż! – przerwał mu ostro sanitariusz – masz rozharatane całe udo. Szlag cię trafi po przejściu dwóch metrów. - A co ty tam wiesz... - Cisza! – przerwał im dowódca oddziału – Alex jest tu medykiem i jak mówi, że nie idziesz to nie idziesz. John! Zostaniesz z nim, a my idziemy dalej. W tym czasie Gregs zdołał nawiązać kontakt z oddziałem penetrującym nadbudówkę. Dowiedział się, że przed chwilą zajęli mostek i będą wychodzić na najwyższy pokład. - Dorwaliście kapitana? – spytał. - Tak. Był w swojej kabinie i słodko spał. - Udało się wam ustalić ilu ludzi jest na pokładzie? - Nie. Z nim się nie da dogadać w żadnym języku. Nawet po rosyjsku gość nie umie. - A dokumenty statku? - Dokumenty są, ale rubryka „ilość załogi” jest pusta, tak samo jak „ładunek”. - Trudno. Zaraz wyślę wam tam na górę kilku ludzi do pomocy, bo dookoła mamy całą ich osłonę. - Czekamy. Przywołał prowadzącego jego oddział i polecił mu ruszyć na mostek i przyłączyć się do czekającego tam oddziału. Rannemu i jego towarzyszowi rozkazał pilnować klatki schodowej prowadzącej pod pokład. Nagle po drugiej stronie korytarza otworzyły się drzwi. Odruchowo podciągnął karabin do oka i zaraz odetchnął. To drugi oddział, który był z nimi na pokładzie, dotarł do nadbudówki. - Dobrze, że jesteście. Wejdźcie pod pokład i przeszukajcie wszystkie pomieszczenia. Najważniejsze jest, żeby nie zniszczyli maszyn. Jak skończycie, to dajcie znać. - Tak jest. Oddział zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Gregs ruszył na górę w stronę mostka. Miał do przejścia sześć pokładów. Na każdym z nich zaglądał w korytarze i nic nie słysząc ruszał dalej. Po kilku minutach dotarł na mostek. Szyby w długiej galerii, umożliwiającej obserwację na wprost, były powybijane seriami z karabinów maszynowych, w jednym z rogów widać było skutki eksplozji granatu. W środku słychać było panującą na zewnątrz strzelaninę, ale nie strzelano w ich kierunku. W środku zastał około dziesięciu członków załogi skutych kajdankami i leżących pod ścianą twarzą ku ziemi. - Gdzie dowódca? – spytał pilnującego ich żołnierza, który wskazał w kierunku drzwi za swoimi plecami. - Na górze. – odpowiedział. Wyszedłszy po stromych schodkach na najwyższy pokład Gregs ujrzał komandosów leżących na ziemi i strzelających przez balustradę ze stalowych rurek. Bliżej niego leżało dwóch rannych, którzy starali się przyczołgać do zejścia. Chwycił jednego z nich za szelki uprzęży, ściągnął do siebie, przerzucił przez ramię i zszedł z powrotem na mostek. - Zajmij się nim! – krzyknął do stojącego tam żołnierza – Zaraz przyniosę jeszcze jednego. Gdy udało mu się ściągnąć z linii ognia rannych, sam wyszedł na górę i podczołgał się do dowódcy oddziału, który szturmował mostek. - Jaka sytuacja? – spytał. - Teraz trochę przycichło, bo wyszli poza zasięg naszej broni. Pewnie przegrupują się i znów zaatakują. - Dobra. Nie narażajcie się za bardzo. Teraz musimy tylko poczekać na wsparcie. Zabiorę ci medyka i radiotelegrafistę. - Jasne. Gregs podczołgał się do dwóch żołnierzy, poklepał ich w ramię i wskazał na drzwi. - Chodźcie. Jest robota. Na dole mogli poruszać się swobodniej, ale musieli unikać podchodzenia do okien, bo groziło to oberwaniem od jednego ze strzelców wyborowych na okalających ich łodziach. - Tu masz dwóch rannych. – wskazał medykowi ludzi, których ściągnął zanim wszedł na górny pokład. Radiowiec od razu zrozumiał, o co chodzi, więc rozstawił radiostację i czekał na rozkazy. - Ustawa na kanał... Poczekaj chwilę – Gregs urwał, bo oddział przeszukujący niższe pokłady właśnie zameldował przeszukanie dołu i zabezpieczenie maszyn statku. - Dobrze. Wyjdźcie na pokład i zacznijcie ostrzeliwać ich łodzie. Gregs zwrócił się do radiowca: - Ok. Jeszcze raz. Daj mi kanał 057. - Tak jest. Gregs złapał słuchawkę i zaczął wywoływać: - Tu „Łuk”! Tu „Łuk”! „Miecz” słyszysz