Wyspa.
Próba (nieudana) ucieczki przed niezdefiniowaną fobią, zakończona powrotem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przez niedokładnie zaciągnięte zasłony przedzierać zaczął się pierwszy blask świtania. Z początku nieśmiało, przypominając pierwszy dotyk dłoni upragnionego kochanka, niejako badający Jej podatność, po chwili już bardziej wyraziście i bez wstydliwego woalu, wydobywając z półmroku szczegóły najbliższego otoczenia. Tweedowa marynarka, przerzucona niedbale przez poręcz krzesła gdy się kładł, zdradzała już misterność swej faktury. Otworzył szerzej oczy. Myślał o Niej, błogosławiąc spowijającą go ciszę. Była jego myśli potrzebna, jak osnowa tkaczce. Kobieta, której zapachu nie pamiętał…Pochylając się nad Jej fotografią miał za każdym razem wrażenie, że zdobiła wczoraj jeszcze ściany prywatnej galerii, budząc nieskrywaną zazdrość pospólstwa. Nie to, iżby była upozowana! Nie. Owszem - było w niej coś, co sprawiało wrażenie wyrafinowanej (a więc i zamierzonej, realizowanej z poświęceniem i pietyzmem) kompozycji. Wiedział jednak, że o ile można fotografowany przedmiot, czy też osobę, do woli ustawiać pod wszelakim kątem względem padającego światła, to wszak nie sposób nim bez reszty władać… Na tym zaś zdjęciu miała na sobie świetlny woal. Nie mogło to być elementem scenografii. Mogło być co najwyżej Jej tchnieniem…
Doprawdy- czy umiał, czy wręcz był jeszcze w stanie myśleć o czymś innym? Nie! Jego dotychczasowe życie dopełniło się i, jego zdaniem, nie mogło przynieść mu już niczego, czego byłby w stanie pożądać bardziej jeszcze (choć to nie pożądanie wiązało go do Niej, jak brankę do końskiego siodła wiąże solidny, wyprawiony rzemień). Zerwał z nim bez wahania, gdy tylko nadarzyła się możliwość. Opłacił zaległe rachunki i zrezygnował z dostawy prasy do domu (wspominał teraz z uśmiechem, jak denerwowała go niedbałość doręczycieli, systematycznie niszczących wypielęgnowany kwietnik ; gazety, zwłaszcza w poniedziałki gdy dostarczano kilka zaprenumerowanych tygodników, lądowały na nim z obracającym wszystko w niwecz impetem, niczym pozaziemskiego pochodzenia okruchy materii, rozpędzone i nieobliczalne). Opłacił więc rachunki, wynajął dom z ogrodem tym, którzy wydali mu się najbardziej normalni spośród zainteresowanych jego ogłoszeniem i wyjechał. Choć wyjazd ten nosił wszelkie znamiona ucieczki, choć nie powiadomił o nim na dobrą sprawę nikogo, nie była to ucieczka w nieznane, spowodowana impulsem. Planował ją od dawna, w oczekiwaniu na sprzyjające okoliczności i znał jej cel. Wybrał go z pietyzmem, z jakim malarz gruntuje płótno widząc oczami wyobraźni malowidło, którym je pokryje. Cel w najdrobniejszych detalach odpowiadał jego potrzebom i wizji, choć do tej pory nie stronił od ludzi. Owszem; męczyło go na co dzień ich towarzystwo, które odczuwał nierzadko jak przyciasny, ortopedyczny gorset. Z czasem zaczął dobierać je staranniej, zmniejszając dokuczliwy ucisk i umiał stanowić jego element (nigdy nie pozwolił sobie okazać innym, że jest kimś lepszym, bardziej od nich szlachetnym i że jego myśli mają wyższy pułap). Gdzieś głęboko ukryta, dojrzewała w nim jednak potrzeba wyjścia poza krąg rzeczy i pojęć denerwująco zwyczajnych, w swym zabarwieniu szarych i popielatych na wzór nagłówków gazet, które systematycznie niszczyły zastępy ogrodowych bratków. Tak oto rozpoczął najdłuższe w życiu wakacje. Nie uczyniłby tego, gdyby nie Ona. To z Jej przyczyny postanowił uciec. I pisać.
