Wróć do katalogu

Zguba

Historia z życia wzięta opowiedziana z humorem.

mbrznk, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Ty, gdzie mogę rzucić kiepa? – Dawaj! - Nie czekając gwałtem wyrywam mu go z łapy i ściągam ostatniego bucha. Ten to nigdy nie dopala! Parzę sobie krtań. Kaszlę raz, ale tak na wskroś, przez zakamarki śledziony i otwarta paszczą wydmuchuję to co w gardle zaległo wraz z żarem. Rzucam to ustrojstwo. Won, cholera! Ręka z zamachem mierzy w pustą przestrzeń felernym resztkiem. Wykonuje pełen gracji łuk po elipsie i finiszując nagle dziwacznie się spina. Dłoń jak u paralityka samoistnie skręca się o 180 stopni i wpada na ciało chwilę po rozstaniu ze śmieciem. Żarzący się ogar woduje na mokrym dachu knajpy pod nami w wygasłej niepamięci. I z czymś jeszcze. – Co tak dziwnie rzucasz? A, się zrobiłeś brachu – zakrzyczał tak uradowany, że się w efekcie przed samym sobą pokłonił. – Ty, no siedź cicho! - zasyczałem. No właśnie mi obrączka z palca spadła – dokończyłem momentalnie trzeźwiejszy jakbym po pysku szpadlem oberwał. – No co ty gadasz?! Znowu ryknął. Haha, mówiłem ci, nie rzucaj śmieci przez balkon karaczanie! Jak chcesz się teraz zwalić trzy piętra niżej? Stoję i milczę. Ten dalej dokazuje – a wiesz, że jak się człowiek zwarzy, to podobno nawet się nie łamie, haha. Nie łam się, skakaj zuchu – gnojek zanosi się od śmiechu z głośnym spazmem kaszlu. Ehh, nie wk.. mnie – zasyczałem. Wychylam się za barierkę i wiszę wpatrzony na dach knajpy, która na niedosyt wędzi hamburgery. Wracam z głową na balkon i rozmasowuje pusty palec jak po właśnie zdjętych kajdankach. – Chyba głodny jestem. Czuję swędzenie w żołądku. – Haha, ty to chyba masz inny problem niż głodek – śmieje się Marek. – Coś wykombinuję, ale nie dzisiaj bo mi Gośka łeb urwie, jak się dowie. Za późno jest, ja jestem zbyt nabity, by się włóczyć po sąsiadach i przełazić im z przedpokoju za balkon. Rano to załatwię. – Dobra, jak tam wolisz. Temat się skończył, zawijam się do domu Krzychu. – Dobra, ja zbieram się spać. Lepiej żeby nie widziała, że czegoś mi na paluchu brakuje. – Byleby z innym nie było problemu – haha. Powodzenia! Jakbyś sobie nie radził, to dzwoń. – Ty no o ci chodzi? - zaczyna mnie wkurzać. – Ty, no przecież nie o ten palec przy dupie. Luzuj się. Grunt, by załatwić to zanim się dowie. – Cały czas mnie opieprza, że kręcę tym pierścionkiem i że go w końcu zgubię. – Haha, nie, no to w takim razie to jej wina, wykrakała! Zwal na nią, niech się uwija i ustawia z sąsiadami. – No racja. Zaraz jej to powiem, niech jeszcze latarkę po drodze w windzie kupi. – Dobra, dobra. Spadam, daj znać jak się z tym uwiniesz. Trzymaj się. – No na razie. Zamknąłem drzwi wyjściowe i poczułem się jak pod ścianą. A co, jeśli nie znajdę pierścionka na dachu, bo wylądował na chodnik? Jak oparzony przekręcam zamek i otwieram drzwi. Tego już nie ma. Może, by tak wyjść z psem i pokręcić się w okolicy dachu? Odpuszczam. Jutro się znajdzie.

***

Żona po kąpieli leży w równie czystej jak ona pościeli. – Dobrze się bawiłeś? Widzę, że powieki w ciąży. – No, czekałem aż ta łajza wyjdzie, ledwo zipię. Spać mi się chcę. Kładziemy się? – Bardziej nie mogę, leżę i czekam na waćpana. – Dobra, umyję się i wracam do ciebie – wychodzę włócząc nogami na dowód, że ja taki już bardzo zmęczony. Tak naprawdę to nie spieszę się, bo ledwo widzę. Myję dokładniej zęby, ale nie sumiennie. Nie chce tu zasnąć. Łączę stalagnatem paszczękę z porcelaną umywalki wypłukując białą od pasty ślinę. Schematycznie krok drugi – czas na ciało. Rozbieram się i jak zwykle w tym stanie jeb! Ostatnia nogawka gaci – ta ciaśniejsza, standardowo, z oporem rozstaje się z tą cięższą i szerszą nogą. Podpieram się, nie upadam, jestem goły. Odkręcam kran, siadam, by zlać się wodą. Nie mam siły na szorowanie, otwieram balsam, leje w dłonie, nacieram szyję i kończę, bo jakie to wszystko żmudne. Rzeźbię w bezdennych zakamarkach odurzonej myśli;

z kranu ciepła leci woda z żółtą cieczą się miesza plotę je w strumień refleksji które w świecie banał zbezcześci

Skoro osiągnąłem bruk, sięgam po kurek. Zakręcam wodę i wstaję. Szoruję się pobieżnie, reszta wyschnie w pędzie drogi do łóżka. Strategia trafna – w pokoju ciemno. Żona mruczy – dobranoc kochanie. – Dobranoc – odpowiadam, w zgodzie z sobą wymawiam – Kocham Cię. – Kocham Cię – słyszę. Już mi lepiej. Sytuacja opanowana. Mielę jeszcze scenariusze na jutro, tak na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Pies melduje mi się z piłką, szeptam stanowczo – Bobik do siebie! W odpowiedzi zieje mi bezgłośnie odorem języków wołowych, które dzisiaj spałaszował na podwieczorek. Wie, że to on wygrał. Nonszalancko wychodzi, piłkę zabiera ze sobą. Wstaję, zamykam drzwi. Kładę się, przymykam powieki.

***

Rano budzę się zmordowany jak po triathlonie. Czas mam tak dobry, że kładę się dalej. Otwieram oczy po raz kolejny – 7:34. Czuję suszenie w paszczy, które przypomina mi wczorajszy wieczór. Demyt! Wychodzę jak krab bokiem, po cichaczu, z pościeli. Dumny pies i jego dziarska kupa witają mnie za drzwiami i stawiają na nogi lepiej niż kawa ze Starbucksa. Poranna higiena, sprzątanie podłogi, wietrzenie magazynu. Zabieram psa – moje alibi na wypadek, gdyby trzeba było wytłumaczyć przeciągający się spacer. W windzie, jakby do kompletu z porannym klockiem, mocz w narożniku. Zbyt silna grawitacja w windzie potrafi zaskoczyć nawet czworonoga - myślę. Hmm, jest 7:43, powinno mi się udać wrócić do domu ze złotkiem zanim żona wstanie z łóżka. Myśli, nadal nie dzisiejsze, próbuję nakierować na planowanie. Pierwszym punktem będzie knajpa czynna 24 na dobę. Może wpuszczą mnie z lokalu na dach. – Dzień dobry, czy może pani mnie skierować do menadżera? Pytam kelnerki. – Tak oczywiście, ale czy coś się stało? Wyraźnie zaniepokoiłem młode dziewczę. – Owszem, stało się, ale nic związanego z panią – ucinam, bo nie mam siły na dyskusję dłuższą niż konieczna. – Dobrze, zaraz go do pana poproszę. Proszę tu poczekać. Odchodzi przerzucając pospiesznie ciężar ciała z lewej na prawą nogę. Modelka. Znika za rogiem czerwonego korytarza pozostawiając po sobie zapach przepalonego tłuszczu. W barze dwie blond kapłanki solarium puchną w umizgach pary wygłodniałych adoratorów. Wyznawcy sportowego dress codu wzburzeni odmiennością przerzucają na mnie swoje znudzone spojrzenia. Nie znamy się i nie polubimy. Walka na źrenicę oni – ja, oni – ja, oni – piwo. Wracają do swoich zajęć. Wygrywa szklanka zimnego - co z rana jak śmietana. Sącząc browar z plastikowych rurek przypatrują mi się przelotnie dopóki spojrzenia nie mąci słomka. Ta co wypada z dłoni jednej z rozkojarzonych dam. Druga, serdeczna, łapiąc ją strąca i opróżnia zawartość szklanki zalewając stolik i nobliwe uda ekipy. – Co robisz piczo! - Krzyczy amant. – No co? O co ci chodzi? Odpowiada ta druga, co pospiesznie robi z serwetek wały na stoliku, by ograniczyć potop. – Będziesz teraz przy suchym pysku czekać, aż my se piwko powoli wypijemy! - Rzecze król życia. – Dobra, se pij powooooli. A ja idę zapalić, Aneta idę zapalić. – Wytrzyj to wcześniej! Woła ten od powolnego poiwa. – Sam se wytrzyj, jak ci przeszkadza! Wstaje z torebką do kręgli i rusza w moją stronę. Mija mnie z ni to zalotnym czy wkurzonym spojrzeniem skrywanym cieniem sztucznych rzęs. Te niosą ją jak napędzaną wiatrem dmącym w największe żagle Daru Pomorza. Brwi ściągnięte ku sobie, szybki krok i smród papierosów w powidoku przerywają obserwacje. Nawrócony przypominam sobie cel niniejszej wizyty – z_goła nietowarzyski. Pusty korytarz i jego czerwony dywan nadal bez gości. Czekam. Pies