Wróć do katalogu

Zwyczajne niebo

Życie bywa bardziej przewrotne niż nam się może wydawać.

DoktorUboot, opublikowano , 37 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W niebotycznie wysokich a jednocześnie długich i wąskich pomieszczeniach warsztatów niezależnie od pory roku panował nieprzyjemny chłód połączony z wilgocią. Nic dziwnego. Budynek, w którym upchnięto owe warsztaty, zbudowano jeszcze przed wojną, jego murowane ściany miały ponad pół metra grubości. W zimę robiła się tam lodownia, natomiast w nawet najgorętsze lato człowiek miał wrażenie, że przyszło mu pracować w grobowcu. Najzupełniej już współczesny właściciel warsztatów, nazywany pokątnie Majstrem (wzięło się to stąd, że Majster nim stał się rządzącym twardą ręką właścicielem tego przybytku, był - tak głosiły legendy - zwykłym robolem) nie widział potrzeby przesadnego inwestowania w remont ogrzewania. Od rana do późnego popołudnia pracowały tam najróżniejsze giętarki, pilarki i spawarki, generując przy tym wysokie temperatury. Pracownikom poubieranym w solidne stroje robocze i tak bywało momentami aż za ciepło. Cały interes zamykano na noc, a raczej trudno mieć skrupuły wobec pozostawionych w nocnym chłodzie pilników i brzeszczotów. Rano znów odpalano maszyny i bardzo szybko wszyscy zapominali o zimnie.

Jednak o godzinie szóstej rano, jeszcze przed nadejściem pracowników, było tam naprawdę lodowato. Zatrudnione sprzątaczki nie miały wyjścia - przed ósmą powinien być już zaprowadzony jako taki porządek. W innym wypadku Majster mógłby wpaść w gorszy nastrój. Każdy z pracujących w warsztatach wiedział, że wtedy ten dziwny człowiek jest zdolny do absolutnie wszystkiego.

Poubierane w kilka warstw dresów kobiety, starając się nie zauważać, że z ich ust wylatuje para, choć na zewnątrz przyświecało już kwietniowe wczesne słońce, próbowały dokonać niemożliwego. Kilka z nich starało się zmyć mopami betonową posadzkę. W każdej z warsztatowych sal podłoga uwalona była jakimiś smarami, olejami i nie wiadomo czym jeszcze. Ważne jednak było tylko jedno: minutę po ósmej, gdy Majster przyjdzie na przegląd w swym eleganckim czarnym płaszczu, musi zobaczyć lśniącą mydlinami posadzkę, wtedy raczej powinien być zadowolony. Humor poprawiał mu się jeszcze bardziej, gdy nie dostrzegł jakiegoś walającego się niedopałka. Za to wszystko odpowiedzialne były właśnie kobiety od mopów. Jeśli ktoś myśli, że to ciężka robota, to jest w grubym błędzie.

Jeszcze gorzej bowiem miały sprzątaczki, którym przydzielono zmywanie ścian wyłożonych białymi niegdyś, dziś o kolorze trudnym do ustalenia, płytkami ceramicznymi mogącymi pamiętać jeszcze czasy wczesnego Jaruzelskiego. W latach osiemdziesiątych ponoć w budynku tym funkcjonowała, i to całkiem nieźle, państwowa mleczarnia. Płytki stanowiły jedyne namacalne wspomnienie po epoce jej świetności, stanowiąc jednocześnie potworne utrapienie dla sprzątaczek. Codziennie rano zastawały je na nowo pokryte warstewką mieszaniny kurzu i smaru. Najgorsze były fugi.

Kobiety sprzątające pomieszczenia warsztatów nie do końca zdawały sobie sprawę, co tak naprawdę w tych warsztatach się produkuje, zresztą nie bardzo je to interesowało. Coś tam ponoć przywożono, potem przepakowywano, przerabiano i wywożono w niewiadomym kierunku. Sprzątaczki nigdy nie wnikały głębiej. Dla nich ważne było tylko to, że mają pracę, o którą w bliższej i dalszej okolicy bardzo trudno. Przyzwyczajone od dziecka do harówki wokół domów i gospodarstw, traktowały to sprzątanie jako robotę w zasadzie lekką, w rzeczywistości była to jednak codzienna Golgota. Wpierw usiały dojechać do warsztatów na godzinę szóstą rano, pokonując leśne drogi na swoich rozklekotanych rowerach. Potem miały góra dwie godziny na posprzątanie tej stajni Augiasza, która każdego dnia rano wyglądała tak, jakby szalał tam sam diabeł. Co dwa, trzy dni Majster ustami swojego asystenta, Jacka, nakazywał tak zwany "remanent". Wtedy sprzątaczki musiały robić porządek "generalny" - robotnicy znikali, a one pracowały wówczas cały dzień od świtu do wieczora. Na szczęście nie kazano pracować im w niedzielę, co traktowały jako niebywały gest. Za miesiąc takiej pracy otrzymywały dwa tysiące na rękę - dla ludzi z okolicznych wsi była to fortuna. Tak więc nikt nie miał wielkiej ochoty na dociekanie, czym dokładnie tym razem uwalano te stare płytki. Lały na to wszystkie możliwe detergenty, szorowały ryżowymi szczotami, aż w końcu przedpotopowa ceramika odzyskiwała swoją nijaką i matową właściwość.

vvv

Tego dnia, który zaczął się dla pań sprzątaczek pracujących w firmie należącej do Majstra najzwyczajniej na świecie, całe warsztaty dosłownie tonęły w brudzie o pochodzeniu trudnym do ustalenia nawet dla policyjnych specjalistów. Szła wiosna. Przez małe okienka umieszczone tuż pod wysoko sklepionymi stropami wpadały poranne, złote promienie słońca. Było w tym coś ironicznego, bo tam na dole, tuż przy brudnej warsztatowej posadzce wiosna jeszcze nie zawitała z pewnością. Robota szła jakoś kiepsko. Sprzątaczki pracowały wyjątkowo powolnie, w ciszy urozmaicanej jedynie charakterystycznymi odgłosami tarcia szczotek po płytkach, przyozdobionymi od czasu do czasu pluskiem spłukiwanego do wiadra mopa.

Była tam jednak pewna kobieta, która robiła swoje szybciej niż reszta - Kazimiera.

Mówiono do niej pieszczotliwie Kazia. Kazia miała pięćdziesiąt siedem lat i pracowała u Majstra najdłużej ze wszystkich zatrudnionych sprzątaczek, bo prawie sześć lat. Kazia była silną kobietą, mimo że drobna i sucha sylwetka z pewnością na to nie wskazywała. To nie wszystko - Kazia również była poważnie niedożywiona, te dwa tysiące, które zarabiała w warsztatach, choć teoretycznie w tych okolicach, to była masa pieniędzy, ledwie wystarczały na życie. Bardzo dużo kosztowały ją leki dla ciężko chorego od niemowlęctwa syna, dziś już prawie dorosłego i jednocześnie wciąż wymagającego opieki. Innych dochodów nie miała. Świętej pamięci małżonek nie żył od dziesięciu lat, przyczyną śmierci była wysoka nawet jak na miejscowe męskie standardy chętka na napoje alkoholowe. Wszystko spoczywało więc na przeraźliwie chudych barkach drobnej Kazi, która sama nie była okazem zdrowia. Dokuczały jej różne dolegliwości, ale Kazia nie lubiła o tym nikomu się chwalić. Nie było to zresztą potrzebne. Kazia wyglądała bowiem marnie. Krótkie niedbale pofarbowane na rudo kępki włosów z trudem próbujące zamaskować siwiznę. Żółte od papierosów cera i zęby, zmarszczki, lekko zgarbiona sylwetka - stare, rozlatujące się ciuchy tylko dopełniały niedobrego wrażenia, jakie mogła zrobić Kazia na kimś, kto zobaczył ją pierwszy raz. W warsztatach Majstra nie były to jednak rzeczy istotne. Kazia była pracownicą rzetelną i obowiązkową. Nikogo, a już w szczególności Majstra, nie obchodził wygląd Kazi, ani jej stan zdrowia. Istotne było tylko to, że Kazia zawsze była za dziesięć szósta gotowa do sprzątania, a jakby tego było mało, to była też w tym po prostu najlepsza.

I tak już pracowita ponad miarę Kazia tego poniedziałkowego poranka harowała za trzech. Działo się tak dlatego, że był to jej pierwszy dzień po dwutygodniowym urlopie. Pierwszym w ciągu siedmiu lat przepracowanych w warsztatach. Przez te siedem długich lat, średnio co pół roku Kazia prosiła Majstra o ten urlop. Nie chodziło nawet o zmęczenie pracą, chciała po prostu nadrobić sprawy domowe i przede wszystkim pobyć trochę ze swoim synem, dać mu chociaż namiastkę normalności. Za każdym razem Majster odpowiadał nie patrząc przy tym Kazi w oczy:

- Pogadamy w przyszłym miesiącu. Teraz nie ma mowy.