Wyspa liczyła sobie niespełna dwa hektary. Powinien był raczej nazywać ją w myślach wysepką… Posadowiona pośrodku jeziora, musiała powstać z osadów niesionych przez podwodne prądy (do jeziora wpadał wartki w swym biegu dopływ, opuszczający je zresztą w jego północnym krańcu). Z czasem, spiętrzone i żyzne, dały zaczątek porastającej ją dziś florze (nie mógł się nadziwić temu, że ślepy traf okazał się tak uzdolnionym ogrodnikiem; on sam, choć przeczytał chyba wszystko, co napisano na temat ogrodów, nie potrafiłby zagospodarować tej niewielkiej przestrzeni z takim smakiem). Jezioro było dość głębokie, dzięki czemu mógł się po jego środku czuć jak pradawny Kniaź w murach nieprzystępnej warowni; zmurszała łódź wiosłowa, przypięta łańcuchem do jeszcze bardziej zmurszałego pomostu, była jedynym łącznikiem z drugim brzegiem. Rozkoszował się tą myślą teraz, dopalając papierosa, ból jednak był bratem tej rozkoszy… Z wolna dojrzewał bowiem do przekonania, iż nie miało to większego sensu. To, przy czym trwał. Przekonanie, ugruntowane latami i niezachwiane, że oto nigdy nie miał Jej posiąść. Że nigdy nie miała być mu przynależna, tak w miłosnym uścisku pozbawionym resztek tchu, jak w modlitwie do której nie był zdolny… Bo, gdy się nad tym dłuższą chwilę skupić, nic nie przemawiało za tym. Najpewniej nie istniała niczyja, wypowiedziana czy też wymruczana pod haczykowatym nosem klątwa, sprawiająca że nie mógł mieć do Niej przystępu. Mógł go mieć. Wystarczyło tego zapragnąć bardziej nieco, niż kolejnej ryzy papieru, zapełnianego czczym bełkotem dyktowanym przez nie mogący się pogodzić z tak bolesną stratą umysł. Czy tak doprawdy myślał jeszcze? Myślał. Myśli snute o Niej, choć w swej naturze zapóźnione jak kursujące zimą podmiejskie kolejki, rozsadzały mu obolałą głowę. Oto docierało do niego, że tak naprawdę nikt nie mógł mu pomóc. Któż bowiem, jeśli nie on sam?!
Raz w tygodniu, w piątkowe popołudnie, przepływał łodzią na drugi brzeg. W leżącej tam wiosce mieścił się sklep. Właściciel szybko poznał jego upodobania i potrzeby; na sklepowych półkach pojawiły się na stałe niespotykane tam dotąd gatunki papierosów i dwunastoletniej whisky. Oprócz nich nie potrzebował zbyt wiele. Jego skromną spiżarnię wypełniały równe rzędy konserw, spośród których dwie trzecie stanowiła kukurydza (był zapalonym wędkarzem). Ilekroć zarzucał z pomostu, lub z łodzi skromną przynętę, śmiał się w duchu z łatwości, z jaką potrafił się wykpić korporacjom produkującym plastikową żywność. Świeża ryba skwiercząca na patelni lub na kominkowym ruszcie stawiała go w rzędzie nielicznych, którym do szczęścia i do przetrwania niepotrzebny był pokarmowy łańcuch oparty na modyfikowanej genetycznie pszenicy, skarmianym własną padliną bydle i szprycowanej hormonami trzodzie chlewnej. Zadziwiające; odkąd tu osiadł i odżywiał się tym, co złowił, czuł się wyraźnie lepiej! Jego dobre samopoczucie nie ograniczało się do sfery psychiki (przysiągłby, że nigdy dotąd nie przypominała w tym stopniu gładkiej tafli jeziora w bezwietrzny poranek). Składało się na nie również całe mnóstwo innych sfer, których mógł w sobie się doszukać. Na przykład trawienie… Odkąd tu zamieszkał i odkąd żywił się tym, co złowił, nie wiedział co to zaparcie, czy wzdęcia… Budził się i wstawał z łóżka wcześniej niż kiedyś, czując rozpierającą go siłę, a gdy naprężał mięśnie, rozkoszował się ich rzeźbą. Wiedział, że zawdzięczał ten stan czemuś więcej, niż tylko oskórowanym węgorzom i filetom z okonia. Zawarty w nich fosfor nie był w stanie wpłynąć na niego aż tak znacznie. Niewątpliwie większym dobrodziejstwem był spokój, jakim mógł się tutaj rozkoszować i poczucie niezależności, jakie go przepełniało. Owszem; kupując papierosy i importowaną szkocką, płacił zawartą w ich cenie akcyzę uczestnicząc w ten sposób w mechanizmie, z którym nie miał ochoty mieć cokolwiek do czynienia, pomijając jednak ów drobny aspekt był kimś nad wyraz wolnym. Nikt już nie miał prawa i sposobu powiedzieć mu, że oto coś powinien. Mógł w wolnym czasie wyciąć porastającą brzeg trzcinę, jednakże wcale nie musiał się tym trudzić. Mógł kupić w piątek większą niż zazwyczaj ilość tytoniu i kukurydzy, by nie pokazać się na tamtym brzegu przez następny miesiąc. Mógł też pisać przez całą noc, aż po blady świt, lub też upić się i spać aż do południa. Był panem każdej upływającej chwili. I tylko Ona… Czy kiedykolwiek jeszcze dane mu będzie dotknąć Jej twarzy? Nie wiedział. Tego jednego nie był pewien…
Otaczał się akurat kolejnym kłębem aromatycznego dymu, gdy zabrzmiał dzwonek telefonu. Zaklął w duchu. Telefon w tej pustelni był jednym z nielicznych ustępstw, na które przystał wiedziony głosem zdrowego rozsądku. Obiecywał sobie, że obejdzie się bez niego, jak obywał się bez telewizji i znajdowanych na kwietniku gazet, skapitulował jednak dopuszczając do głosu względy własnego bezpieczeństwa. Wszystko przecież mogło się tu przydarzyć… Po czwartym dzwonku zdołał wygrzebać komórkę z przepastnej kieszeni przeciwdeszczowej kurtki.