mnie? Odbiór! Odpowiedziała mu cisza. Wywołał jeszcze raz. Znowu cisza. Po trzech próbach spojrzał na zdziwionego radiotelegrafistę: - Co jest? – spytał. - Cholera wie. Zaraz założę zapasowe baterie, bo to najczęściej nawala. Wymiana trwała dłuższą chwilę. W końcu jednak Gregs mógł znowu spróbować: - Tu „Łuk”! Tu „Łuk”! „Miecz” słyszysz mnie? Odbiór! - Tu „Miecz”! Słyszę cię! Odbór! Od razu lepiej, pomyślał i odpowiedział: - „Młot”! Powtarzam: „Młot”! Odbiór! - Zrozumiałem „Miecz”. Czekaj spokojnie. Za dziesięć minut będą u ciebie śmigłowce. Masz rannych? - Tak. Mam trzech ciężko rannych. Trzeba ich jak najszybciej ewakuować! - Zrozumiałem. Wysyłam grupę ratunkową. - Dobra. Czekamy! Oddał słuchawkę radiotelegrafiście i przez swoje radio nadał do wszystkich: - Uwaga! Za dziesięć minut będą tu nasze śmigłowce! Czekajcie na miejscach dopóki wam nie powiem. John! Słyszysz mnie? - Tak szefie. - Przyjdźcie z Mikiem na mostek. Robimy tu prowizoryczny punkt opatrunkowy. - Dobra. Wyślijcie mi tu kogoś jeszcze, bo on zaraz straci przytomność. - Już kogoś puszczam. Machnął stojącemu opodal sanitariuszowi, aby zszedł na dół pomóc.

Przez długie minuty trwała ciągła wymiana ognia. Komandosi musieli zacząć oszczędzać amunicję i lepiej celować. Niestety nie obeszło się bez kolejnych strat. Na mostku leżało już pięciu rannych, a sanitariuszom zaczynało brakować środków opatrunkowych. Na niewiele się zdała pokładowa apteczka wisząca na mostku na ścianie. Nie było w niej nic oprócz niedopitej butelki śmierdzącego samogonu. - „Miecz”! Gdzie jest to cholerne wsparcie! – Gregs darł się do słuchawki radia. - Czekajcie spokojnie. Są pięć minut od was. Rzeczywiście, jeden z sanitariuszy podszedł do okna i krzyknął: - Lecą! Słychać ich! Gregs podbiegł do okna, posłuchał chwilę i ostrzegł wszystkich przez radio: - Uwaga! Nadlatują! Pilnujcie łodzi, żeby nie odpalali żadnych rakiet! Z kieszeni spodni wyciągnął rakietnicę i wystrzelił w powietrze ze oknem trzy czerwone flary. Po chwili z ciemności wyłoniły się pierwsze śmigłowce. Były to dwie COBRY ze znakami MARINES na bokach. Zatoczyły krąg nad statkiem, ostrzelały kilka łodzi i odleciały w ciemność. Jednak po chwili wróciły, a za nimi leciała spora grupa śmigłowców BLACK HAHWK. Każdy z nich zawisał nad łodzią, otwierał drzwi, spuszczał na pokład dwie grube liny, po których zjeżdżała grupa ośmiu Marines i szybko likwidowała opór na małej łódce. Podczas gdy komandosi uciszali kolejne kutry, nad statek Gregsa nadleciały dwa wielkie CH-53 ze znakami Czerwonego Krzyża na burtach. Jeden z nich zniżył lot i zatrzymał się tuż nad pokładem. Z otwartych drzwi bocznych spuszczono linę, a po niej zjechało trzech ludzi. Każdy z nich miał ze sobą wielki plecak. Gregs odetchnął. To byli ratownicy. Nad pokładem przelatywały jeszcze pojedyncze serie, więc gdy ludzie ze śmigłowca dotarli na mostek byli solidnie zmachani. - Kapral Heinz. Służby ratowniczo - poszukiwawcze marynarki. – przedstawił się jeden z przybyłych – Ale tu u was gorąco. Gdzie ranni? - Miło mi. Starszy sierżant Gregs, oddział SEAL. Są tu na mostku. Heinz skinął na swoich ludzi i natychmiast wzięli się do roboty. Po chwili mostek zmienił się mały szpital. Z sufitu zwisały kroplówki, a ratownicy krzątali się szykując rannych do ewakuacji. W tym czasie nad statek zniżył się jeszcze jeden śmigłowiec, a po chwili na mostek wkroczył oddziałek Marines. - Porucznik Spears, oddziały Marines. Dowodzę całą tą bandą. – wskazał na opanowane przez komandosów łodzie wokół statku. - Starszy sierżant Gregs, oddział SEAL. Przylecieliście w samą porę. Jak z łodziami? - Moi ludzie skończyli je przed chwilą przeszukiwać. Jesteśmy w pełni bezpieczni. - Bardzo dobrze. Radiotelegrafista! Daj słuchawkę i kanał 057. - Tak jest – odpowiedział radiowiec wręczając Gregsowi słuchawkę. Gregs sprawnie wywołał dowództwo i podał hasło: „Kowadło”. W odpowiedzi usłyszał: - Zrozumiałem „Łuk”. Czekaj na przybycie specjalnej grupy poszukiwawczej. Oni zejdą do ładowni w poszukiwaniu obiektu. Skieruj statek na południowy zachód i zwolnij do małej naprzód. Dalsze rozkazy wkrótce. - Tak jest. Czekać na grupę poszukiwawczą, wejść na kurs południowo zachodni i zwolnić do małej naprzód. Dalsze rozkazy wkrótce. Przekazał rozkaz zmiany kursu jednemu ze swoich ludzi, specjaliście od prowadzenia dużych statków, a sam zajrzał do sanitariuszy. - Jak z nimi? – spytał wskazując na rannych. - Z jednym jest kiepsko – powiedział Heinz wskazując na Mika – Gość ma rozwaloną tętnicę na udzie i stracił sporo krwi. Cud, że w ogóle jeszcze żyje. Jeśli wytrzyma transport, to powinien wyżyć. - A reszta? - Z nimi jest lepiej. Mają lżejsze postrzały. W tej chwili dostali środki przeciwbólowe, żeby wytrzymali do szpitala. - Kiedy ich zabieracie? - Dla tego z rozwaloną nogą ściągamy specjalny śmigłowiec z krwią na pokładzie, a resztę zabierzemy za chwilę. - Dobra. Dzięki za wszystko. - Żaden problem. Heinz odwrócił się i pochylił nad jednym z rannych. Ludzie Gregsa wciąż tkwili na swych stanowiskach. Nie było to już potrzebne, bo sytuację kontrolował silny oddział Marines. - Uwaga! Tu Gregs! Przerywam ciszę. Spotykamy się na środku pokładu. – rozkazał przez radio Kolejne głosy potwierdzały z westchnieniem ulgi rozkaz. Zostawił sanitariuszy i zszedł na dół. Po pięciu minutach zebrał się tam cały oddział. - W porządku chłopaki! Zajęliśmy ten piekielny statek! Zaraz będzie tu ekipa, która ma przeszukać ładownie. Mam nadzieję, że nie męczyliśmy się na próżno. To tyle z bieżącej sytuacji. Teraz inne rzeczy: Czy wszyscy są cali? Przez chwilę panowała cisza. - Na pewno? Jak ktoś oberwał i myśli, że nic mu się nie stało, to jeśli znajdę to osobiście mu przykopię! Ja tu za was odpowiadam! - Dobra! Dobra, szefie. Ja oberwałem. Drasnęła mnie, ot co. – jeden ze snajperów pokazał ramię zabandażowane prowizorycznym opatrunkiem osobistym. - Idź na mostek i pokaż to medykom! - Ale szefie! Przecież nic mi nie jest. Ręką ruszam, strzelać mogę, tylko trochę boli. Jak wrócimy do pokażę się lekarzowi. - Nic mnie nie to nie obchodzi! Idziesz na mostek pokazać tę swoją łapę medykowi! Jak ci potem w jednostce lekarz powie, że nie nadajesz się już do niczego, bo za późno mu się pokazałeś, to będziesz miał do mnie żal. Już cię tu nie ma! Rad, nie rad snajper poszedł we wskazanym kierunku. - Ktoś jeszcze? – Gregs spojrzał wymownie na zebranych. Odpowiedziało mu milczenie. - W porządku. W tej chwili nie mamy sprecyzowanych rozkazów co do dalszego działania. Za chwilę grupa medyczna będzie ewakuowała naszych i chciałbym żebyście im pomogli, potem macie wolne. Tylko niech każdy ma włączone radio.

Zaczynało świtać. W pierwszych promieniach ukrytego jeszcze za horyzontem słońca komandosi wynosili na dziób statku pięciu swoich rannych kolegów. Za nimi, jak niepyszny, szedł postrzelony w akcji snajper z ręką na temblaku. Po chwili nad środek statku nadleciał śmigłowiec ratowniczy noszący, oprócz znaków Czerwonego Krzyża, znak krwi. Przy użyciu wyciągarki na pokład spuszczono nosze, na które załadowali najciężej rannego. Oprócz niego do haka wyciągarki przypiął się jeden z ratowników, by załoga śmigłowca w drodze do szpitala nie musiała od nowa rozpoznawać obrażeń rannego. Gdy tylko nosze znikły w przepastnych drzwiach, śmigłowiec obrócił się i odleciał z wielką prędkością. Po kilku minutach przyleciał kolejny, którym ewakuowano pozostałych rannych. Gdy nad pokładem ucichł ryk silników, ludzie Gregsa rozeszli się po pokładzie. Prawie wszyscy po przejściu kilku kroków układali się w promieniach wschodzącego słońca i zapadali w wymarzoną drzemkę. Dwie godziny pracy na najwyższych obrotach zaczynały dawać im

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych