Zapach Śmierci cz.1
Proszę o opinie, mogą być nawet złe. Średniowiecze na terenach dzisiejszej, dajmy na to Polski. Opat Kleofas walczy z siłami piekieł w sposób jaki mu się niekoniecznie podoba, jest...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi” Wyliczanka dziecięca
Czy ja jestem? Ból. Jestem. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę... Ból. Nie mogę krzyczeć. Gdzie ja jestem? A miało być tak pięknie.....
# #
Zmierzchało, a z mojego brzucha dobiegało coraz głośniejsze burczenie. Teraz przydała by mi się tylko porządna kąpiel, wieczerza i długi, długi sen. Na szczęście zza zakrętu wyłoniły się szare zabudowania klasztoru, mojej nowej siedziby. Będę musiał się znowu przyzwyczajać do życia na wsi. „Jestem wykończony” - pomyślałem w momencie, gdy dotarłem do celu. - Otwórzcie wrota, dobrzy ludzie! - krzyknąłem z całej siły - Kto tam? Bo psami poszczujemy! – usłyszałem zduszony głos zza muru. - To tak witacie nowego przeora?! Jestem brat Kleofas i będę tu zarządzał. - Wybaczcie ojcze tę ostrożność, lecz czasy są nieciekawe i mnóstwo motłochu kręci się w okolicy. - Szybko, otwierać te drzwi, to nowy przełożony!- usłyszałem ten sam głos, ale na szczęście już nie do mnie skierowany. Potężne dębowe drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem starych dawno nie naoliwionych zawiasów. Po krótkiej chwili wpuszczono mnie do środka i zobaczyłem grupkę mnichów tłoczących się na schludnie utrzymanym podwórzu. Lekko mnie rozbawiły ich ciekawe i wnikliwe spojrzenia. - Witamy szanownego gościa w naszych niskich progach - przywitał mnie najgrubszy z nich. - Teraz są to i moje progi, drogi braciszku, witam wszystkich! - Witamy! – krzyknęli gromko wszyscy zebrani. - Bardzo raduje mnie taka żywa reakcja na moje przybycie! – odpowiedziałem im.
Stajenny rozkulbaczył mojego konia, podano mi podręczny bagaż, a gdy weszliśmy już do izby, nagle coś mi się przypomniało: – Zaraz, zaraz, jedno mnie zastanawia: chciałbym się dowiedzieć, co się stało z waszym poprzednim przełożonym – Bratem Józefem? Gdy tylko wypowiedziałem to imię, wszyscy umilkli. Na twarzy mnicha, który stał najbliżej, nagle znikł uśmiech, a w oczach pojawił się strach i ręce zaczęły mu się tak trząść, że wypuścił z nich różaniec. Musiał się chyba bardzo zdenerwować, bo zerwał rzemień, a koraliki potoczyły się po posadzce. Głośny grzechot kilkudziesięciu małych paciorków wypełnił izbę, ale mnisi szybko je wyzbierali. Ku mojemu zdziwieniu, mnich z którym wcześniej rozmawiałem już nie stał przede mną, tylko inny zajął jego miejsce i z wymuszonym uśmiechem na twarzy kontynuował rozmowę. - Brat Wacław źle się poczuł, zapewne z głodu. Szanowny przeor też zapewne głodny, ale właśnie się dobrze składa, podano wieczerzę, zapraszam serdecznie. O szczegółach zaginięcia opowiemy wam przy stole. Weszliśmy do większej, mrocznej sali, gdzie już po środku stał nakryty potężny dębowy stół. Mięsiwo i owoce zalegały na całym obrusie. Przy stole zebrało się w sumie ponad dwudziestu braci. Jedliśmy w milczeniu, z ciekawości przyglądałem się każdemu z nich. Mimo, że bardzo się starałem nie mogłem znaleźć brata Wacława, co podobno, tak bardzo zgłodniał, że aż osłabł. Coś niedobrego musi się dziać w tym klasztorze, lub jego okolicach. Przemilczałem to jednak, bo nie chciałem denerwować ich przy posiłku. - Proszę mi opowiedzieć o moim poprzedniku - rzekłem, gdym nasycił pierwszy głód. - Dziwna historia z tym zniknięciem. – odpowiedział mi siedzący obok mnich. Mówiąc to wyraźnie się zasmucił, pochylił głowę i kontynuował. - - Brat Józef to był zacny człek, dbał jak nikt inny o nawracanie pogan. Tępił starych bogów z taką zażartością, że wielokrotnie osobiście toporem ścinał wielkie posągi o wielu twarzach. Ludzie kochali go za to, że z takim zapałem niesie im zbawienie. Jego ostatnim wspaniałym czynem było postawienie wielkiego krzyża na okolicznych wzgórzach. Jest to piękny przykład jego misjonarskiej działalności.. Właśnie przez tą jego pasję przypłacił życiem. W dodatku człowiekiem światłym był, dużo ksiąg czytał, zielarstwem się parał, żeby jego „owieczki”, jak to ludność nazywał, zdrowiem się cieszyły. Wybrał się jak zwykle o poranku po nowe zioła do lasu z małym sierpem. Tyle go widzieliśmy, a po dwóch dniach poszukiwań znaleziono jego habit zawieszony i przybity jego sierpem do krzyża, który sam wcześniej stawiał... - Zaiste, dziwna to historia – skomentowałem. - Najdziwniejsze jest to, że nie znaleziono zwłok Brata Józefa, chociaż przez dwa tygodnie wszyscy mnisi i cała wieś przeszukali cały las, bagna i moczary. – w oczach mnicha zauważyłem potężne krople łez, a głos zaczął mu się łamać. - Jeśli zginął pożarty w całości przez dzikie zwierzę, to czemu powiesił habit na krzyżu?- ta historia coraz bardziej mnie zaczęła intrygować. - Nie wiem wielebny, tak jak mówiłem zagadka to wielka, i mam jedynie nadzieję, że jeśli zaiste nie żyje, to teraz dołączył do grona anieli...- na te słowa rozpłakał się na dobre. - Zgadzam się z tobą bracie Anzelmie, trzeba teraz się modlić do Boga o zbawienie jego duszy. Teraz wybaczcie jestem zmęczony, od jutra rozpocznę urzędowanie. Teraz marzę tylko o długim śnie, dobranoc wszystkim. - Dobranoc Ojcze Kleofasie!- odpowiedzieli mi wszyscy zgromadzeni, część z nich też zaczęła płakać, a inni siedzieli zasępieni w małych grupkach i cicho między sobą rozmawiali. Po kolacji rozgościłem się w moim nowym lokum – małej celi na poddaszu. Małe okienko wychodziło na starą nieprzeniknioną puszczę, nad którą powoli zaczął się wznosić księżyc w pełni. Piękna to będzie noc i gdybym nie był tak bardzo zmęczony to wybrał bym się na spacer. W tej oazie spokoju będę mógł wreszcie odpocząć po tych wykwintnych i napuszonych ucztach u arcybiskupa Bobka. Ten stary chlejus cieszy się za dużym szacunkiem u obecnego władcy, Teodora Wspaniałego, przez to prawie co każdą niedzielę byliśmy zapraszani do stolicy. Po dwóch latach rozpustnego życia jako sekretarz biskupa, znudziły mi się w końcu te ciągłe biesiady i zepsucie. Coś we mnie pękło i przypomniałem sobie dlaczego i po co wstąpiłem do zakonu. Dopiero po moich usilnych prośbach i błaganiach Bobek się zgodził. Zbyt dosłownie jednak wziął moje słowa: „Chciałbym krzewić wiarę wśród prostego ludu” - i wysłał mnie tam, gdzie pogaństwo wypleniono nie do końca, a pierwsi misjonarze przybyli dopiero przed pięćdziesięcioma laty. Z listów, jakie przeczytałem od tutejszych mnichów wynikało, że mój poprzednik zaginął przed pół roku, a tutejsi ludzie po kątach trzymają stare posągi i modlą się jeszcze do drzew. Na dodatek znajdowano jeszcze gdzieniegdzie stosy żałobne, na których palono nie tylko zmarłego, ale także jego żonę, a czasami dobytek i całą służbę, która nie zdążyła uciec do lasu. Ale cóż, obyczaje pogańskie straszne są i okrutne, i niezależnie od ceny trzeba je wytępić. Nagle usłyszałem stukanie do moich drzwi. - Bracie Kleofasie, bracie Kleofasie! „To głos Stefana, jednego z moich kleryków” - pomyślałem. - Czego nękasz mnie o tak późnej porze, przecież wiesz, że jestem zmęczony po podróży? - Wybacz ojcze, ale ojciec musi to zobaczyć. - O cóż chodzi? Jeśli niepotrzebnie zawracasz mi głowę, to jutro będziesz czyścił latryny...- Rozdrażniony, chciałem już go wygonić z izby, ale gdy zobaczyłem jego rozszerzone źrenice i gęsią skórkę na całym ciele, to od razu zaintrygował mnie. Przypomniał mi się brat Wacław i jego dziwna reakcja. - Straszne, straszne rzeczy dzieją się w okolicy! Już od kilku miesięcy znikają ludzie, nikt nie jest pewny, czy obudzi się żywy. Prawie cała wieś zebrała się w kościele.- po jego głosie można było czuć, że boi się okrutnie. - W takim razie chodźmy tam, bo sprawa wygląda na poważną. – pewnie ma to związek ze zniknięciem Brata Józefa Na dziedzińcu klasztoru stało kilka wozów drabiniastych, a w bramie świątyni bożej tłoczył się tłum wieśniaków. - Zróbcie miejsce dla przeora! – zawołał brat Stefan. Ludzie rozstąpili się, niektórzy klęknęli robiąc znak krzyża. Pobłogosławiłem ich, a dzieci pogładziłem po głowie. - Kto jest naczelnikiem tej społeczności?- zapytałem, gdym znalazł się w środku kościoła. - Ja, a bo co?- ryknął, nagle się odwracając, potężny kmieć. Popatrzył na mnie chwilę, pomyślał, a widać ciężko mu to szło, wreszcie odezwał się do mnie łagodniejszym już tonem. - Wybaczcie mi ojcze, nie wiedziałem, że to Wy. Na ostatniej mszy ksiądz zapowiadał rychłe przybycie tak szacownego gościa, ale nie wiedziałem, że to przed tą niedzielą. Nazywam się Prostak, Józef Prostak, jestem naczelnikiem tej wioski, wiernym sługą kasztelana Birwuty. Witam na tym odludziu, gdzie ostatnio wilcy, albo inne ścierwo strasznie moich ludzi gnębi. Zamilkł, bo musiał złapać oddech, po czym spojrzał na ludzi zgromadzonych w kościele i rzekł do nich: - Pokażcie wielebnemu, co zostało z Antka! - zwrócił się do tłumu. Ludzie się rozstąpili i oczom mym ukazał się bardzo smutny widok. Przed ołtarzem na białym prześcieradle leżały zwłoki młodego chłopaka, całe ubabrane błotem i krwi. - Matko Przenajświętsza! – krzyknąłem, bo dawno tak zmasakrowanych zwłok nie widziałem. Podszedłem bliżej, zauważyłem rozerwane gardło, lewa ręka wisiała na strzępach skóry, a wszędzie na ciele były widoczne liczne rany po zębach. - Przecież on biedaczysko tylko w nocnej koszulinie - zdziwiłem się. - Tak panie – zapłakała jakaś stara kobiecina za moimi plecami – gdy synuś kładł się spać, to był taki
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil freser
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…