-Słucham?!
Nieco zbyt późno zdał sobie sprawę z tego, że równie dobrze powiedzieć mógłby : „ Fuck off!”. W każdym razie zabrzmiałoby to równie odstręczająco. Człowiek, który jeszcze przed chwilą chciał z nim rozmawiać, miał chyba podobne refleksje, gdyż po drugiej stronie łączy panowała cisza…
-Halo? -Nie przeszkadzam? Jeśli tak, zadzwonię później… -Nie, skądże! Mogę rozmawiać. Z kim mam przyjemność? -Moje nazwisko niewiele panu powie. I chyba nie ma tu większego znaczenia. Jestem tylko posłańcem.
Wsłuchując się w brzmienie ciepłego, męskiego głosu, odetchnął z ulgą. Obawiał się, że to kolejny akwizytor, pragnący sprzedać mu coś, bez czego jego zdaniem nie powinien być szczęśliwy nawet chwili dłużej. Coś, czego miał już dwa takie same egzemplarze. Jeśli nie trzy. Po chwili jednak ponownie poczuł się z lekka zaniepokojony. Ktoś normalny, w jakiejkolwiek sprawie dzwoniłby, przedstawiłby się przecież. Akwizytor również (każdy z nich na początku rozmowy, czy to osobistej, czy też telefonicznej, dokonywał obowiązkowej autoprezentacji, by zjednać sobie potencjalną ofiarę (świadomie pomyślał „ofiarę”, nie „klienta”). Przedstawienie się z nazwiska, jeśli nawet było fikcyjne, należało do kanonu tego, co wszelkiej maści domokrążcy uważali za dobre wychowanie. „Posłaniec”? Nieźle. Musi być nieźle nawiedzony. Może to nawet zakamuflowany psychopata? Nie wszystkich udało się przecież prawidłowo zdiagnozować i poddać stosownej kuracji. Albo pozamykać. Wielu z nich pędziło w miarę poprawny żywot, skutecznie ukrywając przed otoczeniem swoje dewiacje. Wtopieni w rodzinne i zawodowe tło zdawali się nad wyraz normalni, niekiedy wręcz przesadnie powściągliwi i uprzejmi, choć w rzeczywistości przedstawiali sobą obraz kipiących rozżarzoną magmą czeluści. Niektórym udało się zająć lukratywne stanowiska w zarządach firm i fundacjach. Gdy się chwilę zastanowić, kilku znaczących polityków…uśmiechnął się do tej myśli. Choć wesoła nie była wcale.
-Halo? -Tak. Jestem. Zastanawiałem się właśnie, czy powinienem dalej z panem mówić. Skąd miał pan mój numer? I o co panu chodzi? -Dysponuję pańską wizytówką. Był pan kiedyś tak uprzejmy i poświęcił mi chwilę swego cennego czasu. Pamięta pan przyjęcie dobroczynne w ratuszu? W styczniu ubiegłego roku… -To zupełnie możliwe. Poznał mnie pan gdy byłem…jak to nazwać? -Osobą publiczną? -Niech będzie. Ale to już przeszłość. Wycofałem się. Łowię ryby. -Ryby?! Pan żartuje! Z pańskimi umiejętnościami? Rozumiem, jeśli to pańskie hobby…ale nie uwierzę, by pan zrezygnował. -To jednak prawda. Jedyna. Pan wybaczy… -Proszę się nie rozłączać! To dość pilne. Obiecałem komuś, że pana odszukam i zreferuję panu całe zagadnienie. Jeśli nie chce pan dać się namówić na choćby krótkie spotkanie… -Otóż to. Nie chcę. A panu dziękuję za szacunek, z jakim potraktował pan moją wizytówkę. Ja większość otrzymanych wysłałem do pralni razem z kolekcją marynarek. -Czy jednak pozwoli pan… Wiem, że zaopatruje się pan co jakiś czas w miejscowym sklepie… Zostawię tam coś dla pana. Być może uzna pan za stosowne skontaktować się ze mną telefonicznie. -Nie sądzę, by tak było. Wycofałem się naprawdę. Ale dziękuję za pamięć. -Cóż. Do widzenia… -Żegnam pana.