przywiązany przed lokalem pewnie się niecierpliwi. Ruszam, by zerknąć przez szybę jak się trzyma. Młoda niezdarna podłapała wspólny temat z czworonogiem, więc pies też ma ubaw. Ruszam z powrotem na korytarz. Idzie dziarsko żelowy trzydziestolatek z twarzą usianą trądzikiem sąsiadującym z wulkanami po ospie. Obok w bezpiecznej odległości unosi się kelnerka jak czarodziejka mini ratka, czekając na swoja kwestię – To ten pan – podkreśla słowa gestem dłoni skierowanej w moją stronę. Brakuje jej jeszcze różdżki. – Dzień dobry – zaczynam – czy pan jest menadżerem tego lokalu? – Tak, w czym mogę pomóc? – Czy z państwa lokalu można wyjść na dach? – Nie wiem tego, nikt wcześniej nie wchodził na dach, a czemu pan o to pyta? – Mam taki problem, mieszkam w sąsiadującym bloku i wypadł mi wczoraj jeden dla mnie bardzo cenny przedmiot – pierścionek, który leży u państwa na dachu. Potrzebuję tylko chwili, by tam wejść. Już nawet go namierzyłem z mieszkania – kłamię bez mrugania okiem. – Pan poczeka chwilę, sprawdzę, czy gdzieś na zapleczu jest wyjście na dach. A nie ma z zewnątrz budynku żadnej drabiny? Sprawdzał pan? – Nie, niestety nie ma – nadal nie mrugam. – Proszę dać mi chwilkę. Kelnerka zostaje uśmiechając się do mnie. Odwzajemniam jej uśmiech i obmacuje tyłek. Nie jej tyłek – swój! Tylne kieszenie są puste, nie wziąłem telefonu. – Przepraszam panią, idę zobaczyć co z psem, zaraz wracam. – Dobrze, przekażę menadżerowi. Przy stoliku śpi osamotniony chłopiec. Po drugiej stronie para kotłasi się w romantycznym krajobrazie pojezierza mazurskiego piwa. Pies za oknem nadal zabawia się z młodą panienką, palą wspólnie kolejnego papierosa. Obserwuję ich chwilę. Pies ma kontrolę, decyduję się im nie przerywać. Wracam do czekania, przychodzi menadżer. – Wie pan, jest drabinka i wyjście na dach, ale nie mogę tak pana puścić na zaplecze. Wie pan? Mamy zakaz – co brzmi jak taaaa ki zaaaa-k-aaaaz. – Rozumiem, ale to może nikt się o tym nie dowie, ja tylko wskoczę na dach i jak wezmę zgubę, to nawet jakoś sobie z tego dachu zeskoczę, grunt, by tylko mnie Pan tam wpuścił. Po kryjomu. – Ja rozumiem, ale to tak się nie da. Głowa kelnerki przytakuje na potwierdzenie. – A może pan zadzwonić do tego od tych zasad, by zapytać, czy może dać wyjątek? – Tak, ja mogę zadzwonić, ale jest sobota rano, nie wiem czy odbierze telefon ode mnie. – Proszę spróbować, bardzo mi na tym zależy. – Dobrze, pan poczeka. Wyciąga telefon z kieszeni i coś na nim pokazuje palcem. Przykłada go do ucha wyginając przy tym głowę w druga stronę jakby ważył dziesięć kilogramów. Cisza trwa kilka sekund. – Niestety szef nie odbiera. – A może pan dla mnie jeszcze popróbować? – Tak, zadzwonię jeszcze za kilka minut. – Dobrze, a pan mówił, że tam jest drabinka, a czy można ją na chwilę pożyczyć na zewnątrz? – To się nie da. Ona jest na stałe przymocowana. Nie mogę panu pomóc, a innej nie mamy w lokalu. – Rozumiem, ja się będę tutaj kręcił na zewnątrz z psem. Proszę próbować z tym telefonem do szefa. – Dobrze, jak coś, to kelnerka może do pana zadzwonić. – Wolałbym tak nie robić, ja będę się tutaj szwędał. Przecież telefon był przy żonie – przypomniałem sobie. – To jak pan woli, bo wiem, że właściciel lubi pospać w sobotę albo wypić w piątek i nie odbierać, więc to może trochę potrwać. – No nic, będę czekał, dziękuję. Wychodzę podłamany, mijam blondynę śmierdzącą petami. Spogląda wdzięcząc się i obdarzając mnie chmurą tlącego się z jej płuc bąka. Pies kręci zadowolonym tyłkiem, też…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych