Filozofia · 5 min czytania
Glenda
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Glenda
Glenda siedziała na kamieniu. Siedziała na wielkim, polnym kamieniu, który leżał tu od niepamiętnych czasów i wpisywał się swym niewzruszonym majestatem w krajobraz tych smutnych okolic. Glenda siedziała na wielkim, polnym kamieniu i rozmyślała. Rozmyślała tak długo i intensywnie, że z wolna zaczęła przypominać ów głaz, na którym, w chwilowym odruchu spontaniczności, umieściła swe leniwe, przyzwyczajone raczej do powolnych gestów, ciało. „Czemu nie wpisać się w horyzont, jeden z wielu, przy zapadającym zmierzchu, właśnie w chwili, gdy słońce przejaskrawia ostatnimi promieniami rozpuszczone dziko wrzosy, smugi ścierpniętych traw, zasuszonych, martwych kwiatów?” - uważała. Glenda była blada i bardzo poważna. Musiała być poważna, tak sądziła, by nie być śmieszną, z tymi swoimi niedostatkami, które natura, niewątpliwie w ogromnym roztargnieniu, nie szczędziła zlokalizować licznie w jednym tylko punkcie. No cóż....przyszło jej z tym żyć. Przecież przyzwyczaiła się już do tego, że większość ludzi rozmawiając z nią częściej zerka w bok, jakby gdzieś im się akurat w tym momencie spieszyło. Być może tak właśnie było naprawdę. Zawsze należy spieszyć tam, gdzie skupienie świateł i cieni oferuje zmysłom cokolwiek anielską ucztę dla zmysłów. Owszem. Magiczne czy też manieryczne widoki kuszą pewną odmianą niebiańskich odzwierciedleń i tak będzie zawsze. Natomiast ona – ona jest tylko zwyczajną Glendą, nieco samotną, ale tak bez nadmiernej emfazy, odrobinę nieszczęśliwą, a przecież i z tym udaje się całkiem sprawnie funkcjonować, no i oczywiście – brzydką. Glenda po prostu była NORMALNA. *** Co jakiś czas Glenda chodziła do kościoła, ale nie z pobożności, choćby udawanej, ale po to, by przyglądać się ludziom. Czasem udawało jej się nawet spotkać tych prawdziwie natchnionych swą wiarą i takie odkrycia uważała za najbardziej wartościowe. Gdy w ciemnej, dusznej nawie udało jej się znaleźć postać pogrążoną w modlitwie, natychmiast przysiadała w niewielkim oddaleniu i napawała się możliwością współobcowania z autentyczną duchowością. Nie mogła nadziwić się temu, iż blask bijący z cierpiącego, acz pokornego oblicza, nie przyciąga innych „sępów”. Ludzie tylko przepychali się dalej, kosztując ziemskiej egzystencji z całą napastliwością