Przerwał połączenie. Aluminiowa obudowa Nokii (dopiero teraz zauważył, że nie zapakowano jej w tandetny plastik) była mokra od potu. Jego zafrasowane oblicze także pokrywały drobne, słone krople. Jak po wyjściu z sauny.
W skupieniu wpatrywał się w nieruchomy spławik. Odnajdywał w tym tę samą rozkosz, z jaką rozmodlone wdowy wpatrują się w tabernakulum z pierwszych rzędów kościelnych ławek. Oddałby w tej chwili wszystko (prawie wszystko) za ten spokój, za możliwość dalszego w nim trwania. Świat zewnętrzny mógł nie istnieć aż do momentu, w którym puszka z konserwowaną kukurydzą pokazywała bezwstydnie swoje dno. Skłamałby jednak twierdząc, że jego myśli nie zajmowało teraz nic ponad to. Było coś, co burzyło tę misterną, od miesięcy wznoszoną konstrukcję i był o to zły na samego siebie. Nie potrafił oto wznieść się ponad ciekawość i zafrapowanie, wzbudzone wczorajszą rozmową. Gdyby teraz nadeszła pora brania, nie umiałby skutecznie zaciąć… Zwinął żyłkę i oparł wędkę o poręcz pomostu. Wciągnął powietrze aż po najmroczniejsze zakamarki zadymionych płuc i starał się skierować myśli na cokolwiek innego. W gruncie rzeczy nie zdziwiło go wcale, że upomniał się o niego świat zewnętrzny…Niechciany i nieoczekiwany telefon przypisywał słusznie własnej bezmyślności – powinien był zlikwidować dotychczasowy numer telefonu i zadowolić się kupionym gdziekolwiek pre-paid’em. Wykonywał kilka połączeń tygodniowo, głównie w trosce o piątkowe zaopatrzenie i wyniki gier liczbowych (nie potrafił z tej namiętności zrezygnować, podobnie jak z dobrego tytoniu). Było go stać na droższe połączenia. Było go przecież stać na niejedno – nawet na motorową łódź w miejsce tej spróchniałej skorupy wyposażonej w wiosła wyślizgane dłońmi trzech pokoleń miejscowych rybaków. Poza obszarem tego, na co mógł sobie pozwolić, leżała tak naprawdę tylko Ona…
Projekcja. Długometrażowy film na który składały się hiperkrótkie sekwencje. Ponoć ogląda się takie tuż przed śmiercią… Chwile nacechowane emocjami na tyle silnymi, by zapisały się na zawsze w szarych uzwojeniach jego mózgu, posłużyły za tworzywo szalonemu montażyście. Rejestrował je zdumiony, przytulając policzek do blatu dębowego biurka. Głowę ukrył w dłoniach jak ktoś, kto spodziewa się nieuchronnego ciosu i pragnie zminimalizować jego skutki. Obrazy pozbawione dźwięków (a przecież obraz zajmuje więcej bajtów, niż dźwięk – nie mogła to być więc oszczędność mózgowej przestrzeni) układały się w chaotyczną, choć rozpoznawalną całość. Uwalił się na amen. Legł pod własnym ciężarem jak amerykańska ofiara hamburgerów (widział takie za oceanem i pewnie wrażenie było na tyle niezatarte, by obraz opasłej dupy rozsadzającej stringi (!) wplótł się pomiędzy inne obrazy, które teraz z trudem śledził). Upił się jak świnia, ot co. Musiał to być katalizator. Innego się nie domyślał. A jakiś być przecież musiał, nie? Chyba nie były nim słowa? Słowo (tym bardziej- słowo pisane, którego nie wypowiedział, pozostawiając czytającemu miriady możliwych interpretacji co do intencji i zawoalowanego czarną czcionką brzmienia), nie było przecież w stanie rzucić go na ten dębowy mebel jak gałgankową kukiełkę! Musiał przeczytać je raz jeszcze. Wszystkie po kolei. W tym celu musiał podnieść głowę. Nie mógł… Miał jednak całe mnóstwo czasu, by próbować tej sztuki. Noc zaczęła się przecież dopiero. Noc miała jeszcze potrwać…
Wpełzała jeszcze przez szczeliny opuszczonej okiennej rolety. Niespiesznie i leniwie, jednak nieuchronnie (ciekawie, jak wpełzają sławetne, leningradzkie białe noce?). Lubił ją nawet. Lubił w niej jej przewidywalność. Można było się jej spodziewać o ściśle określonej porze i żegnać nie prędzej i nie później, niż to przewidywały astralne kalendarze. W świecie wyzbytym reguł wprowadzała tę jedną chociaż – mógł więc być czegoś wreszcie pewien. Poza tym wpływała na niego kojąco. Niczym chłodna, przyjazna dłoń spoczywająca na rozpalonym czole. Zdecydowanie był jej nieodłącznym kompanem. Sypiał do nieprzyzwoitej, przedpołudniowej godziny (o ile tylko pozwalał na to chwilowy brak naglących z rana obowiązków), kładł się zaś coraz bliżej świtu. Jak jakaś pieprzona nornica… Podniósł głowę.
Małe okienko. Na wzór wychuchanego w oszronionej szybie ustami dziecka. Chwila dla mnie. Jakże krótka...i na dodatek, za sprawą nie wiem czyjej złośliwości, czuję w głowie wręcz międzygalaktyczną próżnię... Nadaję się chyba na odstrzał, jak wielkanocny zając. A tak bardzo chciałem ująć to w słowa, co przed chwilą jeszcze rozsadzało moje skronie. Nie stanęło na przeszkodzie to, że najprawdopodobniej nie przeczytałabyś ich nigdy. Raczej zabrakło środków literackiego wyrazu, zdolnych oddać złożoność mojego odczuwania. Takich, których nigdy dotąd nikt nie użył jeszcze. Pomilczę więc. Dla Ciebie.
Bateria notebooka wykazywała stan krytyczny. Zachował to, co zdołał z siebie wycisnąć i odłożył urządzenie (na skrzynce z wędkarskim wyposażeniem wyglądało śmiesznie i pretensjonalnie). Spojrzał na pomarszczoną taflę wody. Spławik zdryfował ku kępie trzcin i leżał tam teraz bezwładnie, kołysząc się jak pęcherz pławny wypatroszonego właśnie karpia. Lubił karpia. Nie dla smaku jego mięsa (w duchu uważał go za nazbyt tłustą rybę, na dodatek rzadko udawało mu się wytargać na piasek egzemplarz, którego mięso nie miałoby przykrego posmaku dennych mułów). Lubił go gdyż pamiętał go z dzieciństwa i było to jedno z nielicznych, ciepłych wspomnień, zdolnych go poruszyć u progu piątej dekady jego życia. Nieboszczka matka smażyła go na maśle raz w roku, nie dbając o to że masło pryskało na kuchenny blat i już po chwili zdradzało oznaki przypalenia (o maśle „klarowanym”, przydatnym do smażenia i nie tracącym swych walorów w jego trakcie, wspominał jej parę razy, ale wzruszała ramionami, jakby polecał jej wyprawę na Marsa). Przyrumieniony matczyną troską karp roztaczał wspaniały, wigilijny aromat i rozpływał się w ustach w towarzystwie kapusty z grzybami (było ich zwykle niewiele, gdyż wyjadał je z rondla zanim jeszcze kapusta nadawała się do podania biesiadnikom). Sięgnął po wędkę i zwinął żyłkę. Zastanawiał się, czy zarzucić zestaw raz jeszcze; po chwili stwierdził jednak, że wędkowanie wymaga skupienia tak, jak pisanie mniej więcej i zrezygnował. Wyciągnął się wygodnie w objęciach leżaka i przymknął oczy, pozwalając wędkarskiej czapeczce zsunąć się aż na krzaczaste, gęste brwi. Zasnął już po chwili… Śnił o tramwajowym torowisku i rozrzuconych po nim nonszalancko damskich trzewikach. Rozdarł bluzkę na jej piersiach i miętosił je zawzięcie uciskając mostek. Co jakiś czas przestawał i pochylał się nad jej pobladłą twarzą, by poczuć smak jej ust. Wtłaczał w nią powietrze, czerpiąc je z samego dna przesiąkniętych nikotyną płuc. By, już po chwili, znów ugniatać jej klatkę piersiową. I ponownie w nią dmuchać jak w sflaczały balon. Namalowaną na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil somebody_like_you
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…