Zagubiona przestrzeń grzechu
prolog i pierwszy rozdział mojej powieści. Na początku ma miejsce śmierć dwóch osób, a potem ich życie przenosi się do czyśćca. Bardzo proszę o opinię!(szczególnie krytyczne)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
W uszach charczy dźwięk straszliwy Kosiarz w pracy znowu niszczy Piękną trawę w siana pęki! A kto cierpi? Nikt nie cierpi?! Przemijanie różne maski Wkłada na swój pyszczek ciasny Racz pogodzić się z wszystkimi Odrzuć strach; zachowaj siły
Dla lekarza były to tylko mechanicznie wypowiedziane słowa. Tak wiele razy stykał się ze śmiercią, że stał się mniej czuły na tego typu zdarzenia. Mnie z kolei zawaliło się życie… myślałem, że bóg nigdy do tego nie dopuści. Od dziecka przestrzegałem wszystkich przykazań, a z każdym grzechem biegłem do spowiedzi niczym stara babcia. Ukończyłem studia i ożeniłem się z kobietą, którą kochałem. Miałem wszystko. Nie potrafiłem sobie wyobrazić tej straty. Byłem słaby psychicznie; fizycznie zresztą też, lecz nie miało to w tej chwili znaczenia. Potrafiłem zarobić na rodzinę i żyć zgodnie z ideałami, jednak nie wiedziałem, co zrobię, gdy one mnie zawiodą. Od kilku godzin nie ruszyłem się ze szpitalnego korytarza. Pielęgniarki bezskutecznie próbowały mnie zabrać do histeryzującej żony, która potrzebowała mojego wsparcia. Pogrążyłem się w dialogu z bogiem. Dlaczego mój syn zmarł w trakcie porodu? Nie myślałem o lataniu po sądach, bo ziemska sprawiedliwość i odszkodowania nic nie znaczyły. Chciałem odpowiedzi z nieba. Straciłem rozum. Cała rodzina zeszła się na oddział żeby pocieszać moją małżonkę. Ciekawe, kto z nich robił to szczerze. Słyszałem w głowie nieistniejące szepty: „ to kara boska!”, „ pewnie dziecko z nieprawego łoża”, „ za dobrze im było!”, „ w końcu im też się coś przytrafiło!”. - Ocknij się synku - usłyszałem troskliwy głos. Był niezwykle prawdziwy. Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą matkę, która szarpała mój rękaw. - Zostaw mnie samego - bąknąłem tylko i chciałem znów włożyć głowę między kolana, ale ciepła matczyna dłoń uderzyła mnie w policzek. - Opamiętaj się - w jej głosie była rozpaczliwa prośba. - Muszę to przeboleć w samotności - odrzekłem drętwo i sztucznie niczym robot. Wstałem by uniknąć kolejnego ciosu w policzek. Widok i głos matki nie był mi w tej chwili potrzebny, więc ruszyłem w stronę schodów. Może i robiłem jej wstyd przed całą rodziną, ale to przecież moje życie i miałem prawo się załamać. Byłem cholernym egoistą. Zostawiłem cierpiącą żonę. To przecież nie ja nosiłem syna pod sercem. Powinienem ją pocieszyć zamiast uciekać. Wyrzuty sumienia dopadły mnie po zejściu z zaledwie kilku kamiennych stopni, jednak nie mogłem już zawrócić. Wyszedłem na zewnątrz. Grudniowy wiatr zadziałał prawie jak kubeł zimnej wody. Zapiąłem kurtkę i ruszyłem przed siebie. Musiałem szybko dojść do sedna, bo każda sekunda oddalała mnie od normalności. Rzeczywistość falowała jakby poza światem, który istniał wyłącznie w mojej głowie. Nie znałem życia. Dotychczas unikałem jakichkolwiek niepowodzeń, więc nie mogłem umieć sobie radzić z czymś, czego nie znałem. Usłyszałem koło siebie pisk opon. Zorientowałem się, że idę właśnie ulicą. Kierowca wykrzyczał z okna kilka przekleństw w moim kierunku. Byłem bliski wypadku. Błyskawicznie wskoczyłem na chodnik. Zamierzałem teraz odwiedził park, od którego dzieliło mnie kilkaset metrów. W zimę będzie pewnie pusty, a mnie zależało na chwili samotności. Mijałem ludzi. Niektórzy z nim mieli zatroskane twarze - zupełnie jak ja. Nie pasowałem do tego świata strat i cierpień. - Przepraszam najmocniej - jęknąłem niemalże przewracając staruszkę, która zmierzała w przeciwną stronę. - Dzisiejsza młodzież - syknęła złowieszczo. - Wszędzie się śpieszą żeby szerzyć rozpustę i demoralizację - ledwo dodała i splunęła mi pod nogi. Zatrzymałem się obserwując jak podąża dalej swym wolnym krokiem. Może rzeczywiście szedłem za szybko. Miałem już dwadzieścia cztery lata, więc młodość mogłem chyba uznać za okres przeżyty w czasie przeszłym, ale z tą panią nie mogłem się równać pod względem doświadczenia. W końcu opamiętałem się i kontynuowałem spacer w stronę parku, oczywiście nieco wolniejszym tempem. Gołe drzewa i śnieg w miejscu, gdzie latem rosły cudowne kwiaty - to zastałem. Kilka osób z psami nie mąciło mojego zamyślenia. Spojrzałem na niewielki staw. Może właśnie to on mnie tu przywiódł? Bóg ma zawsze jakiś cudowny plan i zdawało mi się, że ten zamarznięty zbiornik wodny da mi odpowiedź na kilka pytań. Podszedłem trochę bliżej. Lód był dosyć gruby i nie powinien się załamać pod moim ciężarem. - Co się pan tak w to gapi? - spytał jakiś mężczyzna z papierosem w dłoni i buldogiem na smyczy. - Chciałem przemyśleć parę spraw - bąknąłem cicho i spojrzałem na groźnego psa, który zaczął cicho warczeć. - W takim razie życzę owocnych wniosków - uśmiechnął się i pociągnął smycz do tyłu, jakby czując, że jego pupil chce mnie ugryźć. Stał jeszcze chwilę, lecz nie doczekał się żadnych podziękowań, więc odszedł. Poczułem nagle dziwny głos. Nie wiedziałem czy to kuszący szept szatana, czy boża nadzieja. Mojżeszowi udało się przeprowadzić swój lud przez Morze Czarne - to był fakt. Czułem, że muszę przejść na drugą stronę tego niewielkiego stawu. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dzieliło mnie od tamtego brzegu. Jeśli lód się zarwie, to będzie oznaczało, że bóg mnie wzywa - tak sobie to wytłumaczyłem. Pierwszy krok zrobiłem ostrożnie. Wydawało się, że nie mam prawa wpaść do wody - nie pozwoliłby na to bóg. Szedłem powoli, a każdy ruch naprzód dawał mi wiarę w sens życia. Rozejrzałem się wokoło, gdy środek jeziora znalazł się pod mymi stopami. Kilku ludzi patrzało na mnie ze zdziwieniem. Jakaś kobieta trzymała w ręku telefon komórkowy, ale wątpię, że wzywała policję. Postanowiłem ruszyć dalej. Pewnie wiele osób nudzę. Wiele głupich dzieci i tępych dorosłych nie rozumie tego marszu ku chwale Bożej. Wytłumaczyłbym wam to wszystko bardzo chętnie, gdyby lód się nie zarwał.
Weronika była silną kobietą. Szybko doszła do siebie, choć kilka godzin po stracie syna dowiedziała się, że śmierć dopadła również jej męża. Od tamtego dnia minęło na szczęście odpowiednio dużo czasu żeby przemóc najgorsze chwile. Teraz poprawiała makijaż przed pogrzebem. Czuła tylko ogromny żal i rozgoryczenie. Wybrała partnera, który nie potrafił sobie poradzić z życiem. Policja ustaliła, że bez wątpienia było to samobójstwo. Zeznania świadków nie pozostawiały cienia wątpliwości. Facet nawet nie krzyknął podczas załamania się lodu - nie chciał pomocy. Pokornie czekał aż wszystkie problemy zakończą się wraz z jego życiem. Wyglądało to jak znak od Boga. „Weroniko” - szeptał teraz stwórca - „ Musisz odnaleźć prawdziwego mężczyznę, który zapewni ci szczęście”. Wierzyła w to. Zamknęła przeszłość za drzwiami błędów. Musiała przeboleć jeszcze żałobę i znaleźć nowego mężczyznę, który nada sens jej istnieniu. Czas mijał teraz w sposób bardzo dziwny. Przez ostatnie dni Weronika płakała lub rozmyślała nad swoim istnieniem. W tej chwili spoglądała w lustro. Była w swojej sypialni i siedziała na łóżku. Nie czuła potrzeby kontaktu ze światem zewnętrznym, lecz musiała przecież iść na pogrzeb męża i syna. Wszyscy okazywali jej swoje szczere współczucie. Stało się to po kilku dniach nudne. Oczywiście potrzebowała wsparcia, ale typowe monologi i słowa otuchy nic dla niej nie znaczyły. Nawet matka jej byłego męża zdawała się być wściekła na syna za to poddanie się, lecz nie mogła tego głośno powiedzieć, bo o zmarłych nie mówi się źle. Zima opadła powoli z sił, a chodniki pokryte były piaskiem i błotem. Słońce z ogromną intensywnością witało wszystkich zebranych na pogrzebie ludzi. Weronika chciała tylko wrócić do swej sypialni - cała ceremonia niezwykle ją męczyła. Myślała jedynie o zakończeniu żałoby i próbie rozpoczęcia nowego życia. Ksiądz bardzo długo zanudzał towarzystwo opowieściami o cudownym mężu, który był niezwykle religijnym człowiekiem. Ubolewał ogromnie nad tą śmiercią i winił szatana za ten nieszczęsny incydent. Większość z niezwykła uwagą śledziła każdy gest kaznodziei. Jakaś stara babcia chwyciła do ręki różaniec i modliła się żeby Bóg uchronił ją od takich szatańskich sztuczek. Nie należała do rodziny. Na pogrzeb przybyła pewnie z nudów, lub dla widoku księdza, który był dosyć przystojny. W końcu ceremonia się zakończyła. Ojciec legł w grobie zaraz obok syna. Na szczęście kościół nie robił problemów, choć czasem zdarzało się odmawiać pogrzebu, jeśli zmarły nie przyjął chrztu. Z nieba zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu. Weronika cieszyła się, że będzie mogła w końcu odpocząć, choć została jeszcze stypa, którą jednak szybko opuściła ze względu na ból głowy.
Rozdział I Lunatycy na tej ziemi Nieświadomie zapatrzeni W życie zwykłe - ludzie zwykli Po co szukać ról odkrywczych?
Świat ogarnęła ciemność. Mrok pokrył niemalże wszystko. Nic tutaj naprawdę nie istniało. Rzeczywistość stała się czarną plamą. - Nie wyszedł ci ten obraz - uśmiechnął się siwy dziadek z sięgającą niemalże do pępka brodą. - Przecież właśnie to nas otacza! - oburzył się elegancko ubrany młodzieniec. Jego czarne buty były tego samego koloru, co gustowny garnitur i perfekcyjnie zawiązany krawat. - Ujrzymy prawdziwy obraz, gdy czas strawi nasze grzechy - mentorski ton staruszka wydawał się śmieszny. Jego szary surdut był wyblakły, a poplamione spodnie i rozwalające się buty dawały automatyczne skojarzenie ze zwykłym menelem. Ciężko powiedzieć, kim był ten facet za życia, lecz jeden fakt był niezaprzeczalny - elegancki młodzieniec go nienawidził. Nastała chwila ciszy. Ciemność pokrywała wszystko prócz dwóch dryfujących w niebycie postaci. - Nic nie odpowiesz, Dawidzie?- spytał w końcu starzec. Otrzymał pogardliwe spojrzenie. Mrok powoli ustępował…
Gorące słone paliło ciemne niebo, nadając mu barwę błękitu. Wiatr grał na liściach wielu drzew, których gatunek mógł rozpoznać tylko doświadczony dendrolog. Zapach żywicy poznali jednak wszyscy z wyjątkiem zakatarzonego brodacza o długich włosach. Oddział liczył szesnaście osób. Przewodził im Jonatan - barczysty mąż z powołaniem w sercu. Z całych sił trzymał długi miecz, który już niedługo powinien rozedrzeć ciała pogan mających w tym lesie swoją siedzibę. Ptaki z zaciekawieniem przyglądały się temu oddziałowi. Z tyłu maszerowało sześciu mężczyzn z trzymanymi w rękach łukami. Jeden z nich zauważył chyba zainteresowanie małej kukułki i wyciągnął z kołczanu strzałę. W tym samym momencie rój skrzydlatych stworzeń odleciał. - Mądre to istoty - rzekł łucznik i włożył znów pocisk pośród braci z ostrymi grotami. - Gdyby ptaki miały ludzkie ciała, to pewnie przyjęłyby chrześcijaństwo - włączył się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bolko
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…