Któregoś jednak dnia stało się coś niezwykłego. Majster kolejny raz zagadnięty w sprawie urlopu, nie wiedzieć czemu tym razem spojrzał Kazi głęboko w oczy i odparł:

- No dobra. Dwa tygodnie.

Kazia solidnie odpoczęła i zrobiła przez te łaskawie jej darowane dwa tygodnie wszystko, co sobie zaplanowała, a nawet więcej. To dlatego w ten poniedziałkowy poranek pracowała jeszcze intensywniej niż zwykle - miała bowiem na stałe wmontowane w świadomość poczucie winy. Wydawało jej się to naturalne, skoro dostała urlop, to musi teraz pracować szybciej, bo przecież z urlopu człowiek wraca wypoczęty, a jeśli jest wypoczęty, to i powinien mieć nowe pokłady energii. To nie wszystko. Czuła się po tych wolnych dwóch tygodniach odmieniona. Trochę mniej czarnych myśli pojawiało się w jej głowie. Nawet to tarcie szczotami po starych płytkach i w ogóle ta praca wśród podobnych jej zabiedzonych bab, wydała jej się czymś, co powinno się nie tylko szanować, ale i codziennie Bogu dziękować za ten gest. Gdyby nie ta robota, to w ogóle byłoby źle.

vvv

Otworzyły się drzwi, stanęła w nich Aldona, sekretarka Majstra. Wesoła kobietka w okolicy czterdziestki, wbrew temu, co można by sądzić, nie była to typowa "sekretarka". Nic jej z Majstrem nie łączyło, choć ten niegdyś robił próbne podchody. Aldona miała zawsze dobry humor, wiele osób pracujących w warsztatach nie rozumiało tego - nieustanne życie obok Majstra przeciętnemu szaremu człowiekowi musiało wydawać się koszmarem. - Kazia - zaświergotała. - Leć do kadrowej, wypłata jest dla ciebie.

Kazia dokończyła czyszczony właśnie fragment płytek i ruszyła do części biurowej warsztatów. Urlop urlopem, ale pieniądze też potrzebne, leki się kończą, pomyślała drepcząc labiryntem obskurnych korytarzy. Zapukała w białe drzwi, na których wisiała kartka z napisem: "Kadry". Od razu nacisnęła klamkę, nie czekając na odzew. W środku sytuacja nieco ją zaskoczyła. Oprócz kadrowej, wiecznie znudzonej Heleny, siedział tam nie kto inny jak sam Majster. Kazia zdziwiła się, nigdy wcześniej go tu nie zastała.

- Dzień dobry - przywitała się jak należy Kazia.

- Ano dzień dobry, dzień dobry - zamruczał Majster. - I co, odpoczęła pani, pani Raczyńska? - A dziękuję, tak, tak, odpoczęłam, w dwa tygodnie, to i można odpocząć. - odparła Kazia.

Kazia niezbyt dobrze znała się na psychologicznych niuansach, była kobietą prostolinijną, coś jednak jej w tym wszystkim nie pasowało, nawiedziło ją niekomfortowe przeczucie, że sytuacja, w której się znalazła pachnie czymś niedobrym. Nie wiadomo jeszcze czym, ale na pewno niczym miłym.

Kadrowa Helena z ołowianą miną sięgnęła do szuflady, i wyjęła dobrze znaną wszystkim pracownikom warsztatów zieloną odrapaną kasetkę. To właśnie z niej wypłacało się tu pensje. Wbrew pozorom większość zatrudnionych, wiedziała już, co to jest płatność elektroniczna i posiadała konta. Majster jednak wolał tradycyjne metody. Każdy dostawał więc gotówkę skrytą w śnieżnobiałej kopercie, własnoręcznie przez Helenę ozdobionej odpowiednim imieniem i nazwiskiem oraz należącą się kwotą. Taka właśnie koperta została sprawnie wydłubana przez Helenę z grubego pliku tkwiącego w kasetce. Kazia odebrała co swoje, mruknęła odruchowo "dziękuje" i zamierzała jak tylko szybko się da opuścić to pomieszczenie, by wrócić do swojej szczotki i swoich płytek. Cały dzień roboty przed nią. Tknięta czymś, przemknęła jeszcze wzrokiem po kopercie. Imię się zgadzało, nazwisko również. Tyle, że kwota już się nie zgadzała. Zamiast "dwa tysiące" Helena napisała "tysiąc". Przez ciało Kazi przemknęły tuż po sobie dwa odmienne dreszcze - pierwszy był lodowaty, następny gorący niczym lawa. Majster zerknął na nią znad ekranu swojego dużego telefonu, którym od kilku chwil wydawał się pochłonięty bez reszty.

- Coś się stało, pani Raczyńska? - zapytał chłodno, choć neutralnie.

Kazia popatrzyła niewidzącym wzrokiem na kopertę, na Helenę, na zieloną odrapaną kasetkę i na sam koniec na Majstra.

- Czemu tylko tysiąc? - odważyła się w końcu odezwać. Jej głos był tak cichy, że ledwie można było go usłyszeć. - No, pani Raczyńska, myślałem że to jest jasne - Majster odłożył telefon na blat biurka i rozparł się wygodniej na krześle. - Prosiła mnie pani o urlop przecież. Tak czy nie? Prosiła pani i prosiła, jakby świat miał zależeć od tego pani urlopu. No, to się w końcu zgodziłem. Więc o co chodzi?

Kazia zamilkła. Ludzie przyzwyczajeni do tego, że otrzymują od życia nie raz i dwa różne ciosy, w pierwszej chwili reagują lękiem, że ten kolejny będzie ostatnim, jaki uda im się znieść. Trwa to jednak tylko sekundę. Potem górę bierze bidna duma. Kazia szybko otrząsnęła się z pierwszego szoku - po prostu chciała stamtąd wyjść, przełknąć upokorzenie i wrócić do pracy. Postanowiła jednak spróbować podjąć choć minimalną walkę.

- Szefie, ale kiedyś, pamięta pan, jak tu przychodziłam do pracy, to tak rozmawialiśmy, że owszem, bez umowy, na czarno, ale że urlop płatny mi się będzie należał.

Majster popatrzył przez chwilę na Helenę wypełniającą skrupulatnie jakieś tajemniczy dokument, jakby chciał, żeby potwierdziła w jakikolwiek sposób, gestem, miną, spojrzeniem, że to, co Kazia wygaduje to absolutne nieporozumienie. Nie udało się, Helena nie chciała dać oderwać się od świata rubryk i formularzy. Majster wydął usta i skrzyżował ręce na swoim pokaźnym brzuszysku.

-Ależ szanowna pani Raczyńska, ja przecież dałem pani płatny urlop. Tak, czy nie? ma pani przecież kopertę. Musiałem zapłacić połowę, bo połowę miesiąca pani nie było. Ja w tym czasie musiałem zatrudnić inną kobitę, bo akurat mieliśmy straszny kocioł na warsztacie. Pani zobaczy, ile problemów mi pani zrobił ten pani urlop. A ja i tak pani zapłaciłem pani tysiąc, choć nie musiałem.

Majster zakończył swoją kwestię i aż prychnął ustami chcąc pokazać światu, jaka to jest wdzięczność ludzka za dobre serce. Kazia nic już więcej nie powiedziała. Wsunęła kopertę z połową należnej jej wypłaty do kieszeni fartucha i wyszła. Nad tym, co będzie z nią i z jej chorym synem w następnym miesiącu postanowiła zacząć martwić się dopiero po pracy. A to, że łzy same leciały na jej szczotę do szorowania płytek? Nikt tego na szczęście nie zauważył.

vvv

Następnego dnia Kazia była już jak nowonarodzona. Swoje odcierpiała, pół nocy - i tak dla niej wyjątkowo krotkiej - aż do bólu głowy zastanawiała się, jak przeżyje z synem za tysiąc złotych, ale koniec końców uznała, że nie ma się czym martwić. Jak będzie trzeba zostanie po godzinach, weźmie dodatkowe sprzątanie, a i jak to nie starczy, to od samego diabła pożyczy. Nie miała Kazia czasu na roztkliwianie się, nie leżało to zresztą w jej naturze. Gdy budzik zadzwonił o pół do piątej, szybko zerwała się z łóżka, pożegnała z synem, wydała mu dyspozycje na cały dzień i pośród całkowitych ciemności ruszyła swoim rowerem w blisko pół godzinną podróż do pracy. Jak zwykle była pierwsza. Zanim poszło się na warsztaty, trzeba było jeszcze zajść do biur Majstra znajdujących się nieopodal i wziąć klucze. Kazia zadzwoniła więc domofonem zamontowanym przy bramie. Głośnik milczał kilka sekund, potem zachrypiał i odezwał się głosem Majstra. - Słucham.

Kazia znów się zdziwiła, raczej zwykle pracowników wpuszczała Aldona. - Dzień dobry, Raczyńska, po klucze. - Pani Raczyńska - odparł na to przesterowany Majster. - Doszedłem do wniosku, że pani nie jest nam już potrzebna. Mam teraz mniej sprzątania, te babki co ostatnio wziąłem, to jakieś młodsze od pani i jakieś takie bardziej żwawe i energiczne, i w ogóle teraz będę wszystko tu zmieniał, więc do widzenia pani.

Znów coś zaskrzypiało, nastała głucha cisza, wszystko wskazywało na to, że audiencja dobiegła zakończona. Kazia przyjęła to wszystko z godnością. Nawet się nie rozpłakała. Ruszyła w drogę powrotną do domu przez las. Znów zdecydowała się na prowadzenie roweru, obawiała się, że może z niego spaść. Czuła się przedziwnie, coś jakby miała ją zaraz rozebrać grypa. Wiedziała, że to tylko nerwy, żadnej grypy nie będzie. Po powrocie robiła wszystko żeby nie patrzeć synowi w oczy, bała się, że zobaczy w jej spojrzeniu zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Najgorsze było to, że w ogóle nie wiedziała co ma dalej robić. Gdzie iść i szukać zmiłowania, ratunku. Nie wyszła z domu przez całe następne dwa dni.

vvv

Tydzień potem nagle zadzwonił posklejany przeźroczystą taśmą telefon. Kazia trochę się wystraszyła. Dzwoniono do niej bardzo rzadko, jeśli już tak się działo, to najczęściej chodziło o jakieś kolejne problemy. Numer, który się wyświetlił był jej całkowicie nieznany. Musiała jednak odebrać. W słuchawce zadźwięczał wysoki kobiecy głos, który Kazia natychmiast sobie przypomniała. Telefonowała pani Jola, szefowa z biblioteki, gdzie kiedyś trochę sprzątała. - Pani Kaziu, Jolanta Maciejewska z tej strony, pamięta mnie pani, mam nadzieję - zagadała rezolutnie pani Jola. - A dzień dobry, pani Jolu - odpowiedziała Kazia, mimo najszczerszych chęci przywitanie wyszło jej ponuro. - Oczywiście, że panią pamiętam.

- Pani Kaziu, niech się pani niczym nie martwi, wszystko wiem.

Kazia zamarła. Nie lubiła kiedy ludzie dowiadywali się o jej kłopotach. Nigdy nie potrafili pomóc, jedynie dokładali swoją pustą gadaniną. Odpowiedziała więc milczeniem. Pani Jola w ogóle się tym nie przejęła, trajkotała dalej:

- Ja wszytko wiem pani Kaziu, u nas to, wie pani, wszystko się szybko rozchodzi. Spotkałam na ulicy tę Kaśkę z księgowości, pamięta pani? Ona u nas krótko pracowała a potem się przeniosła do gminy. Od słowa do słowa jakoś rozmowa zeszła na bibliotekę, potem na starych znajomych i ta Kaśka nagle coś wspomniała, że jej siostra która pracuje w mięsnym, tym, wie pani, na Szopena, często obsługuje tę Aldonę z warsztatów, księgową. Aldona się wygadała przy jakiejś okazji, że panią Kazię zwolnili. A my z Kaśką panią wcześniej panią wspominaliśmy, że pani była taka cicha, ale pracowita, i ten syn, no wie pani. I ja, niech pani sobie wyobrazi, jeszcze w ten sam dzień wpadłam w gminie na mojego kolegę ze studiów, był wiele lat zagranicą, ale teraz wrócił i u nas dom kupił, tam, wie pani, na Gęsinie. I niech sobie, pani Kaziu, wyobrazi, że on, ten Konrad, niemal z miejsca do mnie, że jego kolega z Warszawy szuka sprzątaczki, czy kogoś takiego, do mieszkania, i pyta mnie, czy ja nie znam kogoś zaufanego. No normalnie, pani Kaziu, myślałam, że mnie piorun trafi, bo ja całą drogę do gminy o pani myślałam. A tu takie coś. Ma pani coś do zapisania? Podam pani adres, gdzie to jest. Proszę tam pojechać jutro, Konrad umówił panią z właścicielem. Pani Kaziu, słyszy mnie pani?

Kazia nie mogła wypowiedzieć słowa. Łzy lały jej się ciurkiem po policzkach. Z trudem zapisała podany adres. Podziękowała pani…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych